Monthly Archives: Luty 2012

Papkowata papka medialna…

W sobotę miałam okazję pooglądać Kabaret Moralnego Niepokoju i Historię literatury wg niego. Oprócz mnóstwa gagów, które rozśmieszyły mnie do łez były też słowa, które zmusiły do refleksji. Chyba zacznę czytać ciężkie i  nie do przejścia lektury z czasów szkolnych. Chyba dopiero teraz mogłabym odpowiednio zrozumieć podteksty, jakie w nich istnieją. Ten program kabaretowy mi to uświadomił. A najgorsze  w tym wszystkim jest to, że od dawna nic, ale to nic się nie zmieniło. Co z tego, że mięły wieki, umarli królowie, prezydenci, sekretarze, że kolejny ustrój odchodził w cień, kiedy mentalność i zachowaniu ludzi wciąż pozostaje takie samo?

Wychodzi na to, że tak po prawdzie nic ale to nic się nie zmienia. To nam się tylko tak wydaje, bo inaczej mówimy, inaczej się ubieramy, posługujemy się inną technologią, jednak wciąż targają nami te same uczucia, liczy się dla nas wciąż to samo: zapewnić sobie jak najlepsze przetrwanie…
A co się tyczy Polaków… cóż, w ich mentalności i myśleniu nic, ale to nic się nie zmieniło od wieków. Bo nam się takie spojrzenie wpaja od najmłodszych lat, zakaża się nasze umysły gloryfikacją porażek, umniejszając nasze sukcesy. Na lekcjach historii i języka polskiego wciąż i wciąż tłucze się do naszych głów kawałki o martyrologii narodu polskiego, o walce o wolność naszą i waszą w miejscach, które nigdy nie były i nie będą naszymi, o przedmurzu chrześcijaństwa… wtłaczają tą papkę nie pozwalając myśleć samodzielnie. Jak wygląda interpretacja wiersza? Fragmentu lektury? Jeśli nie zgadzasz się z tym, co nauczyciel ma w swoim kajecie, ściądze, opracowaniu – czymkolwiek się posługuje – dostajesz ocenę negatywną. Nie możesz interpretować faktów na lekcji historii według własnych przemyśleń i wniosków, bo musisz odpowiedzieć tak, jak napisano w podręczniku. Nie ma czasu na myślenie, na indywidualność. Trzeba być szarym, nijakim jednostajnym i maszerować w równym szeregu jednakowych nijakich ludzi, wyhodowanych w równie bezmyślnych warunkach, co Ty. I ja.
Papka, którą pochłaniamy codziennie z byle jakich i płaskich intelektualnie programów, telenowel itp. rzeczy, muzyki, którą ciężko nazwać muzyką (to moja subiektywna ocena, bo mam odmienny gust muzyczny), sączącą się z głośników i odmóżdżającą nas równie sprawnie, jak telewizja. Czasopisma i dzienniki skupiają się miesiącami i latami na nic nie znaczących zdarzeniach i wałkują je do – za przeproszeniem – zrzygania na pierwszych stronach, pomijając z premedytacją informacje o wiele ważniejsze niż kolejny idiotyczny strój takiej, czy innej gwiazdeczki.
Zalewają nas śmieci.
Zamyka się kolejne szkoły, bo są nierentowne. Fakt, po co kształcić dzieci, które i tak koniec końców wyjadą za granicę, by tam pracować za godziwą wypłatę, bo w swoim kraju dostaną w najlepszym wypadku najniższą krajową, z którą tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić, bo to za mało, żeby przeżyć, a za dużo, żeby zdechnąć. No i po co kształcić, kiedy „ciemny lud to kupi” szybciej i sprawniej, niż społeczeństwo wykształcone, nawykłe do własnego, samodzielnego myślenia. Tak, debilami naprawdę łatwiej się kieruje, bo ślepo słuchając rozkazów, zapatrzeni w swojego guru (kimkolwiek by nie był), zrobią to, co mają zrobić: służyć tzw. elicie, czy grupie trzymającej władzę i wspomagać ich majątki w rozroście do niebotycznych sum. To na ich bogactwo pracują reklamy bombardujące nas codziennie z wszystkich dostępnych miejsc, krzycząc: musisz mnie mieć, musisz tak wyglądać, musisz…
Jedyne, co muszę, to wyrwać się z tego systemu. Wyemigrować na jakąś odległą planetę, gdzie jeszcze nie wdarło się to skażenie, ten wirus debilizmu…
Tylko gdzie ona może być…?

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie, życie

Dzień za dniem

Wzór na materiale zaczyna wyglądać coraz ciekawiej.. Chciałabym już skończyć haftować i móc zszyć sakiewkę i zabrać się za krajkę – kolejne wyzwanie.

Dziś odwiedziłam miasto. Większe niż to, w którym mieszkam. Musiałam się wybrać i złożyć dokumenty związane z założeniem stowarzyszenia. Tak, Najemna Kompania Grodu Koźle w końcu zostanie formalnym stowarzyszeniem. Po wielu latach przygotowań, wzlotów i upadków. Wreszcie.
Wiecie co? Przez ostatnie parę tygodni zaczynałam dzień od godzinnej porcji czytania. Najpierw była to książka „Wampir z M3”, potem przyszła kolej na „Chemię śmierci”, a wczoraj skończyłam „Amulet Nergala”. Na pewno każdą z nich opiszę, żeby być może zachęcić (lub zniechęcić) do sięgnięcia po nie. Ale to w najbliższej przyszłości, kiedy mi się wszystkie za i przeciw ułożą wygodnie w porządne zdania.
Po lekturze obowiązkowy prysznic. Gorący. W podgrzanej łazience. Koniecznie. Żeby nie było zbyt dużego szoku przy otworzeniu drzwi prysznica. Taki szok termiczny jest przyjemny tylko w lecie, kiedy temperatura sięga ponad 25 stopni. Tylko i wyłącznie. A nie w zimie, kiedy temperatura 20 stopni, jaka panuje w mieszkaniu zdaje się być niewystarczającą, by się rozgrzać.
A potem przegląd poczty, gier i haft. Z przerwami na śniadanie, kolejną herbatę i obiad. A kiedy jest już za ciemno, by doliczyć się nitek, nadchodzi czas dla lucetu.
Kiedy już oczy same się zamykają, znaczy to, że czas się udać na spoczynek… i tak oto płyną powoli moje dni.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, rozrywka, życie

7 dzień zabawy

Dzień spędzony w samotności pozwolił mi poukładać sobie parę rzeczy w głowie. Poczytałam sobie zaległe wpisy na blogach, które obserwuję, pohaftowałam póki miałam dostęp do światła dziennego, a wieczorem oglądają filmy, splotłam solidny kawał sznurka.

G. wrócił z kursu wcześniej, więc moja samotność nie zdążyła mi doskwierać, a tęsknota nie osiągnęła zbyt wysokiego pułapu.
Jakoś tak czuję, że problemy, jakie przechodzimy są bardzo przejściowe.
Będzie dobrze.
Jestem o to dziwnie spokojna.

Dodaj komentarz

Filed under prace ręczne, życie

6 dzień zabawy

Wyszywanie idzie mi naprawdę świetnie. I daje odczuć, że jednak coś potrafię zrobić. Chyba dzięki temu trochę podbudowuję swoje poczucie wartości.

Po południu spotkałam się ze znajomymi. Co prawda wpadli, by dopełnić paru formalności, ale przy pysznej, zielonej herbacie i ciasteczkach (tak, upiekłam porcję na tę okoliczność, a znajoma przyniosła dwa pudełka kupnych, równie pysznych) zebrało się nam na wspominki i ani się nie obejrzeliśmy, jak już było na tyle późno, że należało się zbierać na ostatni autobus do domu. I tak żadne formalności nie zostały dopełnione. Trudno, to daje okazję do kolejnego spotkania.
Posprzątałam większość mieszkania. W końcu. Jestem z siebie zadowolona, że bez większych problemów się za to zabrałam i zajęło mi to jedynie pół dnia, a nie – jak dotąd – cały.
Wieczorem G. przyjechał z kursu. I w końcu zdaje się być zadowolony z tego, co robi.
Myślę, że za niedługo się nam wszystko odpowiednio poukłada. Trzeba tylko przeczekać to, co złe i dołujące.

4 komentarze

Filed under życie

5 dzień zabawy

Z pozytywów dnia dzisiejszego mam tylko to, że haftowanie idzie mi coraz sprawniej, dając wciąż to samo zadowolenie i radość.

Niestety, śmierć jednego z wolierkowców, przygasiła wszystko, nad czym pracowałam od poniedziałku. Suzume był z nami ponad 6 lat. Szary wróbel z ADHD. Żadna papużka nie trzepała tak łbem, jak on, kiedy próbował zalecać się do samic. Raz nie wymierzył odległości i z całej siły uderzył w gałąź. No cóż… nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Przedwczoraj jakoś tak mocniej przygasł. Więcej spał. Wczoraj rano nie potrafił sobie poradzić z jakąś nieokreśloną wydzieliną sączącą się z nosa. Potem spał w przerwach na jedzenie. Inne ptaki go nie zaczepiały, nie wżywały się, jak mają we zwyczaju, gdy czują, że zbliża się którejś z nich koniec. Wierzyłam ich instynktom. Dopóki nie zobaczyłam, jak Suzume chwiejnie drepta po podłodze wolierki. Umarł po południu. Tuż przed godziną piętnastą. Zupełnie inaczej niż żył. Umarł w ciszy.
Muszę sobie z tym poradzić…
Ale na razie czerń przesłoniła inne kolory życia…

Dodaj komentarz

Filed under papużki, życie

4 dzień zabawy

Jako że dziś Tłusty Czwartek, postanowiłam zrobić domowe pączki, bo taniej. No a przy okazji wezmę i się sprawdzę, bo nigdy nie widziałam, jak się takie pyszności robi. Popełniłam masę błędów, ale wreszcie udało się dojść co i jak. Niestety, nie wyglądają, jak pączki, chociaż smakują pączkowo. Przypominają psie gówienka 😀 Sorki, za takie drastyczne określenie, ale naprawdę tak mi się skojarzyło.

Wyszywanie idzie mi coraz sprawniej i szybciej, wzór nabiera powoli wyglądu.
Śniegu nasypało u nas co niemiara, więc idąc do sklepu po kilka ważnych rzeczy, brnęłam niekiedy w zaspach sięgających mi do połowy łydki. I nasypywał ni się śnieg do butów. W sumie, nie potrafiłam się na to wściekać, bo mnie to bawiło. Gdybym mogła nie wyglądać dość debilnie, pewnie poskakałabym z zaspy na zaspę, ale zahamowało nie „co ludzie powiedzą?”.
Odwiedziłam też znajomą pracującą w pobliskiej bibliotece. Ponarzekałyśmy trochę – ona na pracę, a ja na brak pracy. Zawodowej. Pochwaliłyśmy się swoimi osiągnięciami, poplotkowałyśmy, ot – nadrobiłyśmy zaległości.
I to chyba wszystkie pozytywy w tym dniu.

3 komentarze

Filed under kuchennie, prace ręczne

3 dzień zabawy

Wyszywałam bez ustanku, dzięki czemu dzień zleciał mi jak z bicza trzasł. A taka terapia zajęciowa dużo mi daje radości. Naprawdę się cieszę, kiedy mogę oddać się takiej pracy. I kiedy zgrabnie mi to wszystko wychodzi, chociaż z początku wydawało mi się, że to zbyt trudne dla mnie.

Zapomniałam wczoraj dopisać, że zadzwonił do mnie tato z życzeniami… walentynkowymi. Nie powiem, że nie zrobiło mi się ciepło i przyjemnie.
Listonosz przyniósł wygrany w konkursie kalendarz i teraz pozostaje mi odszukać odpowiednie miejsce, by go zawiesić. Zdjęcia są naprawdę śliczne.
Zaczął padać śnieg. Ba! Sypie wręcz, popędzany wiatrem. Może juro G. nie da rady dotrzeć do pracy i będziemy razem w domu? Ha! Marzenia ściętej głowy.
Napisałam i wysłałam opowiadanie na konkurs. Wygram, to wygram. Nie, to nie. Chociaż nie powiem, że wygrana lub wyróżnienie podbudowałoby moją samoocenę.
Ptaki wariują, ganiają się po wolierce, znaczy – wiosna idzie. Niunia radośnie anektuje karmnik na budkę…
Odzyskałam, dzięki G., pozostawione w szkole rzeczy. Teraz już mogę mieć to miejsce zupełnie gdzieś i najzwyczajniej w świecie olać temat. W sumie już mnie to ani grzeje, ani ziębi.
Tak oto przebiegł dzisiejszy, śnieżny dzień.

Dodaj komentarz

Filed under prace ręczne