Monthly Archives: Wrzesień 2004

Było nie było – zdycham…

Nie ma to jak stado rozwrzeszczanych gimnazjalistów… nie mogę się pozbierać po wtorku… łeb mi pęka, gardło… lepiej nie mówić, bo znów zaniemówię…

Ciekawam, kiedy wreszcie zacznie się sezon grzewczy, bo mi pti marzną i muszę im dogrzewać w pokoju 😦

Biedny Rokuro kubi… on taki wyskubany. Jak tylko się robi zimno – od razu traci chęć do życia 😦 martwię się, żeby się nie pochorował. I tak ma problemy z nerkami, jeszcze jakby się przyplątało przeziębienie… (tfu tfu przez lewe ramię)

Totoro pratrzy na mnie wzrokiem mówiącym mniej więcej: „Kiedy wreszcie otworzysz mi budkę? Ja chcę jajeczka! I pisklaczki!”

Zaś Nightwish, moja kochana kluseczka, razem z Indym patrzą z wyrzutem to na mnie, to na drzwi klatki. Nie wypuszczę ich, bo z tapety zostanie konfetti.

Trzeba jak najszybciej skończyć wolierkę, żeby miały gdzie skrzydła rozprostować i co poniszczyć bezstresowo.

Na turniej w Byczynie nie jadę. Zimno, brak transportu i brak chęci – to główne przyczyny tego stanu rzeczy. Mam nadzieję, że nie przyniosą mi wstydu ci, którzy jadą… no i nie zrobią sobie krzywdy – co jest najważniejsze.

Z jednej strony trochę żałuję, że nie pojadę… może dzięki temu nadrobię trochę zaległości?

Kurczę, idę spać… ból głowy jest już na tyle silny, że ciężko mi patrzeć, myśleć, działać… do tego jest zimno 😦

Kiedy będę mogła zaśpiewać : „(…) Kaloryfer parzy – dziś zaczęli grzać(…)”, bo głowa już mi pęka w szwach 😛

Reklamy

1 komentarz

Filed under życie

Bleeeeeeeeeeeeeee….

Znów tylko na chwilę przed pracą…

Nie chce mi się wyjątkowo iść do roboty… w perspektywie mam siedzenie w świetlicy – czyli wkurzanie, nudy i brak odpowiednich zajęć (odpowiednich, czyli tych, które wykonać muszę, by biblioteka działała sprawnie)…

Bibliotekarz jest od wszystkiego…

Kurde, kiedy wróci dyro? Kiedy on był nie miałam takich „zastępstw”…

Może dziś będzie padało? Bo jeśli tak, to dzieciaki będą miały nici z wycieczki, a ja będę mogła spokojnie dalej pracować i uzupełniać księgozbiór… zostało jeszcze 6 regałów książek do wpisania… jeszcze lektury trzeba dokupić, bo brakuje… i folię do obłożenia książek – żeby za szybko się nie zepsuły… znaczy nie same, ale żeby dzieciaki nie porobiły z nich „szmatek”.

Pti już ćwierkają… te mają zdrowie, tak wcześnie wstawać 😛

Wczoraj stwierdziłam, że Hermi, Shizu, Rei i Lara uznały mnie za członka stada – kiedy przyniosłam sobie bułkę i zaczęłam ją jeść one od razu powędrowały do karmniczków 😀

A może tylko przypomniałam im, co miały zrobić? 😛

Dopra… idem, bo muszem…

Dodaj komentarz

Filed under życie

Plany diabli wzięli

Plany diabli wzięli… praca jest tak męcząca psychicznie, że potrafię myśleć tylko przed nią a nie po niej 😦

Dobrze, że dziś jest piątek… w pracy krócej, bo tylko do 13:30, więc chyba się za mocno nie wymęczę 😛

Do tego w szkole jest Dzień Sprzątania Świata, więc wygonią dzieciaki z workami, żeby robiły to, co należało zawsze do odpowiednich służb – posprzątają miasteczko…

Wczoraj dowiedziałam się o okropnej rzeczy. Geralt był w sklepie zoologicznycm na naszym osiedlu i usłyszał, jak klient rozmawiał ze sprzedawcą o kupnie ptaka egzotycznego. Sprzedawca na wszystkie pytania odpowiadał – nie ma problemu.

