Monthly Archives: Luty 2010

A czas sobie płynie…

… wolniutkim „tik – tak”… na przedłużonych feriach.
Siedzę w domu i… cierpię. Ba, wręcz zdycham.
Kaszel, gorączka, bóle mięśni, karku, głowy… słowem: masakra. Leki nie bardzo pomagają. Zatem czas przyjdzie na kolejny eksperyment z antybiotykami i innym świństwem. A w pracy? Pewnie jakoś sobie radzą.
Ech… aby do wiosny.
A powietrze już nią pachnie (tyle co się nacieszę, kiedy jadę do lekarza), sikorki dzwonią wśród bezlistnych gałęzi. Tylko patrzeć szpaków.
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under życie

Jak nie urok…

… to przemarsz wojsk.
Nie moglibyśmy się cieszyć łazienką bez problemów. Po trzech dniach użytkowania zatkała się umywalka. Środki przeczyszczające rury, gorąca woda z płynem i inne magie nie pomogły. Trza było uderzyć do wyższej instancji, czyli Pana Hydraulika.
Zjawili się o poranku dwaj panowie i używając nieśmiertelnej spirali wykręcili rurze niezły numer. I to dwa razy.
Zafakturowali usługę i pozwolili się cieszyć znowu nową łazienką.
Ciekawe co i czy będzie następne?

Dodaj komentarz

Filed under życie

Re(y)mont – podsumowanie

Obiecałam, że zrobię podsumowanie z ukazaniem, jaką łazienką „cieszyliśmy się” przez ostatnią (prawie) dekadę, a jaką cieszymy się dziś (i pewnie przez najbliższe i najdalsze dekady).
Zatem zaczynamy.
„Wczoraj” i dziś:
   
   
   
A wszystko zaczęło się od projektu:
 
I jak? Lepiej niż było? Projekt został zrealizowany?
Mnie się wydaje, że tak. I to w pełnej rozciągłości.

2 Komentarze

Filed under życie

Re(y)mont cz. 17

No i dobrnęlim do końca ferii i łazienkowej transformacji.
Wszystko działa, jak należy.
Co prawda bez drobnych problemów nie mogłoby się obejść, bo przecież ostatnio to tylko problemy… Po pierwsze nie można było odkręcić zaślepki odpływu dla umywalki. Nawet „magiczne” słowa gromko wykrzykiwane przez Pana Majstra nic pomóc nie chciały. No, zacięło się i koniec. Jak osioł. Na szczęście Pan Majster miał młotki. A wśród nich taki ładny „przekonywacz”, mający chyba z pięć kilogramów. No i wreszcie z jego pomocą przekonał zaślepkę, że jednak czas się ruszyć. Co za radość!
No, ale to i tak nie koniec. Rura odpływowa dołączona do zestawu ni jak nie chciała się zgrać z uszczelką i otworem odpływowym. Ani tak, ani wspak. A jak jeszcze doszedł syfon, to już nic do siebie pasować nie chciało. Zupełnie. Normalnie, jak puzzle z różnych pudełek. Dopasowanie rury umywalkowej, uszczelki i odpływu nastąpiło dopiero po tym, jak ta pierwsza została skrócona o nadwymiarową część. No, teraz gra i buczy.
Tak, pozostało tylko sklecić cięgiełko korka. To taki nowy pomysł dla tych, co mają dość szukania zatyczki i dostają ją wbudowaną w umywalkę. Starczy pociągnąć za kranem i już mamy odpływ zamknięty. Cóż z tego, ze taki fajny to wynalazek, kiedy – zaraza – działać nie chce? Ani w tę, ani we w tę. Co już się wydaje, że pasuje, że działa… zonk. Nie działa. Bez przemocy (ucięcia i nagięcia) nie chciało się dostosować do wymiarów umywalki i szafki pod nią. Chyba wyszło na to, że za mała…
No, wreszcie wszystko stoi, jest podłączone i działa. Pozostały tylko do zawieszenia: szafka z lustrem (i tu zonk, bo trzeba listwę dokupić, żeby powiesić) i popierdółki na ręczniki, papier itp.
Szafka została w kartonie, za to popierdółki zawisły twardo w miejscach wyznaczonych.
Potem tylko starczyło posprzątać, wymyć i zagospodarować łazienkę, czyli wrzucić wszystko, co ma w niej być, a co stoi w innych pomieszczeniach.
A tak oto wygląda zagospodarowana łazienka w pełnej krasie:
 
Kosz zostanie wymieniony… w przyszłości.
 
 
Jeszcze szafka, kubki i takie tam drobiazgi i będzie ślicznie.
 
 
„Cichy” zakątek 😉

4 Komentarze

Filed under życie

Re(y)mont cz. 16

Już widać koniec. Remontu oczywiście.
Dziś to była naprawdę tragedia. Najpierw okazało się, że śruby, które kupiliśmy są nie takie, jak trzeba, bo kibelek chwieje się, jak pijany. Jak przyszło do montowania kabiny prysznicowej, to się okazało, że Panowie Pakowacze „zapomnieli” dołączyć do zestawu wszystkich śrub! Obiecuję, że pojadę tam i zrobię wpis do księgi zażaleń. Co najmniej.
Nie było też instrukcji, jak to wszystko poskładać do kupy, jak poustawiać, żeby wszystko ze sobą grało. Dobrze, że Pan Majster dostał od Kolegi skserowaną instrukcję i się to to łatwo do kupy poskładało.
Na domiar złego gdzieś w transporcie ciecie uszkodzili osłonę brodzika, a Pan Majster tego nie zauważył i ściągnął osłonę z zaczepów tak na raz. I naraz zrobiło coś „trzask” i „zgrzyt”, no i się wzięło i zrobiło większe. Trudno. Skleiło się to to „Kropelką” i na razie się trzyma kupy. Nawet nie widać, że coś jest nie teges.
Świetnie się wspólnie składało kabinkę. Pan Majster miałby problem, próbując dokonać tego samotnie – do tego potrzebna była pomoc. Bez dwóch zdań.
Po śrubki Pan Majster pojechał do swojego domu. Pół godziny w plecy. A ile paliwa, to już przemilczę. A ile „mięska” przy okazji poleciało, to już insza inszość…
No, kabina cała, teraz trzeba rurki i wężyki poprzyłączać. Trochę się Pan Majster poobijał o junkers, pomoczył spodnie, zahaczając o kranik, bo miejsca mało było. Wężyki na miejscu, ale gdzie są uszczelki? No tak… po co komu uszczelki? Niestety, bez nich prysznic sikał na dwie strony: tam, gdzie powinien i zza panela. Nosz kurka mać!
No nic, to zostawiamy kabinę na razie i zajmujemy się umywalką. No wszystko jest tutaj na szczęście… hmmm… a gdzie jest rurka do odpływu? Kurtka no!
Nic, Pan Majster wsiadł był w samochód i pojechał do marketu po brakujące części.
Kran otrzymał srebrne zaślepki, kibelek – odpowiednie śrubki, kabina – uszczelki.
Niestety, nie mogło być różowo i wspaniale, bo by nie było dnia do opisania. Kiedy przyszło do odkręcania zaślepki odpływu, pojawiły się kolejne problemy. Mimo starań, sekretnych „zaklęć” stosowanych przez Pana Majstra, nie chciała się ruszyć ani o mikron. Normalnie zacięła się i koniec. Dopiero pięciokilowy młot przełamał jej opór. Teraz tylko pozostało trzymać kciuki, żeby odpływ był drożny. Jeśli nie będzie, to… trza będzie kombinować. Czyli kolejne godziny pracy. Ech…
Jednym pocieszeniem jest to, że kibelek działa. Jeszcze mu brakuje klapy, którą dostarczą nam jutro, ale wszystko inne jest już sprawne.
Drugim jest to, że kabina też już działa. Nawet przetestowaliśmy ją w pełnej rozciągłości… ha ha! Wreszcie jestem czysta! Naprawdę czysta, wymyta i w swojej własnej osobistej łazience!
No ale nie mogło być przecież idealnie, więc okazało się, że bez silikonu kabina będzie ciec podczas prysznicowania, a opcja „mgiełka” w „słuchawce” dodatkowego prysznica nie jest w stanie uruchomić junkersa, czyli leje się lodowata woda.
Przynajmniej lampki już wiszą (i to zamontowane bez najmniejszego problemu) i ślicznie oświetlają łazienkę. Wybraliśmy żarówki diodowe, bo są bestie mnogo oszczędne. Te „energooszczędne” mogą się przy nich schować, o. Do tej pory używaliśmy ich tylko w kuchni i rachunek nam „zjechał” o parędziesiąt złotych. Ha!
A tak wygląda obecnie łazienka:
 
Nasza zdeczko cieknąca, ale pachnąca nowością i zagospodarowana kabina.
 
 
A tu miejsce na szafkę i wywietrznik (to tam, gdzie kable widać). Lampka już jest osadzona ładnie, już nie wisi na kablu. Jednak – co dziwne – nadal świeci… 😛

6 Komentarzy

Filed under życie

Re(y)mont cz. 15

No i mamy już kolejny dzień za sobą. Próbowałam się przydawać Panu Majstrowi, żeby mu łatwiej było i szybciej robota poszła, bo przy montowaniu, to niekiedy cztery łapy, to mało.
Trochę roboty jeszcze jest. Kibelek stoi, ale nie ma spłuczki, bo… wężyk nie chciał spasować. Nic to, tyłek w troki i do marketu budowlanego po brakujące elementy. Sam kibelek też taki niepewny, bo do kompletu śrub nam nie dołączono i teraz kombinuj człowieku, jak koń pod górę.
Zaślepki do kranu też nie chcą pasować, bo za duże i cały gwint zasłaniają. I jak teraz wkręcić na to jeszcze kran? Jeny… a było tak lekko i prosto. Czyżby zaczynały się schody?
A tak aktualnie wygląda łazienka, o:
 
Kibelek nieczynny, rurki schną, ale tak, to już prawie gotowe.
 
 
Miejsce na umywalkę i szafkę z lustrem. Światełko już wisi. Co prawda na kablu, ale działa.

2 Komentarze

Filed under życie

Re(y)mont cz. 14

Powoli widać już koniec prac remontowo-przebudowlanych.
Czuję się już wyschnięta na wiór, bo nie piję. Nie piję nic, żeby nie musieć później biegać do pobliskiego marketu za potrzebą lub nie narażać pęcherza na rozsadzenie. Kibelka na razie nie ma. Gehenna…
Ale wytrzymam. Silna jestem. Cel uświęca środki, znaczy moje wnętrzności. O.
Przy cięciu kafelków podłogowych nie można było użyć maszyny do cięcia płytek ceramicznych, bo w przedpokoju podłoga miała przechył i chłodzenie wodą nie działało. Pan Majster ciął więc szlifierka kątową. Jeny, tyle kurzu, to jeszcze nie widziałam. W całym mieszkaniu było siwo. Mimo pozamykanych drzwi. Normalnie początek burzy piaskowej. Kurde, to będzie dużo sprzątania…
A tak wygląda już prawie w pełni opłytkowana podłoga:
 
Co prawda syf jeszcze straszny, ale się posprząta. I będzie ładnie.

2 Komentarze

Filed under życie