Monthly Archives: Wrzesień 2014

Nie ma już nic

Zaliczam znów nawrót totalnego zdołowania i tumiwisizmu. Czemu? Bo ponownie moje marzenia o własnej przyszłości mogę odłożyć na półkę. Chciałam się kształcić na masażystę, łącząc z tym swoją zawodową przyszłość, bo jako bibliotekarz, czy nauczyciel informatyk, to daleko nie zajdę. Podjęłam zatem decyzję o przebranżowieniu. Nadarzyła się okazja, na początku wakacji zapisałam się do szkoły. Całe lato czekałam na rozpoczęcie zajęć i… dowiaduję się, że nie ma odpowiedniej ilości chętnych. Na „mój” kierunek zgłosiły się raptem 2 osoby (łącznie ze mną), a do otworzenia kierunku potrzeba 12. Cudnie. Do tego pierwsze zajęcia miały być organizacyjnymi, zamiast tego uraczono nas (bo z takich „niedobitków” zrobili na prędce klasę, żeby ludzie stratni niby nie byli) lekcją języka angielskiego z tak nieposkładanym lektorem, że mi się słabo zrobiło. Przez ponad połowę czasu trzeba było wysłuchiwać, jaki to on biedny jest, bo ma firmę i dwa etaty, a tu mu nie chcą zwrócić za dojazdy. No, chamstwo i wyzysk normalnie. Kiedy wreszcie zaczął prowadzić zajęcia pieprzył tak bardzo, że i mnie, choć z angielskim mi po drodze, ciężko było nadążyć – słowotok, chaos i brak przemyślenia co do toku lekcji… dziękuję, ale temu panu wolałabym serdecznie podziękować i więcej się z nim nie spotykać. Ach! Jeśli ktoś ma skończoną anglistykę, a nie ma pracy, to się w tej szkole może załapać, bo szukają trzech takich do pracy. Jakby ktoś chciał coś więcej, to szczegóły podam w wiadomości prywatnej. Nie chce mi się reklamować tu nikogo i niczego.

Nasz drapieżca skrzydlaty jest głodomorem. Żre za trzech i jeszcze mu mało. Cieszę się, że ma apetyt, bo znaczy to, że nie jest poważnie chory. Mam nadzieję, że skrzydło się zrasta dobrze i na wiosnę będzie mógł się cieszyć wolnością i długimi lotami za komarami.

Reszta zwierzaków zdrowa: ptasiory wrzeszczą całymi dniami ile sił w płucach i workach powietrznych, Motek zarasta wełną, a Hera zrzuca sierść.

Na działce z wolna szykuję ziemię do zimowego snu. Drzewa przygotowują się same: wiśnie pozrzucały już liście i zawiązały pączki. Śliwa jeszcze chce pozorować lato, a orzech rzuca orzechami. Dziś zebraliśmy tylko winogrona. Nie, nie wynikło to z naszego lenistwa, zmęczenia, czy tez innych, zależych od nas samych czynników. Ot, powód prozaiczny: zabrakło wiader i miejsca na wózku / dwókółce, by wszystko, co już jest do zebrania przywieźć do domu. Teraz będę musiała poszukać przepisów na na przykład konfitury z winogron. Na razie mam tylko przepis na ciasto winogronowe. I wiem, jak zrobić rodzynki. A G. wie, jak zrobić wino. Tylko na to starczy ułamek tej ilości owoców, któreśmy dziś zebrali. Czetry solidne wiadra. Z górką. Niestety, nie wzięłam ze sobą aparatu i zdjęć nie było czym zrobić. Niestety, brzoskwinia nie dożyła zimy. Nie dała żadnych owocw, choć miała dużo zawiązków, to pozrzucała większość, a to, co zostało, pogniło wprost na gałęziach. Dziś została wykarczowana. Okazało się, że korzenie też miała słabe, obumarłe. Cóż, dała nam nieco owoców, którymi mogliśmy wzbogacić przez chwilę naszą dietę i jestem jej za to wdzięczna. Mimo choroby, która ją toczyła, dała nam tyle, ile mogła.

To już wszsytko na dziś w tym tygodniu. Dobrej nocy życzę.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Jak z bicza trzasł

Dni lecą, jak wściekłe przed siebie, nawet nie wiem, jak je ogarnąć na tyle, żeby zrobić wszystko, co muszę i co poplanowałam. Ziemia i rośliny z wolna przygotowują się do zimy, choć za oknem jeszcze temperatura bliższa latu niż jesieni, choć aura niekiedy już jesienią zawiewa.

Pisałam, ze postanawiam pisać co niedzielę? Taaa… ja i moje postanowienia. No, nie potrafię wytrwać w nich i tyle, jeśli nie dotyczą czegoś naprawdę ważnego.

Ostatnio dopadła nas jakaś choroba, ale z pomocą ziół i silnej woli już wychodzimy na prostą. Co prawda mój „ukochany” łeb wyłączył mnie skutecznie na weekend (a miałam go spędzić w „polu” przy robocie). Przespałam całą niemal sobotę i ponad pół niedzieli. Nic nie zrobiłam. Jestem strasznie zła na siebie, ale kiedy ledwo mogę się utrzymać w pozycji wertykalnej, siedząc na tyłku, to jak mogłabym się utrzymać na nogach i jeszcze być aktywną? I żadne zabiegi mające na celu ból ten usunąć nie skutkują. Jak złapie, to nie ma przebacz.

A z przyjemniejszych rzeczy? Cóż… mam pracę. Bardzo dorywczą. I nie ma z niej jakichś strasznych zarobków, ale w obecnej sytuacji nie pogardzę żadnym groszem.

Plony, choć zakusy pomrowów były srogie, jednak się udały. Na półce już brakuje miejsca na nowe słoiki, a jeszcze nie skończyłam z przetworami. Mówiąc oględnie jestem w połowie ogarniania tego tematu. Cieszy mnie to niezmiernie, bo znów będzie co jeść przez zimę i nie tylko. I to z roślin, które nie znają sztucznych nawozów i chemii. Jakoś tak z wolna zaczynam się coraz mocniej odnajdywać w kuchni, choć nadal nie lubię stać przy garach. A jak już o staniu… moja kochana zmywarka dokonała żywota w kłębach śmierdzącego paloną izolacją dymu… dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo jak nic cała kuchnia by się mogła spalić, jeśli nie całe mieszkanie! Szczęściem w nieszczęściu, umarła tylko zmywarka. Zatem mam teraz dodatkową robotę: zmywanie, które „uwielbiam” na równi ze sprzątaniem. Ale cóż mogę na to poradzić? Przecież nie będę układać stosów brudnych naczyń, wyjmując z szafki coraz to nowsze. Aż taką bałaganiarą nie jestem.

W małym pokoju już stoi komplet szaf i szafek. Powolutku zaczynam układać swoje i nie swoje rzeczy warsztatowe, żeby się nie walały po całym domu. Dzięki temu pół przedpokoju wygląda, jak przedpokój, a nie składowisko wszystkiego. W samym małym pokoju już zaczyna wszystko wyglądać bardziej pokojowo i trochę warsztatowo. W sumie nie mogę się doczekać, zeby wreszcie usiąść i zacząć tkać, bo tak mnie do krosien ciągnie, jak nigdy. A jeszcze przecież krosna duże są do ogarnięcia w garażu i chodniczki do utkania! Na te ostatnie zbieram już materiały. Wolniutko, bo i portfel nie zasobny, ale zbieram. I też się nie mogę doczekać możliwości rozpoczęcia pracy na nim.

Ach! Od wczoraj mieszka z nami mały, pierzasty rekonwalescent z uszkodzonym skrzydłem. Mianowicie jaskółka dymówka. Została znaleziona przez mojego znajomego H. w trakcie konnej przejażdżki. Teraz ją podkarmiam tym, co upoluję w domu. Wszak to mięsożerca pełnym dziobem. Cóż, moim marzeniem było posiadać mięsożernego sokoła albo jastrzębia, a stanęło na jaskółce. Cóż zrobić? Jakie fundusze, takie jastrzębie…

Tyle podsumowania na dziś. Postaram się teraz już regularniej wrzucać wpisy na bloga, choć nie obiecuję poprawy. Zdjęć też dziś nie zamieszczę. Nie mam do tego głowy… która nadal boli.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne