Monthly Archives: Grudzień 2008

Szok…

Przeżyłam szok. Szok, z którego wciąż nie mogę się otrząsnąć.
Szok ów wziął się z książki, a raczej dopadł mnie po jej przeczytaniu.
Książka, którą odnalazłam wśród literatury typowo dziecięcej, a która tak mną wstrząsnęła, nosi tytuł „A w Patafii nie bardzo”, jej autorem jest Jacek Nawrot.
Bohaterami opowieści jest czworo ludzi: profesor Bernard Pstrix, kapitan wywiadu i najlepszy szpieg Arkadiusz K. Fuś alias Armis Frument, wnuczka profesora Semiramida i młody Patafijczyk Hadrian.
Zadaniem profesora jest odnalezienie źródeł choroby (zwanej „szmalcofrenią”), jaka toczy Patafię. W wykonaniu badań pomagać mu ma kapitan Fuś, zaś Semiramida i Hadrian dołączają się do wyprawy badawczej zupełnie przypadkiem.
Autor bardzo dokładnie opisuje symptomy szmalcoferenii: uprawy na sprzedaż („dopingowane” pastą do czyszczenia toalet) i dla siebie (czyste ekologicznie – jak dziś by to powiedziano); oczekiwanie na zapłatę za byle jaką usługę, nawet tę najgorszą, liczy się iście po królewsku; zakłady – jełczarnie, produkujące stare masło, bowiem na świeżym restauracje zarabiają dodatkowo; opóźnienia pociągów pomniejszane przez łapówki wręczane konduktorom i maszyniście itd. itp.
Patafianie mają obsesję na punkcie wyjścia na „swoje”. Cokolwiek się nie zdarzy, w ich umysłach włącza się kalkulator, wyliczający skrupulatnie każdego mormula (jednostka monetarna w Patafii), jakiego można zarobić.
Każdy żyje dla siebie i na własny rachunek, gnając za pieniędzmi, zapominając o najbliższych.
Wiele może o Patafianach powiedzieć poniższy cytat, gdzie Semiramida szlifuje swój język patafijski, a w szczególności odmianę przez przypadki:

Semiramida siedziała na pniaku z „Krótkim zarysem gramatyki patafijskiej” i uczyła się odmiany przez przypadki. (…)
– Pierwszy łomotnik: kogo, czym? Drugi opluskwiacz: z kim, o kim? Trzeci szanownik…
– Nie szanownik, tylko smarownik: komu ile? Czytaj uważnie.
– Aha, dobrze. Czwarty niechętnik: po co, dla kogo? Piąty wołacz: o, k! O, k? Co to znaczy?
– Taki wołacz, bardzo popularny w Patafii – skrzywił się Aramis. – Nie musisz koniecznie go używać.
– W porządku, jeden przypadek mniej do wkuwania. Szósty podkadzacz: komu, jak? Siódmy kiblownik: za co, ile? Ojeej… Pierwszy łomotnik…

Wiele język potrafi powiedzieć o narodzie, który się nim posługuje.
Wnikliwie wczytując się w każdy akapit doznałam szoku, o którym pisałam na wstępie. Patafia, może karykaturalnie, ale jakże trafnie ukazuje nam nasze własne podwórko. Łapówki krążące z rąk do rąk za wszystko, nawet za te usługi, które należą do zasmarkanych obowiązków. Nie posmarujesz – nie pojedziesz.
Książka wydana została w 1985 roku, czyli 24 lata temu, a to, co zawiera, jest nadal aktualne! Czy nie ma szans na to, by zmienić Patafię w normalny i przyjemny kraj, gdzie nie trzeba nikomu podejrzliwie patrzeć na ręce, czy aby nas nie oszukuje?
Żeby więcej było takich oto scen:

Na jednym domu siedział dziadek w starym kapeluszu przekrzywionym na bakier i głośno wyśpiewywał. Zrywał spróchniałe gonty i przybijał nowe. (…)
– Piękna piosenka- zawołał kapitan do dziadka. – Taka wesoła. Nigdy jej nie słyszałem.
– Ano, panie, trzeba coś wesołego pośpiewać, jak się ludziom dach szykuje. Będzie się im lepiej mieszkać, zdrowo i wesoło.
– Jak pan mówi?
– Zwyczajnie. Jak się dla ludzi coś robi, to muszą być życzliwe ręce i życzliwa głowa. A śpiewanie przez ręce wchodzi w tę robotę. Potem się ludziom lepiej żyje. Czy się chleb piecze, czy buty szyje, czy dach łata, trzeba pamiętać o człowieku, co w tych butach będzie chodził albo ten chleb jadł.(…)
Na mostku jakiś chłopak mocował się za złamanym drągiem, wystającym z dziury w moście.(…)
– To ty jesteś wyznaczony do opieki nad tym mostkiem?
– E tam, kto by wyznaczał. Przechodziłem, widzę – dziura. No to żem się wrócił po łopatę i siekierę, trzeba naprawić, myślę, bo jeszcze wieczorem kto nogę skręci…
– A inni nie mogą naprawić?
– A po co inni? Dla innych też będzie. Jest co naprawiać na świecie, dla nikogo nie braknie. (…)

Ano, prawda, dla wszystkich coś do naprawienia się znajdzie. Starczy wpierw popatrzeć na samych siebie…

4 komentarze

Filed under hobbystycznie, recenzje, życie

Między okładkami

Książki.

Całe ich tabuny otaczają mnie każdego dna o każdej porze: w pracy, podróży, domu…

Książki…

A w nich treść, ilustracje i… to, co pozostawią między okładkami czytelnicy. A to zaschnięty liść, czy kwiat, a to „święty” obrazek, który dobrze sprawdzał się, jako zakładka, a to kartka z pozdrowieniami z wakacji, a to zapomniany, stary sprawdzian…

Pomiędzy okładkami, ba! nawet w samej okładce może się czaić coś, czego raczej ciężko się spodziewać: ekierka lub… zasuszona, opalizująco zielona mucha.

 

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Nim wstanie słońce…

… człek już zmuszony jest do dreptania w stronę miejsca, gdzie może zarobić na chleb codzienny. Chleb może i codzienny, ale widoki, jakie po drodze może podziwiać są zgoła niecodzienne…

 

… czyż nie?

1 komentarz

Filed under praca zawodowa