Klient chciał dużą papugę, sprzedawca powiedział, że nawet może sprowadzić i trzydniową, dla niego to nie problem, nawet może sprowadzić taniej niż można spotkać w sklepach, ale to po zamknięciu sklepu i sprzedawca nie bierze odpowiedzialności za zdrowie ptaka i jego stan.

Okrutne… a tyle się mówi, że przemyt jest okrucieństwem wobec zwierząt, że tyle ich ginie podczas transportu, później takie zwierzę nigdy nie przyzwyczai się do klatki i człowieka, będzie cierpieć i szybko umrze 😦

Albo sprzedawanie niesamodzielnych piskląt! Przecież tyle może złego się stać z takim maleństwem – można mu poparzyć wole za ciepłym pokarmem (różnica nawet 1 stopnia może o tym zaważyć), może się pisklę nim zachłysnąć i umrzeć na zachłystowe zapalenie płuc – wszystko to wiąże się ze śmiercią w cierpieniach…

Bosz! Jak można w taki sposób prowadzić sprzedaż zwierząt!

Do tego wszystkie falistki – a jeśli nie wszystkie, to większa część – są chore! To widać na pierwszy rzut oka! Wszystkie są nastroszone, niemrawe… biedactwa stłoczone w klatkach tak, że nie wszystkie mogą usiąść wygodnie na patyczkach (plastikowych żerdkach!!!) tylko siedzą zaczepione dziobem na kratkach… wszystko jest brudne, obsrane…

Jak takiemu człowiekowi, a raczej bestii w ludzkiej skórze odebrać prawo do sprzedarzy żywych stworzeń?

Każdy przecież machnie ręką i powie: „Przecież to tylko papuga…”

Normalnie wrzeszczeć się chce!!!

Idę… jeszcze wrócę 😛

3 Komentarze

Filed under życie

Po półmetku

No i połowę miesiąca mamy już za sobą.

W pracy nadrabiam zaległości, w domu też…

Wczoraj na treningu przyuczaliśmy młodych do łucznictwa i szermierki. Jestem dobrej myśli. Tylko, żeby się nie zniechęcili nudnymi ćwiczeniami… tłumaczę, że na początku będzie nudno, ale później będzie coraz lepiej i  że to dla ich dobra, bo jak będą mieli wpojone podstawy, to nie będą mieli tak wielu kontuzji w bojówce i bitwie… chyba rozumieją… choć energia ich rozpiera i jakby na chwilę spuścić ich z oczu, to z treningowych mieczy zostałyby wióry 😛

Wczoraj strasznie mi ciśnienie podniosła wieść, iż jedno z zaprzyjaźnionych bractw – choć była między nami umowa ustna o status quo – dało pokaz na terenie naszego miasta… gdyby to był ktoś obcy – rozumiem, walka o klientów, rynek i takie tam, ale że zrobił to bardzo dobry znajomy, to mnie krew zalała.

Człowiek o zerowym honorze… o braku jakichkolwiek moralnych zasad… dla którego liczą się tylko pieniądze, a coś takiego jak lojalność, koleżeństwo ma w dupie…

Straciłam resztki szacunku do tego człowieka 😦

I jak tu teraz wierzyć w takie wartości, jak przyjaźń, lojalność, honor? 😦

Eeeeeeeeeeeeeeeeeech….

Muszę przygotować reklamę dla szkół – lekcje żywej historii.

Zrobić plakat o naborze… tylko na kiedy wyznaczyć datę spotkania… chyba najlepiej w sobotę – jak w tamtym roku, ale chyba w październiku, a nie w listopadzie – idąc za porzekadłem „im wcześniej, tym lepiej”…

Dziś po pracy nad tym posiedzę.

