Category Archives: turnieje

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

Niczym majowy deszcz

30-04

Nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo na to czasu. Teraz też siedzę przy kompie, żeby wypić herbatę, a za chwilę już uciekam do przygotowań przedwyjazdowych. Czeka na mnie pierwszy (i zapewne ostatni) turniej rycerski w tym roku. Mam nadzieję się dobrze bawić i odpocząć na nim, żeby się doładować pozytywną energią na najbliższy czas.

A co do moich nieszczęść… tak mi przyszło do głowy (po przeczytaniu wpisu na blogu Kamphory z Podlasia), że może właśnie coś lub ktoś zaoszczędził nam tego samego rozczarowania z jakim spotkała się ona? Wszak dookoła Domu są pola. Nie odłogi, nie ugory, nie łąki, a pola, które ktoś uprawia. A żeby mieć dobre plony, będzie stosował opryski. I to tuż za miedzą!

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

I wtedy nasza sielska, czysta okolica mogła by się nagle stać komorą gazową. A wtedy co? Szukać nowego miejsca? Znów się przeprowadzać? Ponosić kolejne koszta?

Dobrze, że jeszcze nie weszliśmy w to finansowo, że nie wzięliśmy kredytu, nie zapożyczyliśmy się na poczet nowego miejsca zamieszkania, nie sprzedaliśmy naszego mieszkania, by pokryć wstępne zobowiązania… Ech, głupi, to ma chyba zawsze szczęście.

Nic, uciekam, bo krajka czeka na dokończenie, sznurki też się same nie uplotą ani rzeczy nie przygotują na wyjazd…

04-05

Turniej się udał. Przywieźliśmy (tu piszę, jako Najemna) ze sobą nagrodę za trzecie miejsce w turnieju łuczniczym, choć zupełnie się tego nie spodziewaliśmy ani nie liczyliśmy na takie wyróżnienie. A jednak – udało się! Gratulacje dla P.! Bo to on zajął owo miejsce na podium. Ja nie startowałam w żadnym turnieju. Miałam za zadanie siedzieć przy krośnie i ludzi dziwować. No i siedziałam i dziwowałam, dopóki nie zaczął padać rzęsisty deszcz, który zmusił nas do schowania wszystkich dziwów do namiotu. Za to na drugi dzień – ani kropli deszczu. I ani jednego ludzia, bo Jarmark trwa tylko 1 maja. Obiecuję, ze szerszą relację zamieszczę. Wraz ze zdjęciami. Jak tylko aparat wróci z banicji do domu, a ja się trochę doprowadzę do porządku.

Z turnieju za to przywlokłam sobie jakieś coś w mięśniach, co nie pozwala obrócić swobodnie głową ani podnieść prawej ręki. Nie jest już tak, jak na początku w sobotę, ale nadal nie jestem na tle mobilna, żeby wszystko poturniejowo ogarnąć. W robocie tez mnie nie uświadczą, niestety…

Nic, odklejam się od kompa, bo siedzenie mi trochę nie służy…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, prace ręczne, turnieje, życie

Kwiecień – plecień…

… bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Przysłowia mądrością narodu. Jak jeszcze w poniedziałek człek mógł się cieszyć słońcem i ciepłem, tak we wtorek wszyscy mogli podziwiać iście jesienną aurę: deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet i solidne płaty śniegu spadające z szarych, nisko zawieszonych chmur. Cóż, taki czas, kiedy pogoda zdradliwą jest i – owszem – jest to uciążliwe, ale przecież było tak zawsze, że przedwiośnie zasypywało nas całą gamą przeróżnych warunków pogodowych. Nawet długa zima, jak w tym roku nie jest jakąś dziwną nowością i anomalią, bo nie raz się to zdarzało. Na ten przykład jakieś ponad 30 lat temu w Wielkanoc można też było sobie na sankach pojeździć. Na Saharze tez od czasu do czasu spadnie śnieg. Wielkie mecyje. Lato będzie, wiosna też już zaraz się pojawi, a że szarówka i zima zmęczyła wszystkich, to nie ma o czym już pisać. Teraz zaraz już tylko słońce, ciepełko i multum narzekań: czemu tak gorąco?

A ja sobie spokojnie kończę krajeczkę w serduszka. Potem planuję utkać jeszcze jedną krajkę, ale chyba już bez „wodotrysków”. Obie pójdą na przerobienie i staną się zgrabnymi paskami do współczesnych spodni. Kilka jest już testowanych i testy wypadają pomyślnie, więc wróżę pewien (na pewno nie oszałamiający) sukces tym wyrobom. A potem… potem zabiorę się za ćwiczenie kratek. Znaczy będę ćwiczyć tkanie kraciastej tkaniny, żeby zobaczyć, jak się to w ogóle robi i czy w ogóle wyjdzie. Jak będzie ładnie, to się pochwalę. W innym przypadku – nic nie zobaczycie. Brzydkich rzeczy nie powinno się pokazywać ludziom, bo to tak nie ładnie.

Za 10 dni jedziemy (o ile nic nie pokrzyżuje nam planów) na pierwszy w tym sezonie turniej. Muszę wyciągnąć z szaf ciuchy, poprzeglądać je, pocerować, ponaprawiać (zwłaszcza swoją kiecę z brązowego, grubego płótna, bo już wygląda naprawdę źle. Ba! Wręcz tragicznie). Tak po prawdzie już się nie mogę doczekać. Po poprzednim sezonie czuję niedosyt, bo wyjazdów mało, a i na Grunwaldzie nie byliśmy. W tym roku również nie będziemy. Szkoda. Mimo całego mrokokoko i cyrku wokół Inscenizacji, lubię tam jeździć. Po prostu ciągnie mnie klimat wytworzony w Chorągwi Tczewskiej i rubaszny humor artylerzystów. Tęskno mi do nich, bo to naprawdę równe chłopaki są. Tak myślę, że może by się udało zrobić obóz taki tylko dla nas…? Gdzieś w okolicy…? Pomyślimy, zobaczymy. Na razie nie mogę planować tak daleko, bo być może szykują się dość drastyczne zmiany w moim życiu i jeśli się pojawią, dopiero będę mogła decydować, co dalej. Póki co, można myśleć i planować na papierze i w marzeniach.

No i panowie od parkingu wrócili wreszcie do pracy. Według tablicy informacyjnej parking miał zostać oddany do użytku w lutym tego roku. Szczęśliwie mamy już kwiecień. No cóż, Polska. Ciekawe tylko, czy starczy im kostek brukowych, czy będą ich musieli dokupić parę palet, bo ludziska powybierali dość sporo tego z pozostawionych bez nadzoru paczek. Nie wyrobili się na czas, to teraz będą mieli koszty. Przy tym, kto widział, żeby prace modernizacyjne odkrytych placów robić w zimie?

Nic, trza się trochę za robotę wziąć, a nie siedzieć całymi dniami przy kompie.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne, turnieje, zaokienne życie, życie

Po 10 latach na starych śmieciach… czyli turniej w Bierkowicach :)

Turniej w Opolu-Bierkowicach był jak powrót do przeszłości. Spotkałam tam wielu znajomych, z którymi nie widziałam się od wielu lat, a z którymi stawiałam pierwsze kroki w odtwórstwie. Doprawdy, wieczory spędzone przy gorącej herbacie pod wiatą chroniącą przed uciążliwym deszczem, czy przy pseudo-ognisku z kuflem piwa w dłoni są moim najmilszym wspomnieniem z tego festynu. Reszta, to deszcz.

Było naprawdę zimno tak w dzień, jak i w nocy. zwłaszcza pierwszej nocy, gdzie deszcz uznał za stosowne, by nas podtopić. Szczęściem w dzień zdarzało się kilka przejaśnień, dzięki którym mogłam się ogrzać choć na chwilę. A G. zajął drugie miejsce w turnieju łuczniczym! I zgarnął nagrodę! Sama chciałam też pójść do turnieju, ale okazało się, że cięciwa mojego łuku jest niekompatybilna z osadami w strzałach, a w takim wypadku, to można sobie (lub innym) tylko krzywdę zrobić, a nie wstrzelić się w wyznaczony cel. Trochę szkoda, bo chciałam zobaczyć, czy bez treningu uda mi się coś z siebie wykrzesać. Ale w przyszłym roku staniemy co najmniej we trójkę do zawodów. A może nawet i w piątkę…? 😉 Czas głównie spędziłam na kramie, pilnując, by deszcz nie zniszczył sakw i innych naszych dóbr. W większości mi się to udało 😛

Tak podsumowując turniej i porównując go ze wspomnieniami, to – niestety – wychodzi na minus. Dobrze pamiętam pierwszy turniej w Bierkowicach, kiedy miałam na głowie swoją cześć organizacji imprezy, przy okazji pomagając innym w ogarnięciu ich obowiązków. Trzeba było się uwijać, jak w ukropie. No i było multum atrakcji, oprócz standardowych konkurencji turniejowych. Teraz czuć coś na kształt wypalenia w OBRze, a szkoda, bo zawsze było mnóstwo zabawy i śmiechu, a teraz… jakoś tak… czerstwo… szkoda…

Nie mniej jednak powrót do Skansenu w strojach (teraz już o wiele lepszych niż  dziesięć lat temu) wywołał lawinę przyjemnych skojarzeń i wspomnień. No i zobaczenie starych kumpli i kumpel, z którymi zaczynałam moją przygodę ze średniowieczem. Już nie było ubranek z zasłonki, namiotów „igloo” i współczesnych wynalazków typu glanowijacze, ale i tak było strasznie sympatycznie. I po raz kolejny okazało się, że to nie miejsce tworzy klimat, a ludzie, którzy tam przebywają.

Dziękuję za poranne i wieczorne posiedzenie pod wiatą, za anegdoty o Elfach i Elficach, za śmiech do łez i za to, że wtedy, dzięki Wam nie zwracałam najmniejszej uwagi na deszcz i fatalną pogodę.

Dziękuję i z utęsknieniem czekam na nasze kolejne spotkania.

A zdjęcia możecie pooglądać w galerii Najemnej Kompanii Grodu Koźle. Zapraszam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, turnieje

Turniej w Książu

Pojechaliśmy w piątek wczesnym popołudniem. Słońce grzało niemiłosiernie, ale dotrzymaliśmy do końca. Tak podróży, jak i rozbijania obozu. I zaczęliśmy wspominać, jak to było parę lat temu. W tym samym miejscu. Niby tak samo, a jednak inaczej. Już nie było „iglaków” upchanych za trybunami. Już nie musieliśmy się martwić o nasze puste brzuchy i wyschnięte gardła, bo jadła i napitku było w bród. Wróciliśmy w miejsce, gdzie powstała nasza prywatna religia Świętego  Sucharka, Błogosławionej Siorbatki i Wielkiego Brzdęku. Wróciliśmy tam, gdzie powstało mnóstwo anegdot, które tworzyliśmy z innymi uczestnikami turnieju. Tu zadzieżgnęły się przyjaźnie i znajomości. Tu nas doprowadzał do wściekłości i śmiechu Blondi, szukający swojej rycerki, tu nas rozśmieszali organizatorzy, żądający w pewnym momencie: „Zróbcie coś, bo się ludzie nudzą”.

Teraz było inaczej.

Nie było siąpiącego, wyziębiającego ciało na wylot deszczu, tylko żar lejący się z nieba. Wojownicy uczestniczący w turnieju pieszym nie mieli za wiele sił w tej duchocie i nie pokazali niczego zaskakującego. Nie mam im tego za złe. Sama wolałam się za bardzo nie ruszać, żeby nie ociekać później potem. Turniej łuczniczy, niestety, znów był niemal tak samo nudny, jak kilka lat temu. Bieg dam był… dziwny. Zbyt różnił się od tych, które znam, żeby móc uznać jego walory. I nie, nie twierdzę, że było źle i do kitu. Było troszkę nudno. I duszno. I ludzi niewiele. No bo pogoda była taka, że wysysała wszystkie siły i niemal całą wolę.

Po raz pierwszy mogłam pooglądać zamek Książ od środka. Poprzednim razem tylko zwiedziliśmy część ogrodów – reszta była zamknięta. Dowiedzieliśmy się od przemiłej pani z antykwariatu paru ciekawostek z życia na zamku, kiedy ten jeszcze należał do hrabiowskiej rodziny von Pless. Na przykład, że na dziesięć mieszkających tu osób, przypadało dwieście osób służby. Albo to, że już w latach dwudziestych XX wieku zamontowano na zamku centralny odkurzacz. A ja myślałam, że to współczesny wymysł… Albo to, że jedno z pięter było przygotowane dla Hitlera. Pokoje i specjalnie wydrążona winda, która w razie problemów, miała przetransportować Wodza III Rzeszy do podziemnych tuneli, by go ewakuować poza teren działań wojennych. A i to, że stacjonujące w zimie wojska radzieckie zrobiły z zabytkowych mebli opał. A wojska niemieckie zniszczyły sztukaterię, by wzmocnić stropy żelbetonem.

A jaki był przyjemny chłód we wnętrzu zamku! Niczym w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jeden z pokoi był tylko ciepły, jakby własnie wygasł ogień w kominkach, a pozostał żar. Najpierw zdawało się, że ciepło pochodzi od nagrzanego słońcem czarnego marmuru, ale kamienie były zimne… Rozpalone do białości ogrody były suche. Szkoda, że nie włączyli fontann. Dałyby chłód i nieco wilgoci otoczeniu.

Lekko wyschnięci wróciliśmy na teren turnieju, na hipodrom. Pokaz konny przyciągnął nieco gapiów, więcej jednak ludzi przybyło na inscenizację bitwy. Jednak nikt nie miał ochoty tańczyć pod sceną, chociaż wokalistka wychodziła z siebie, by schowanych w cieniu ludzi wyciągnąć na słońce.

Nad ranem w niedzielę obudził mnie wiatr szarpiący namiotem na wszystkie strony. Czekałam na gromu i pierwsze oznaki burzy, ale po kilku godzinach wiatr ucichł i na niebo wróciło słońce. Trochę pokropiło, gdy się pakowaliśmy, ale słońce szybko osuszyło namiot. Wracaliśmy w największy upał, choć obstawałam przy popołudniowym powrocie, by przeczekać na dworze największy skwar. No cóż, nie zawsze mogę postawić na swoim.

Teraz najbliższy turniej będzie w sierpniu. Grunwald w tym roku musi obejść się bez nas…

Dodaj komentarz

Filed under turnieje

Koniec weekendu

Może dla mnie to nie ma zbytniej różnicy między weekendem a tygodniem, ale… w kalendarzu ewidentnie widać, że koniec weekendu mamy i że jutro nowy tydzień, czyli poniedziałek i ci, którzy mają pracę i nie są na urlopie, czy na L4 muszą się psychicznie nastawić na poranną pobudkę. No, chyba że mają drugą, czy trzecią zmianę… co nie zmienia faktu, że miłościwie nam panujący, ostatni w pełni czerwcowy weekend dobiegł końca.

Zaniedbałam blogi, porzuciłam gry na rzecz tkania cieniuteńkich pasków do podwiązek. Tak, sprzączki wreszcie doszły i mogłam się zająć realizacją prośby M. o podwiązki. Trzy rodzaje paseczków już utkałam. Dwie pary pasków są przygotowane do osadzenia sprzączek i końcówek. Dziś nie dałam rady zrobić ostatniej pary. Dłonie rozbolały mnie od stałego przepychania nici między mocno zbitą osnowę, a palce ledwo zipią od wyciągania igieł zakleszczonych w wełnie. Jutro powinnam już to skończyć, chociaż ciężko orzec, czy dam radę, bowiem spodziewam się gościa. Przyjeżdża do nas kolega, którego poznaliśmy dzięki internetowi i grze MMORPG (w linkach „ważne stronki” jest wymieniona – kto chce, niech klika na Destination of Heroes), a potem zaczęliśmy nawiązywać kontakty poza światem wirtualnym.

Draśka zaczęła się pastwić nad Filonkiem. Widocznie Frytek już nie jest taki zabawny do ganiania, jakim był z początku. Jeśli nadal będzie zamęczać bezpiórego nieszczęśnika i zrzucać go skąd popadnie, to ją będę musiała odłowić do osobnej klatki. Bo Filonek bez jej asysty rzadko kiedy spotykał się z ziemią i świetnie sobie radzi w wolierce, jak na zupełnego nielota.

Ostatnio mam sny. Popieprzone, jak stado małp na odrzutowcu, ale są. Niestety, jak to z nimi zwykle bywało, nie są lekkie i przyjemne. No ale… na razie nie umiem nad nimi panować… może kiedyś, w bliższej, czy dalszej przyszłości je opanuję i poskromię?

W piątek szykuje się wyjazd na turniej, ale nie wiem, czy dojdzie do skutku. Mam nadzieję, że tym razem żaden Prezio, czy inny parszywy zbieg okoliczności nie pokrzyżuje nam planów i będziemy się mogli rozerwać w miłej okolicy z przyjemnymi ludźmi. W końcu. Może się uda jakąś nagrodę zgarnąć? Chociaż w to mało wierzę, bo niewiele w tym roku ćwiczyliśmy łucznictwo. Nie ma gdzie, niestety. A postrzelałabym sobie z mojego małego łuczku. Tęskno mi za tą formą aktywności… ale, co zrobić…?

Nic, jutro trzeba trochę ogarnąć mieszkanie, dokończyć podwiązki i poczekać na gościa… a teraz chyba pójdę spać…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, turnieje, życie

Wkurzenie nadal trzyma…

Nie mogę się zabrać za robotę. Jakąkolwiek. I to jeszcze bardziej wkurza i frustruje.

W dublecie wciąż czekają do obrobienia dziurki. Papużki czekają na posprzątanie wolierki. Ba! Całe mieszkanie czeka na sprzątnięcie… a ja siedzę i się wkurzam. Na wszystko. A najbardziej na siebie.

Śnią mi się znowu sny. Dziwne są. Mało z nich rozumiem, pamiętam więcej. Po głowie kręcą się pomysły. Pojawiają się i znikają niemalże natychmiast. Są nie do uchwycenia na dłużej. Tak więc wszystkie próby napisania czegokolwiek, spełzają na niczym…

Tamborek czeka przykryty wzorek i mruga, żeby go chociaż zacząć…

Jeny, nie lubię takiego stanu…

W sobotę zostałam wyciągnięta z domu do kina. Na „Mroczne Cienie”. Do tej pory czuję jakiś brak… po Timie Burtonie spodziewałam się zdecydowanie więcej, niż pokazał to w tym filmie. Owszem, gra aktorska nie pozostawia nic do życzenia, zwłaszcza w przypadku Johnny’ego Deepa, który rewelacyjnie sprawdza się w rolach kostiumowych. Ale wciąż czuję się tak, jakbym obżarła się tortem, ale wisienki do tej pory nie skosztowałam, bo najzwyczajniej w świecie cukiernik o niej zapomniał. Nie będę zniechęcać do obejrzenia tego filmu, bo jeśli kogoś interesują mroczne, wampirze klimaty rodem z amerykańsko-angielskich mieścinek oraz sekrety starych, angielskich rodów, znajdzie tam mnóstwo ciekawych scen i zaskakujących zwrotów akcji oraz szczyptę humoru. A jeśli ktoś jest zakochany w Johnny’m, to spokojnie może pójść do kina i nie będzie żałował wydanych na bilet pieniędzy.

Długoweekendowe turnieje się pokończyły. Z zazdrością spoglądam na zdjęcia z Międzyrzecza, Grodźca i Będzina. Jestem strasznie rozżalona, że nie udało się nam pojechać na żaden z nich. Na pewno zabawa i klimaty były cudne. Zawsze tam takie są… spróbuję przekuć złość w energię potrzebną do pracy. Mieszkanie czeka na uprzątnięcie. I dublet trzeba skończyć. A ja mam tylko ochotę grać w Divinity II… no, naprawdę wciągnęła mnie ta gra… a deszczowa pogoda nie dodaje mi żadnej energii…

Jest mi źle, jest mi smutno, jest mi szaro. Każdy dzień ciągnie się, jak makaron…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, rozrywka, turnieje, życie