Monthly Archives: Lipiec 2006

No, to by było na tyle…

Tydzień niecały koczowania pod namiotem. W innym świecie, innym niemal czasie…
Przetrwaliśmy ulewę, podczas której pozaliśmy możliwości naszego namiotu i zobaczyliśmy rzeczkę płynącą starym korytem z okopu namiotu z poprzedniego roku. Przeżyliśmy upał i skwar, chłód grunwaldzkich nocy i wichurę. Namiot stał wciąż niewzruszenie, dzięki opiece i naciąganiu lin i odciągów.
Sprzedaliśmy wszystko, do ostatniej strzały.
Nauczyłam się robić sznureczki o wiele szybszym sposobem niźli robiłam to dotychczas. Nawet uprosiłam rzemieśnika, snycerza, coby mi specjalne ustrojstwo zrobił do wiązania sznurków.
Bitwa była – nie tylko wg mnie – zwykłą popierdółką, a nie porządnym odtworzeniem tamtych zdarzeń. Choć pogoda była w sam raz na bitkę, wojownicy jakoś ni werwy, ni animuszu nie mieli… ot, połazili w tę i nazad po polu i na tym koniec…
Bombardy i niby-efekty specjalne też nikogo nie chwyciły za serce. Niestety. Ten najważniejszy element całego przedsięwzięcia był nijaki.
Do tego to całe straszenie wyrzucaniem „mroków” z imprezy okazało się czczym gadaniem. nie dość, iż było mnóstwo osób w strojach nie z tej epoki (przedział od X do XVI wieku), to na dodatek wiele z nich było uszytych z jakichś współczesnych sztucznizn… a ja się swoimi i Geralta butami przejmowałam… Nie czepiam się tu wystawców i rzemieślników (choć tu też było nie do końca tak, jak powinno, bo niby „cepelii” miało nie być, a była), bo oni sprzedają, a nie odtwarzają… ech… przynajmniej nikt nam nie obsikał namiotu, a mało brakowało… na szczęście  niedoszły obsikiwacz wystraszony został przez jednego z ludzi z obozu, a potem nieszczęśliwie zaliczył nieukończoną ziemiankę, która co prawda była zabezpieczona z jednej strony płotkiem z lin, a z drugiej linkami od namiotów, no ale… miszczowie się zdarzają…
Teraz już w domu siedzę. Odsyfiam nasze stroje, bo Grunwald, a raczej pola grunwaldowe strasznie piaszczyste są… wczoraj cały dzień prania, dziś końcówka. Jak to dobrze, że mam sprawną pralkę.

Reklamy

1 komentarz

Filed under turnieje

Panie, którędy na Grunwald?

Przygotowania okołogrunwaldowe wrą. Dziewczyny szyją, chłopcy się nudzą i wyczekują wyjazdu. W sumie dziewczyny też czekają.
Szyję dublet mężowi. Pierwszy raz w życiu szyję dublet i nie wiem, co mi z niego wyjdzie. Najweselsze jest to, że wykrój okazał się za mały… jak to dobrze, że rysując i krojąc zostawiłam zapas, bo w przeciwnym wypadku dublet byłby w sam raz na mnie.
Na Grunwald jadąc zawsze jestem zaniepokojona, co też teraz nas spotka, jakie jeszcze nieprzyjemności dla nas są naszykowane? Czy znów zniszczą nam sprzęt, czy znów coś ukradną, a może znów któryś z zalanych w trupa idiotów naleje nam do ziemianki z zapasem żywności? Znów będą nam stawiać bramy i nie puszczać do wygódek? Znów będą kogoś wyrzucać z obozu, bo się niewłaściwie zachował? A może wyrzucą nas, bo nie mamy w pełni ultrasowskich strojów?
Zastanawiam się też po kiego grzyba jadę tam ja i ciągnę za sobą ludzi na tę udrękę? Wiem, jadę dla zarobku, w końcu firma powinna dobrze zarobić na takim spędzie. A ludzie? Ludzie sami chcą jechać…

Ptaki na szczęście zostaną pod opieką. Będzie im miał kto dawać pić (to najważniejsze w taki upał) i jeść. Co prawda będą musiały przetrzymać na samym ziarnie przez ten tydzień, ale to nie pierwszy raz, kiedy mają tylko ubogie jedzenie do dyspozycji.
Też się boję o nie, że coś im się stanie, że przyjadę i nie usłyszę ich wrzasku od progu, że zobaczę pustą wolierkę…

Ech… wracam do obowiązków…

1 komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, podróże, życie

Wakacyjne kursy…

Kursy na wakacjach są mało opłacalne dla co niektórych, gdyż nie można w tym czasie zrobić sobie „bumeli” w pracy. W końcu są wakacje.
Człowiek spogląda za okno i marzy o plaży, o lesie, basenie, działce, czy czym tam jeszcze nie mogąc skupić się na istocie kursu.
Dla mnie kurs biblioterapii był ważny. Ciekawił mnie ten temat już od dawna. Dowiedziałam się dość, by spróbować coś podziałać na tym terenie. I myślę, że mi się uda. Tylko  potrzebuję jeszcze więcej przykładów i… wiedzy. Dwa dni, to zdecydowanie za mało.
Biblioterapia, to – pisząc prosto i obrazowo – pomaganie słowem pisanym w trudnych sytuacjach, w jakich znajdują się dzieci, młodzież, dorośli, czy starzy. Odpowiednio dobrany tekst pomaga zrozumieć istotę problemu i znaleźć jego rozwiązanie. Pomaga zastanowić się nad sobą albo tylko zrelaksuje, czy też zmotywuje do pracy. Dołączone, dobrane odpowiednio do tekstu ćwiczenia pozwolą poradzić sobie z potworami życia codziennego, pokonać je, by móc iść dalej…
Jestem bardzo naładowana tymi zajęciami.
Chyba zacznę pisać bajki terapeutyczne….

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie