Tag Archives: rzodkiewka

Work, work, work

Z pracy do pracy i potem jeszcze do pracy, jeśli czas pozwala i pogoda. Mam na myśli kolejno: pracę zarobkową, przetwory w domu i lekkie porządki (bo pies zrzuca sierść ciągle, a papugi robią „porządek” zawsze i wszędzie), a jak starczy czasu, to lecę na działkę ogarnąć to i owo.

Dziś udało mi się nastawić ogórki do kiszenia. Wreszcie! Na szczęście żadnego nie musiałam wyrzucać z powodu zepsucia. Są wytrzymałe, wielkie i przesłodkie. Słoików wyszło jedynie cztery. Jeszcze dwa mam w zapasie. A słoiki „ledwo” czterolitrowe. Mam nadzieję, że wyjdą choćby dobre.

A taki ładny mutancik nam wyrósł :)

A taki ładny mutancik nam wyrósł 🙂

Pełny zlewozmywak pyszności :D

Pełny zlewozmywak pyszności 😀

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić...

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić…

A tak wyglądają wiśnie i inne owoce (porzeczki, truskawki) gotowe na przyjście zimy:

Słoiki z martwą naturą w tle ;)

Słoiki z martwą naturą w tle 😉

Jeszcze zostały mi do zamarynowania rzodkiewki, za chwilę do słoików pójdą kalarepy i fasolka szparagowa. Cukinie dojrzewają w oczach, dynie robią się coraz bardziej krągłe, a i pomidory już zaczynają dojrzewać. Będą kolejne przeciery. Śliwki węgierki i mirabelki się zaczynają wybarwiać, więc i kolejne konfitury i kompoty będą pojawiać się w spiżarni.

Wciąż namawiam na działkową sałatę 😉

I na darmowy masaż 😀

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, pieseł, praca zawodowa, życie

Porzeczkowa puszcza jeziora blask przepuszcza…*

06-07

I znów chwila wolna, w której można nadrobić parę spraw, na które nie było wcześniej czasu. Albo sił. Lub pomysłów.

I tak już zaczynam nadrabiać zaległości działkowe. A jest nad czym pracować, bo chwast rośnie szybko i nie pyta, czy może się rozgościć, zagłuszając wszystko wokół. Ale udaje się go wyprowadzić z miejsc, w których nie jest mile widziany. Z miłą chęcią cały dzisiejszy dzień bym przesiedziała „w polu”, ale przy takim upale bardzo szybko bym poległa. Już raz przerabiałam w tym roku, w piątek, robotę w pełnym słońcu od godziny 14. I mimo że miałam na głowie i chustkę, i kapelusz słomkowy, to i tak słońce mnie pokonało: głowa mi zaczęła pękać jeszcze tego samego dnia wieczorem. A nie mogę sobie teraz pozwolić na wyłączenie z życia nawet na jeden dzień.

Porzeczki zebrane zostały wszystkie: czerwone zebrał Z. i mam nadzieję, że jeszcze coś się da z nich zrobić, a czarne zbierałam własnoręcznie. Nie omieszkałam oczywiście popróbować. Są naprawdę słodkie. Kwintesencja porzeczkości. Będą konfiturki. Tylko niech mi się gary pomyją w zmywarce.

Sałata już jest gotowa do zbiorów, więc kto miałby ochotę, zapraszam serdecznie albo na działkę, albo sobie zamówić i przyturlać się po odbiór zielska. Szpinak też już jest gotowy do zjedzenia. Mam jeszcze rzodkiewki, których jest bardzo dużo, więc się pęczkiem mogę podzielić. Co prawda lekko zaczynają już drewnieć, ale nie przeszkadza to w ich schrupaniu.

Za chwilę będę rwać wiśnie, które już się pięknie czerwienią na drzewie. Będą konfiturek kolejne słoiki. Jeden woreczek zapewne wrzucę do zamrażalki, by było na potem. Na kompot na ten przykład.

Także roboty jest masa, na nudę nie narzekam, jedynie na za krótką dobę i nadal za krótki dzień, by ze wszystkim zdążyć.

* * *

Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z działki zauważyłam kilku chłopaków biegnących chodnikiem po przeciwnej stronie ulicy. Nie wyglądało to niepokojąco, dopóki ten, który biegł pierwszy, nie krzyknął „Ratunku!”. Goniła za nim trzech blokersów: dobrze odżywieni, widać, że na siłownię nie szczędzili. Biegli za młodym, jak psy myśliwskie za zwierzyną. Oceniwszy swoje możliwości stwierdziłam, że zadzwonię na Policję, gdy coś się zacznie dziać. Sama nie miałam nawet po co stawać przeciwko trzem napakowanym dryblasom. Na szczęście chłopak wykorzystał to, że w jego stronę jechał samochód, więc zaryzykował potrącenie, by tylko blokersi się od niego odczepili. Miał szczęście: auto miało cholernie dobre hamulce, kierowca – świetny refleks. Chłopak zabrał się z zatrzymanymi w ryzykowny sposób ludźmi, a blokersi zniknęli w bocznej uliczce.

Obudził się we mnie bohater, ale został stłamszony przez rozwagę. Zwłaszcza, kiedy przeliczyłam możliwości swoich niewyrobionych mięśni i nikłego wzrostu w stosunku do trzech rosłych byczków. I tego chłopaka, i mnie roznieśliby na markowych Adidasach w try miga. Chyba zacznę ćwiczyć jakieś sztuki walki, bo źle się czuję, kiedy mój superbohater musi się schować w budce telefonicznej, zamiast z niej wyjść z rozwianą peleryną.

Masaże. Jeśli ktoś z moich znajomych z KK i bliskich chciałby się poddać zabiegom pod niewprawnymi jeszcze dłońmi, które ćwiczyłam sumiennie przez ostatnie pół roku (od lutego br.), to proszę o kontakt. Można się wpisać w komentarzach, można napisać e-mail: tatsu@o2.pl lub tatsusachiko@gmail.com. W tygodniu mam wolne popołudnia (od 7-9 lipca), a w ten weekend wyrabiam ostatnie zmiany w pracy, więc w piątek (10 lipca) i niedzielę (12 lipca) mam czas od rana do najdalej godziny 14. W sobotę (11 lipca) popołudnie raczej spędzę „w polu”, bo i tak kończę zmianę o 16, więc to najlepszy czas, by po drodze skoczyć na działkę i popracować nad jedzeniem. Jak wcześniej pisałam: są to moje prywatne praktyki zawodowe, by nie zapomnieć technik i nadal się rozwijać, więc nie mogę za nie brać ani grosza. Będzie mi wystarczył fakt, że mogę komuś pomóc. Zwykłe „dziękuję” też wystarczy. Nie posiadam jeszcze stołu do masażu (powolutku zbieram sobie na niego), więc masaż będę wykonywać na podłodze lub twardej kanapie/sofie/łóżku/innym, płaskim leżadle. Ręczniki/prześcieradła oraz olejek do masażu, a także płytkę z muzyką relaksującą będę mieć zawsze ze sobą, co nie znaczy, że na życzenie masowanego nie będę używać tego, co mi zaproponuje ze swojej „apteczki”. Zatem zapraszam do kontaktu.

Wrzucam garść zdjęć z ostatnich tygodni, byście nie czuli niedosytu, że tak mało i tak rzadko zdarzają się wpisy, a ja idę gotować konfitury.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Młoda brukiew w tym roku obrodziła. Zobaczymy, jakie będzie mieć korzenie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Niutaki. Działkowe. Dzikie.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Rzodkieweczki. Mają naprawdę rzodkiewkowy smak.

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. :(

Piękne kiście czerwonej porzeczki. Niestety, jakiś żul przylazł i zabrał większość z nich. 😦

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Patison się nam trafił. A miał być cukinią.

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Maluteńki zawiązek dyniowy (czerwiec 2015). Ciekawe, jaki będzie, gdy już będzie gotów do zbioru?

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Kalarepka nam wreszcie wyrosła. Nie ma ślimaków, są warzywa.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Sałata jeszcze nie wyrośnięta w czerwcu była, teraz jest już gotowa do zbioru, bo już zaczyna z wolna zakwitać.

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii :P

Brokułek. Jak ze sklepu. Ale lepszy, bo smaczniejszy i na naturalnym nawozie, a nie na chemii 😛

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru :D

Zielone jeszcze pomidorki. Znów będzie mnóstwo pysznego przecieru 😀

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

Wiśnia się nam obsypała owocami gęsto. Jak co roku. To skarb mieć takie drzewo.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

I w tym roku śliwka nie zawiodła, a podobno miała po poprzednim wysypie sobie odsapnąć z owocami, a jest ich o wiele więcej, niż w ubiegłym roku.

Ja i moje trofea :D

Ja i moje trofea 😀

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? ;)

Ogóreczki już rosną. Będą małosolne? 😉

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski...

Malutkie jeszcze cukinie. W tym roku wszystkie wyglądają tak samo. Gdzieś się zgubiły te jasnozielone w paski…

Patison w drugiej odsłonie.

Patison w drugiej odsłonie.

Dyńki rosną :)

Dyńki rosną 🙂

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego :)

Kalafior, pierwszy w tym roku. Jest niesamowicie słodki, nie to, co dają w sklepie, czy na targu. Dawno już nie jadłam takiego 🙂

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Czereśnie z dzikiego drzewa, rosnącego tuż za płotem. Są przepyszne!

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

Buraczki rosną, mimo pierwszych problemów z wykiełkowaniem. Ciekawe, czy i w tym roku będą gigantyczne?

*) cytat pochodzi z piosenki Jacka Kowalskiego pt. „Powój, perz i mlecz„.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie, złota polska młodzież

Pole, pole… łyse pole…

Może już nie takie łyse, choć skrupulatnie obieram grządki z chwastów, żeby warzywa miały gdzie rosnąć. Za chwilę trzeba będzie siać kolejne rośliny, żeby mieć co jeść przez zimę. Roboty huk, ale cieszę się, że mam co robić. Owszem, ręce mam „zgnojone”, pod paznokciami ziemia, której żadna szczotka (może ryżowa dałaby radę, ale nie próbowałam) nie chce wymieść. Nogi wyłażą uszami od godzinnych (w jedną stronę) spacerów w tę i nazad. Skóra od gliniastej gleby wysusza się, jak rodzynka i pęka. Ale, jak się tak człek popatrzy, jak to wszystko rośnie, jak się pnie ku górze, jakie potem owoce da i ile tych owoców, to aż serce roście…

Grządki są czyste (te, na których już jest posiane i rośnie), Zielnik wreszcie wyczyszczony po zimie, więc można siać zioła na nowo. Część z poprzedniego roku się powysiewała i już rośnie, ale to za mało. Nie będę musiała dosiewać melis, mięty i estragonu, bo przetrwały zimę i już pięknie odbijają, zieleniąc się na potęgę. Rabarbar też odżył. Trzeba będzie narwać i zrobić ciacho. Takie drożdżowe. Z posypką.

Wybaczcie krótką i mało treściwą notatkę, ale naprawdę trochę się wymęczyłam. Głównie spacerami. Rower czeka na naprawę, bo bez hamulca nigdzie nie pojadę.

Zostawiam Was zatem, drodzy czytelnicy z garścią najnowszych fotografii zrobionych na skrawku wsi w mieście…

Filonek bezogonek tunelowy ;)

Filonek bezogonek tunelowy 😉

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek :(

Takie fafołki się zrobiły na liściach młodych śliwek 😦

Pole kwitnących truskawek :)

Pole kwitnących truskawek 🙂

Pole rzodkiewek

Pole rzodkiewek

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Ledwo wyrosły groszek (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Malutki bób (zdjęcie sprzed tygodnia)

Czyżby odrastał dziurawiec?

Czyżby odrastał dziurawiec?

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Ciężko było złapać skubańca, tak się uwijał przy kwiatach.

Konwalijki działkowe.

Konwalijki działkowe.

Murarki się zamurowały :)

Murarki się zamurowały 🙂

Czosnek nam zakwitł :)

Czosnek nam zakwitł 🙂

Mlecyk :D

Mlecyk 😀

Leśny skrawek przy Ruderce.

Leśny skrawek przy Ruderce.

Jeszcze mało widać, ale - wierzcie mi na słowo - rośnie :D

Jeszcze mało widać, ale – wierzcie mi na słowo – rośnie 😀

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę ;)

Rosną nie tylko chwasty, naprawdę 😉

I malutkie buraczki :)

I malutkie buraczki 🙂

Zielone czarne porzeczki ;)

Zielone czarne porzeczki 😉

Już widać pierwszą truskawkę :D

Już widać pierwszą truskawkę 😀

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie :)

Ale więcej jest na razie kwiatów, niż owoców. Ale wszystko w swoim czasie 🙂

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany :) i nie przemarzł wcale, a wcale :D

Ledwo listki wypuścił, już zawiązuje kwiatostany 🙂 i nie przemarzł wcale, a wcale 😀

Się zieleni :)

Się zieleni 🙂

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek ;)

Groch już za chwilkę będzie potrzebował tyczek 😉

Rośniemy :D

Rośniemy 😀

I rzodkiewki się zaokrąglają :)

I rzodkiewki się zaokrąglają 🙂

Rzodkiew ładnie wybujała.

Rzodkiew ładnie wybujała.

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Cebulka szykuje się do kwitnięcia. I nie wiem, czy mam jej pozwolić kwitnąć, czy kwiaty obrywać?

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny...

Pięknie kwitnący len. Niestety, chyba nici z niego nie będzie, bo to dwuletni, ozdobny…

Melisa, mięta i estragon :)

Melisa, mięta i estragon 🙂

Kwitnie na potęgę :D

Kwitnie na potęgę 😀

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, rolniczo

Zupa z rzepy

Jako że rzodkiewki się skończyły, za to rzepa obrodziła równie dobrze, a na kulinarnym blogu odtwórczej koleżanki pojawił się intrygujący przepis, postanowiłam spróbować ugotować tę dziwną zupę.

Oryginalny przepis wygląda tak:

***

Zupa z rzodkiewek
 
3 pęczki rzodkiewek
5 szklanek bulionu warzywnego
szklanka jogurtu
duża cebula
sól pieprz
Rzodkiewki oddzielić od liści, liście porządnie umyć i zlać wywarem. Gotować około 15 minut w tym czasie zeszklić drobno posiekaną cebule, z podzielonymi na ćwiartki rzodkiewkami, wywar z listków przelać i przetrzeć przez sito, dodać podsmażone rzodkiewki, dodać soli i pieprzu do smaku, na sam koniec podawać z kleksem jogurtu. 
***
Ja, zamiast rzodkiewek, użyłam rzepy. Około 400 gram, ważonych łącznie z liśćmi. Bulion warzywny zrobiłam, niestety, z kostek (ach, ta czysta, żywa chemia!) i okazało się, że soli zdecydowanie więcej już owej zupie nie trzeba. Ba! Nawet by się ziemniaków w niej przydało ugotować kilka, by sól wyciągnęły. No ale… jak pojawią się działkowe warzywa, to nagotuję własnego bulionu, bez soli.
Oto, jak wygląda owo danie w naturze:
Nie widać w niej jogurtu, bo się wziął i utopił w misce ;)

Nie widać w niej jogurtu, bo się wziął i utopił w misce 😉

Jest naprawdę przepyszna!

Trzeciego dnia dodałam do niej makaron i wcale nie zepsuło to smaku potrawy. Zagęściło ją jednak i sprawiło, iż stała się bardziej sycąca.

Polecam każdemu, kto lubi nieszablonowe potrawy.

2 Komentarze

Filed under kuchennie

Lato! Lato wszędzie!

Już był pierwszy dzień lata. Pogoda iście letnia: w słońcu 40 stopni Celsjusza, niebo prawie bez chmur i od czasu do czasu burza. Trochę za szybko przyszły upały i mój organizm ma pewne obiekcje, gdy chcę pracować na „polu”. A roboty naprawdę jest dużo: głównie to walka z chwastami. Takie moje działkowe syzyfowe prace.

Z wolna upiększamy nasz skrawek wsi w mieście. Powstaje nowe ogrodzenie, a już stoi nowa furtka. Stoi w takim miejscu, że już nikt raczej nie zaskoczy mnie pojawiając się nagle od tyłu. Pan Zbyszek robi to nagminnie, doprowadzając mnie nie raz na skraj zawału serca. Stoją też już słupki, niemal gotowe na przyjęcie nowej siatki, bo stara głównie składa się z rdzy. Niech no tylko beton porządnie stężeje.

Na ugorze dostaliśmy kawałek ziemi. Słupki stoją i czekają na siatkę. Potem ziemia poczeka na rekultywację i oczyszczenie, by móc ja wykorzystać na zagony pod kolejne warzywa. Trochę mnie martwi fakt, że Sąsiad wziął i cały ugór potraktował Roudapem (czy jak się to to pisze), a to cholerstwo jest trujące. Słyszałam, że przez co najmniej 2 lata odradza się hodować jakiekolwiek jadalne rośliny na takiej ziemi. Chyba że na tą „zatrutą” ziemię wysypie się dużo ziemi czystej… nie wiem naprawdę. Zobaczymy, jak to z tym będzie…

Rzodkiewki powoli się kończą. Te łagodne prawie wszystkie już wyrwane, za to odmiana okrągła, ostra niemal w całości poszła w kwiaty. Trochę się mi to nie podoba, bo miały być dwa zagony rzodkiewek, a nie jeden. Chyba w przyszłym roku nie będę w ogóle siać odmiany „Silesia”. A chciałam być regionalna… Rzodkiewki dosiałam jeszcze w puste miejsca. Może coś jeszcze z nich będzie do jedzenia. Jak nie, to się wysieje rzodkiewki na jesienne zbiory. Rzepa już ma solidnie wyglądające nad ziemię korzenie i zastanawiam się, czy już nie zaczynać jej zbierać. W sumie jest to odmiana wczesna, letnia, no a lato właśnie się zaczyna. Nie chciałabym, żeby się korzenie zrobiły drewniane, co się dzieje, kiedy przesadzi się z trzymaniem rzodkwi w ziemi. Ale z drugiej strony nie chce też się pospieszać ze zbiorem. Trzeba zerknąć na opakowanie po nasionach, co tam mądrego o zbiorach napisali. Albo po prostu wziąć i zaryzykować: wyrwać rzepę i zrobić z niej sałatkę do obiadu. Ze śmietaną, szczypiorkiem i nacią pietruszki. Pychota!

Reszta warzyw ma się coraz lepiej. Szczaw dorodnieje i za niedługo będzie mógł służyć, jako główny składnik szczawiowej zupy. Sałata, uwolniona wreszcie od ślimaków (żel ekologiczny do odstraszania naprawdę działa) zaczyna już wyglądać z wolna, jak sałata, a nie żałosne badylki. Pietruszka rośnie coraz szybciej i coraz więcej jej listków przybywa, więc nie da się nie odróżnić jej od chwastów, jak to miało miejsce jeszcze kawałek czasu temu. Por na razie trochę taki mizerny, ale ma wszak dużo czasu do jesieni, by zmężnieć. Najlepiej rośnie się za to naszym rachitycznym sadzonkom własnego chowu: kalarepie, kalafiorom, brokułom i (nawet) kapustom. Myślałam, że naprawdę nic z nich nie będzie, ale ładnieją z dnia na dzień. Groch zaczyna kwitnąć, a bób z wolna przekwita. Ciekawe, jaki będzie miał smak? Kukurydze rosną, ale daleko im do tych, które wysiano na polach. Ale myślę, że do jesieni spokojnie zdążą i zakwitnąć i dać kilka kolb. Choćby tylko ptakom na uciechę. Buraki też się wzięły za siebie i zaczynają wyglądać, jak boćwinka. Są jeszcze puste miejsca, gdzie jakoś mimo dwu prób nic nie wyrosło, to zasiejemy raz jeszcze. Będzie trochę buraków na później. Marchewka na razie idzie w nać. Czekam, kiedy pojawią się pomarańczowe zalążki korzonków. No i ciekawa jestem jej smaku. Czy będzie taka sama, jak u rodziców? Papryczki, seler i pomidory, dla których zabrakło miejsca pod folią zaczynają się dostosowywać do panujących na zewnątrz warunków. Paprykom ciemnieją liście, seler ciągnie się do słońca, a pomidory stoją dumnie wyprostowane, przeciwstawiając się pogodzie. Pomidory w tunelu już zaczynają kwitnąć. Boje się tylko, że poza kwiatami nic więcej nie będzie, bo jedynymi chyba tam przebywającymi owadami są komary. No i kilka much, których jeszcze nie przerobił na potrawkę pająk-krzyżak. Kilka dni temu zaniosłam pod folie dwie pszczoły. Strasznie senne były, niemrawe, ale z zaproszenia skorzystały i trochę się nektaru pomidorowego napiły. Zatem – może coś z tego wyniknie…? Nie wiem, czemu pod folią nie ma ruchu w pszczelo-trzmielim interesie. Wszak wciąż tunel jest otwarty na oścież i dostępny dla owadów wszelakich. Tak w ogóle, to tych owadów mało co widać na naszej działce. Nawet domek zawieszony wśród winogron nie pomaga i nie zachęca do osiedlania.  Zobaczymy… bo co jak co, ale na pomidory liczę i to bardzo. Brakuje mi przecieru, który robiłam z pomidorów otrzymanych od rodziców (z kupowanych się nie odważę robić czegokolwiek). Jest po tysiąckroć razy lepszy od tych wszystkich keczupów serwowanych na sklepowych półkach. Nic, niestety, mi nie zastąpi smaku prawdziwego pomidora i przetworów zeń zrobionych. Cukinie (trzy) wyrosłe z nasion z cukinii otrzymanej od rodziców mają się z dnia na dzień coraz lepiej. Dynia z kupionych nasion też sobie wspaniale radzi. Może dobrze, że tak niewiele ich wyrosło, bo będą miały gdzie się po grządce rozpychać. Ciekawe, jakie dadzą owoce. Niby dynie mają być olbrzymie… cukinie też do mikrusów nie powinny należeć… poczekamy, zobaczymy…

Drzewa mają się w miarę dobrze. Wiśnie tylko nam marnieją, bo się jakiś grzyb do nich przyssał i liście opadają niczym na jesień. Pan Zbyszek użyczył nam miedzianu na oprysk, ale naprawdę zastanawiam się, czy to robić teraz, kiedy dojrzewają owoce, a pod drzewem rosną warzywa niemal gotowe do zbioru. Na razie nie stać mnie na czysto ekologiczne środki (500 g  specyfiku kosztuje -bagatela – ponad 400 zł), więc się biję z myślami, co jest lepsze: czekać na zbiory i dopiero po tym zastosować preparat, czy też zrobić to jak najszybciej. Nie chciałabym, by ogołocone z liści wiśnie całkowicie obumarły. Za to brzoskwinia i orzech są obsypane owocami. Małe i niedorodne owoce zbieram. Dziennie wychodzi garść takich zaschniętych maluszków. Mówią, że to dobre tak wspomagać drzewo w owocowaniu, bo to, co zostanie, będzie miało więcej soków do rozdysponowania między siebie. A ma się co dysponować. Brzoskwinek jest trzy razy (co najmniej) tyle, co na jesieni poprzedniego roku. Może uda się oprócz ciast zrobić z brzoskwiń i jakieś dżemy, czy powidła? Zobaczymy. Jeśli chodzi o orzech, to z tego, co widzę, to nie będzie miał problemów z dociągnięciem  do rekordu 30 kg z poprzedniego roku. Mnóstwo zielonych owoców wisi między liśćmi. gorzej rzecz się ma ze śliwką, która niby owoców na dużo co roku. No cóż, w tym roku chyba odpoczywa, bo tylko pojedyncze śliwki da się wypatrzeć między gałęziami. Lepiej będzie ocenić liczebność, kiedy owoce zaczną przyjmować fioletowy kolor i odznaczać się między liśćmi. Jabłoń i gruszka na razie uczą się jak to jest być drzewem. Może za rok będą uczyły się, jak kwitnąć i może coś tam się z owoców (na tzw. spróbowanie) zawiąże. Na razie poznały, jak to jest mieć mrówki i gąsienice. Oczywiście mrówki już wytrute (nie znam na razie skuteczniejszej metody pozbycia się tych owadów niż słodki proszek), a gąsienice wysiedlone poza teren ogrodu. Nowych nie widać jak na razie. Za to listki i młode gałązki pojawiają się w ilościach hurtowych, jak na takie małe drzewka. Niech rosną. Na owoce przyjdzie czas.

Porzeczki czerwienieją coraz bardziej każdego dnia. Za chwilę będzie można je już zbierać. Nadmiaru nie będzie na pewno, bo co można zebrać z czterech, malutkich, zaniedbanych krzaczków? Ale zawsze starczy na przykład na kompot. Za to czarna porzeczka zadziwia wielkością jagód na kiściach. Toż to porzeczory są, a nie porzeczki! Już udało mi się spróbować jedną, przedwcześnie dojrzałą jagódkę. Pycha! Taka, jak porzeczka powinna być: lekko cierpka, nieco gorzka i delikatnie słodka. Szkoda, że mamy tylko jeden tak dorodny krzew. Reszta (zdobyczna z opuszczonych i porzuconych zupełnie ogródków) musi bardzo podrosnąć, zanim zacznie dawać TAKIE owoce. Winogrona zawiązują owoce i pną się po wszystkim i do wszystkiego przyczepiają wąsami. Wygląda na to, że jeśli wszystkie grona dojrzeją, to będziemy mogli oprócz przekąski i ciast, zrobić także wino. Butla na działce jest. trzeba ją tylko wyciągnąć, sprawdzić, czy jest nieuszkodzona, wyczyścić, dołożyć rurowy układ odpowietrzający i… czekać na rezultaty.

Truskawek zatrzęsienia nie ma i nie będzie, bo już z wolna zaczynają się owoce kończyć. Cóż, to co zebraliśmy, to i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że owocują krzaczki, które na tą wiosnę zostały posadzone do gruntu, na przydzielone im miejsce. Zatem, moim zdaniem, to, że w ogóle owocowały, jest dość szczególnym osiągnięciem. Z jednego zbioru truskawek starcza na dwie małe miseczki. Obowiązkowo ze śmietaną. W przyszłym roku będzie tylko lepiej. Bo krzaczki już się zaaklimatyzowały na tyle, że zaczynają puszczać wąsy. W sam raz na uzupełnienie miejsc, w których sadzonki się nie przyjęły.

Zioła rosną, jak na drożdżach. Już zostały użyte do przygotowania piersi kurczęcych, które z braku lepszego pomysłu i możliwości wrzuciłam do gara z wodą i sypnęłam nie żałując kolendry, cząbru, mięty i bazylii. Odpuściłam tylko sól, bo z racji schorzenia, z jakim boryka się G. tę akurat przyprawę ograniczamy. Wystarczy, że kasza jaglana była gotowana w lekko osolonej wodzie. Mimo tego mięso wcale nie było niedobre. Inne, niż to, do jakiego się przyzwyczaiłam, ale nie niejadalne. Spróbowałam. Jeszcze na wyrośnięcie majeranku i lubczyku czekam. Bo widzę, ze siewki już się pojawiły, że już się zielenią, ale za maleńkie to to do zrywania. Nagietek tez już wyrasta i nadgania stracony w nasionach czas. Tylko patrzeć, jak będzie kwitł. Czekam jeszcze na jeżówkę i lawendę, ale z tą ostatnią może być problem, bo ciężko kiełkuje bestyjka. Zobaczymy. Ucieszy mnie nawet jedna roślinka. Zawsze mogę pozwolić się jej rozrosnąć…

W tym wpisie zdjęć, niestety, nie będzie, choć są porobione i czekają na wrzutkę. Za to mam kilka ogłoszeń:

  1. Jeśli ktoś posiada gałęzie, cienkie deski i mógłby je pożyczyć celem wsparcia płożących się już z wolna pomidorów, to będę dozgonnie wdzięczna. Wszystkie użyczone drewienka oddam na pewno. Pod folią się nie zepsują.
  2. Do poniedziałkowego popołudnia (jak dobrze pójdzie) jestem podłączona do netu tylko kilka razy dziennie, bo korzystam z internetu limitowanego w komórce, z którego limit już się powoli wyczerpuje. Na GG jestem też, ale sporadycznie. Jeśli nikt nie ma nic pilnego, może pisać, odpowiem, jak się podłączę do sieci.
  3. Jeżeli ktoś chce nas odwiedzić na działce w godzinach wieczornych, polecam natrzeć się octem, wrotyczem lub innym środkiem odstraszającym te mało sympatyczne owady, bowiem po zachodzie słońca robią się dość uciążliwe.

I to by było na tyle tym razem.

Zdjęcia (jak pisałam wyżej) będą, kiedy łącze będzie normalnej szybkości i wielkości.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne, zaokienne życie

Dzieje się, dzieje!

Choć moje lenistwo zmusza mnie do wylegiwania się na długo po tym, jak zadzwoni budzik i do trwonienia zbyt dużej ilości czasu przy komputerze, to jednak jestem w stanie zrobić to, co sobie planuję na dany dzień. Zwłaszcza to, co planuje się do zrobienia na działce.

Miałam przez chwilę lekkie opory, żeby tam jechać, ale mi przeszło. Przez tę sprawę z ugorem mi się taka niechęć zrobiła. Ot, coraz ciężej mi się godzić z przeciwnościami losu.

A na działce? Oj, dzieje się, dzieje! Groch już wąsy wypuszcza, rzodkiewka w równiutkich rzędach się zieleni, słonecznik już drugie listki wypuszcza, rukola zaczyna wyłazić i sałata też się z wolna pojawia. Tylko cebula i buraki nie chcą się wykluwać. Znaczy buraków doliczyłam się trzech. Słownie: trzech sztuk. Nie wiem, czy dosiewać z innej paczki, czy też zostawić tak, jak jest i poczekać, czy coś jednak z tego wyrośnie?

Irysy i piwonie już maja nabrzmiałe pąki. Jeszcze dzień, może dwa i będę mogła się cieszyć widokiem kolejnych, pięknych kwiatów. Tulipany powoli kończą kwitnięcie tak samo i szafirki. Za to orliki się rozkwieciły w każdym, dostępnym im miejscu działki. Jeszcze jakbym gdzieś kosmoski znalazła, to już byłabym chyba w pełni szczęśliwa.

Na Zielniku kolendra pięknie wyrosła. Cząber się zieleni, len podrasta. Dosiałam jeszcze lubczyku i majeranku. Będzie trochę własnych przypraw w domu. Chrzan rośnie. Każdy z podarowanych korzeni się przyjął. Rabarbar kwitnie na potęgę i widać, że wiosenne przesadzanie zupełnie w niczym mu nie zaszkodziło.  Dostałam też kępę dorodnych fiołków trójbarwnych i też się przyjęły w zdecydowanej większości. Kwitną teraz jak szalone. Czosnek niedźwiedzi też widać, że dochodzi już do siebie, bo nowe liście są mocne i nie płożą się.  Dostał wczoraj sąsiada: szczypiorek czosnkowy. Mam nadzieję, że się dogadają.

Na Warzywnikach prawie wszystkie parcele zajęte. Bób otrzymał do towarzystwa kukurydzę cukrową, bo nasion tego pierwszego starczyło tylko na pół grządki, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Biała i szparagowa fasolka już też wczoraj zostały posiane. Ogórki też znalazły swoje miejsce na ziemi działkowej. Mam nadzieję, że będą rosły lepiej, niż buraki. Do wysiania została jeszcze cukinia i dynia, które chyba wylądują na tej samej grządce. Wszak jeszcze rozsady dojrzewają do wysadzenia na powietrze, a tu się parcele kończą. Myślę, że dziś pomidory przeniosą się do tunelu, zwalniając miejsce na okiennej szafce. Wyrosły już chyba maksymalnie, jak na warunki rozsadowe. Przy tym na okolicznych działkach już pomidory się widuje – znaczy najwyższy na nie czas. I jeszcze od Pana Zbyszka dostaliśmy cztery sadzonki pomidorów z gatunku „bycza krew”. Uwielbiam je, ale nigdzie nie mogłam znaleźć nasion, a rodzice zostawili sobie tylko tyle, by dla nich starczyło. Zapomniałam poprosić o kilka sztuk dla siebie. Teraz, jak już mam swoje (darowane, ale już swoje) będę zostawiać sobie nasiona do kolejnego wysiewu.

Oprócz pomidorów od Pana Zbyszka dostaliśmy też bulwy kwiatowe, którego nazwy ja nie znam, a sam Pan Zbyszek nie pamięta. Zobaczymy, co z tego wyrośnie, poszuka się potem w Internecie i zidentyfikuje.

A co na warsztacie? Ano nadal tkam sobie krateczkę (początki można pooglądać TUTAJ <- klik!) . Mam nadzieję coś z tek krateczki zrobić, ale na razie traktuję to jak eksperyment. Tka się powoli, ale po kilkadziesiąt centymetrów dziennie zawsze się dorobi. Zastanawiam się, czy to, co mi się roi w głowie aktualnie, uda się zrealizować w rzeczywistości? Nic, zobaczymy.

W wolierce spokój i codzienność. Codzienna porcja działkowej zieleniny zaspokaja potrzeby papuziastych w zupełności, bo i ziarna mniej zaczyna schodzić przy codziennym karmieniu. W sumie… mnie to pasuje. Za ziarno trzeba płacić, a zielsko jest za darmo. I nawet samo rośnie! Przy tym ma chyba więcej wartości odżywczych niż proso. no i na razie ptakom się nie przejadło jeszcze nic zielonego. Zawsze chętnie wcinają to, co się pojawia na półeczce. A potem drą dzioby ile sił w płucach i workach powietrznych. A niech się drą. Przynajmniej słychać, że nic im nie dolega.

A teraz niespodzianka! Zdjęcia! Miłego oglądania.

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie...

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie…

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Rosnący groszek.

Rosnący groszek.

Świeżutka rzodkiewka.

Świeżutka rzodkiewka.

Rzodkiew i słonecznik.

Rzodkiew i słonecznik.

Malutki słoneczniczek.

Malutki słoneczniczek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Groszek z wąsami.

Groszek z wąsami.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Fioletowe orliki.

Fioletowe orliki.

I jeszcze orliki.

I jeszcze orliki.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Fiołek trójbarwny.

Fiołek trójbarwny.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Kwitnący rabarbar.

Kwitnący rabarbar.

Kwiaty truskawek.

Kwiaty truskawek.

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Jak nie urok, to przemarsz wojsk…

Zabrali nam ugór…

Zabrali, bo jest częścią działki Pań Babć, a nowy właściciel nie chce dawać kasy za darmo. I nie dziwię się. Też bym nie chciała. Jednak czuję się zrobiona w balona przez Zarząd RODu, który na moje pytanie: „Czy to na pewno do nikogo nie należy? Czy my się narobimy jak dzikie osły, a ktoś przyjdzie i nam to zabierze?” odpowiedział zgodnie ustami obu Prezesów: „Nie, na pewno nie. To jest niczyje, pozostałość po starej działce przed wybudowaniem obwodnicy.” Żałuję, że nie wymusiłam wtedy otworzenia map geodezyjnych i sprawdzenia tych plotek. No cóż, co się stało, to się nie odstanie.

Jednakowoż pojawiła się pewna nieścisłość… jeszcze w kwietniu z O. (który wtedy gościł u nas) wymierzyliśmy ugór orientacyjnie (nie krokami, a trzymertową miarką), żeby wiedzieć ile musielibyśmy zapłacić specowi od rekultywacji i wyszło nam, że powierzchnia ugoru ma nieco poniżej 4 arów. Nowy sąsiad chce mieć działkę o wielkości 4,9 ara. Z tego, co mówił jego przejęta po Paniach Babciach działka miała około 3 arów. Pomierzył krokami. Wychodzi na to, że nie tylko ja mam problemy z używaniem zdolności matematycznych. Bo mnie tak jakoś wychodzi, że 3+4=7, a nie 4,9. No ale… ja nie jestem matematykiem. Moje obliczenia mogą być błędne. W końcu 2+2 może się równać 5… Będziemy się ładnie uśmiechać o pomierzenie dokładne „babciowej” działki, by Sąsiad nie okazał się być poszkodowanym i musiał płacić za coś, czego nie ma. Ot, troska sąsiedzka, w którą włączy się również i Pan Bezdomny, bo jak mu tę rewelację ogłosiliśmy, wziął i się wkurzył. Powalczymy, zobaczymy. Może pół ugoru ugramy. Sąsiad się pospieszył i posprzątał cały ugór, wycinając kosiarką również wszystko to, co na niej rosło: maliny, topinambur, pokrzywy, chrzan i inne zielsko, które dla niego widać jest chwastem. Jeśli uda nam się przesunąć granice działek, będziemy mieli pół roboty z głowy. Wszelki syf został wyniesiony poza ugór. Choć tyle dobrze.

Wczoraj Pan bezdomny naprawił nam dach. W sam raz na weekendowe ulewy. Bez strachu wszedł na przegniły, uginający się dach Ruderki i pouzupełniał wszystkie braki w okrywie. Przyniósł też własną papę i listwy! Nie wiem, co byśmy bez tego Pana zrobili. Pewnie dalej brodzilibyśmy w kałużach zbierających się na podłodze Ruderki.

Na grządkach powoli pojawiają się kolejne rośliny: widać już słonecznik i groch. Chyba bób też powoli wyłazi, choć pewna nie jestem, czy to na pewno bób. Marchewka też zaczyna się pojawiać na powierzchni. Na Zielniku widać, że kolendra cząber i len już rosną i mają się dobrze. I dobrze, bo wiem już co mogę wyplewić, by nie wyrwać ziół. Czekam jeszcze na szałwię, ale coś opornie jej idzie wschodzenie. Rabarbar zaczyna kwitnąć, za to czosnek niedźwiedzi coś nie może się przyzwyczaić do nowego miejsca pobytu. Strasznie marnie wygląda. Truskawki zostały uzupełnione o sadzonki wykopane spod żywopłotu. Jeszcze 30 sztuk i cała grządka obsadzona po brzegi. Ciekawe ile w tym roku tych truskawek będzie? Pewnie niewiele, bo świeżo posadzone. Ziemia pod tunelem już jest nawodniona, przekopana i nawieziona, i gotowa na przyjęcie rosnących w rozsadach pomidorów. One pójdą na pierwszy rzut, bo są (chyba) na tyle wyrośnięte, że sobie poradzą na „polu”. Potem przyjdzie czas na papryki, jeśli wyrodną odpowiednio wysoko. Na razie są malutkie. W porównaniu z pomidorami. Mam nadzieję, że wszystko mi się pomieści… trochę przesadziłam z ilością… samych sadzonek pomidorów zrobiło mi się ciut ponad 100… może ktoś ma ochotę na sadzonki?

Papugi cieszą się gwiazdnicą, która codziennie ląduje na ich „stole”. Na działce, w lodówce schowane są trzy duże reklamówki zielska. Liście mniszka lekarskiego też. Mam zachomikowane tego tyle, że starczyłoby do wykarmienia stada liczącego i 100 sztuk ptaków. A u mnie lata tylko 20. Jak się nie zepsuje, to starczy do przyszłej wiosny.

Szkoda, że dziś leje… jutro ma być ulewa, może i burza… znów czeka nas weekend spędzony w domu, wśród czterech ścian… może się wezmę za tkanie? Przynajmniej coś zrobię…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie