Category Archives: złota polska młodzież

Porzeczkowa puszcza jeziora blask przepuszcza…*

06-07

I znów chwila wolna, w której można nadrobić parę spraw, na które nie było wcześniej czasu. Albo sił. Lub pomysłów.

I tak już zaczynam nadrabiać zaległości działkowe. A jest nad czym pracować, bo chwast rośnie szybko i nie pyta, czy może się rozgościć, zagłuszając wszystko wokół. Ale udaje się go wyprowadzić z miejsc, w których nie jest mile widziany. Z miłą chęcią cały dzisiejszy dzień bym przesiedziała „w polu”, ale przy takim upale bardzo szybko bym poległa. Już raz przerabiałam w tym roku, w piątek, robotę w pełnym słońcu od godziny 14. I mimo że miałam na głowie i chustkę, i kapelusz słomkowy, to i tak słońce mnie pokonało: głowa mi zaczęła pękać jeszcze tego samego dnia wieczorem. A nie mogę sobie teraz pozwolić na wyłączenie z życia nawet na jeden dzień.

Porzeczki zebrane zostały wszystkie: czerwone zebrał Z. i mam nadzieję, że jeszcze coś się da z nich zrobić, a czarne zbierałam własnoręcznie. Nie omieszkałam oczywiście popróbować. Są naprawdę słodkie. Kwintesencja porzeczkości. Będą konfiturki. Tylko niech mi się gary pomyją w zmywarce.

Sałata już jest gotowa do zbiorów, więc kto miałby ochotę, zapraszam serdecznie albo na działkę, albo sobie zamówić i przyturlać się po odbiór zielska. Szpinak też już jest gotowy do zjedzenia. Mam jeszcze rzodkiewki, których jest bardzo dużo, więc się pęczkiem mogę podzielić. Co prawda lekko zaczynają już drewnieć, ale nie przeszkadza to w ich schrupaniu.

Za chwilę będę rwać wiśnie, które już się pięknie czerwienią na drzewie. Będą konfiturek kolejne słoiki. Jeden woreczek zapewne wrzucę do zamrażalki, by było na potem. Na kompot na ten przykład.

Także roboty jest masa, na nudę nie narzekam, jedynie na za krótką dobę i nadal za krótki dzień, by ze wszystkim zdążyć.

* * *

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z działki zauważyłam kilku chłopaków biegnących chodnikiem po przeciwnej stronie ulicy. Nie wyglądało to niepokojąco, dopóki ten, który biegł pierwszy, nie krzyknął „Ratunku!”. Goniła za nim trzech blokersów: dobrze odżywieni, widać, że na siłownię nie szczędzili. Biegli za młodym, jak psy myśliwskie za zwierzyną. Oceniwszy swoje możliwości stwierdziłam, że zadzwonię na Policję, gdy coś się zacznie dziać. Sama nie miałam nawet po co stawać przeciwko trzem napakowanym dryblasom. Na szczęście chłopak wykorzystał to, że w jego stronę jechał samochód, więc zaryzykował potrącenie, by tylko blokersi się od niego odczepili. Miał szczęście: auto miało cholernie dobre hamulce, kierowca – świetny refleks. Chłopak zabrał się z zatrzymanymi w ryzykowny sposób ludźmi, a blokersi zniknęli w bocznej uliczce.

Obudził się we mnie bohater, ale został stłamszony przez rozwagę. Zwłaszcza, kiedy przeliczyłam możliwości swoich niewyrobionych mięśni i nikłego wzrostu w stosunku do trzech rosłych byczków. I tego chłopaka, i mnie roznieśliby na markowych Adidasach w try miga. Chyba zacznę ćwiczyć jakieś sztuki walki, bo źle się czuję, kiedy mój superbohater musi się schować w budce telefonicznej, zamiast z niej wyjść z rozwianą peleryną.

Masaże. Jeśli ktoś z moich znajomych z KK i bliskich chciałby się poddać zabiegom pod niewprawnymi jeszcze dłońmi, które ćwiczyłam sumiennie przez ostatnie pół roku (od lutego br.), to proszę o kontakt. Można się wpisać w komentarzach, można napisać e-mail: tatsu@o2.pl lub tatsusachiko@gmail.com. W tygodniu mam wolne popołudnia (od 7-9 lipca), a w ten weekend wyrabiam ostatnie zmiany w pracy, więc w piątek (10 lipca) i niedzielę (12 lipca) mam czas od rana do najdalej godziny 14. W sobotę (11 lipca) popołudnie raczej spędzę „w polu”, bo i tak kończę zmianę o 16, więc to najlepszy czas, by po drodze skoczyć na działkę i popracować nad jedzeniem. Jak wcześniej pisałam: są to moje prywatne praktyki zawodowe, by nie zapomnieć technik i nadal się rozwijać, więc nie mogę za nie brać ani grosza. Będzie mi wystarczył fakt, że mogę komuś pomóc. Zwykłe „dziękuję” też wystarczy. Nie posiadam jeszcze stołu do masażu (powolutku zbieram sobie na niego), więc masaż będę wykonywać na podłodze lub twardej kanapie/sofie/łóżku/innym, płaskim leżadle. Ręczniki/prześcieradła oraz olejek do masażu, a także płytkę z muzyką relaksującą będę mieć zawsze ze sobą, co nie znaczy, że na życzenie masowanego nie będę używać tego, co mi zaproponuje ze swojej „apteczki”. Zatem zapraszam do kontaktu.

Wrzucam garść zdjęć z ostatnich tygodni, byście nie czuli niedosytu, że tak mało i tak rzadko zdarzają się wpisy, a ja idę gotować konfitury.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. :(

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. 😦

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii :P

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii 😛

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru :D

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru 😀

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

Ja i moje trofea :D

Ja i moje trofea 😀

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? ;)

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? 😉

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski...

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski…

Patison w drugiej odsłonie.

Patison w drugiej odsłonie.

Dyńki rosną :)

Dyńki rosną 🙂

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego :)

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego 🙂

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

*) cytat pochodzi z piosenki Jacka Kowalskiego pt. „Powój, perz i mlecz„.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie, złota polska młodzież

Trzęsawka

Siedzę i się trzęsę. Jeszcze mi nerwy nie uspokoiły się po wczorajszym, ale adrenaliny już nie ma chyba ani śladu. Jestem zmęczona i obolała – stawy mnie bolą…

Dopiero po południu pojechaliśmy na działkę, by trochę ogarnąć po wczorajszym grillu i obejrzeć miejsce wypadku w dzień, by zobaczyć, czy czegoś ratownicy nie zostawili cennego i ważnego dla ofiar wypadku. Od razu rzuciła mi się w oczy pogięta siatka ogrodzeniowa przy wejściu i niedomknięte drzwiczki, prowadzące nad rzeczkę. Pan Bezdomny wyjaśnił nam, że rano byli rodzice kierowcy i zabrali porzucone rzeczy wartościowe z nabrzeża, a przechodzili właśnie po siatce. Szkoda, że nie było jak się z nami skontaktować, to byśmy przyjechali i otworzyli furtki… no nic… G. musiał odespać zarwaną noc… mnie nadal nosi…

Pan Bezdomny przyszedł do nas na chwilę w odwiedziny ze swoim psiakiem. Przyniósł też reklamówkę jabłek, cukinii i patisonów i jeszcze bukiecik kwiatów przyniósł specjalnie dla mnie. Nie spodziewałam się takiego gestu. Bardzo mi było miło. Warzywa się bardzo przydadzą, a kwiatki już zdobią naszą ławę w domu 🙂

Pojawiły się nowe artykuły o wczorajszym wypadku: w Radiu Park i w Gazecie Wyborczej : Opole oraz w NTO.

4 Komentarze

Filed under zaokienne życie, złota polska młodzież, życie

Ku przestrodze: piłeś – nie jedź!

Zaczęło się niewinnie: spotkaliśmy się z grupą przyjaciół na naszej działce, by przy grillu pożegnać wakacje. Pożegnanie miało być czysto formalne, bo żadna ze zgromadzonych osób nie rozpoczyna od poniedziałku roku szkolnego. Czas upływał nam przy wesołych rozmowach i śmiechu. Były kiełbaski i mięso z grilla, i tosty (też z grilla). Przetestowaliśmy też lodówkę i okazało się, że chłodzi bardzo dobrze, piwo było w pewnym momencie nawet za zimne.

I tak w miłej atmosferze czas szybko płynął. Prawie padła propozycja, by już kończyć posiedzenie i wracać na noc do domu, gdy nagle na pobliskiej obwodnicy rozległ się głuchy stuk. Już miałam powiedzieć, że się stuknęli zapewne, kiedy zobaczyłam taranujący barierki samochód. Na chwilę zawisł w powietrzu, jakby wbrew grawitacji, by w ułamek sekundy później zwalić się z głuchym łoskotem do rzeczki, lądując na dachu. Rzuciliśmy się na pomoc. Tak, jak staliśmy, pobiegliśmy. Pochwyciłam jeszcze telefon i wykręciłam numer alarmowy. Nim odebrano połączenie w dyspozytorni, zauważyłam nieoznakowany radiowóz. Rozłączyłam się. Policjanci na pewno poinformowali kogo trzeba o zdarzeniu i pomoc jest już w drodze, a co najmniej zostały wszystkie służby ratownicze zaalarmowane o wypadku.

Kiedy dotarłam na miejsce zdarzenia G. z A. trzymali jednego pasażera feralnego auta za rękę, trzymając go, by nie zsunął się z powrotem do rzeczki. Ten człek (o czym dowiedziałam się po całej akcji) niemalże utopił G., wciągając go w wodę, gdy rzucał się w ataku paniki, jak ryba wyciągana z wody. Dobrze, że w pobliżu była A., to pomogła G. utrzymać się na płytszej części rzeczki, a potem wyciągnąć spanikowanego faceta na brzeg. Policjanci, po pas w wodzie, rozbijali tonfami szyby, by wydostać uwięzionych w samochodzie i pod wodą ludzi. Jeden z Policjantów znalazł pasażerkę samochodu wyrzuconą jakieś dziesięć metrów dalej. W wodzie. Jeden z gapiów poświęcił się, by pomóc dziewczynie utrzymać się nad powierzchnią i zwolnić Policjanta, by mógł wrócić do ratowania innych ofiar wypadku. Stał z nią po pas w wodzie, zimnej wodzie, aż do przyjazdu Pogotowia Ratunkowego.

Jeden z chłopaków, jeszcze będąc w samochodzie wył, inny wołał po imieniu swoją żonę, ja nawoływałam tych, którzy wyglądali na niepołamanych, by wychodzili tylną szybą. Była nad wodą, blisko stałego gruntu, a ja miałam wolne ręce, gotowe pomóc przy wspinaczce po śliskiej, mokrej trawie.

Nagle spod wody Policjanci wyciągnęli dziewczynę. Miała wpół otwarte oczy, sine usta i trupio bladą twarz. Pod dolną wargą ziało rozcięcie, przez które przeświecały zęby. Funkcjonariusze spieszyli się, ślizgali po gliniastym brzegu, to pomogłam im nieco, podając – dosłownie – pomocną dłoń. Okazało się, że dziewczyna jest praktycznie martwa: brak pulsu, nie oddychała. Jeden z Policjantów pobiegł po ustnik do sztucznego oddychania, a drugi, rzuciwszy mi krótką komendę, bym odchyliła dziewczynie głowę i udrożniła drogi oddechowe (co uczyniłam natychmiast), przystąpił do masażu serca. Nie wiem, ile trwała resuscytacja. Chyba wszyscy troje w duchu modliliśmy się, by albo odżyła, albo by pojawiła się wreszcie karetka. W momencie, kiedy ratownicy Pogotowia przeprawiali się przez (jeszcze wtedy płytką) rzeczkę, dziewczyna wróciła do żywych. Wrzask radości wyrwał się Policjantowi, który robił masaż serca i mnie. Jeszcze tylko pomogłam założyć kołnierz usztywniający, bo wszędzie wciskały się trawska, do tego dziewczyna była zaplątana w pasko-łańcuszek od torebki i miała długopis we włosach…

Chłopak szukający swojej żony, która nadal tkwiła w wodzie z opiekunem z przypadku, przysporzył wszystkim niemało kłopotu. Alkohol (tak, tak, wszyscy znajdujący się w tym aucie byli narąbani, jak messerszmity) i szok po wypadku okazały się być mieszanką wywołującą napad histerii pomieszanej z szałem. Chłopak, którego G. i A. wyciągnęli, jako pierwszego, skarżył się mi, ze mu krew leci z ranki na dłoni. Cieszyłam się, że nikt mu nie podał lustra. Gdyby zobaczył, co mu się zrobiło z twarzą, to dopiero miałby powód do zmartwienia. Inny pasażer łaził i przeszkadzał wszystkim, bo… szukał swojego buta, którego gdzieś zagubił podczas wyłażenia z auta. Chaos, wrzask, jęki…

Potem dałam upust zebranej w organizmie adrenalinie, biegnąc przez całą aleję, by otworzyć furtki prowadzące poza teren RODu. Inaczej Ratownicy nie daliby rady przetransportować poszkodowanych dziewczyn. One jako jedyne musiały być wyniesione na noszach. Dzielnie w biegu dotrzymywała mi kroku F. Zostawiłam ją przy pierwszej bramce, by furtka się samoczynnie nie zamknęła, a sama pobiegłam otworzyć kolejną bramkę. Po czym ruszyłam wzdłuż obwodnicy, by przyprowadzić jedną z wolnych karetek. Moje siły wzmocnione adrenaliną już się kończyły. Płuca bolały, choć nogi jeszcze z chęcią by biegły, nie czując nadmiernego zmęczenia. Szczęściem nowa karetka przyjechała od strony przeciwnej, niż ta, w którą biegłam. Zaczęłam machać rękami i skakać, jak szalona, by tylko mnie zauważyli. Potem z nowymi siłami zaczęłam kontynuować swój bieg. Wyprzedził mnie jeden z Ratowników i to jemu przypadło w udziale, pokierowanie załogi na miejsce docelowe. Ja wróciłam truchtem pod zewnętrzną bramę. Ratownicy, Strażacy i chłopcy z Najemnej (G., R., P.) odłożyli nosze na ziemię, a wcześniej półtruchtem przebyli całą drogę. Karetka zabrała najpierw tę dziewczynę, przy której resuscytacji asystowałam. Za chwilę miała podjechać druga, by zabrać dziewczynę wyrzuconą z auta w momencie wypadku. Ta była przytomna i rozmawiała z Ratownikami i swoim mężem bez najmniejszych problemów.

Wróciliśmy na działkę. Wszyscy poszkodowani mieli już fachową opiekę, więc nasza obecność i powiększanie tłumu gapiów nie była na miejscu. Grill dogasał, ale nikt już nie myślał o żartach i zabawie. Zaczerpnęłam wody z rzeki, której stan mocno się podniósł w międzyczasie, by G. A. i F. mogli się obmyć z krwi. Dodatkowo A. musiała przeprać bluzę i bluzkę. Pierwszy chłopak z rozbitą twarzą tak ich załatwił.

W towarzystwie Pana Bezdomnego i jego sympatycznego, szpicowatego pieska, patrzyliśmy, jak strażacy próbują wyciągnąć z rzeczki wrak samochodu. Nie robiliśmy tego w pogoni za tanią sensacją. Chcieliśmy już wracać do domów, spróbować zapomnieć o tym, czego byliśmy świadkami, ale przez działkę wciąż wędrowali Strażacy, a przecież ani nie zostawimy terenu niezamkniętego, ani nie pozamykamy wszystkiego na cztery spusty, utrudniając akcję ratowniczą. Staliśmy i patrzyliśmy, jak Strażacy się męczą, próbując podciągnąć wrak na dźwigu, by umieścić go na platformie tira z Pomocy Drogowej, bo nic na innego nie mieliśmy już sił. Wody w rzeczce przybrały, nie ułatwiając pracy Strażakom. Żałowałam, że nie mam kontaktu do Młynarza, chciałam zadzwonić do niego, by przyjechał i włączył turbinę przy młynie i tym samym obniżył poziom wód. Żałowałam też, że nie mam numeru telefonu do Prezesa lub Wiceprezesa RODu, mogłabym ich poprosić o przyjazd i otworzenie głównych bram prowadzących na teren działek, by karetki mogły podjechać aż pod naszą działkę. Niestety, nie mam ani numerów do ww. osób, ani kluczy do kłódek. Mam tylko klamkę, którą mogłam otworzyć jedynie furtki.

Najbardziej mnie rozwalił moment, w którym na rondzie, gdzie stało mnóstwo karetek, wozów strażackich i policyjnych, zatrzymał się autokar turystyczny. Ludzie z niego wysiedli, by podziwiać widoki powypadkowe, kiedy myśmy starali się ogarnąć cały ten chaos, pomóc wszystkim i przywrócić martwą do życia. No po prostu zabrakło mi słów… szkoda, że jeszcze sobie nie robili fotek na tle…

Kiedy już żadnego Strażaka nie było po „naszej” stronie brzegu (pomogli sobie drabinami, położonymi w poprzek rzeczki), a wrak auta został zapakowany na lawetę, zaczęliśmy powoli się zbierać. Posprzątaliśmy, wygasiliśmy węgielki na grillu, spakowaliśmy się i ruszyliśmy poza tereny RODu. Przed główną bramą pożegnaliśmy się, bo F., A. i R. szli razem na swoje osiedle, a my (czyli G., P. i ja) wsiedliśmy w Kalarepę i odjechaliśmy. Najpierw odwieźliśmy P. pod dom, bo ma najdalej z nas, a później wróciliśmy do naszego domu.

Najpierw nie mogłam zasnąć. Nie pomógł gorący prysznic, ani zimne, zielone piwo (tak, prawdziwe, zielone piwo z Raciborza), ani powtórka odcinka NCIS. Dopiero film dokumentalny o przybocznym Hitlera zadziałał usypiająco. Cóż z tego, kiedy spałam tylko trzy godziny? Tak, zerwało mnie o szóstej rano i już nie mogłam zasnąć ponownie. I nie, nie pomogły mi w tym papugi, bo one jeszcze smacznie spały. Jest mi okrutnie zimno… aż mnie trzęsie… gorąca herbata nie bardzo pomaga… G. odsypia tę pełną emocji noc, a ja próbuję zresetować mózg i nie pamiętać tego wszystkiego, przeglądając przeróżne portale pełne dziwnych i śmiesznych zdjęć. Jak zacznę wyszywać, to na bank myśli będą wracać do tamtych godzin, kiedy taplaliśmy się w błocie i wodzie, tnąc skórę dłoni ostrymi trawami, rosnącymi na brzegu…

Pierwszy telefon na numer alarmowy wykonałam o 23:06. W domu byliśmy dopiero koło pierwszej w nocy. Zasnęłam chyba o trzeciej nad ranem…

G. ma wybity bark i nadwyrężony nadgarstek. A. ma co najmniej naciągnięte ścięgna również w nadgarstku. Mam nadzieję, że nasze (mam na myśli wszystkich biorących udział w akcji ratowniczej) poświęcenie dało szansę ofiarom wypadku na powrót do zdrowia. Zwłaszcza dziewczynom. Plotka poszła, że tę drugą, która była przytomna przez cały czas, tę, którą wyrzuciło z auta do rzeki, musieli też przed odjazdem do szpitala resuscytować. Może miała tak niebezpieczne dla życia obrażenia wewnętrzna, że organizm nie wytrzymał…?

Podsumowując, napiszę apel do wszystkich, którym się wydaje, że po jednym piwie mogą prowadzić, bo jeszcze nie czują się wstawieni:

PIŁEŚ, NIE JEDŹ NA PODWÓJNYM GAZIE!

WEŹ TAKSÓWKĘ.

POPROŚ TRZEŹWEGO KOLEGĘ/KOLEŻANKĘ/KOGOŚ Z RODZINY O PODWIEZIENIE.

NIGDY SAM/SAMA NIE SIADAJ ZA KÓŁKO, JEŚLI W TWOIM ŻOŁąDKU ZNAJDUJE SIĘ JAKIKOLWIEK ALKOHOL!

Bo możecie nie mieć tak dobrej i szybkiej pomocy, jaką otrzymali poszkodowani we wczorajszym wypadku.

O 12:45 pojawiła się informacja o tym wypadku na RMF FM.

O 13:00 informacja o wypadku ukazała się na portalu 24Opole.

2 Komentarze

Filed under zaokienne życie, złota polska młodzież, życie

Głupota boli

Dobija mnie głupota ludzi. Po prostu nie mam już słów, żeby to wszystko określić bez używania wulgaryzmów.
Szłam sobie na pociąg powrotny do domu po załatwieniu paru spraw w pobliskim mieście. Do moich uszu dobiegł dźwięk syreny alarmowej. Spokojnie dotarłam do dość dużego skrzyżowania, gdzie na zielone światło na przejściu czekał spory tłum przechodniów. Po obu stronach.
Dźwięk syreny narastał i szybko udało się zlokalizować jej źródło: Straż Pożarna pędziła na sygnale. Przez „moje” skrzyżowanie. Olałam więc patrzenie na zmieniające się światło, bo rozpędzony wóz strażacki ma niezaprzeczalne pierwszeństwo i śledziłam jego trasę. Przejdę przy drugiej zmianie świateł lub zdążę się jeszcze załapać na zielone. Obojętne.
Niestety. To nie było obojętne kilku idiotom, którzy stwierdzili, że mają większe prawa niż Straż Pożarna.
Dziewuszka w peruwiańskiej czapeczce z peronem wykazała się brakiem mózgu pierwsza. Wóz musiał mocno przyhamować, żeby idiotki nie potrącić. Z „mojej” grupy też kilku „yntelektółalistuf” wyrwało się na pasy, by skutecznie przystopować spieszących na ratunek Strażaków.
No witki mi opadły.
Brak słów, by opisać „yntelygencjem” części naszego społeczeństwa.
Po chamsku stwierdzę, że mam nadzieję, iż kiedy ich spotka nieszczęście, ktoś inny też przyhamuje pomoc, skutecznie powiększając straty.

Dodaj komentarz

Filed under złota polska młodzież

Syf, kiła i mogiła…

Wkurzają mnie ludzie.
Nie wiem, czy to dobry, czy zły objaw.
Wnerwiają mnie teoretycznie wszystkim: zachowaniem, brakiem pomyślunku, żałością swych decyzji.
Dla dzieci mam spory bufor tolerancji, bo one dopiero się wszystkiego uczą, ale dla dorosłych – zero tolerancji.
Wkurzają mnie psy biegające bez opieki, srające po chodnikach, ledwo uchodzące z życiem spod kół samochodów. To nie ich wina, że muszę robić slalom gigant pomiędzy ich wydalinami, tylko ich „odpowiedzialnych” właścicieli. Cholernie dorosłych ludzi, mających własne dzieci, uczących ich odpowiedzialności na miarę dorosłego. Tłuk uczy tłuka, jak być tłukiem.
A wiecie, że ludzie już robią sobie wycieczki do Smoleńska, na miejsce katastrofy? A wiecie, że wcale nie z pobudek patriotyczno-żałobniczych? Jeżdżą tam na szabry. Kradną to, co zostało po ofiarach katastrofy, czego służby jeszcze nie zebrały i nie odesłały rodzinom. Zasrane hieny cmentarne.
Normalnie rzygać mi się już chce tym państwem i tym narodem, który potrafi tylko na pokaz drzeć szaty, jak Rejtan, ryczeć przed kamerami, jak bóbr, że taki „kfiat yntelygencji” stracił.
Nie umiem już nazwać tego typu zachowań. Zabrakło mi słów.

1 komentarz

Filed under złota polska młodzież, życie

PKP kurka mać i ogólnie tak gzegzam

Siedzę na dworcu.
Smród popalanych papierosów niesie się od drzwi. Fuj. Weźcie się przestawcie na e-pety. Wszystkim będzie łatwiej, lepiej i przyjemniej.
Z głośnika mało wyraźny komunikat oznajmia, że mój pociąg opóźni się zaledwie piętnaście minut.
Fajnie.
Dzięki temu, zamiast tuż przed piętnastą, będę na stacji docelowej grubo po piętnastej. Do domu zajdę przed szesnastą. Kurde. Głodna jestem, no. Obiad muszę zrobić, nie będzie na mnie czekał na stole gorący i gotowy do spożycia.
Znów się zastanawiam, gdzie są rodzice co po niektórych? Dziś jeden dostał opiernik. Należało mu się, bo przylazł w koszulce z piękną marychą. No ja Cię sorry…
Od razu się zrobiła pogadanka.
Uczeń: Bezsensu, to już nie można koszulek nosić?
Ja: Można, tylko nie takie, które promują używki niebezpieczne dla zdrowia. Co najmniej.
Uczeń: No ale co komu taka przeszkadza?
Ja: Bo promuje nieodpowiednie zachowanie?
Uczeń: No to skoro takie rzeczy są złe, to po co je sprzedają?
Ja: Żeby zarobić? Tylko Ty decydujesz, czy chcesz coś takiego kupić.
Uczeń: To już w niczym nie można chodzić po tej szkole.
Ja: Można. Tylko trzeba ubierać się z głową. Bez zbędnych szaleństw. Poza szkołą też.
Uczeń: Bezsensu…
No i tłumacz, jak krowie na miedzy…
Chyba faktycznie po chińsku gadam…

1 komentarz

Filed under złota polska młodzież

… jakie młodzieży chowanie…

Włos mi się jeży na głowie (a to trudne, zważając na ich długość), kiedy słyszę, jak dzieciaki opowiadają, w jakie gry grają i jakie filmy oglądają.
I tylko jedno pytanie mnie męczy: gdzie są do diaska ich rodzice?
Dlaczego dziesięciolatkowi pozwala się na oglądanie „Blade’a”? Czemu dwunastolatki z radością oddają się grze GTA, czy Counter Strike, gdzie wzorem jest gangster, który ma za zadanie zostać najlepszym, czyli najgorszym…
Mogę gardło zedrzeć do reszty, rozmawiając z dzieciakami, że tak nie powinno być, że powinni jeszcze poczekać, bo to nie jest dobre dla ich psychiki, kiedy zbiją to jednym argumentem: „Ale mnie tato/mama pozwala”.
I ch…

2 Komentarze

Filed under złota polska młodzież, życie