Ulotka reklamowa i plakat… hmmmmm… coś wymyślę… muszę 😛

No i kończy się czas wolny na obudzenie się 😛

Trzeba szybko się wyszykować i lecieć, bo mi transport ucieknie 😛

1 komentarz

Filed under życie

Nadrabianie zaległości…

… bo już 6 dni minęło od ostatniego wpisu. Rety! Wcale się nie przykładam do  bloga 😛

A tak na poważnie:

W weekend byłam w Warszawie na spotkaniu miłośników ptaków egzotycznych. Spotkałam się z ludźmi, których miałam okazję poznać już w Krakowie na podobnym zlocie, poznałam nowych… przespacerowaliśmy całe warszawskie zoo – inne od tego, które pamiętałam z dziecięcych lat, kiedy to z ciotką i ojcem robiliśmy sobie do niego wycieczki.

Przy ptakach zatrzymywaliśmy się na dłużej i do wolier i klatek wracaliśmy wielokrotnie… natręctwo jakieś czy co? 😛

Po takim długim dniu (dla mnie zaczął się o 3:50, kiedy zadzwonił budzik) ulokowałam się u Justyny, którą poznałam na zlocie w Krakowie.

Po przepysznej kolacji zasiadłyśmy pod papuzimi gałązkami w celu delektowania się pyszną, zieloną herbatą oraz pogadania o sprawach wszelakich, które nas w jakikolwiek sposób nurtują.

Tak siedziałyśmy, piłyśmy, gadałyśmy… pti nad naszymi głowami urzędowały coraz częściej przysypiając… w końcu i nas zmorzył sen…

Drugiego dnia szykowałam się do drogi powrotnej (7h w pociągu), więc nie opłacało się nigdzie wychodzić, ale i tak nogi zaniosły nas do źródeł oligoceńskich po przepyszną wodę.

O 15:05 pożegnałam się z Justyną przez okno odjeżdżającego pociągu…

O 19:56 wyszłam z pociągu w Gliwicach zapominając o strzale, którą wzięłam specjalnie, by pokazać ludziom, czym się zajmuję w ramach hobby… nie zdążyłam się po nią wrócić… 😦

O 21:26 odjechałam z Gliwic…

O 22:02 byłam na stacji w KK…

O 22:20 byłam w domu…

O 23:20 byłam w łóżku…

A nazajutrz do pracy… na ósmą…

Wczoraj nie miałam sił na nic… przywlokłam się do domu, zaczęłam czytać książkę (naiwna myślałam, że mnie to pobudzi) i zasnęłam. W nocy obudził mnie Geralt, pościelił łóżko i położyłam się spać dalej… Dziś wstałam przed szóstą raczej wypoczęta, ale w pracy zaczęły mi się oczy zamykać…

Jakoś dotrwałam do końca i siedzę sobie teraz w domq i konsumuję beztłuszczowe frytki, i piszę bloga 😛

A! Zapomniałabym! Wczoraj przyszła wielka paka, a w niej – kołowrotek 🙂 taki najprawdziwszy, jak najbardziej działający kołowrotek 🙂

Teraz tylko załatwić runo owcze i mogę prząść.

Potem farbować przędzę naturalnymi barwnikami i robić krajki 🙂

Już się nie mogę doczekać…

1 komentarz

Filed under podróże, życie

O poranku…

Jestem właśnie tuż przed wyjściem do pracy…

Z nowości – Totoro w piątek zniosła pierwsze jajko, ale rozbiło się, bo zniosła nie w budce (bo zamknęłam – na razie nie chcę piskląt) a na drzewku, a dziś znalazłam drugie – pod klatką, też pęknięte…

I co ja mam im zrobić, żeby się nie niosły? 😦

W pracy roboty od groma – porządkowanie, naprawa, okładanie książek, a jeszcze chcą, żeby w tym bajzlu wypożyczała podręczniki! Kiedy dopiero wczoraj dostałam listy uczniów, a i tak z błędami 😦

Dom wariatów… 😦

Tabitabi szybko wydobrzał. Całymi dniami zwisa głową w dół i ćwierka za stadem, bo chce wrócić… wróci za kilka dni… mam nadzieję, że Moris nie przerobi go na puchową poduszkę…

Pogoda wyśmienita do pracy – chłodno, słońca nie ma, więc ani nie będzie świeciło po oczach, ani nie nagrzewało sali…

Nic, muszę uciekać do pracy, bo jak się spóźnię, to mi poucieka transport 😛

Dodaj komentarz

Filed under życie

Pierwszy, tydzień w szkole

No to mam już za sobą pierwszy tydzień w szkole, ale taki nie do końca na poważnie – pracowity nie od początku do końca.

Wróciłam do domu zjechana psychicznie, zmęczona do granic niemożliwości 😦

Wciąż prześladuje mnie widmo pewnego pana, który pastwił się nade mną w poprzednich dwóch latach pracy… teraz już go nie ma, ale trauma pozostała 😦

Jak wcześniej wychodziłam do pracy wcześnie, tak teraz wychodzę na ostatnią chwilę i muszę albo do PKSu dobiec, albo przepraszać zanjomych za spóźnienie i za to, że musieli czekać 😦

Trochę uporządkowałam kwestię czasopism – nowych i starych… nie mogę się doprosić o magazyn… obiecanki-cacanki 😦

Chyba będę musiała z tym do dyra pójść i przebić się dzięki jego autorytetowi, może wtedy coś drgnie…?

Prawdopodobnie drgnie 🙂 pedagodzy mają się przeprowadzić w inne miejsce, ciężko powiedzieć, czy lepsze, ale większość zainteresowanych mówi, że tak… ja nie zawędrowałam jeszcze do tej sali… nie mam czasu na zwiedzanie szkoły 😦

zarzucono mi w tamtym roku, że nie mam najnowszych wieści, a przecież pracuję przy sekretariacie, więc powinnam je mieć… kiedy – po pierwsze – nie mam czasu na siedzenie non-stop w sekretariacie – po drugie – nie lubię plotkować 😦

Marna ze mnie baba 😛

W poniedziałek dyro wyśle też zgłoszenie do przyznania naszej szkole kilku nowych stanowisko komputerowych, by z biblioteki stworzyć centrum multimedialne. Będzie się to wiązać z totalnym przemeblowaniem biblioteki, ale co tam – lubię zmiany, zwłaszcza te, które wychodzą na zdrowie 🙂

Dzisiaj w Kompanii robimy sobie wieczorek ogniskowy (nazwa specjalna, co z tego, że nie ma nic wspólnego z poprawną polską gramatyką :P)

Pewnie będziemy trochę ćwiczyć, ale najpewniej będziemy dobrze się bawic 😀

Wczoraj na treningu przyszło dwóch chłopaków – niby chcieliby się zapisać… byłoby fajnie… nowi członkowie to to, co lubię. W związku z tym, przypomnieło mi się, że muszę przygotować plakaty na nabór do Kompanii. Poproszę dyra, żeby mi to wydrukował na A3 kolorem, zapłacę za to (na pewno mniej niż za kolorowe kserokopie A3) i znów wyślę po szkołach… część dam też ludziskom, coby w swoich szkołach popowieszali w odpowiednim miejscu, bo na dyrekcję nie należy liczyć – niestety 😦

Właśnie podziobały mi się pti 😦

Tatuś podziobał swojego syna, bo robił mu konkurencję u macochy… no i polała się krew… 😦

Biedny Tabitabi… ma skaleczoną łapkę, widać, że go boli, ale chodzi i opiera się na niej trochę mniej niż normalnie, ale złamania na szczeście nie ma… nie wiedziałam, nie podejrzewałam, że po tylu latach przeżytych zgodnie Moris jest zdolny do takich zachowań… na razie Tabitabi będzie w innym pokoju, zamknięty w klatce, dopuki z łapką nie będzie wszystko ok… 😦

No i wykrakano mi papuzie potomstwo :((((

Ja nie chcę żadnych piskląąąąąt!!!!!!!! Ja protestujęęęęęęęę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Będę miała teraz jajecznicę z papuzich jajek 🙂 ale burżujstwo 😛 😀

Z parapetu musiałam zdjąć proso, które wysiałam dla pti, bo już się wróble do niego dobierały 😛 znaczy się – jedzonko gotowe 🙂

Nic, idę coś robić, bo mnie noc przy kompie zastanie 😛

Dodaj komentarz

Filed under życie