Category Archives: życie

Odpoczynek? A co to?

Serio. Serio…

Nie wiem już, co robić, żeby wypocząć. Długie spanie nie pomaga, drzemki w ciągu dnia odpadają, bo jak jest jasno, to nie zasnę. Chyba że jestem chora. Albo mocno idzie na deszcz…

Do pracy nie mogę się wykokosić, bo chce mi się spać. W pracy – zasypiam, czy coś się dzieje, czy nie dzieje. Po pracy najchętniej by już nic nie robiła. Jak trafi się wolny dzień, to ledwo mam siłę, żeby ogarnąć, co najpotrzebniejsze. Wkurza mnie to okrutnie, ale nie wiem, jak zamienić chroniczne przemęczenie na odrobinę więcej energii…? Oprócz ostatnio odkrytej we mnie sarkoidozy (ładnie wchodzącej w regres, jak orzekł pan doktor) nic więcej mi nie dolega. Nawet to, że robię sobie przebieżkę do lub z pracy na piechotę, też nic nie daje. Niby marsz ma pobudzić ciało do działania i umysł do lepszej pracy, a u mnie – nic z tego… ani jedno, ani drugie nie chce działać lepiej po takim spacerku. Pozytywem w tym jest to, że taki spacer zajmuje mi już tylko 20 minut, a nie 40 i nie sapię, jak lokomotywa, po postawieniu paru kroków. Także ten… idzie ku lepszemu. Chociaż tyle…

Strasznie po grudzie idzie nam znalezienie nowego miejsca we wszechświecie… nikt się nie chce zamienić na mieszkania, a żeby sprzedać choć jedno, to musimy mieć zaklepany dom, żeby mieć gdzie się przenieść. Sama jeszcze jakoś na działce bym przewegetowała w Ruderce póki nie przyszłaby słota jesienna i zimowe mrozy. Może się by wynajęło garaż, czy inny magazyn do upchnięcia gratów, żeby się ze wszystkiego na już nie wyprzedawać… ale co z papugami? Nie sprzedam ich i nie oddam nikomu, bo nie po to je przygarniałam, żeby teraz komuś innemu podrzucić. Nie są przyzwyczajone do bycia w zimnie, bo to domowe papużki. Przy tym na działce nie wolno mieszkać…

I tak właśnie w tej czarnej studni rozpaczy naszła mnie myśl, że przecież można „pożebrać” o datki na szczytny cel wykupienia siedliska i zamiany go w malutki skansenik, w którym będzie można i zobaczyć zwierzaki i stare maszyny, urządzenia w użyciu, a nie leżące i zbierające kurz na ekspozycji w muzeum. Moglibyśmy uczyć dzieciaki starych zawodów, pokazywać im, jak długo trzeba pracować, by coś zrobić, co nadaje się do użytku. I takie dzieci, jak nadejdzie apokalipsa zombie poradzą sobie śpiewająco w nowej rzeczywistości, gdzie już wszystkiego nie da się kupić w sklepie. I tak sobie myślę, jakby to wszystko zrobić, żeby nie było żadnego potknięcia większego i nikt do niczego się nie doczepił, że coś robię nie tak…

A tak a propos działki… przez zimę, która grasowała jeszcze w maju mamy ubytki w uprawach… nie będzie pietruchy, marchew też jakoś nie bardzo chce rosnąć. Fasoli i grochu wyrosło kilka krzaczków na parę zagonów… owoce? Tylko na spróbowanie. Trudno. Będziemy się w tym roku cieszyć bobem, kukurydzą i kalarepami, które rosną naprawdę pięknie. No i truskawki… narosło tego dość sporo. Już stoją słoiczki z konfiturami i kompotem. No i mamy nowy tunel. Znaczy nową folię na tunelu i już część pomidorów i papryk sobie pod nim rośnie. Na pewno będą z nich plony. Nie wierzę, że nie, bo już się pojawiają zawiązki owoców. A własne pomidorki, potem domowy przecier, to jest coś, co lubię.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Co to był za tydzień…?

Łomatko, co to był za tydzień…? Jeszcze teraz w głowie mi się kręci. Ze zmęczenia. A to jeszcze nie koniec maratonu i zastanawiam się, czy w ogóle dotrwam do jakiegoś wolnego weekendu? Bo praca po 10 – 11 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu (wolne było w święto, bo market zamknęli) jest jeszcze ponad moje nadwątlone siły…

Wieści z działki – tylko z drugiej ręki. Słabo rośnie. Część warzyw nie wykiełkowała w ogóle, folię na tunel z ledwością udało się zamówić po normalnej cenie, na drzewach owoców ledwo na spróbowanie… przemroziło się wszystko w tym roku okropnie. Truskawki jednak dopisały, mamy już z pierwszych zbiorów prawie 7 kg. Już są zrobione kompoty, konfitury „dochodzą”, sok, ciasto i jeszcze litr napoju mleczno-truskawkowo-bananowego na dokładkę.

W domu…. bajzel… wiecie, jaki problem dostać worki do naszego nowego odkurzacza? Całe miasto zleźliśmy i… nie ma… a bez odkurzacza nie ma jak ogarnąć ptasich i psich resztek. Jak próbuję ogarnąć miotłą, to mam śnieżycę… przy tym i tak nie mam sił, żeby zrobić po pracy coś więcej niż tylko położyć się spać.

Jeśli chodzi o szukanie nowego miejsca we wszechświecie, to znów zaliczyliśmy porażkę… na OLXie znalazłam ogłoszenie o akuratnym domku na małej parceli w wiosce oddalonej od miasta o jedną stację PKP, czyli – rzut beretem. Umówiliśmy się na spotkanie z właścicielami na sobotę. Tak, na wczoraj. Nie pojechaliśmy. Nie było już po co… ktoś nas ubiegł i znów coś, co było na wyciągnięcie ręki poleciało w kosmos… nie wiem, ile takich roznieceń nadziei i kubła wody porażki jeszcze będę w stanie znieść, by jednak zrealizować marzenie o opuszczeniu tego wymierającego miasta, w którym oddycha się czystym, świeżym benzenem. Zwłaszcza nocami.

Powoli przestaję mieć ochotę na walkę z wiatrakami, która i tak niczego nie zmienia… pracy zmienić nie mogę, bo tu tylko monopolowy miałby rację bytu, a nie masażysta z umiejętnościami, czy rękodzielnik z nawet zapierającymi dech w piersiach dziełami. Miejsca zamieszkania zmienić też nie można, bo to takie zajefajne miasto do zamieszkania, że nikt kupować mieszkań tu nie chce. Ewentualnie może z łaski wynajmie… ratunku…?

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Dzieje się…

Dzieje się, oj, dzieje… niestety, nie za dobrze się dzieje. Dorwało mnie choróbsko, które na razie jest diagnozowane, ale jeszcze nie leczone. Co się przyplątało? Kto oglądał serial „Dr House”, ten może się domyślić, bo tę chorobę diagnozował u swoich pacjentów najczęściej.

Mam za sobą odwiedziny w dwóch szpitalach (wszystko na pulmunologii) i stertę badań za sobą. Poza standardowymi badaniami krwi i moczu oraz RTG klatki piersiowej uraczono mnie tomografią komputerową, bronchoskopią, gazometrią i EBUSem.

Tomografia komputerowa była przyjemna. Leżało się na leżance, dziwnie bzycząca tuba jeździła w tę i nazad… można się było poczuć, jak w statku kosmicznym. Jak na Nostromo. Czemu? Bo gdy wtłaczali w żyły kontrast, poczułam się, jakby mnie taki Ósmy Pasażer wziął i ukąsił. W żyłach zaczęła mi płynąć lawa – dosłownie tak się czułam. I weź tu człowieku się opanuj i nie ruszaj… i nie wyrwij TEJ ZASRANEJ IGŁY Z RĘKI! kiedy płynne żelazo pali ci żyły. Kobieta obsługująca maszynę na moją uwagę, że ręka mi chyba zaraz odpadnie, bo tak mnie bolało, gdy wlewał się kontrast, beztrosko stwierdziła: „Ojej, zapomniałam powiedzieć, że tak się dzieje, bo my wlewamy ten kontrast pod wysokim ciśnieniem. Ale to przejdzie.” Jasne, że przeszło… po dwóch dobach. Dziękuję.

Bronchoskopia mnie przeraża do dziś. Owszem, są tacy, dla których żadna „-skopia” nie jest problemem, ale ja do takich nie należę. Na czym polega to badanie? Jak każda „-skopia”. Kluczowym słowem jest tu „rurka”. Najpierw, obowiązkowo, podaje się znieczulenie. Miejscowe. Pryskają w gardło takim miętowym w smaku sprajem. Coraz głębiej i głębiej. Oczywiście odruch wymiotny gra tu nie małą rolę. Dlatego nie pozwalają nic jeść i pić przed badaniem, bo by się bałaganu narobiło. Pierwszy problem robi się, gdy endoskop ma przejść przez pierwszą bazę – tchawicę. Wiecie, że skubana się automatycznie zaciska, jakby od tego zależała wygrana w Lotto? I potem trzeba tą cholerę zmusić, żeby dała sobie siana, wzięła się odcisnęła i dała wreszcie zaczerpnąć tchu, bo inaczej obie zejdziemy z tego świata. Przeglądanie wnętrza moich płuc odbywałoby się bardziej spokojnie, gdyby nie wpuszczany w nie płyn, mający na celu znieczulenie kolejnych części mojego wnętrza. Tak, kolejny odruch. Płuca dostały „wody”, więc mózg podjął decyzję: „O cholera! Topimy się!” No i weź tu debilowi wytłumacz, że to żadne topienie, tylko badanie i znieczulenie? No wziął zasiał panikę i kropka. Na szczęście udało się go ugłaskać i przetłumaczyć, że nie jestem pod wodą, nie topię się i mogę swobodnie (naprawdę, serio-serio) oddychać. Pobieranie próbek do badania już nie bolało. Było to dość dziwne uczucie, jakby mały robaczek kąsał skórę. Tyle że od środka… takie chwycenie, lekkie pociągnięcie i ukąszenie – wszystko bezbolesne. No i płukanie na koniec, by szybciej zlazło znieczulenie… I powtórka z rozrywki: „Łomatko! Topimy się! Topimy! Trza to wszystko wyrzucić natychmiast z płuc, bo się utopimy!”. Mam popaprany mózg. I za mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy. Wyciąganie endoskopu poszło szybko, wręcz błyskawicznie. Oczyszczanie płuc trwało parę dni. Myślałam, że te płuca po prostu wypluję, wyczyszczę, wytrę do sucha, nawilżę kremem i schowam z powrotem. Aha, i pozaklejam plastrami ranki, żeby już przestały krwawić, bo się zaczynałam czuć, jak gruźlik…

Gazometria w porównaniu z powyższym, to jak wycieczka na Majorkę… grzejesz sobie łapki pod ciepłą wodą, potem pielęgniarka nakłuwa jeden palec (jak przy badaniu w cukrzycy) i zbiera wypływającą krew do rurki, podobnej do słomek do napojów, które były dodawane do oranżady w woreczkach… tylko bardzo cieniutkiej i przezroczystej. I już. Można iść chorować dalej.

EBUS. To taka inna bronchoskopia. Tylko pozwalająca przebić się do węzłów chłonnych, by pobrać z nich próbki. Tak, przebić się przez płuca do węzłów chłonnych znajdujących się za nimi. Pamiętając poprzednią bronchoskopię, myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Okazało się jednak, że środki znieczulające mają tak świetne, że nawet tchawica nie zauważyła, że coś przez nią przechodzi. Poprzednią bronchoskopię wykonywano mi na siedząco. EBUSa robi się w pozycji leżącej. Nie dziwię się, że jest taki wymóg. Po „głupim jasiu” miałam takiego „tripa”, że bym spłynęła z krzesła. Chyba że zostałabym do niego przywiązana. Mogłam spokojnie patrzeć na „pływające” i „pełzające” lampy nade mną i na obraz na ekranie, pokazujący wnętrze moich płuc. Fajne są. Myślałam, że będą bardziej czerwone… a może to już był węzeł chłonny…? Cholera wie… Po badaniu było mi słabo i trudno się oddychało przez pewien czas, ale nie nastąpił wściekły kaszel, którego się spodziewałam, wzorem poprzednich doświadczeń. Jak się okazało, nie taki EBUS straszny, jak bronchoskopia.

Teraz jestem w domu. Nie czuję się zbyt różowo, bo potrafię dostać zadyszki przy ubieraniu spodni i T-shirta, no i raz na jakiś czas mam małą „wirówkę”. Ale da się to jakoś obejść. Na chwilę. Zła jestem na siebie, bo teraz znów stałam się nieproduktywna i bezużyteczna. Najlepiej wychodzi mi oglądanie seriali i plecenie sznurka, bo mogę siedzieć i za bardzo się nie ruszać. Wtedy też stawy mniej bolą. No i nie mogę ziewać. Bo płuca bolą, jak nabiorę w nie więcej powietrza, niż przy normalnym oddychaniu… ale to też idzie przeżyć.

Remont pokoju idzie nam jak po grudzie. Głównie dlatego, że trochę brakuje nam gotówki na części składowe. Bo robimy szafę. Na caaaaałą ścianę. Żeby się w niej pomieścić z większością szpargałów. I się mieścimy. Powoli. Wraz z powoli powstającymi półkami. Już nie trzeba będzie udeptywać mężowskich ubrań, żeby się mieściły w szafie. Każdy kolor sweterka ma swoją własną półeczkę. I każdy kolor T-shirta. Sięgasz i wyciągasz jedną rzecz. Ot tak… nie martwiąc się, że jeśli dobrze nie przytrzymasz reszty ubrań, to masz najbliższe pół godziny wybrane z życiorysu, bo trzeba wszytko powtórnie wepchnąć do szafy, używając umiejętności zdobytych podczas gry w „Tetrisa”…

Pralka stwierdziła, że się popsuje. No bo co? Od 16 lat pracuje w ciężkich, szkodliwych warunkach, to czemu ma się nie zepsuć? Na szczęście tylko grzałka przestała działać. Ciężko orzec, czy ona sama jest winna tej sytuacji, czy może pokrętło termostatu? A może sam programator przestał włączać grzanie wody? Nie wiadomo. Na razie radzę sobie „po staremu”: grzeję wodę w czajniku elektrycznym, który ma możliwość wyboru temperatury, przelewam zagrzaną wodę do miski, a kiedy uzbiera cała micha wody, wlewam do pralki. I włączam pranie. Detergenty wlewam do wody, którą leję do pralki. Dobrze, że mamy taką ładowaną od góry…

To chyba tyle z relacji tego, co się wydarzyło od ostatniego wpisu… idę chorować dalej i plątać sznurek…

2 Komentarze

Filed under domowo, życie

Dzień za dniem

W oczekiwaniu na różne rzeczy (zwłaszcza na oficjalne wyniki egzaminu zawodowego) płyną mi dni dość wolno. Głównie przy kołowrotku i z serialami na ekranie komputera.

Gdyby nie przecinające codzienną jednakość zajęcia, nie zauważałabym poszczególnych dni. Jednakże i to się skończyło. Dziś odbył się ostatni egzamin w szkole. Pomachaliśmy sobie na wzajem i rozeszliśmy się do domów… jeszcze się spotkamy na pewno na rozdaniu świadectw. A potem? Potem każda z nas znajdzie swoją ścieżkę. Trochę tak smutno, że się już kończy nasza wspólna ścieżka… choć jeszcze nie tak dawno tęskniłam z tym dniem… a teraz chciałabym, żeby jednak nie nadchodził.

Od jutra trochę trudniej będzie się ze mną skontaktować. W związku z zżerającą mnie chorobą muszę poddać się badaniom w szpitalu. Pewnie, jak zostawią mnie w spokoju, a sił będę miała na tyle, by sobie „posiedzieć w necie”, to i się zaloguję na Facebooku i Messengerze…

Próbuję też przeforsować pomysł budowy grodu średniowiecznego, skansenu archeologicznego w moim mieście, a projekt ma być sfinansowany z budżetu obywatelskiego. Jeśli to się uda, będziemy mieli gdzie ćwiczyć, urządzać turnieje i różnego typu imprezy, a także rozwijać nasze zainteresowania i umiejętności rzemieślnicze. Jeśli tylko się uda…

schemat01

Teraz pozostaje mi tylko uporządkować notatki, podręczniki, powtórzyć jeszcze to i owo i poczekać aż wszystko się we mnie zagoi, wyleczy i odnowi… i zacząć wszystko od nowa…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, nauka, życie

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 Komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie