Monthly Archives: Wrzesień 2012

Odrzańskie Ogrody

Wczoraj nadjeszła wielkopomna chwila i otworzyli z wielką pompą galerię handlową. Jako że do niej mamy z działki przez rzekę i drogę, tośmy się tam wybrali. Szczególnie zaciekawiła mnie nazwa sieciówki/stoiska – „Stradivalius”. Myślałam, że to może jakiś sklep muzyczny i będę miała gdzie kupować struny i pastę do gęśli i kanteli.

Ludzie wewnątrz było multum – normalne, spodziewałam się nawet jeszcze większych tłumów, ale chyba pierwszy szał minął rano i do popołudnia trochę się rozluźniło. Na honorowym miejscu posadzili jakieś dziunie z cielenoweli polskich. Wybaczcie, ale jakoś nie bardzo chciało mi się zapamiętywać ich nazwisk, bo dla mnie żadnymi znanymi i lubianymi osobistościami nie są. Dzieci podchodziły, dostawały autografy, wyświetlało się to wszystko na wielgachnym telebimie… No, jakąś atrakcję musieli wymyślić.

Obeszliśmy całą galerię dookoła. I wiecie co? To jest market odzieżowo-obuwniczy, a nie galeria handlowa. Wszystkie niemal stoiska to jakieś Niujorkery, Rezervdy, Ceendejki, Dajszmany itp. sklepiszcza, w których ceny są wykopane w kosmos, co przeczy jakości magazynowanych tam rzeczy (to moje prywatne zdanie, możecie się z tym nie zgadzać). No i wszędzie wszystko zrobione na jedno kopyto. Ubrania i buty różnią się tylko i wyłącznie nazwami na metkach.

Oprócz powyższego w galerii zaszportało się kilka innych w charakterze stoisk: cukiernia w pasażu, księgarnia Matras, mini salonik prasowy, kino Helios i chiński market. No i jeszcze została nieśmierdząca jeszcze (bo nowa) Biedronka i Media Center, gdzie ceny promocyjne były wyższe niż w innych sklepach na terenie miasta. Boję się, jakie tam będą ceny, kiedy promocje się skończą. A co ze Stradivaliusem? To kolejna odzieżówka z równie wykopanymi w kosmos cenami, jak cała reszta… no i jeszcze jest maciupeńki kantor wymiany walut wciśnięty w ścianę pomiędzy sklepiszczami. Na piętrze panom majstrom popitoliła się góra z dołem i jedna ściana została pokryta tapetą do góry nogami. Gratuluję.

Podsumowując: według mnie równie dobrze mogło by tego hangaru nie być. Wszystkie sklepy, które są na terenie galerii mają swoje placówki na terenie miasta. Jedyne, co mi się podobało, to wzór na ścianie na parterze – podciągnięty pod ludowe wycinanki. I to jedyny pozytywny aspekt tej galerii.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Jesień idzie…

W sumie, to kalendarzowa jesień już jest od tygodnia, ale dopiero teraz zaczynam ją widzieć. Głównie dzięki działce. Liście i orzechy spadają w trybie szybszym, niż można nad nimi zapanować. Codziennie jest do zgrabienia fura liści i codziennie przynosimy do domu pół wiadra orzechów. I właśnie… czy ktoś chciałby trochę orzechów włoskich? Są mniejsze o połowę od tych amerykańskich, które sprzedają w marketach, ale za to świeże nie potrzebują obskubywania ze skórki, bo nie jest gorzka. Jeśli ktoś by potrzebował trochę np. na święta, czy do ciasta, to zapraszam na priv. Mogę wysłać pocztą, jeżeli ktoś mieszka daleko, ale koszty przesyłki pokrywa odbiorca.

Nie pisałam długo, nie dlatego, że nie miałam o czym pisać, bo wiele się wydarzyło od ostatniego wpisu, ale po prostu ból głowy ściął mnie z nóg. Od niedzieli aż do środy nie ruszałam się z łóżka. Cóż, tak niekiedy jest i wiele na to nie poradzę. Grunt, że już się pozbierałam i mogę wrócić do prac wszelakich.

W weekend świętowaliśmy urodziny mojego taty. Razem ze sobą musieliśmy zabrać naszego najstarszego nimfioła, Chico, bo ostatnio zdarza mu się spaść na plecy od czasu do czasu. A jak już spadnie, to ma problem ze wstaniem na nogi. W końcu ptaszysko ma ponad osiemnaście lat i ma prawo do drobnych niedyspozycji (nimfy dożywają do 25 lat wg książek). Po raz pierwszy od kilkunastu lat mogłam się cieszyć ptaszyskiem siedzącym prawie non stop na moim ramieniu. Zwykle wystarczy mu towarzystwo pozostałych nimf: Roku i Kuby, a kiedy jest w wolierce, to nie ma ochoty na czułości z człowiekiem. I dobrze, niech sobie dziczeje, jeśli tylko sprawia mu to przyjemność. A ja sobie potęsknię za oswojonym, uzależnionym ode mnie ptakiem bez szkody dla zwierzaka 😉

Na działce pojawiły się nowe rośliny. Znaczy truskawki posadziłam. Pod folią, bo na razie warzywnik jest przygotowywany na wiosnę do wysiewu. Truskawki dostaliśmy od mojego taty, na którego działce wyrosły w liczbie przekraczającej potrzeby i możliwości zagonu. W innym przypadku nie bylibyśmy w stanie zaopatrzyć się w sadzonki, ze względu na koszty, jakie się z tym wiążą. Dobrze mieć rodzinę z działką 😉 Z własnych funduszy zakupiliśmy sadzonki winobluszczu i dzikiego bluszczu. Po dwie roślinki, które już zostały posadzone i powoli adaptują się do nowego środowiska. Mam nadzieję, że wyrosną na silne i duże pnącza.

Podczas lekkiej reorganizacji podtunelowej przestrzeni natknęliśmy się na dwie maleńkie jaszczurki. Jedną udało mi się nawet pogłaskać po podgardlu. Nim uciekła. Pokazują się teraz od czasu do czasu. Nie opuściły tunelu foliowego. I dobrze, bo mają tam co jeść i nie złapie ich np. któryś z kręcących się w okolicy kotów. No i mają tam ciepło.

Na ugorze pasą się mazurki i (chyba) rokitniczki. Naprawdę świetnie wyglądają, kiedy siadają na kłosie wybujałej trawy, a ten znika wśród liści pod ich ciężarem. A ile się przy tym nakrzyczą, naćwierkają!

Posiałam na warzywniku żyto. Mam nadzieję, że okoliczne gołębie wszelkiej maści nie wydziobią ziaren, nim te nie zaczną porządnie kiełkować. Chyba jakiegoś stracha na wróble bym musiała postawić, bo z działki obok już goniłam stadko sierpówek, które pasły się na świeżym wysiewie. Mam nadzieję, że panie wysiały tylko poplon, a nie coś ważnego, bo inaczej wiele roślinek z tego nie wyrośnie.

Trawa pięknie nam wybujała. Tak pięknie, że trzeba będzie ją znów przyciąć. To chyba będzie ostatnia zabawa z kosiarką w tym roku. Tylko przed koszeniem trzeba będzie znów odliścić trawnik… to chyba najcięższa robota na jesień. A to dopiero początek…

Parę najnowszych zdjęć:

    

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, podróże, prace ręczne, zaokienne życie

Machina procedur ruszyła

Bo my tak naprawdę i tak na 100% jeszcze nie jesteśmy działkowiczami. Do wczoraj bujaliśmy się z deklaracją: albo nie było komu z Zarządu oddać, albo Zarząd miał co innego akurat na głowie, albo nas nie było w okolicy działki. No i tak się pobujaliśmy do wczoraj. Wczoraj Pani Skarbnik otrzymała do rąk własnych naszą deklarację, którą wyśle do Okręgu. I potem jeszcze zgoda Okręgu, uchwała Zarządu i możemy czuć się 100% działkowiczami.

To, że nie należymy formalnie do wspólnoty nie zraża nas od podejmowania kolejnych wyzwań i prac na naszym skrawku ziemi.  Wypieliłam grządki pod tunelem foliowym, bo się różnych roślinek nie wiadomo kiedy tam się nasiało i jak dostały wody, to rosły równo z sałatą, rzodkiewką i koperkiem, próbując je zagłuszyć. Teraz wszystkie uprawne rośliny mają pełną swobodę ruchu i rozrostu. Wczoraj nawet wyrwałam pierwszą rzodkiewkę! Urosła najszybciej ze wszystkich i teraz zastanawiam się, jak ją wykorzystać. Orzechów jest już mnóstwo. Po burzy w tamtym tygodniu pospadało ich tyle, że mieszczą się w dużym wiadrze. Brzoskwinie powoli się kończą. Na drzewie zostało raptem trzy, czy cztery sztuki. I tak starczy na powtórkę ciasta.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

Ciasto drożdżowe z brzoskwiniami i kruszonką

Ciasto wyszło naprawdę przepyszne, więc – zgodnie z obietnica wstawiam przepis.

Składniki na ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (uzyłam tortowej);
  • 50 g drożdży;
  • 100 ml ciepłego mleka;
  • 130 g cukru;
  • 1 jajo;
  • 130 g margaryny miękkiej (posłużyłam się masłem osełkowym);
  • szczypta soli.

Składniki na kruszonkę:

  • 300 g mąki pszennej (również użyłam tu tortowej mąki);
  • 150 g miękkiego masła (oczywiście – osełkowe);
  • 1 paczka cukru waniliowego.

Na samym początku umyłam i wypestkowałam brzoskwinie, by pokroić je w ćwiartki. Następnie wszystkie składniki ciasta wymieszałam na jednolitą masę. Posłużyłam się w tym celu Thermomixem, który naprawdę wspaniale wyrabia ciasta wszelakie. W czasie, kiedy wszystko się ładnie mieszało, wysmarowałam blachę do ciasta masłem oraz przesypałam bułką tartą. Gotowe, zamieszane dobrze ciasto rozłożyłam na blasze i odstawiłam na bok.

Zajęłam się kruszonką. Jako że nie miałam na stanie gotowego cukru waniliowego, zrobiłam go sama przy pomocy Thermomixa z połowy laski waniliowej i 100 g cukru. W skład kruszonki weszły tylko 32 g tak przygotowanego cukru, bo taka jest standardowa wielkość torebki. Wszystkie składniki wymieszałam na w miarę jednolitą masę.

Na wcześniej przygotowanym cieście rozłożyłam ćwiartki brzoskwiń, a potem wszystko przykryłam kruszonką, drobiąc ją w palcach.

Tak przygotowane ciasto włożyłam do wcześniej nagrzanego do 50 stopni Celsjusza piekarnika i pozwoliłam ciastu rosnąć przez 20 minut. Po tym czasie zwiększyłam temperaturę do 200 stopni Celsjusza i pozwoliłam ciastu się piec przez  30 minut.

Po wyjęciu go z pieca i przestudzeniu okazało się, że jest idealne do kawy lub herbaty. Nie za słodkie i nie za suche.

Smacznego 🙂

 

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie

Nie chcę tu jesieni

Nie chcę tu widzieć jesieni, bo psuje mi cały koncept. Jest zbyt ciemno, żeby robić cokolwiek, zbyt szaro, by mieć energię i zbyt zimno, by mieć chęć na wyściubienie nosa z domu. Tak, zmarzluch jestem. A jak zmarznę, to cierpię. Palce tracą czucie, stają się biało-sine. U rąk i u stóp. A niech tylko spróbuję się lekko w nie uderzyć, to zaczyna się dramat: boli tak, jakby mi co najmniej palca ucięli.

Jeszcze we wtorek pogoda była cudna, choć pod wieczór na niebie pokazały się dość okazałe chmury. Wyżęłam kolejny kawał trawska i chaszczy, G. przekopał resztę warzywniaka, by trawa wesoło się tam nie zieleniła. Mnie znów się trafiły czerwone mrówki. Cholery nie budują kopców, jak ich czarne siostry i ciężko jest zauważyć ich gniazda. No, oczywiście, że wdepnęłam, no bo jakżeby inaczej. Tym razem ucierpiała lewa stopa. Trzy ukąszenia zaliczyłam, nim zdążyłam zdjąć but i wytrzepać złośliwą mrówkę. Normalnie droga przez mękę jest z tym ugorem. Ale przynajmniej widzę, że organizm powoli się uodparnia na jad mrówczy: ślady po ukąszeniach nie rozpływają się już tak szeroko, nieco mniej pieką, ciut mniej swędzą. Trawa (choć o zbliżających się opadach deszczu wiedziałam) została solidnie podlana. Niech ma i rośnie. Jak wyrośnie mocna przed zimą, to na wiosnę się szybko i mocno zazieleni. Rzodkiewka i koperek rosną pod folią, jak na drożdżach. W sumie nie mogę się doczekać, kiedy je popróbuję. Sałata masłowa za to opornie rośnie, ale jest szansa, że do jesieni coś jeszcze z niej będzie. Podsuszona pietruszka odżyła i zazieleniła się ładnie, więc choć nagi trochę będzie, bo na korzenie nie liczę. Przy tym… cóż, nie przepadam za smakiem pietruszki. Ciekawe, czy papużkom posmakuje koperek? Jeśli nie, znaczy, coś było z nim nie tak i w przyszłym roku trzeba będzie inaczej podejść do jego uprawy.

Wykosztowaliśmy się wczoraj na nowy czajnik elektryczny. Stary już od dawna nie był używany, bo nie dość, że lało się już z niego, jak z durszlaka, to jeszcze zaczął się przypalać i śmierdzieć. Mało bezpiecznym było więc jego używanie. Teraz mamy nowy czajnik. Mam nadzieję, że posłuży równie długo, co jego poprzednicy. I szybko przestanie smakować plastikiem, bo plastikowa herbata, czy poranne kapuczino wcale nie wprowadzają w pozytywny nastrój. Cóż, pomęczymy się z tym smakiem przez jakiś czas (oby jak najkrótszy), a potem – to już sama rozkosz.

Wczoraj wieczorem zdobyłam się wreszcie na odwagę i zrobiłam ciasto drożdżowe z brzoskwiniami i wielka ilością kruszonki. Zobaczymy, czy będzie zjadliwe. A może będzie zakalec? Jeszcze czeka mnie jabłecznik do zrobienia albo dżemy jabłkowe, bo jabłka też czekają sobie na przerób. No i czeka mnie jeszcze jedno ciasto z winogronami, bo po poprzednim zostało ich jeszcze sporo. Ach, jak dobrze jest mieć działkę. Nie trzeba się martwić o jedzenie, że jest go za mało. Martwić się trzeba, co z tym nadmiarem zrobić!

Jeśli ciasto okaże się odpowiednie do zjedzenia, podrzucę przepis i zdjęcia.

Zapomniałam o zdjęciach z działeczki. Przepraszam, już naprawiam swój błąd:

       

8 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Bliskie spotkanie…

Znów nie zauważyłam mrowiska. Tak, znów były to czerwone mrówki. I znów mnie jedna z nich ugryzła. Na szczęście złapałam ją nim użarła mnie więcej niż raz. I tak mam czerwoną, swędzącą plamę na łydce. Postąpiłam mało humanitarnie i poczęstowałam je trutką. Dzis już pewnie będę mogła na spokojnie wrócić do żęcia. Przy okazji odsłoniłam zagubiony krzew, skrzynkę wypełnioną butelkami po wódce i puszkami po nie wiadomo czym. I przeszklone drzwi. I zrolowany, butwiejący dywan. I jeszcze worki ze skamieniałym wnętrzem. Chyba nic mnie nie zdziwi już na tym ugorze.

G. rozpoczął drugie kopanie warzywnika, bo z pierwszego kopania wyłażą trawska. Wiadomo, jak się robi coś pierwszy raz, to nie zawsze wychodzi idealnie. W przyszłym tygodniu posieje się tam żyto i do wiosny ani słowa o łopacie.

Z racji tego, że nie mogłam wrócić na ugór przez mrówki, oczyściłam okolice drzew i krzewów z trawy. Najgorzej miałam z agrestem i jego kolcami. Poddałam się dość szybko, kiedy moje ręce zaczęły wyglądać, jak po ostrej zabawie z kotem. Co dziwne – dziś już nie ma śladu po zadrapaniach. Zwykle trzymały się co najmniej cztery dni.

Zamiotłam też podłogę w Ruderce, bo się piachu naznosiło. Musiałabym jeszcze przetrzeć meble, bo się skurzyły od tego zamiatania, ale to jak nie zapomnę wziąć ze sobą jakiejś szmatki. W domu też by się zdało ruszyć ze sprzątaniem, bo znów się nasyfiło. Szkoda, że sprzątać trzeba, a brudzi się samo. Nie mogłoby to być na odwrót?

Orzechy spadają na potęgę. Jest ich na ziemi coraz więcej. Coraz więcej jest też ich w siatce, w której je gromadzę. Za niedługo będę mogła obdzielać chętnych, bo sami tego nie przejemy na pewno, a po co ma się marnować, kurzyć gdzieś na szafie? Brzoskwinie, niestety, nie mają szczęścia: spadają nadgniłe, ale niedojrzałe. Koniecznie trzeba przesadzić drzewko z dala od orzecha. Tamto miejsce wybitnie mu nie służy.

A od Pana Bezdomnego otrzymaliśmy pół reklamówki cukinii. Będzie bigos! Czymś będę musiała się odwdzięczyć za te hojne dary z jego działki.

I trochę zdjęć z wczorajszego wypadu na działkę:

    

 

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, Uncategorized, zaokienne życie

I znów słonecznie

Nie lubię deszczu i szarówki, a za niedługo tylko to nas przecież czeka: jesień raczej nie jest najsłoneczniejsza. Chociaż, wspominając ubiegłoroczny październik, mam nadzieję, że jeszcze trochę tego słońca będzie. W sobotę znów nam nie wyszedł trening, bo lało od samego rana. Było mi tak zimno, że siedziałam w grubym dresie, ze skarpetami na stopach i z kubkiem gorącej herbaty na kolanach. I dalej się trzęsłam. Nie miałam ochoty na nic. Zupełnie. Nawet chleba nie napiekłam. Na działce nie pokazaliśmy się w ogóle. Za zimno. A że rzeczkę mamy tuz obok, to chłodem ciągnie dwa razy mocniej. A akurat robili na działkach dożynki… No cóż, będziemy się dożynkować za rok.

Wczoraj wreszcie pojawiło się słońce, więc miałam trochę więcej sił na cokolwiek. To „cokolwiek” okazało się być nową haftowaną sakiewką. Trudny wzór wybrałam, to i postępy prac nie są zbyt imponujące. Po południu jednak skusiliśmy się, żeby pojechać na działkę. Temperatura na dworze sięgnęła powyżej 22 stopni, więc chłód ciągnący od Młynówki nie jest aż tak straszny. Korzystając z okazji G. z teściem pomierzyli front działki, bo dostaliśmy pozwolenie na wykopanie starych, betonowych słupów i wymianę ich na metalowe. Siatka ogrodzeniowa również woła o emeryturę, więc najwyższy czas ją uwolnić od trudów i znojów, jakie jej przypadły w udziale.

trawa zaczyna nam się pięknie zielenić i odrastać po koszeniu. Zdecydowanie lepiej wygląda niż wtedy, kiedy przyszliśmy na działkę po raz pierwszy. Pod folią rzodkiewki już nabierają kolorów, a korzonki powoli pęcznieją. A potem jeszcze trochę twarożku i pasta na kanapki, jak znalazł. Mimo tego, że w sobotę padało, że rzeki są niedaleko, że codziennie podlewamy wszystko, co rośnie, to i tak jest sucho. Dziwne, bo wydawało mi się zawsze, że tereny przy rzekach są z zasady mokre, bo woda podsiąka. A tu – nic z tych rzeczy. Nawet kopanie studni okazuje się być problematyczne, bo kopiąc i 9 metrów w głąb można się do wody nie dokopać. Cóż, zobaczymy, jak to u nas będzie, bo studnię i tak planujemy zrobić.

Jeszcze spaliłam kilka drągów na grillu. Trzeba się powoli pozbywać tego śmiecia całego, co w stertach leży pod żywopłotem. Dzięki temu, że się je spaliło, można było posiedzieć do ciemnej nocy, nie szczękając zębami. Chyba to będzie tradycyjny punkt programu. Zwłaszcza, kiedy zaczną się chłody.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie