Category Archives: rozrywka

Konkursy…

Na FB  pojawia się mnóstwo różnych konkursów, które organizują mnie lub bardziej udanie strony znajdujące się w gronie polubionych przeze mnie lub też moich znajomych. Kilka razy udało mi się wygrać parę naprawdę przydatnych i ślicznych rzeczy (np. chustę, której z powodzeniem używam, gdy jest mi zimno – jako okrycie i jako szalik, gdy wychodzę na zewnątrz w chłodne i zimne miesiące. Albo taka wczesnośredniowieczna kieca, której jeszcze nie pokazałam na żadnym turnieju, bo nie miałam okazji odwiedzić wczesnej imprezy).

Ostatnia wygrana, jaka przypadła mi w udziale, to spinka do włosów. Nie jakaś tam pierwsza lepsza. Solidna, skórzana zapona do włosów. Obowiązkowo w kształcie smoka. Wykonana została ręcznie w pracowni 2Towers.

Niestety, moje włosy znów pokazały na co je stać i wymykają się wszelkim próbom ich ujarzmienia i osadzenia na nich rzeczonego smoka. Wczoraj, po półgodzinnych próbach, wreszcie udało mi się wszystko ogarnąć i wyjść ze smokiem do ludzi i go zaprezentować. Oczywiście że przyciągał uwagę. Jakby nie przyciągał, byłabym mocno zawiedziona ślepotą ludzi na takie cudo. Jednie jedna osoba zdobyła się na odwagę i zapytała skąd mam taką spinkę? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że z pracowni 2Towers i dodatkowo zaprezentowałam na ekranie telefonu komórkowego inne cudności, jakie można tam znaleźć. Też powinniście tam zaglądną, moi drodzy czytacze, bo warto. Nawet tylko dla pozachwycania się nietuzinkowymi ozdobami, jakie tam robią.

A mój smok wygląda tak:

Na pierwszym zdjęciu jest zaraz po wypakowaniu z koperty, a na drugi po całym dniu lansowania. Przed wyjściem nie zdążyłam zrobić sobie fotki, bo nie było czasu. Rano musiałam wskoczyć na zastępstwo w pracy, a zaraz po niej gnać do domu i przyszykować się do wyjścia na zakładową imprezę, w zakładzie pracy G. Postaram się jeszcze kiedyś, przy okazji innej możliwości polansowania się ze smokiem zrobić zdjęcie, gdzie i on, i ja nie będziemy wykończeni po całym dniu intensywnych przeżyć. O samej imprezie też napiszę. Jak G. ogarnie dość zaskakujący filmik ze mną w roli głównej 😉

A ja serdecznie (i ponownie) zapraszam do odwiedzenia pracowni, w której powstał mój smok, czyli 2Towers.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, smoki

Jak mnie tu dawno nie było!

Aż muszę uprzątnąć pajęczyny na blogu, bo się pająki rozmnożyły.

Praca zabiera mi naprawdę sporo czasu. Dodatkowo nauka w szkole, by przyswoić sobie nowy, całkiem odmienny zawód wysysa ze mnie resztkę energii. Moje dni często wyglądają tak, że zwlekam się rano z łóżka, szykuję na szybko do wyjścia, pełznę na autobus, w którym czytam kilka stron książki, wysiadam na właściwym przystanku, idę do budynku, w którym pracuję, próbuję przez osiem godzin wykonać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię, nie patrząc na to, jaką jałmużną za to mnie wynagrodzą (zbyt demotywujące), po czym znów wsiadam w autobus, czytam parę stron książki i wracam do domu. Nie mam sił, żeby zrobić porządny obiad, więc jem cokolwiek. Często zasypiam na siedząco, a jeśli nie zasypiam, to nie jestem w stanie zrobić niczego konstruktywnego.

W weekendy jest jeszcze lepiej: w takie piątki zwlekam się z łóżka przed świtem, szykuję do wyjścia (szybkie mycie, minimalny makijaż, długie czesanie, bo i włosy są długie), pełznę na przystanek, wsiadam w autobus, czytam parę stron książki, wysiadam, gdzie powinnam, robię, co powinnam zrobić w pracy i po jej zakończeniu wsiadam w autobus, czytam parę stron, wysiadam przystanek wcześniej (niekiedy zdążam jeszcze wskoczyć do domu, żeby wymienić plecak na torbę z notatkami i książkami) i pełznę na zajęcia, gdzie siedzę do wieczora. W sobotę wstaję trochę później niż zwykle, szykuję się na zajęcia, często jeszcze powtarzam zagadnienia, sprawdzam, czy mam wszystkie prace i referaty potrzebne na dziś i idę się uczyć. Po lekcjach (a niekiedy i w trakcie) idę na autobus i jadę do pracy, gdzie zostaję aż do godziny dwudziestej drugiej. W niedzielę mam powtórkę. A w poniedziałek zaczynam pierwszą zmianę.

Powyższe piszę nie po to, by się skarżyć, ale po to, by wyjaśnić co niektórym, że naprawdę nie mam sił na spotkania, na rozmowy nawet, czy pisanie przez Internet. Tęsknię za czasami, kiedy praca nie zabierała mi wszystkiego (sił, energii, czasu), a była po prostu jednym z obowiązków, które należało wykonać najlepiej, jak się potrafi.

Teraz jest dla mnie najgorszy czas, bo sesja egzaminacyjna ciągnie się już chyba półtorej miesiąca. W każdy weekend kilka egzaminów, z każdego przedmiotu należy napisać pracę zaliczeniową i sporządzić po parę referatów oraz być aktywnym na zajęciach, by zdobyć jak najwięcej ocen. Nie dosypiam i ledwo trzymam się na nogach. Czuję jednak, że poświęcenie da pozytywne skutki, bo póki co w moim indeksię nie ma „trójek”, przeważają natomiast piątki. Na razie. Zobaczymy, jak to będzie dalej, bo przedmioty coraz trudniejsze nam dają, coraz więcej materiału jest do opracowania… mieliśmy mieć wolny nadchodzący weekend, który miał być swoistą przerwą międzysemestralną, takimi pseudo feriami. Niestety, okazało się, że mamy za mało godzin wyrobionych w jednym przedmiocie (i to nie dlatego, że wykładowca, czy my, uczniowie sobie zbagatelizowaliśmy problem, ale szkoła dała ciała i zaczęliśmy jeden z ważniejszych dla nas przedmiotów tuż przed zakończeniem semestru. I teraz ni dość, że trzeba nadrabiać godziny, to jeszcze na szybko przygotowywać się do egzaminu. A tak liczyłam, że będę mogła odpocząć już od „rycia”. A tu nie ma tak lekko…

Muszę się jednak pochwalić Wam czymś jeszcze… Otóż z dumą zawiadamiam, iż zaliczyłam kurs antycelulitowego masażu bańkami chińskimi, otrzymałam certyfikat i mogę taki masaż wykonywać pełnoprawnie. Tylko brakuje mi stołu (muszę uzbierać na niego trochę pieniędzy) i samych baniek (te akurat są dość tanie). Oto rzeczony certyfikat:

Certyfikat01

Wymazałam nazwiska, żeby nie było mowy o kryptoreklamie. No i mamy w końcu ustawę o danych osobowych. Oryginał jest zawsze do wglądu dla każdego, kto chciałby zweryfikować, czy to na pewno moje nazwisko widnieje na rzeczonym dokumencie.

Tak na zakończenie, zmieniając nieco temat, chciałabym zareklamować Wam nasze niekomercyjne radyjko: AROL (Amatorskie Radio On Line), które można posłuchać w internecie w tym miejscu: KLIK. Staramy się tam umieszczać utwory niekomercyjnych i mało znanych wykonawców. Zaskoczyła nas mnogość takich ludzi, którzy tworzą naprawdę świetne kawałki i pozwalają je odtwarzać całkowicie za darmo (jeśli nie czerpie się z odtwarzania korzyści majątkowych). Muzyka jest naprawdę wysokiej jakości i jest tak różnorodna, że można jej słuchać bez przerwy. I nie piszę tego, bo jestem emocjonalnie związana z projektem, ale słucham tych utworów nawet poza czasem antenowym i póki co nie nudzi mi się ona. Nawet przypadła do gustu na zajęciach praktycznych masażu koleżankom i wykładowcy, więc nie jest to tylko moje subiektywne zdanie. W tygodniu nadajemy od 17 do 21, w weekendy – do 22. Króluje w nim muzyka elektro dance, trance, folk, metal, new age, celtic, country, a także muzyka filmowa. I na tym nie przestajemy, bo wciąż szukamy nowych zespołów i nowych stylów muzycznych, by trafić w gusta, jak najszerszej społeczności. Jeśli macie jakieś pomysły, propozycje, czy też chcielibyście się podzielić swoimi utworami, które skomponowaliście i leżą sobie w szufladzie, też możecie do nas podsyłać. Wszystko na pewno będzie wzięte pod uwagę i wyemitowane na antenie.

Uciekam już spać, bo jutro na rano do pracy, a organizm domaga się snu i odpoczynku…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, praca zawodowa, rozrywka, życie

I znów zima… :/

14-04

W niedzielę stłukłam sobie kubek, który przytargałam z Hamburga. No załamałam się już całkowicie, bo tak bardzo starałam się, żeby się nie stłukł przez pobyt w Niemczech i w drodze powrotnej, a w domu zrobiłam z niego prawie ceramiczny żwir. Długo się nim nacieszyłam…

Wczorajszy dzień w robocie też odczuwam. Mocno. We wszystkich gnatach. Albo się starzeję, albo całkowicie odzwyczaiłam się od roboty tego typu. Za godzinę znów zaczynam i nie wiem, kiedy skończę, bo jeszcze tyle worów zostało do posegregowania, a jeszcze wycena… a ja już mam dość. Byle by wytrzymać ten dzień, a potem niech będzie ładna pogoda, to rozruszam się na działce.

Strasznie marną ziemię w tym roku kupiłam do siewu i rozsad. To, co posiałam na starej, wyrosło ładnie i szybko, a to, co wsadziłam do nowej – ledwo zipie. Na jednej z grup działkowiczów czytałam, że właśnie ziemia z tej firmy jest jakaś niedorobiona i co wyrosło, to umarło. U mnie nawet nie zdążyło wyrosnąć. A komentarze i opinie poczytałam, jak już miałam wszystko posiane, więc było po ptokach. W przeciwnym wypadku szukałabym z innej firmy. No nic, będziemy kombinować z siewem wprost do ziemi. I zobaczymy, jak w tym roku wygląda populacja ślimaka pomrowa…

Nic, idę się powoli szykować na kolejny dzień przerzucania worków z ciuchami…

15-04

Obudziłam się zmęczona. Jakbym tony węgla przeładowała. A ja tylko goniłam demona… znaczy śniło mi się, że go goniłam. W takim starym domostwie, które przypominało bardziej stary zamek z wielkiej płyty, niż dom. I raz mnie skubaniec prawie dorwał. Jak się wystraszyłam, to się obudziłam. W środku nocy. Ciemno, cicho… a mnie serce chce przez gardło wyskoczyć. Dobrze, że udało mi się zmusić do spania i z powrotem zasnąć, bo udało mi się owego demona złapać i pokonać. Z pomocą pewnego mężczyzny, który nie przestawał się szeroko uśmiechać. Co mi się naśniło, to moje… a wymęczona wstałam, jakbym naprawdę za tym demonem po tym zamku biegała.

Mimo, że sił nie mam za wiele i nadal padam na pysk, to przesadziłam pomidorki. Maleństwa to jeszcze, ale zasłużyły na własne lokum, żeby dorastać w cieple kuchni.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach :) Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach 🙂 Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Za niedługo przyjdzie czas na pozostałe siewki. Tylko czy mi starczy kubeczków po śmietanie? I miejsca na parapetach? Trzeba będzie jakoś się pomieścić, nie ma innego wyjścia. Póki rośliny są jeszcze malutkie, nie mogę ich wysadzić na grządki. Nawet pod tunelem jest za zimno.

A Hera tak ostatnio spędza dnie w domu:

Takiej to dobrze, nie? ;)

Takiej to dobrze, nie? 😉

Ech, trza iść i zająć się tkaniem, bo szaliczek czeka na ukończenie. A potem kolejne zaległości trzeba będzie nadrabiać…

20-04

Notka przed pracą…

W weekend wcale mi się nie chciało nic robić. Obiad gotował się sam w wolnowarze, szalik się utkał, zajęcia zmęczyły. Fizycznie. Dwa dni praktyki po parę godzin z przerwami na podawanie się masażom równie niewprawnych, jak moje rękom.  Komputer dostał kilka nowych wnętrzności i nowy system. Wszystko trzeba instalować od nowa… i przypominać sobie hasła do stron, na których jakimś cudem się nie zapisały…

No i gry… przez to miałam okazję przypomnieć sobie te, w które dawno nie grałam, bo jakoś tak się człowiek zapomniał i co innego mu w głowie siedziało. Przy tym… musiałam trochę się odmóżdżyć i zająć myśli czym innym.

Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, a zwłaszcza, że zniknie to okrutne zimno, które obecnie panuje za oknem. Mimo słońca… wszak o ziemię trzeba zadbać, nasiać, nasadzić… w normalnych warunkach, już byśmy mogli cieszyć się pierwszymi rzodkiewkami… a tak… nic nie ma…

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, pieseł, prace ręczne, rolniczo, rozrywka

Nawałnica

27-03

Nie, jeszcze wszak nie czas na burze, choć deszcz moczy solidnie wszystko wokół. Najgorsze są rozmiękłe ścieżki w lesie, gdzie o poranku spacerujemy z Herą. Za to dzięki niemu pękają już pąki na krzewach. I trawa się jakoś soczyściej zieleni. Za chwilę zacznie się praca w „polu”. Znów będę miała przesuszone dłonie od gliniastej ziemi. Tylko czekam na słoneczne dni, które będę mogła poświęcić na prace na świeżym powietrzu.

Dziś cały dzień zajęło mi sprzątnięcie mieszkania. Zaczynam się zastanawiać, czy warto w związku z tym przeprowadzać się do domu na wieś? Bo jak tutaj ogarnięcie zaledwie 45m2 zajmuje tyle czasu, to ile będę musiała poświęcić na na przykład uprzątnięcie takich dajmy na to 90m2? Cały weekend? A 180m2? Pół tygodnia? I nogi będą wyłazić uszami, bo pozostałe pół tygodnia trzeba będzie poświęcić na oporządzenie gospodarstwa… Oj, chyba muszę przemyśleć dobrze tę sprawę i zastanowić się, czy warto jednak to marzenie spełnić?

W sumie to jednak wolałabym mieszkać na wsi. Zwłaszcza, że sąsiedzi z naprzeciwka się psują. Jak wychodzą z domu, to lepiej zakładać maskę przeciwgazową albo mieć naszykowane woreczki, żeby nie zapaskudzić wymiocinami schodów. No po prostu nie da się przejść swobodnie, bo to smród, że aż w oczy szczypie. I bardzo długo wietrzeje z klatki… Tragedia jest w suszarni. Chyba przestanę z niej korzystać, bo powoli przestaje mi się to opłacać. Zdarza mi się ściągać ze sznurów tak śmierdzące ubrania, że muszę je wrzucić do pralki raz jeszcze, żeby usunąć smród. Nie wiem, czy nie mają w czym uprać rzeczy, czy nie czują tego smrodu, ale jest to naprawdę uciążliwe. Pół biedy, kiedy odór powala mnie z nóg zaraz po otworzeniu drzwi do suszarni. Wtedy mogę zrobić w tył zwrot i zatargać pełną miskę mokrych ubrań z powrotem do mieszkania i rozwiesić na suszarce. Gorzej, jak suszarnia jest pusta, ja nie wykorzystam wszystkich sznurów, a sąsiadom się też zbierze na rozwieszenie swoich brudów… Żebyście mogli sobie mniej więcej wyobrazić z czym przyszło mi się zmierzyć, to proszę sobie wyobrazić odór niepranych, znoszonych skarpet osoby mającej zaawansowaną grzybicę stóp. W upalny dzień w środku lata. Nic przyjemnego.

28-03

Narobiłam sobie wrogów. Może nie koniecznie w liczbie mnogiej, ale jedna osoba na pewno ma „coś” do mnie. Oj, zajęcia będą coraz trudniejsze i to nie tylko ze względu na podnoszenie ilości wiedzy, jaką trzeba opanować… A czym sobie zapracowałam na to? Ano, tylko tym, że jako jedyna napisałam zapowiedzianą kartkówkę na pozytywną ocenę. A naprawdę nie uczyłam się do niej jakoś super, bo notatki w piątek wieczorem przeczytałam raptem dwa razy i w sobotni poranek jeszcze raz i przeglądnęłam parę akapitów z książki. Naprawdę nic nadzwyczajnego. Wręcz byłam pewna, że zawalę sprawdzian po całości, za to inni napiszą go śpiewająco. No i nie pomogłam nikomu, nie dałam ściągnąć i nic nie podpowiedziałam, bo najzwyczajniej w świecie byłam skupiona nad swoją kartką i wyciąganiem z mojego zakutego łba zagubionych gdzieś tam informacji. Jest mi niezmiernie przykro, że się stało, co się stało. Żałuję, że umiałam tyle, że napisałam porządnie sprawdzian. Gdybym solidarnie nie zaliczyła, byłabym nadal tą „swoją”. A tak… znów jestem outsiderem, faworytą nauczyciela. Pewnie dlatego, że słucham, że nawiązuję kontakt wzrokowy i – jako osoba upośledzona wizualnie, o obdarzona zaawansowaną krótkowrocznością – siedzę zawsze w pierwszej ławce, niedaleko biurka nauczycielskiego, i staram się robić wszystko jak najlepiej. Nie zawsze to „najlepiej” wychodzi, bo ani wiedzy nie mam jeszcze takiej, jak trzeba, ani ręce nie są wyćwiczone do ruchów, jakie muszą wykonać. A jak się mi coś palnie głupiego albo zrobię nie taki ruch, jak trzeba, to się ze mnie wykładowca śmieje. A ja razem z nim, jak sobie uświadomię, co takiego zrobiłam. Cóż… i tak pozostanę tą „złą” dla części grupy. Tą, która kłamie, nie trzyma szeregu i nie solidaryzuje się z pozostałymi…

29-03

Przeszło mi. Już mi lepiej.

Wczoraj naprawdę był popaprany dzień. Najpierw nie mogłam znaleźć budynku, w którym mieliśmy mieć zajęcia z przedsiębiorczości. Nasz Inkubator Przedsiębiorczości jest na takim wygwizdowie, że nawet wrony tam nie dolatują. Nie ma żadnych oznaczeń, szyldów, kierunkowskazów – nic, co by ułatwiało namierzenie tego cuda „ufundowanego” przez miłościwie nam panującą nową Panią Prezydent. Nawet Pan Ochroniarz w kanciapie, pilnujący wjazdu na teren zakładów nie wiedział, gdzie mnie skierować. Tragedia. Dobrze, że wyruszyłam z domu wcześniej i miałam godzinę do dyspozycji na odnalezienie się na tym wywiejewie. Same zajęcia prowadzone były w stylu: „wyświetl – przeczytaj na głos”. Do tego nie wiem po co przełączały kobietki komputery, żeby pokazać różne prezentacje? Nie można było tego zgrać na pedndrive’a? Albo od razu na jeden laptop? Nie rozumiem niektórych ludzi… Oferta Inkubatora nie jest raczej skierowana do mnie, jako przyszłego technika masażysty. Nie mają sal, które można by zaadoptować na salon odnowy biologicznej. Mają biura. I tylko biura. O różnej powierzchni, wyposażeniu i naświetleniu. Na razie wieje pustką, ale dopiero co otworzyli ten przybytek. I tak po prawdzie zaczyna się sypać, bo ściana na klatce schodowej ma duże, widoczne pęknięcia, które sugerują, że ktoś tynk położył nie tak, jak trzeba. Ale jest darmowy internet, czynsz, w którym jest zawarte wszystko, włącznie z księgowością i wsparciem prawnym jest naprawdę niziutki (w pierwszym roku wynosi 12,80 zł za 1m2) i można się rozwijać, starając się utrzymać na powierzchni przez te pierwsze lata. Dla masażystów i kosmetyczek mają do zaoferowania wielki hangar: 105m2. Jeszcze jest w remoncie, ale ma potencjał. Aczkolwiek, kiedy dodałam dwa do dwóch, wyszło mi, że mimo tak niskiej stawki nie będzie mnie stać na wynajem tego pomieszczenia, by płacić miesiąc w miesiąc ok. 1400 zł. Za samo miejsce do pracy. Ja wiem, że właściciele sklepów i punktów usługowych usytuowanych w samym mieście muszą płacić miesięcznie o wiele wyższą kwotę na „dzień dobry”, ale dodając dalsze dwa do dwóch, wychodzi na to, że musiałabym zarobić co najmniej 2,5 tysiąca, żeby starczyło na same opłaty, co się przekłada na 50 klientów miesięcznie, czyli 8-9 dziennie (!) licząc za jeden prosty masaż 50 zł od osoby. Kiedy jeden zabieg standardowo trwa jakieś dajmy na to 40 minut, wychodzi, że musiałabym codziennie, nieprzerwanie pracować przez 6 godzin. Nie jest to wykonalne przy obecnej mojej kondycji, gdzie po dwóch godzinach jestem już totalnie wykończona i robią mi się zakwasy na kciukach… jest opcja, żeby się zebrać w klika osób, wtedy można by podzielić koszty utrzymania na np. trzy kieszenie i już zamiast 1400 zł jest do zapłaty ok. 467 zł. I wtedy lepiej to wygląda. I można przyjąć więcej chętnych. Niestety, znając nasze miejskie realia nie będzie chętnych 50 osób codziennie. Choćby nie wiadomo, jak cudowne usługi by się świadczyło. Brak pracy zarobkowej, która dotyka naprawdę bardzo wielu mieszkańców tego miasta nie pozwala na wydawanie pieniędzy na takie zbytki, jak masaż. Chyba że podpisze się kontrakt z NFZetem. Wtedy będzie roboty od groma, ale czy z takiego kontraktu będzie można się utrzymać na powierzchni? Na te pytania zdobędę odpowiedzi dopiero na ostatnim semestrze. Na razie pozostaje uczyć się, przygotowywać dobrze do egzaminów wewnętrznych i państwowych, a potem zaczepić się gdzieś. Albo na swoim, albo u kogoś na garnuszku. Ale to jeszcze mnóstwo czasu… A wiecie, co było w tym „szkoleniu” najlepsze? Kanapki! Takich połączeń smakowych sama bym nigdy nie wymyśliła. Na przykład kanapka z pastą jajeczną, plasterkiem żółtego sera, połówką winogrona i listkiem rukoli. Pychota! Co jak co, ale akurat to im się udało 🙂 Obżarłam się tymi pysznościami po uszy 😀

Aura jest mocno niesprzyjająca pracom polowym. Dla mnie jest zabójcza, bo szybciutko stracę czucie w dłoniach i będę je długo odzyskiwać. Jest mokro i zimno. Szkoda, bo miałam nadzieję, że skoro dziś mam wolne od szkoły, to zrobię coś pożytecznego. A tu nie ma takiej opcji. No cóż, trzeba będzie zająć się robotą w domu. Albo po prostu zrobić sobie wolne.

Oczywiście wróciliśmy też do gry MMORPG, czyli Aiona i sobotniego LAN-Party. Niestety, gra się ciutkę nie kleiła, bo mnie się oczy same zamykały i myślenie naprawdę było wyczynem, a i reszta grupy nie była też w najlepszej kondycji. Ale zabawa – jak zwykle – była przednia. I na zakończenie – zbiorowa fotka:

Aion0008

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, nauka, rozrywka

Postanowienia noworoczne

Tak po prawdzie, to nigdy takich postanowień sobie nie robiłam, bo i tak wszystkie moje plany dalekosiężne brały w łeb. Ba! Nawet te bliskosiężne. Wynikało to nie z mojej opieszałości w podejściu do sprawy, bo jeśli już coś sobie zaplanowałam, to mi na tym musiało zależeć, ale z przyczyn losowych. Zwykle w moim życiu jest tak, że nigdy nie mogę być pewna, co tak naprawdę będzie jutro. Nawet jak miałam jakieś stałe zajęcia (szkoła, praca), to i tak zdarzało się coś niespodziewanego, mniej lub bardziej przyjemnego. I zwykle całkiem zaburzało plan dnia. Rozkładając przy okazji plan na cały tydzień. I tak oto nauczyłam się żyć z dnia na dzień, by uniknąć nieprzyjemnych rozczarowań.

Teraz te plany wyszły same z siebie. Planowałam wybłyszczyć mieszkanie na ubiegłe święta. Nie udało się. Wyjechałam w trybie zaskakującym i natychmiastowym na roboty (historia się pisze w bólach i w krótkich seriach po parę zdań, bo czasu mi na wszystko nie starcza). I z planów nici. Jak zwykle. Wybłyszczam je teraz. Na razie naprawdę nic nie widać, żeby się zmieniło na lepsze, ale jest czyściej. Mam do spalenia (bo niszczarka do dokumentów została zajechana, niestety) cały, sześćdziesięcio-litrowy wór papierzysk. Będzie czym palić w kozie na wiosnę na działce.

Mogę rzec, że w bojach o szeroko pojętą normalność mieszkania osiągnęłam już ok. 75% w dużym pokoju i 90% w łazience. Została jeszcze kuchnia i mały pokój warsztatowy. W tym ostatnim pójdzie chyba najszybciej, bo niedawno był ogarniany w związku z pojawieniem się nowych mebli.

Druga rzecz, to niedzielne śniadania. Kiedyś były zawsze obecne w naszym domu. Obojętne, czy ktoś przyjeżdżał do nas w odwiedziny i zostawał na noc, czy byliśmy sami. Potem jakoś od tego odeszłam, zapomniałam o tej naszej małej „tradycji”. Teraz postanowiłam do niej wrócić. I nie dawać sobie na luz, nie popuszczać, bo znów zrobi się zimno i nijako. Co prawda poza sezonem nie ma na stole takich rarytasów, jak świeże pomidory, czy ogórki, ale pojawić się może zawsze ćwikła z naszych gigantycznych buraków, ogórki w musztardzie, czy zebrane jesienią i zamarynowane grzybki. A zamiast keczupu – przecier z naszych pomidorów. Póki ziemia żyzna, a lasy zasobne z głodu nie padniemy.

A w chwilach, kiedy już sił nie starcza na nic oprócz rozpłaszczania zadu przed kompem, bo jeszcze nie czas na spanie, gram w Aiona. Wczoraj zrobiliśmy sobie LAN Party ze znajomymi, którzy też w to grają i było naprawdę świetnie. Tyle mobów się zatłukło, tyle przy okazji zadań się zrobiło i… dwa poziomy w górę!

A oto nasza wesoła ferajna:

Od lewej: Kleryczka, Barbarzynka, Inżynier i Zaklinacz żywiołów.

Od lewej: Kleryczka, Barbarzynka, Inżynier i Zaklinacz żywiołów.

Aion Aion

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, rozrywka, życie

Na Nowy Rok 2015

Niechaj się Wam darzy szczodrze, a Los łaskawy dla Was był w każdym dniu nadchodzącego roku.

Aby każdy dzień w nim zawarty był coraz to lepszy.

Do Siego Roku!

Szczęśliwego Nowego Roku!

Szczęśliwego Nowego Roku!

2 Komentarze

Filed under rozrywka, życie

Nie wiem, zarobiona jestem

Wariacki był ostatni tydzień. Wszystko za sprawą pokazu dla lokalnej organizacji historycznej. Nie miałam czasu na nic zupełnie, bo trzeba było napisać tekst do interpretacji legendy, by dopasować wszystko do naszych możliwości, potem nagrać wszystko i zmontować. Najlepszy czas do nagrywania był późno w nocy, bo inaczej nie było szans na uzyskanie czystego głosu, kiedy za plecami szaleje 15 papug, a po prawej stronie biega, roznosząc klatkę w drobny mak, królik. No po prostu się nie da. Tak więc trzy nocy zarwane, za dnia ćwiczenia walki na miecze, a po południu próby inscenizacji. Boję się, co zastanę na działce. Aż się boję tam jechać… oczami wyobraźni widzę wszystko przeryte przez krety, zjedzone przez nornice i pognite od deszczu… brrr…

Wszystko się udało wyśmienicie: ludziskom, którzy byli w stanie stać na deszczu podobało się to, cośmy dla nich przygotowali i nawet deszcz siąpiący chyba przez cały czas ich nie odstraszył, i byli z nami do samiutkiego końca. Piszę „chyba”, bo w ferworze walki nie byłam w stanie ocenić, czy coś leci z nieba, czy nie. Co innego było mi w głowie.

Bilans strat? Obite ramię G., guz na mojej głowie (nie utrzymałam tarczy przed niespodziewanym atakiem), rozcięty wewnątrz policzek (nawet nie wiem dlaczego, czym i kiedy), pocięte od miecza ręce jednego z walczących i na pewno co najmniej trzy osoby złapały przeziębienie. Obolałych mięśni i stawów oraz co i rusz pojawiających się nowych siniakównie liczę. Ale – mimo wszystko – jesteśmy zadowoleni. Wszystko wyszło, jak miało wyjść, choć proch mokry był, lonty zapalać nie chciały, a i nagłośnienie robiło sobie niekiedy jaja. Mam nadzieję, że ludziska będą długo wspominać nasz występ. Wiecie skąd ta nadzieja? Bo słyszałam z wiarygodnych źródeł, że podczas ostatniej sceny widzowie uronili co najmniej jedną łzę. Ha! Tacy zdolni jesteśmy! Ludzi do łez doprowadzamy. Hi hi hi!

Dla mnie jeszcze nie czas na lenistwo, bo jutro biegnę do pobliskiej biblioteki miejskiej pokazać, jak się przędzie na wrzecionie i tka przy pomocy bardka. Wszystko to w ramach programu Europejskie Dni Dziedzictwa 2013. Mam tylko nadzieję, że mi giezło, gacie i nogawiczki wyschną do tego czasu, bo musiałam wszystką bieliznę wyprać po pokazie. Wełny do przędzenia mam spory zapas, więc tu nie będzie problemu, za to krosenko muszę osnuć, a to trochę potrwa, bo nawet wzoru jeszcze w głowie nie mam wykiełkowanego… ale to nic. Do wieczora mam czas na osnucie.

Nic to… czas na drugie śniadanie, a potem dalej do prac domowych…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, zaokienne życie