Category Archives: konno

Słoneczna niedziela

Słońce wreszcie wylazło zza chmur. Tak letnio się zrobiło, że nawet termometr zaokienny pokazał ponad 30 stopni Celsjusza. Wiatr lekko tylko porusza liśćmi. Idealna pogoda, by poćwiczyć łucznictwo. Może i znalazło by się trochę paliwa w baku, by dojechać do Gospodarstwa i z niego wrócić, może nawet skusiłabym się na rowerową przejażdżkę, ale… ostatnio zaczęło mnie coś odpychać od Gospodarstwa. Po pierwsze nie ma tam już konia, z którym mogłabym się dobrze dogadać. Sprzedano Ontaria, a pozostałe konie jakoś nie przypadły mi nigdy do gustu. Owszem, mogę się nimi zająć: wyczyścić, nakarmić, wyprowadzić na pastwisko, przyszykować do jazdy, przestępować po jeździe itd., ale żeby złapać z jednym z nich jakąkolwiek nić sympatii… niestety…

Nie mam żalu do Gospodarzy, bo Ontario był w połowie zimnokrwistym koniem, był naprawdę duży i jadł proporcjonalnie do swojej wagi. Do tego nikt oprócz jednego z synów Gospodarzy i mnie nie potrafił go zmusić do posłuchu. Z punktu widzenia użyteczności dla agroturystyki, był bezużyteczny. Szkoda, że nie miałam pieniędzy, by łożyć na jego utrzymanie (choć w części) w zamian za możliwość jeżdżenia i trenowania na nim, kiedy mi tylko przyjdzie ochota. Jest mi tylko z tego powodu smutno. Ot, tęsknię za zwierzakiem, tak samo, jak tęsknię za Malinką, na której jeździłam jako nastolatka i tak wspaniale się dogadywałyśmy, że na oklep i bez wędzidła sobie jeździłyśmy po łące.

Jest jeszcze parę spraw, które odstręczają mnie (i nie tylko mnie) od odwiedzin tamtego miejsca, ale nie będę się o tym rozpisywać, bo to dość osobiste rzeczy. Nie chcę ich tu wywlekać, a sami zainteresowani doskonale wiedzą, o co chodzi.

Powoli odświeżam garderobę średniowieczną na najbliższe turnieje. Moje nogawiczki umarły śmiercią naturalną i tworzę właśnie nowe. G. potrzebuje nowego dubletu, bo stary po kilku latach użytkowania lekko się zbiegł – jak to wełna ma we zwyczaju. Planuję poszyć to ręcznie, żeby było full-wypas-medieval, ale, czy się to uda – zobaczymy. Wszystko zależy od czasu, jaki szycie zajmie. Jeszcze dla G. przydałyby się nowe spodnie, ale na to, to już potrzebuję trochę więcej materiału, niż posiadam aktualnie, a na zakup sobie na razie nie mogę pozwolić. I tak możliwość uszycia dubletu zawdzięczam L., a dokładnie jego zgodzie na użycie jego czarnej wełny. Błękitną chowałam w szafie na cottehardie dla siebie, ale ja mam kiecek dużo, w gieźle łazić nie będę. Tak źle jeszcze nie jest.

Marzę też, by wreszcie móc w taką pogodę zasiąść na ganku przed własnym domkiem i cieszyć oczy sadem, warzywniakiem i zielnikiem. Wiem, że wtedy musiałabym porzucić wszystkie „odciągajki” komputerowe i to na zawsze, bo roboty miałabym sporo. Zwłaszcza, jakbym chciała jeszcze hodować kilka kur (dla jajek, bo nie potrafiłabym uśmiercić takiej na rosół) i parę owiec dla wełny. Mam świadomość, że na razie to mrzonki, jak i posiadanie własnego konia, ale może kiedyś staną się rzeczywistością? Oby jak najszybciej, bo sił z dnia na dzień mi nie przybywa, tak samo, jak nie ubywa mi lat. A że wychowałam się w mieście, wieś mając na wakacje, czy ferie, to i z pracami typowo wiejskimi nie jestem za mocno otrzaskana. Ale poradziłabym sobie. Wierzę w siebie.

No i tym pozytywnym akcentem kończę pisanie i wracam do nogawiczek. Została jeszcze jedna. W całości. A palce już są zmęczone.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, konno, prace ręczne, życie

Myśli i zdarzenia zebrane

Trochę się obijam z wpisami, bo mimo siedzenia w domu, na brak zajęć narzekać nie mogę. Właśnie skończyłam prezent urodzinowy dla koleżanki. Mam nadzieję, że się jej przyda i będzie pasował. Pierwszy raz robiłam takie coś, ale wydaje się mi, że raczej wyszło. Pochwalę się, ale po imprezie, bo prezent przestałby być niespodzianką.
Pracuję nad zakończeniem torby pielgrzymiej i jestem już bliżej niż dalej – został do doszycia pasek, czyli już ostatnie ściegi. Oczywiście do tego typu rzeczy nie używam maszyn – wszystko robię ręcznie. Z palców płatami schodzi mi skóra. Trochę to irytujące uczucie, jak się drobniutkie skórki o wszystko zaczepiają. Najgorzej, jak się zaczepią o pończochy… „oczko” gotowe…
Potem się zajmę ubraniami dla Dollfek. Koleżanka użyczyła mi jedną ze swojej kolekcji. Eralyn jest bardzo wdzięczną modelką. Stroje będą wzorowane na średniowiecznych, jednak odstąpię od poprawności historycznej i skorzystam z maszyny do szycia oraz z mniej poprawnych historycznie materiałów. Ha! Czeka mnie wybebeszanie szaf, gdzie mam wszystko pochomikowane i sortowanie wedle przydatności do danego wzoru.
Jeśli chodzi o Domek… cóż, kiedy byliśmy na Hubertusie w zaprzyjaźnionym Gospodarstwie Agroturystycznym widziałam nowych właścicieli… czyli marzenia o tym właśnie lokum możemy odłożyć do segregatora z napisem „Niezrealizowane”. Jakoś do tej pory nie mogę się pozbierać do kupy… Wszystko jakieś takie mdłe się zrobiło i bezbarwne… Ech…
Dzięki pomocy moich bardzo kochanych znajomych bractwowych mogłam się przejechać w terenie konno.
 
Stroje akurat nie były obowiązkowe, ale skoro poproszono nas o pomoc w zorganizowaniu zabaw dla dzieciaków, to czemu by nie? Przy okazji się trochę polansowaliśmy i poszokowaliśmy co niektórych. Pogoda na szczęście dopisała, ale póki słońce świeciło, było niesamowicie ciepło. Kiedy się schowało za horyzontem, już przestało  być miło i przyjemnie. Ale wtedy najlepiej przydaje się kominek i buzujący w nim ogień.
Dzisiejsze święto spędziłam w domu. Owszem, miałam luźne plany z objazdem okolicznych, bliższych i dalszych cmentarzy, ale poranna mgła ostudziła nieco moje zapały. Pojadę kiedy indziej. Będzie mniej idiotów na drodze, mniejszy ścisk przy grobach. Jakoś nie tęsknię za tłumami.
Mimo upływu lat nadal nie umiem się oswoić z myślą o tym, że niektórych osób już nie ma wśród żywych i nigdy już nie będzie. Może w przyszłym życiu… Nie chce mi się wierzyć w ich brak tu i teraz, że oni są tam i kiedyś. Nawet dowód w postaci nagrobka i uczestniczenie w pogrzebie nie jest w stanie przekonać mój oporny mózg, że to właśnie się wzięło i wszystko skończyło, że dla tej osoby skończył się świat, jaki znała.
Cholera… nie wierzę… nie chcę…

Dodaj komentarz

Filed under konno, ogólnie, życie

Trening…

Wczorajszy trening uważam za dość… emocjonujący.
Przestrzelałam mój nowy łuczek i jestem w pełni z niego zadowolona. Przy trzeciej serii miałam już dość zadowalające skupienie, znaczy nie zapomniałam wiele przez te kilka lat. I to cieszy.
Pojeździłam konno, załapałam wreszcie (chyba) o co chodzi w galopie w pełnym dosiadzie i nie obijam już koniowi pleców, a sobie tyłka. Dostałam z kopyta po stopie od nowej w Gospodarstwie klaczy, która na dokładkę przeciągnęła mnie po ogrodzeniu. Stopa spuchła i posiniała, ale z chodzeniem nie mam większych problemów. Już sobie zaaplikowałam wywar z koszyczka arniki. Dobrze mieć mocne kości.
Wspólnymi siłami, żeńska część braci treningowej, wysprzątała Gościniec, wymiatając pełne wiadro piachu, gruzu i innych resztek. Przynajmniej cegły na podłodze odzyskały kolory, które do tej pory trochę mało były widoczne. Męska część zajęła się pracami drwalsko – ziemnymi: okorowywali pale i wkopywali je w ziemię, by przygotować nowe ogrodzenie dla Gospodarstwa.
Cały dzień minął szybko i przyjemnie. Pogoda była wspaniała – słońce grzało przyjemnie, wiatr leciutki chłodził…
Może za tydzień się wybierzemy tam jeszcze raz…?

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, konno

Do końca świata i o jeden dzień dłużej…

PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 Czesław Miłosz

 

No i dożyliśmy. Końca świata. I paru dni dłużej.

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić w miłej atmosferze i przyjemnym miejscu, czyli w małej grupce znajomych i w zaprzyjaźnionym Gospodarstwie Agroturystycznym. Pogoda była nad wyraz piękna: słońce grzało, jak oszalałe, chmury kłębami przetaczały się po niebie, a spod końskich kopyt unosiła się kurzowa mgła. Dmuchawce rozsiewały się z pomocą lekkiego wiatru i kociej sierści. Sielanka…

Posadzono mnie na konia, bym się mogła dalej szkolić w jeździe. Teraz było trudno, bo bez strzemion i siodła – ot, zwykły „oklep”. Jeszcze teraz czuję, jak moja kość ogonowa protestuje przeciwko próbie przeprowadzenia operacji zrastania z kręgosłupem konia. Ale to nic. Ważne, że nie spadłam.

Tak dzień ostatni mijał powoli i w przyjemnej, nieco rozleniwionej atmosferze, aż nadeszła godzina Sądu Ostatecznego: osiemnasta. Tuż przed nią, zasiedliśmy pospołu wokół ogniska z kiełbaskami i chlebem wcześniej podpieczonymi na tę okoliczność oraz z kubkami wody mineralnej w rękach.

I czekaliśmy.

Pierwszy zegarek pokazał osiemnastą. Nic.

Drugi zegarek pokazał osiemnastą. Nic.

Trzeci zegarek pokazał osiemnastą. Nic.

Odczekaliśmy jeszcze pięć minut i poszliśmy napoić konie, bo cóż było innego do roboty?

Po długim i intensywnym tygodniu pracy, to miejsce jest jak lek na całe zło: dodaje sił, radości i nadziei na przyszły czas. Jedyne, co mnie tam dobija, to widok „naszego-nie naszego” domku. W sadzie, po obu stronach płotu kwitną bzy/lilaki: białe i fioletowe. A ja tak kocham te krzewy…

Cóż zrobić…? Może gdzieś czeka na nas właśnie to NASZE miejsce…?

Nic to… intensywny tydzień znów się zaczyna. Trzeba to jakoś podźwignąć i uciągnąć, choć niekiedy mam ochotę po prostu usiąść przy kompie i grać. I nic więcej. Zapomnieć o całym bożym świecie, za to przenieść się do tego wirtualnego i wreszcie odpocząć. Nie pamiętać, nie myśleć o tym rzeczywistym. Tylko przez kilka dni. Nic więcej mi nie potrzeba. Chyba…

2 Komentarze

Filed under konno, życie

Notatki z podróży

Pracy ostatnio mam tyle, że o blogu zupełnie zapomniałam. Ubezpieczenia, krajki, sakiewki, torby, mieszkanie zabiera mi 99% czasu. Na nic więcej, oprócz snu mi go nie starcza. Sił też.
Nie, nie narzekam. Wyjaśniam tylko, dlaczego tak dawno nic nie wpisywałam.
Co się działo przez ten czas? Ano trochę się działo.
W pewien słoneczny dzień widziałam śmierć na chodniku przy głównej ulicy miasta, w którym obecnie pracuję. Pewien starszy pan był reanimowany, ale karetka, choć przyjechała na sygnale, odjechała w ciszy. Do dziś nie mogę się pozbyć tego widoku…
Od kilku dni oswajam się z myślą, że nasz upragniony domek zostanie kupiony przez kogoś innego. Pani Właścicielka sama do końca nie wie, czego by chciała – czy sprzedać nam, czy jednak zlewającemu ją Konkurentowi, czy mapa geodezyjna jest dobra, czy to jej słowo jest prawdą. Miałam nadzieję, że będziemy mogli w lato odpocząć wśród zieleni i w towarzystwie znajomych, potem mozolnie odremontować dom i w nim zamieszkać już na dobre, ale chyba nie jest to nam pisane. Nie wiem, czy odpuścić i już więcej nie dzwonić do Pani Właścicielki (prosiła o kontakt pod koniec maja), czy nadal drążyć temat. Oklapłam. Nie mam już sił na szarpaniny i przepychanki. Przy tym nie spodobało mi się to, że kobieta nie raczyła dodzwonić się do mnie (ma mój numer telefonu) i poinformować o fakcie zaproszenia gości na imieniny. To tylko taki przecież nieistotny szczegół. Przy tym wciąż problemem są finanse, których nie mamy.
Zaplątałam się i nie wiem już, co mam robić…
Uszło ze mnie powietrze i ciężko mi jet się teraz przewartościować… ech… zawsze pod górkę…
Ach, i Ontario już nie jest w stajni w zaprzyjaźnionym Gospodarstwie. Będzie służył na polach bitwy w czasach Napoleona…

5 Komentarzy

Filed under konno, praca zawodowa, życie

Jak pyszna sanna…

Zima, zima, zima
Pada, pada śnieg.
Jadę, jadę w świat sankami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń.

Jaka pyszna sanna,
Parska raźno koń.
Śnieg rozbija kopytami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń…

Zasypane pola,
W śniegu cały świat.
Biała droga hen przed nami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń…

Jako że zima sensowną się stała, bo i mróz, i śniegu sporo, Gospodarze zdecydowali się zapiąć Ontaria do sań.
Na pierwszy rzut poszły małe sanki, które już znał, bo je ciągał poprzedniej zimy. I wiecie co, poradził sobie świetnie. Zupełnie nie czuł chyba, że coś mu się doczepiło do uprzęży. Szedł lekko i pewnie.
Schody zaczęły się, gdy wpięto go w sanie. Takie porządne, solidne, ciężkie i o sztywnych dyszlach. Ontario zaczął dźwigać się na zadnie nogi, próbował uwolnić się z jarzma, widać było, że mu się to w ogóle nie podoba. I chwilę później doszliśmy, co mu przeszkadzało – owe dyszle, które wbijały się pod łokieć. Dlatego problemy były tylko, kiedy należało zakręcić, a po prostej wszystko szło, jak z płatka.
Kiedy już się przyzwyczaił do żgnięć dyszla i szumu za zadem, szedł żwawo i dziarsko, jakby zupełnie nie ciągnął za sobą ciężkich, drewnianych sani.
I wyglądał ślicznie.
Chyba zaprzęgi to jego żywioł…
Zresztą, zerknijcie do albumu.

Dodaj komentarz

Filed under konno

Śnieg na kopytach

No i przeżyłam.
Przeżyłam pierwszą zimową jazdę konną. Nigdy wcześniej nie było mi dane siedzieć w siodle, ba! nawet być w pobliżu koni w zimie.
Jestem zachwycona ich gęstą, puszystą sierścią, bo nigdy nie miałam okazji czegoś takiego zobaczyć i dotknąć.
Musze pochwalić Ontaria, bo mimo dzikiej chęci biegu potrafił dostosować się do mnie i świetnie reagować na delikatne sugestie zmiany tempa. Oczywiście nie obyło się bez radosnego bryknięcia i próby pogalopowania, ale to zupełnie nie zaważyło na jego późniejszym skupieniu. Chyba się kochany krówek wyrabia.
Najgorzej oberwały palce u dłoni. W pewnej chwili nie byłam w stanie złapać wodzy, nie czułam ich. Próbowałam ogrzać dłonie, przykładając je do ontariowej szyi, ale przyniosło to bolesny skutek. Musiałam z niego zejść i pobiec do Gościńca, żeby pozbyć się bólu i przywrócić krążenie w palcach. Jeszcze teraz mam nieprzyjemne odczucia w palcach przy pisaniu na klawiszach. Będę musiała znaleźć swoje stare rękawice uszyte z baranicy. Będą idealne na taką pogodę.

Dodaj komentarz

Filed under konno