Monthly Archives: Luty 2013

Świat, jaki jest, każdy widzi

I ja też widzę i… mam coraz większą ochotę stąd wyemigrować na stałe. Nawet na Marsa, byle być z dala od tego całego zamieszania, by nie rzec „burdelu”.

Afera goni aferę, zakaz powstaje tuż za poprzednim zakazem, likwidacja postępuje za likwidacją, a bat tzw. prawa wali nas niemiłosiernie po łbach, byśmy tylko leźli lwu w paszczę i ani nie myśleli myśleć.

O czym piszę? Ano o tym, jak to nam z butami wszyscy „mundrzy” wchodzą do naszych domów, zaglądają nam pod kołdrę, do naszych śmieci, komputerów i naszych umysłów, przekonując nas, że to, co robią, robią dla naszego dobra. Tere fere kuku majtki z drutu. Bo jak może być dobrym zakazanie ziołolecznictwa? Bo nie można idealnie dobrać dawki? Bo każda porcja danego zioła różni się ilością zawartych związków, olejków eterycznych itp. rzeczy? No i? Komuś to zaszkodziło przez te wszystkie wieki, kiedy zioła wykorzystywano do poprawy zdrowia? Pewnie tak, bo wszak naparstnica w nadmiarze szkodzi i to bardzo, za to w umiarze życie potrafi uratować. I myślą, że jak zakażą, to ludzie przestaną się leczyć ziołami i w te pędy polecą do aptek wspierać ubogich właścicieli koncernów farmaceutycznych? Jaaasne… już widzę te gigantyczne kolejki w aptekach…

Wkurzają mnie też coraz bardziej wszędobylskie i wszystkowiedzące fundacje ratujące zwierzątka. Sama wyratowałam sporo papug i wiem z czym się wiąże taka akcja. Zwierzęta kocham, ale rozumu się nie pozbywam. Rozumiem wzburzenie, gdy widzi się cierpienie innego stworzenia, ale droga, jaką obrało większość towarzystw wzajemnej adoracji mi zupełnie nie odpowiada. Bo taki na przykład pies na krótkim łańcuchu, karmiony resztkami ze stołu i jeszcze bez budy, czy też pies zupełnie sezonowy, ma dla rolnika jedną wartość – ma strzec tego terenu, do którego go przywiązali. Fundacja przyjedzie, zrobi zdjęcia, nakręci filmik, nagada facetowi, naśle Policję, Straż Miejską i Bóg wie co jeszcze, psa zabierze do schroniska i na tym cała akcja się skończy. I myślicie, że ten rolnik nie weźmie od sąsiada, któremu suka właśnie się oszczeniła jednego czy dwa odchowane szczeniaki? I nie uwiąże ich na krótkim łańcuchu i nie będzie karmił resztkami? Będzie, bo powyższa akcja danego rolnika niczego dobrego nie nauczyła, a za to nauczyła nienawidzić fundacje, Policję i inne aparaty nacisku, bo mu psy ukradli i jeszcze kazali mu za to płacić.

A akcja z Maciusiem w Skaryszewie? Widzieliście te filmy, gdzie targano obolałego konia najpierw każąc mu wstać, a potem, kiedy zwierz nie podołał zadaniu, szarpali go, żeby na siłę przeciągnąć do przyczepy i „uratować” biednego konika od niechybnej śmierci. Dziękuję za takie ratowanie, które dało taki sam skutek, jakby zwierzak na miejscu został uśpiony. Bowiem po tym diabolicznym transporcie „gdzieś tam” weterynarz orzekł, iż koń zdrów nigdy nie będzie, bo ma pęknięty kręgosłup. Się tak zastanawiam, dlaczego w tym samozwańczym tłumie wyzwolicieli koni nie było weterynarza zdolnego jasno i konkretnie ocenić stan zwierzęcia nawet bez maszynek pozwalających zaglądnąć w czeluści ciała? Bo nie wierzę, że taka wielka fundacja (nazwy nie przytoczę, bo… nie) nie ma umów z weterynarzami znającymi się na swoim fachu. Wybaczcie, ale męczenie kogo- i czegokolwiek w imię obojętnie jakich celów jest dla mnie barbarzyństwem. Dzięki temu za chwilę nie będzie w Polsce zimnokrwistych koni, bo ich hodowla nie będzie nikomu do niczego przydatna. Pole łatwiej i szybciej oporządza się teraz traktorem, samochodem wygodniej się zajedzie do miasta niż bryczką, a pod siodło, to się sportowe rasy szykuje. Jeśli zatem nie będzie koni rzeźnych, nie będzie ras zimnokrwistych. Albo będą, tylko hodowane po cichu, w ciemnej, zamkniętej stajni, w tragicznych warunkach, apotem transportowane w jeszcze tragiczniejszy sposób gdzieś daleko, by dokonać żywota po męczarniach w przyciasnej i nieprzygotowanej do transportu koni przyczepie. To samo dzieje się z aborcją – zakazali, ale dziewczyny i tak się skrobią i to w fatalnych warunkach, bo to dla nich sposób na antykoncepcję. Bo kalendarzyk promowany na zajęciach z WDŻtu można sobie jedynie na ścianie zawiesić i popatrzeć, jak ładnie wygląda.

I nie, nie będę ubolewać nad zwierzętami, które są przerabiane na kotlety. Owszem, sama nie jestem w stanie zabić czegokolwiek więcej niż kartofla, czy brokuła, a i przy wyrywaniu chwastów mam skrupuły, to wiem, jak ten świat działa i jak działać musi. Są zwierzęta, których docelowym miejscem spoczynku jest talerz na stole. Tak było od dawna i nie jesteśmy w stanie zmienić swojej natury tak szybko, jakby bojówki o wolność zwierzęcą chciały. Ja mam tylko jedną prośbę do wszystkich, którzy hodują rzeźne zwierzęta: niech je traktują najlepiej, jak tylko się da i zapewniają im wszystko, co uczyni je przez ten krótki okres życia szczęśliwymi. Do tych, co zwierzęta wożą: niech pamiętają, że nie wiozą ziemniaków, tylko żywe stworzenia i jako takim należy się odpowiedni transport, by nie raniły się w drodze. A do tych, co zwierzęta masowo zabijają w rzeźni: jeśli chcecie się pobawić czyjąś śmiercią i cierpieniem, włączcie sobie jakąś brutalną grę na komputerze i pozabijajcie trochę pikseli. Sobie ulżycie, nikogo tym samym nie krzywdząc. Czy to naprawdę tak dużo? Uświadomić sobie, że to, co kwiczy, muczy, szczeka, miauczy, gęga, gdacze i kwacze też zasługuje na dobre i godne traktowanie od początku życia aż do śmierci?

A tak swoją drogą, czemu fundacje nie zajmą się np. kurczakami i jakością ich życia na fermach? Widzieliście kiedyś transport kur? Ja widziałam i dalej nie pojmuję, jak można upchać tyle kur do tak małych pojemników (bo nie nazwę tego klatkami), zupełnie przy tym nie przejmując się, czy któraś z nich złamie sobie nogę, skrzydło, czy zostanie zgnieciona na śmierć? A sortowanie piskląt? Widzieliście? Bo ja widziałam. Na zdjęciach i filmach. I – powiem szczerze – mam dość. Zwłaszcza, kiedy się widzi przepełnione malutkimi kogutkami wielkie beczki, które są tam wrzucane żywcem. I wiem też, że zostanie z nich pasztet. Smaczny, niestety. I smutno mi, że tak są traktowane zaraz po tym, jak wypełzną ze skorupki. Czy nie mogłyby się fundacje zająć tą sprawą? Przecież kurczaczki są takie słodkie? Takie żółciutki i tak ślicznie ćwierkają – no, czysta słodycz. No ale kury są głupie, to kto by je tam żałował (tak, ironizuję)?

Może by tak zakazać wszystkiego, co wedle „munrych” jest złe (bo nie przynosi im zysków), a za resztę pobierać jeszcze podatek?

Wybaczcie, ale ja mam powoli dość tego wariatkowa wokół. Jak mnie szlag trafi do końca, to chyba naprawdę się stąd w pizdu wyniosę nie zostawiając informacji, gdzie mnie poniosło. Jeszcze jedna durnota i coś we mnie pęknie.

A dla błogich nieświadomych niczego polecam publiczną telewizję i kolejne odcinki z życia mam Madzi, z katastrofy Smoleńskiej i nowe odcinki z serii „Co zrobił ten czy tamten”. Bawcie się dobrze…

4 komentarze

Filed under życie

Zwykły poranek

Tak sobie siedzę i klikam porannie… Trzeba przeklikać parę gier, które szkoda mi zostawić na zatracenie, choćby Hodowlę moich wirtualnych koni, bo tylko takie mogę posiadać…

Popijam sobie kawę zbożową i powoli się dobudzam, planując sobie zajęcia na dzisiejszy dzień. Skończyłam wczoraj omiatać wszystkie kąty w dużym pokoju, więc kurzyki zostały zdecydowanie poskromione i wygonione (miejmy nadzieję) na zawsze. Wypadałoby się dziś zająć kuchnią, bo łazienka jest co tydzień dogłębnie czyszczona.

Niechcący wczoraj pogoniłam pająka. Znaczy, pajęczaka, bo to chyba kosarz był… co prawda był tak opasły, że ledwo się na nogach trzymał i mało był podobny do standardowego kosarza. Mam nadzieję, że to nie będzie mu przeszkadzało w dalszym polowaniu na zjawiające się w domu insekty.

Tęsknie wyglądam dnia, kiedy już będę miała wszystko posprzątane, gotowe i czyste, bo wtedy wreszcie będę mogła usiąść do krosna, do haftu, czy innych rzeczy, za którymi tęsknię i chciałabym do nich wrócić, jak najszybciej.

Przeraża mnie jedynie przekopanie się przez mały pokój, który z powodzeniem służy za składzik wszelkich różności, jakie przydadzą się kiedyś… Trzeba będzie je wynieść do piwnicy. Wcześniej jednakże tę piwnicę również posprzątać… ech… roboty zatrzęsienie, a chęci do sprzątania malutko. Po prostu nie lubię sprzątać i koniec.

W Aionie życie płynie zdecydowanie szybciej. Oprócz zabijania potworków trzeba zbierać rośliny, które umożliwiają wykonanie mikstur, czy jedzenia lub ubrania, a potem to wszystko – po odpowiednim połączeniu z innymi składnikami – przerobić. No i pozostają już tylko dwie drogi: użyć samemu lub sprzedać innym do użytku. Wieczory są na to wszystko za krótkie, a po nocach jakoś nie za bardzo chce się siedzieć. Chyba przez pogodę, bo od kilku dni jest ciemno, pochmurno i śnieży… przez to tez mi trudno się zabrać do roboty, bo bardziej mi się spać chce, niż robić cokolwiek… ta zima jest wyjątkowo pochmurna i szara… bardzo przydałoby się więcej słońca… a może nawet i wiosna… muszę zrobić porządek na parapecie w kuchni i powoli zacząć wysiewać ziarna, bo wszak za chwilę trzeba będzie zacząć działkowanie i to już tak na poważnie. W sumie… już nie mogę się tego doczekać…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne, życie

Kuchenne nowości i zaokienne zamieszanie

Zaryzykowałam…

Zaryzykowałam niewiele, bo trochę mąki żytniej i nieco letniej wody, ale opłaciło się. Z tej mieszanki powstał przez pięć dni zakwas żytni, który dziś został niemal w całości użyty do wypieczenia pierwszego w życiu chleba na zakwasie. Pierwsze próby kończyły się narośnięciem pleśni na zakwasie. Tym razem wszystko poszło, jak z płatka, dzięki dokładnym instrukcjom zawartym na blogu „Smakowity Chleb„. Z pewną obawą podchodziłam do upieczenia chleba z udziałem zakwasu, bo nigdy tego jeszcze nie robiłam. Posłużyłam się jednym z przepisów zamieszczonych w firmowej książce kucharskiej Thermomixa, nie wierząc, że w ogóle cokolwiek wyjdzie na plus. Zwłaszcza, że ciasto wcale nie chciało rosnąć… dopóki nie trafiło do pieca. Co prawda początki były ciężkie i spodziewałam się wielkiego zakalca, ale nadzieja pojawiła się wraz z lekką i bardzo powolną zmianą objętości ciasta umieszczonego w foremce. Rezultat przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Już dawno nie jadłam tak pysznego chleba! Ta chrupiąca skórka! Ten lekko kwaskowaty, pulchny miąższ! Żałuję, że zakwasu miałam tylko na jeden bochenek.

A oto, jak się prezentują chleby przygotowane na nadchodzący tydzień:

Chleby domowe

Chleb żytni na zakwasie

A za oknem śnieg, chmury i mazurki. Codziennie, co parę godzin przylatuje pokaźne stado na ziarnistą przekąskę. Nie wiem, ile ich dokładnie jest, ale chyba nie skłamię, jeśli napiszę, że jest ich około dwudziestu. Robią naprawdę mocny harmider i bajzel dookoła karmnika. Potrafią przekrzyczeć nawet ptaszydła w wolierce. A jak te ostatnie nieco się uciszą, to słychać stukot dziobków po parapecie.

Mazurki w porze karmienia

Mazurek

4 komentarze

Filed under kuchennie, zaokienne życie