Monthly Archives: Grudzień 2011

Pierwszy śnieg

Zima naprawdę w tym roku sobie odpuściła. Dopiero dziś u nas pojawił się prawdziwy śnieg. I nie, nie jestem za bardzo z tego zadowolona. Jakoś już dawno śnieg przestał mnie cieszyć. Narty mnie nie ciągną, na sanki nie ma gdzie tu się wybrać, a bałwanów jest za dużo wokół, żeby lepić kolejnego.
Praca zabiera mi bardzo dużo czasu z dnia, który teraz jest okropnie krótki. Nie potrafię wstać o szóstej, tylko śpię do wpół do ósmej, a potem w ogólnej szarówce nie jestem w stanie się za nic zabrać. Klikam bezmyślnie na kompie i nic więcej.
Pod koniec stycznia rozstanę się z moją współpracownicą Kasią. Strasznie mi będzie jej brakowało. I to nie dlatego, że wie więcej ode mnie, a po jej odejściu wszystkie obowiązki spadną na mnie. Po prostu polubiłyśmy się i naprawdę wspaniale by nam się razem pracowało. No ale… wyszło, jak wyszło.
Czytam inne blogi i na każdym już choinka, już porządek, już popakowane prezenty, a ja nadal w powijakach… znów wszystko na ostatnią chwilę…
Chleby na szczęście udało mi się zrobić. Urosły, mogą iść zaraz do pieca. Będą jak znalazł, bo poprzednie się już skończyły. A przed świętami mogę nie mieć czasu na dopieczenie paru bochenków. Może zrobię. Żeby był domowy chleb w domu na święta. Jeszcze pierożki we francuskim cieście, jeszcze bigos staropolski, miodownik… W piątek mam urlop. Powinnam zdążyć. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Jakoś nie czuję gorączki przedświątecznej. Jakoś ten klimat w codziennej lataninie i górze problemów całkowicie zanika. I to nie tylko w tym roku. W poprzednich było podobnie. Niekiedy nachodzi mnie ochota, żeby się zamknąć w czterech ścianach i nigdzie nie wychodzić. Wyłączyć wszystkie komunikatory, telefon, nie wchodzić na żadne fejsbuki i naszeklasy, odciąć się całkowicie od świata i zapomnieć o nim.
Ech… nic to… łeb tylko boli…
Reklamy

1 komentarz

Filed under kuchennie, praca zawodowa, życie

Niechcieizm

Niechcieizm mnie trafił.
Dziś to już przesada. Nawet do roboty nie chce mi się wychodzić, chociaż zapowiada się dziś spokój i luz.
Chciałam co najmniej ugotować kapuśniak. I wychodzi na to, że zrobię go jutro. Jeśli Niechcieizm mi przejdzie. Mam przygotowaną do zszycia sukienkę dla lalki (drugą wersję, ulepszoną) i wciąż nie mogę się za nią zabrać. Przędzenie leży. Tkanie leży…
Pogoda nie zachęca do żadnej aktywności. Za oknem aktualnie szaro, wietrznie i deszczowo. Nawet psa szkoda na taką aurę na dwór wyganiać, a co dopiero samemu wychodzić.
Za chwilę święta, a ja nie mam pojęcia, co sprezentować pod choinkę. Myślenie mi się wyłączyło. Sama też nie wiem, co bym chciała. Chyba aktualnie niczego mi nie brakuje. Oprócz większej ilości wolnego czasu. No, może jedno bym chciała pod choinkę: grę „Zelda” na Wii. Tylko, że to drogie jest, więc nawet nikogo nie proszę o taki podarek. Przy tym i tak teraz nie mam odpowiednio dużo czasu, żeby grać nawet w te gry, które mam na PC. Gothic – leży, Dragon Age – leży, Settlersi też, wespół z Heroesami.
Mieć robotę – niby fajnie, bo kasa jest co miesiąc, ale za to czasu nie ma wolnego tak naprawdę. Nie mieć roboty – to brak pieniędzy, za to mnóstwo wolnego czasu, z którym po jakimś czasie nie wiadomo, co zrobić. I tak źle, i tak niedobrze. Ale gdybym mogła wybrać, wybrałabym… emeryturę.

2 Komentarze

Filed under praca zawodowa, prace ręczne, życie

Robota i praca

Nie piszę za często, bo czas mi się gwałtownie i okropnie skrócił. Rano, przed pracą, nie zawsze mam chęć żeby coś zrobić, a po pracy już mi sił nie starcza, ani pomysły żadne nie chcą się przyczepić.
Robota na razie jest mało stresująca. Nie boję się do niej chodzić, bo wiem, że z większością rzeczy sobie spokojnie poradzę i raczej nie zostanę zaskoczona zastępstwem. Nie jestem lektorem. I dobrze. Takich zaskoczeń w poprzednich pracach nie lubiłam.
Sprawa z grzejącymi się rurami od gazu została wyjaśniona. Stare budownictwo, przewody aluminiowe, więc wszystko się trzyma głównie na słowo honoru. Odczepił się jeden z przewodów (tzw. zero) i się instalacja uziemiła na rurach. Ot, cały powód zamieszania. G. usterkę szybko usunął i dalej mogę bez problemów używać kuchenki.
Teraz dokańcza się gotować bigos z cukinii. Skorzystałam z tego przepisu na portalu „Wielkie Żarcie”, z którego mądrości i pomocy czepię nieustannie. Zrobiłam parę modyfikacji, żeby bigos smakował troszkę lepiej. Najpierw w garnku podsmażyłam cebulkę na złoto (polecam Ramę w płynie, świetna jest do takich rzeczy), potem dodając do niej pokrojone w kostkę boczek surowy i kiełbasę śląską. Pozwoliłam się im poddusić i lekko przysmażyć nim dorzuciłam pokrojoną w kostki cukinię. Dusiłam ją pod przykryciem przez dłuższy czas. Kiedy już nieco zmiękła, dorzuciłam pokrojonego drobno pomidora (dużego) i jedną paprykę. Po chwili duszenia przyszedł czas na przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy, pieprz, sól, papryka mielona ostra i słodka i zioła prowansalskie. Teraz to wszystko się gotuje na małym ogniu bez przykrycia, by odparowała trochę woda, a bigos zrobił się nieco gęstszy. Wieczorem sprawdzę co jeszcze potrawie potrzeba do osiągnięcia odpowiednich walorów smakowych.
Za chwilę trzeba będzie się szykować do pracy, żeby zdążyć tam dojść i po drodze jeszcze kupić kilka gołąbków w „Mniam Mniam”. Co jak co, ale do gołąbków cierpliwości nie mam. Robiłam raz i mocno się zastanawiam, czy tę akcję powtórzyć. A z baru są przepyszne (nie tylko gołąbki), więc – po co się męczyć?
Co dziś mnie czeka w robocie? Pakowanie w folię pierniczków dla dzieci i wiązanie tego wstążką. Wymyśliłam, to mam. Wczoraj zaczęłam, a idzie mi to, jak krew z nosa. A ponadto na pewno prace standardowe i codzienne, jak przyjmowanie wpłat, wpisywanie danych, odbieranie poczty elektronicznej i telefonów. Ot, nic nadzwyczajnego. Zwykła, biurowa robota.
Nic, idę nałożyć maskę, żeby ludzi nie straszyć, zrobić porządek z włosami, żeby nie przeszkadzały. Bigos się już ugotował, więc z czystym sumieniem mogę się zabrać za pracę zawodową.
To pa. Wracam w okolicy 21-szej.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, praca zawodowa