Monthly Archives: Lipiec 2014

Postanowienie

Tak sobie pomyślałam i postanowiłam, że będę wrzucać jedną notkę tygodniowo, żeby nie mieć takich miesięcznych zaległości, jak ostatnio. W niedzielę trochę mniej się powinno pracować, więc mogę potracić czas na „głupoty”.

Krosno na razie leży w częściach, jak je tydzień temu przywieźliśmy. Za to meble już w większości stoją w małym pokoju i się z wolna zapełniają wszystkim, co do tej pory leżało w stosach. Z naciskiem na rzeczy warsztatowe: wszystkie narzędzia, włóczki, pudła, kartony, worki – mają wreszcie swoje miejsce. A ja mogę sobie spokojnie pracować w swoim kąciku.

Na działce szaleństwo: nierówna walka ze ślimakami, busz wyrastający, jak po serum Panoramixa po każdym deszczu, który potem trzeba przez wiele godzin karczować – dosłownie. Pomidory się już zaczynają czerwienić, śliwki fioletowić, marchewki pogrubiać i pomarańczowić, pojawiają się pierwsze papryczki i cukinie rosną ślicznie, no i ogórki się już wyciągają pod liśćmi. Oby tylko ich ślimaki ni pożarły… rozpryskiwana na rośliny kawa zdaje się je odstraszać w większości przypadków. Po deszczach trzeba będzie poprawić oprysk. Może nie ruszą i plony jednak będą zadowalające? Oczywiście z mnogości przeróżnych zdrowych i zapomnianych warzyw zostały popłuczyny, ale chociaż trochę będzie na spróbowanie. Strasznie mnie dołuje to, że się człowiek stara, że chodzi koło tego, że robi przy tym wręcz bokami, a tu przyjdzie taka plaga i nie masz nic. W tamtym roku mieliśmy ledwo co owoców, bo wczesnowiosenne burze obtłukły wszystkie prawie kwiaty z drzew. W tym roku zdaje się być lepiej. Samych wiśni udało się zebrać około 7 kg. Większość przerobiłam na konfitury – będą jak znalazł na zimę, jak ubiegłoroczne konfitury z jabłek i zielonych pomidorów. Jeszcze zapas stoi na szafce spiżarnej. A za chwilę nowe będą się pojawiać. No i winorośl nam się pokazuje z coraz lepszej strony: kiście większe, więcej ich w ogóle na pędach. Będzie mnóstwo owoców do przerobienia. Niekoniecznie na wino, bo trunek z ubiegłorocznych zbiorów ładnie dojrzewa do skosztowania i to w ilości zapasów na apokalipsę. Zatem – będą kolejne konfitury. I rodzynki. W tamtym roku trochę zrobiłam na próbę i wyszły rewelacyjnie. W tym roku będzie ich cały zapas do ciast.

Motek został wczoraj pozbawiony futra. W sam raz na upały. Teraz wygląda, jak malutki króliczek, a nie jak wielka kula (kiedy siedzi) lub dywanik pod łóżko (kiedy się wyciągnie na całą długość). Aż się dziwnie na niego patrzy, kiedy tak sobie kica po klatce, czy mieszkaniu. No, przez większą część czasu widzę go w pełnej, angorowej klasie. On naprawdę bardzo szybko porasta włosiem. Od wczoraj, przez noc już ma co najmniej milimetr włosa dłuższego niż zaraz po strzyżeniu. A zebrałam z niego pełną miskę strzyży. Jak zwykle zresztą. Wybaczcie, ale nie zważyłam, ile jest mi w stanie dać jednorazowo „wełny”. Spieszyłam się, bo kolejna robota upominała się o uwagę. Następnym razem postaram się zamieścić więcej informacji i zdjęć z postrzyżyn.

G. zrobił podsumowanie wyglądu Hery, jak się zmieniała przez te osiem miesięcy, kiedy się u nas zadomowiła. Wychodzi na to, że wcale nie miała tych 2 lat, kiedyśmy ją brali. Dostaliśmy szczeniaka najdalej 7 miesięcznego. Widać to po kształcie jej głowy na pierwszych, jeszcze schroniskowych zdjęciach i po tym, że urosła w kłębie jakieś 10 cm. Cóż, ja się tam nie gniewam. Szczeniaka łatwiej wychować niż dorosłego psa, czyż nie? A Hera jest psem w miarę wychowanym. W miarę, bo zdarza jej się zapomnieć, że komenda „noga” nadal obowiązuje. Zwłaszcza, jak coś zaszeleści w krzakach albo na horyzoncie pojawi się psi kumpel.

Stadko papuzie ma się dobrze. Dokazuje i jest zarzucane hałdami różnych zieloności do przegryzania. W końcu działka daje, to trzeba korzystać. W zimie będą miały dostęp raczej do korzeniowych warzyw, które jestem w stanie przechować, niż do zieleniny. Będą dostawać kiełki, o! Będę musiała nazbierać fundusze na nową wolierkę. Stara naprawdę ledwo się opiera ich dziobom. A że mały pokój z wolna zaczyna się przeczyszczać, to i miejsce na nowy domek papuzi będzie za chwilę wolne od szpargałów wszelakich. Tylko te finanse… nic, nazbieram.

A teraz idę trochę popracować z lucetem.

Miłej niedzieli.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, życie

Lagi…

Lagi mnie dopadły… blogowe lagi…

Nic nie piszę, co nie znaczy, że nic nie robię. Właśnie dlatego, że robię, nie mam czasu na siedzenie przy kompie, bo nawet jeśli siedzę, to ręce mam zajęte czym innym, niż klawiaturą. A i tak nie nadążam…

Okazuje się, że nawet, kiedy odejdzie mi robota w „polu”, to i tak mi jej nie zabraknie. Czemu? Ano… właśnie w ubiegłą niedzielę spełniło się jedno z moich marzeń: przywiozłam krosno. Prawdziwe. Duże. Tkackie. Sprawne. Będę zatem miała mnóstwo pracy na zimę. I znów będą lagi na blogu…

Jak udało mi się zdobyć tanim kosztem coś, na co do tej pory nie było mnie stać i mogłam sobie o takim sprzęcie pomarzyć? Ano, na Tkackim Targowisku na fejsie jedna z członkiń wrzuciła ogłoszenie na Tablicy (obecnie OLX), gdzie oferowano sprawne, w pełni działające krosno tkackie. Machnęłabym na nie ręką, gdyby nie komentarze dotyczące odległości od miejsca zamieszkania oferenta. Okazało się, że to niemalże za miedzą: ledwo nieco ponad 30 km w jedną stronę. No i cena, za którą do tej pory mogłam uzyskać tylko spróchniałe części zamienne do krosna. Podjęłam decyzję: jedziemy zobaczyć, co to za cudo. Po organosceptycznym ocenieniu przydatności, będę się zastanawiać, co dalej. Dwa tygodnie temu wybraliśmy się na wycieczkę. Zostaliśmy niezmiernie ciepło przyjęci przez młodszych i starszych z rodziny, która owego sprzętu pozbyć się postanowiła. Zaprezentowano nam, jak się składa i rozkłada owe krosna, dzięki czemu mogłam się dokładnie przyjrzeć tak konstrukcji, jak i samej przydatności do pracy maszyny. Nieco zadziwiły mnie metalowe elementy, których jest więcej, niż drewnianych, z czym do tej pory się nie spotkałam. To prawdopodobnie wynik naprawiania na bieżąco, czym się dało uszkodzonych miejsc. Tak więc metalowe są wały do naciągania osnowy i utkanego materiału, wszystkie koła zębate blokujące naciąg oraz belki, do których mocowane są pedały. I jak tak patrzyłam na to złożone, dziwne krosno, zakochałam się w nim. A jeszcze, jak zobaczyłam tabliczkę znamionową, z której wynikało, że zostało ono zrobione dla opolskiej CePeLii, to już w ogóle poległam. Umówiliśmy się na późniejszą zapłatę i odbiór po pewnym czasie. I zaczęłam zbierać potrzebną kwotę. To tu, to tam się uszczknęło aż wreszcie wspólnymi siłami – udało się! Jeszcze tylko pozostała kwestia załatwienia większego samochodu, by całość przetransportować na raz i… marzenie spełnione.

I tak oto w słoneczną i gorącą niedzielę zapakowaliśmy się w pożyczonego Mercedesa (a co! niech będzie na bogato!) i przetransportowaliśmy się do bardzo przyjemnej, spokojnej miejscowości po nowy nabytek. Znów nas spotkało miłe przyjęcie. Jeden z młodych chłopaków wprowadził auto na podwórko (G. się obawiał uszkodzenia czegoś, bo jak się jeździ małą Skodą, a przesiądzie na wielkiego, dostawczego Merca, to jest problem), jeszcze jeden się zaoferował, że pomoże wrzucić wszystkie części na pakę i tak we czwórkę szybko i sprawnie krosno spakowaliśmy. Gratisem dostałam metalowe oczka do nicielnic, wielki wór wełny i płachtę pomocną do naciągania osnowy! Normalnie tylko siąść i tkać!

Jeszcze w częściach, jeszcze nie odnowione, jeszcze chwilę poczeka, odpocznie przed pracą.

Jeszcze w częściach, jeszcze nie odnowione, jeszcze chwilę poczeka, odpocznie przed pracą.

Widać, jak spracowane są poszczególne elementy, że będzie trzeba troszkę pracy poświęcić na odnowienie tego, czy owego szczegółu. Ale jest. Kompletne. Tylko czeka, by móc pracować dalej.

Widać, jak spracowane są poszczególne elementy, że będzie trzeba troszkę pracy poświęcić na odnowienie tego, czy owego szczegółu. Ale jest. Kompletne. Tylko czeka, by móc pracować dalej.

Tak, już się nie mogę doczekać, kiedy przeplotę osnowę, siądę i zacznę tkać coś na szerszą skalę.

Tak, już się nie mogę doczekać, kiedy przeplotę osnowę, siądę i zacznę tkać coś na szerszą skalę.

W tym samym dniu przewieźliśmy też komplet mebli, które staną docelowo w małym pokoju. Co było dźwigania, to było: cała paka tylna była założona meblami po granice wytrzymałości. Na razie wszystko wylądowało w garażu, bo żeby coś uskutecznić, trzeba zrobić trochę miejsca w pokoju i powoli zapełniać meble wszystkim, co się do tej pory walało pod nogami, stało ułożone w stosach i wieżach. Wreszcie będzie trochę wizualnego porządku.

Dzień zakończyliśmy w sympatycznej, chińskiej restauracji, gdzie popróbowaliśmy wszystkich niemal potraw, jakie mieli aktualnie w ofercie. Opcja „bufet” okazała się bardzo tanią i wydajną. A że udało się trochę ponegocjować z ceną krosna, to i mieliśmy jeszcze parę złotych na uczczenie tak udanego dnia.

Niestety, ze względu na ciężar przenoszonych przedmiotów na razie mam problem z poruszaniem się. Kręgosłup mi wziął i się zbuntował. Może za kilka dni przejdzie i będę mogła się ruszyć do roboty w „polu”, bo na razie podlewanie konewką, to droga przez piekło i najgorsza tortura. Nie mówiąc już o dziabaniu motyką, czy plewieniu w kucki. Ot, taki inwalida ze mnie teraz.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne