Monthly Archives: Listopad 2010

Kap… kap… kapuśniaczek

Jak wesoły milion drobnych wilgnych muszek,
Jakby z worków szarych mokry, mżący maczek,
Sypie się i skacze dżdżu wodnisty puszek,
Rośny pył jesienny, siwy kapuśniaczek.

Słabe to, maleńkie, ledwo samo kropi,
Nawet w blachy bębnić nie potrafi jeszcze,
Ot, młodziutki deszczyk, fruwające kropki,
Co by strasznie chciały być dorosłym deszczem.

Chciałyby ulewą lunąć w gromkiej burzy,
Miasto siec na ukos chlustającą chłostą,
W rynnach się rozpluskać, rozlać się w kałuży,
Szyby dziobać łzawą i zawiłą ospą…

Tak to sobie marzy kapanina biedna,
Sił ostatkiem pusząc się w ostatnim deszczu…
Lecz cóż? Spójrz: na drucie jeździ kropla jedna
Już ją wróbel strząsnął. Już po całym deszczu.

                               Julian Tuwim „Kapuśniaczek”
Tak jakoś mi się skojarzył ten wiersz…
Przy tym zawsze, od kiedy pierwszy raz go usłyszałam, podobał mi się.
I tak jakoś mi się przyplątał zupełnie bez powiązania z aurą za oknem. Bo kapuśniaczek gotowałam. Gotowałam, gotowałam i ugotowałam. Pomógł mi w tym przepis z internetowej książki kucharskiej: http://www.wielkiezarcie.com/recipe17114.html jakby ktoś chciał też skorzystać, to polecam.
Co prawda liści laurowych nie miałam na stanie, z selera i pietruszki zrezygnowałam, bo nie pasuje mi ich smak, no i rosół nie był taki prawdziwy „kurzęcy”, tylko z „kostki”.
Ale i tak wyszedł pyszny. G. mówi, że smakuje, jak prawdziwy kapuśniak. Muszę mu wierzyć na słowo, bo nie pamiętam prawdziwego smaku tej zupy.
No i tak wygląda kapuśniak w garze:
 
A to specjalnie do niego podsmażona na maśle osełkowym kiełbaska:
 
Dziś może zrobię bigos? Bo kiszonej kapusty zostało jeszcze półtorej kilograma…

2 komentarze

Filed under kuchennie

Coś się kisi

I na pewno nie są to ogórki…
Od środy próbujemy dodzwonić się do właścicieli domku i… nic.
Nikt nie odbiera, nie podnosi słuchawki, nie ma nawet automatycznej sekretarki, by wiadomość zostawić…
Adresu dokładnego nie dostaliśmy, w Internecie nie znajduję żadnych przydatnych informacji… chyba zrobię sobie jutro spacer od klatki do klatki i na domofonach wypatrywać będę nazwiska… znaczy obu zapisów nazwiska, bo tak do końca nie bardzo wiadomo, jak faktycznie brzmi…
Ech… zaczynam się obawiać, czy uda się nam przeprowadzić na wioskę…

5 komentarzy

Filed under życie

Krotochwila

Krotochwila, czyli żart, anegdota…
I właśnie coś takiego chciałabym dziś Wam opowiedzieć.
Od września nie pracuję w poprzednim miejscu pracy. Od września wszystko to, co tam się dzieje mam w du…żym poważaniu. Po prostu – nie moje zmartwienie.
Na początku listopada, tego listopada zaczęła wydzwaniać się do mnie kobieta, która moje miejsce w pracy zajęła, psując mi przy okazji dość dużo nerwów, tym samym spychając w ciężką i bolesną chorobę. W listopadzie, kiedy ja już myślami byłam w pracy innej, nowej, całkowicie odmiennej, poprzednią wymazując zupełnie z pamięci.
Zrobiło mi się gorąco, duszno, ciemno przed oczami. Nie odebrałam. Nie byłam w stanie rozmawiać. Za każdym razem tak samo – totalny stres i nerwy… Wreszcie przysłała SMSa, że mam natychmiast się z nią skontaktować w sprawie dokumentacji. Tej dokumentacji, którą bez słowa sprzeciwu przejęła po mnie, sygnując odpowiednie miejsca własnoręcznym podpisem.
Nie odpowiedziałam.
Tak, wredna jestem.
Ale jeśli ktoś na mnie szczeka i wyzywa, to czy mam grzecznie za takim kapcie nosić? Niedoczekanie.
W poprzedni wtorek dzwoni telefon z sekretariatu. No pięknie… jak nie tak, to z drugiej strony? Nic. Wzięłam głęboki oddech, zebrałam w sobie resztki spokoju i odebrałam. Z początku nowiny były neutralno-pozytywne, bo gotowe (o hosanna) jest już moje świadectwo pracy, ale potem już nie było tak pozytywnie. Poczułam się trochę, jak na przesłuchaniu, bo sekretarka wzięła mnie na spytki, gdzie dałam płyty instalacyjne (oryginały) Windowsa XP i MS Office’a. Gdzie dałam, gdzie dałam? W łapy jej dałam, kiedy tylko wszystko zostało zainstalowane. A co? Miałam do domu wziąć? W domu mam, choroba, się wykosztowałam na Win XP, żeby mieć spokój, a MS Office zastępuję Plus Office’em, bo za friko i ma te same funkcje i możliwości. Dobra, koniec reklamy 😉
Po chwili pojawiło się pytanie najciekawsze: czy posiadam dokumentację, wszelkie specyfikacje, jakie przez dwa lata pracy pisałam, a które zostawiłam w ślicznie ponazywanych folderach na komputerze przy moim stanowisku pracy. A po co się pytali? Bo „wszystko wiedząca wiedźma PlePle”, która mnie wykopała ze stanowiska nie zrobiła sobie kopii, kiedy wymieniano jej komputerek na lepszy. No patrzcie państwo! Taka mądra, inteligentna i doświadczona pracownica z mnóstwem dodatkowych kursów, studiów itp. papierków zapomniała, że trzeba dbać o dokumentację, o którą tak mnie ścigała w ostatnich dniach mojej tak pracy.
Sorry… nawet nie chce mi się szukać, czy coś na którymś pendraku mi zostało.
Żal mi tej kobiety.
I to nie z powodu nadrabiania dokumentacji z dwóch ostatnich lat…

2 komentarze

Filed under praca zawodowa

Kolejny krok…

Tak… kolejny krok został poczyniony ku spełnieniu małego marzenia, którego wizualizacja widnieje w albumie. Mianowicie udało się nam wreszcie dostać namiary do właścicieli tego uroczyska.
Zadanie wydawało się łatwe, ale – po bliższym przyjrzeniu się sprawie – okazało się przedsięwzięciem dość trudnym i problematycznym.
Po pierwsze sąsiad przechowujący numery kontaktowe był długi czas nieuchwytny. Po drugie, gdy już udało się go schwycić niemalże z zaskoczenia, wzbraniał się przed podaniem kontaktu, bo ktoś dał mu „na flaszkę”, żeby go nie podawał innym.
Dzięki umiejętnościom dyplomatycznym i sporej dawki przekonujących argumentów płynących od pana Artura (bez niego, wszystko by przepadło) udało się!
Oto mam przed sobą kartkę zapisaną numerami, adresami, nazwiskami… Tylko się umawiać, oglądać i… kupić.
W tym miejscu pragnę też szczerze i najmocniej podziękować panu Arturowi, że tak niezmordowanie pomagał nam w tej sprawie. Bez niego nie moglibyśmy liczyć na to, że otrzymamy kontakt do właścicieli.
Bardzo, ale to bardzo dziękuję.
Jest to dług wdzięczności nie do spłacenia…
Teraz tylko trzymajcie kciuki, żeby wszystko poukładało się tak, byśmy mogli się spotkać któregoś dnia, zasiąść na ławeczce sprzed domkiem i sycąc oczy piękną zielenią sadu chłonęli spokój tego miejsca…

9 komentarzy

Filed under życie

Wpadłam…

Wpadłam, jak przysłowiowa śliwka w kompot.
Po prostu zakochałam się w tamtym miejscu i domku. G. też mocno jest nastawiony na zakup tej malutkiej „posiadłości”. Chcemy tam mieszkać i koniec.
Domek wygląda na wolny od pleśni i grzyba. Z zewnątrz. Wnętrz nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć. Musimy wpierw zdobyć namiary do właściciela i z nim umówić się na pełny rekonesans.
Z zewnątrz jednak prezentuje się zachęcająco… zerknijcie do albumu i sami oceńcie.

5 komentarzy

Filed under życie

Marzenia…

Mam wiele marzeń. Większość z nich na zawsze pozostanie tylko marzeniem.
Na przykład kariera dżokeja na warszawskim Służewcu. Za stara już jestem, choć moje 155 cm i 45 kg byłyby świetnym atutem. Ale nie ponad trzydziestka na karku…
Albo takie kasztel dla całej Najemnej i bractw zaprzyjaźnionych. A nawet i dla obcych, bo i one po pierwszym spotkaniu staną się na pewno zaprzyjaźnionymi.
A te bardziej realne? Też mogą pozostać tylko i wyłącznie marzeniami…
Po co zaczynam ten temat?
Ano… domek w cichej i spokojnej okolicy mi się marzy. No i to marzenie ma szansę się spełnić, tylko na „dzień dobry” potrzebuję 90 tysięcy złotych, by nabyć zabudowaną działeczkę o niewielkim rozmiarze 20 arów. Ktoś powie – kredyt na taką kwotę nie załamie budżetu domowego. Cóż, nie w momencie, kiedy tylko G. pracuje. Ja nadal staram się gdzieś przytulić, bo gildiowymi wyrobami na razie jest małe zainteresowanie, niestety. Może jak się przerzucimy, a raczej dorzucimy ofertę dla właścicieli koni : ogłowia z prawdziwej skóry, ręcznie wykonane, kantary, czapraki, naprawy rymarskie itp. rzeczy, które mogą złapać lokalny rynek, bo w okolicy jest trochę właścicieli koni, gospodarstw agroturystycznych, no i spory ośrodek jeździecki. Może chwyci…
Najprędzej to chyba wyżebrzę te pieniądze… potem na remont lub postawienie nowego budynku…
Sprzedaż obecnego mieszkania nie wchodzi teraz, natychmiast w grę, bo „nowy” dom nie nadaje się do zamieszkania od zaraz. Zwłaszcza w zimie. Nie mamy opału, w budynku nie ma bieżącej wody, kanalizacja jest, ale dzika – wszystkie ścieki odprowadzane są do pobliskiej „śmierdziałki”. Jak i w przypadku chyba wszystkich okolicznych gospodarstw. Gazu też nie ma, ale tutaj problemu nie widzę, bo korzystanie z butli jest o wiele tańsze, niż korzystanie z usług gazowni. Zawsze też można zrobić płytę kuchenki na prąd.
Tylko mieć te 90 tysięcy…
Ma ktoś może na zbyciu?

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, życie

Galopada

Tytuł za szumny, ale „kłusada” brzmi co najmniej kanciato.
Nie było galopu… znaczy był, ale później, już na padoku… aj, może się jednak wezmę od początku…?
Pierwszy raz pojechałam w daleki teren. Konno. W siodle, które boleśnie uwierało mnie w mój kościsty nadal tyłek. Na koniu, który pragnął galopować, cwałować, poddać się instynktowi pchającego go do pędu. I to nie był tym razem Ontario, tylko Dyzio. Krępy wałaszek, który ma w sobie tyle cierpliwości, że służy jako główne narzędzie hipoterapii. A przy takich zajęciach nie można iść szybciej niż tylko stępa, więc nic dziwnego, że widząc przestrzenie, poczuł zew krwi mustanga (to tylko takie poetyckie porównanie).
Po przekłusowaniu i przestępowaniu wśród lasów, pól i łąk, wróciliśmy do gospodarstwa i tu dopiero można było oddać się szaleństwu. Pogoniliśmy konie na padoku i rozkoszowaliśmy się galopem między kretowinami.
Kocham ten pęd, tętent, świst wiatru w końskiej grzywie…
Co z tego, że wróciłam połamana, obolała i poobijana? Że nie wiedziałam, jak się usadzić na krześle, że mam utrudnione zakwasami poruszanie ramionami. Ważne, że wspaniale spędziłam dzień.
I… wiecie co? Dowiedziałam się, że gdzieś w okolicy, bliskiej okolicy ktoś chce się pozbyć domu z obejściem… jeny… kogo by tu namówić na kredyt…?

2 komentarze

Filed under konno