Category Archives: podróże

Wszystko nabiera tempa…

Strasznie dużo się zdarzyło od ostatniego wpisu. Tak dużo, że nawet nie wiem, od czego zacząć…

Może zacznę od tego, że choróbsko odpuściło na tyle, że na pół gwizdka mogę pracować zawodowo, więc już wróciłam do pracy i nadal ochraniam jeden z lokalnych marketów wspólnie z koleżanką i kolegami zatrudnionymi w tym samym, co ja celu. Dzięki temu mam znów odrobinę mniej czasu na sprawy poza zarabianiem pieniędzy, ale… nie jest źle.

Część z Was już wie, że nie zdałam egzaminu zawodowego. Tak, to prawda. Wymarzona praca w gabinecie rehabilitacyjnym musi jeszcze chwilę poczekać, bo egzamin poprawkowy pozwolą mi zdawać dopiero w styczniu przyszłego roku. Niestety, wcześniej nie ma na to najmniejszych szans. Z racji tego, że prawie ugadana praca jest na razie przeszłością, staram się mimo wszystko rozwijać w kierunku masaży. Z tego powodu zainwestowałam niemalże ostatnie pieniądze w kurs Terapeuty SPA, który odbywał się w Warszawie. I to były chyba dobrze zainwestowane pieniądze. W Akademii SPA odkryłam nowe możliwości i techniki, dzięki którym będę nadal mogła przynosić pomoc ludziom, niekoniecznie w gabinecie rehabilitacyjnym. Atmosfera była cudna! Naprawdę. Prowadzący oraz dziewczyny, które przyjechały, by uczyć się tak, jak ja byli (i nadal są) wspaniali. Poznałam nowe techniki w masażu relaksacyjnym i do swoich umiejętności mogę dopisać: masaż bambusem, stemplami ziołowymi (co obiecano nam jeszcze w szkole, ale prowadzący zajęcia jakoś nie pociągnął tego tematu dalej), miodem, a także rozwinęłam nieco wiedzę o masażu kamieniami gorącymi. Doprawdy, na poprzednim kursie nauczyłam się układać kamienie na ciele klienta, a teraz wiem, jak zrobić za pomocą rozgrzanego bazaltu naprawdę relaksacyjny masaż. Dodatkowo jeszcze prowadzący zaprezentował nam zabiegi typowe dla SPA, czyli peeling i okłady. Cały czas raczył nas też wiedzą wypływającą z doświadczenia, wypływającego z jego wieloletniej pracy w zawodzie w różnych miejscach i środowiskach, a także tych związanych z prowadzeniem własnej działalności. Wróciłam do domu z głową pełną pomysłów i wiedzy…

Sama podróż też była zaskakująca… Największym zaskoczeniem było kupno biletów na pociągi ekspresowe. Na tydzień przed podróżą wykupiłam ostatnie bilety na podróż do i ze stolicy. Ostatnie. Za ciężkie pieniądze… W piątkowy poranek udało mi się wsiąść do Pendolino.

 

001

Tym razem nie spie… rniczyło, jak przed zdjęciem, które próbowałam mu zrobić na stacji w Gliwicach. Och, jakby mi takiego psikusa zrobiło, to nie miałabym dziś certyfikatu i nowych umiejętności, a tylko stracone pieniądze. Mnóstwo straconych pieniędzy… Ale – udało się. Bez większego trudu odnalazłam swoje zarezerwowane miejsce i już mogłam się cieszyć urokami podróżowania w tak ekskluzywnym środku transportu.

 

002

Nawet poczęstowano mnie herbatką (Lipton, zielona… w smaku nie za cudna, ale przynajmniej nie było mi po niej tak niedobrze, jakbym zażyczyła sobie czarnej).

 

003

Do wyboru była jeszcze kawa, ale tej wolę nie tykać, jeśli nie jest kawą zbożową. Na tym ekskluzywność, niestety, się skończyła. W rozwieszonych wszędzie telewizorkach puszczono jedynie zapętloną, jedną i tę samą reklamę Strażników Galaktyki 2. Owszem, pierwsza część bardzo mi się spodobała i bardzo chcę obejrzeć drugą, ale oglądanie non stop jednej i tej samej reklamy było nużące. I tak, starałam się nie patrzeć na te minitelewizorki, ale nie dało rady. Były tak ustawione, że musiałabym patrzeć się bez przerwy w okno albo na własne stopy, by ich nie widzieć. A widoki za oknem nie zawsze były warte oglądania.

Skoro zatem obsługa tego luksusowego pociągu nie miała zamiaru dostarczyć pasażerom rozrywki wizualnej, stwierdziłam, że trzeba tę rozrywkę samemu sobie zorganizować. Tak więc na półeczce rozstawiłam sobie tablet, po czym rozpoczęłam poszukiwanie Wi-Fi. Jakież było moje rozczarowanie, gdy sieci nie znalazłam. Nawet w zwykłych szynobusach… ba! W naszych miejskich autobusach jest dostęp do darmowego Internetu! Ale nie w Pierdolino… za dobrze by było. Starczy herbatka/kawka wliczona w cenę biletu (i już wiadomo, czemu tak się cenią 😉 ). Podróż umilana rozrywką ciągniętą z własnego, komórkowego Internetu minęła dość spokojnie. Mimo, że wykupiłam ostatni bilet, miejsce koło mnie przez całą podróż pozostawała puste i nietknięte. Tak samo cztery inne, będące w zasięgu mojego wzroku.

 

004

Ludzie zrezygnowali z możliwości podróżowania tym pięknym, włoskim cudem techniki, czy jak? Albo przeczuwali, że będzie to niezbyt miła podróż ze sporym opóźnieniem. Bo pociąg utknął na stacji Warszawa Zachód z powodu jakiegoś szumiącego jegomościa, do którego zawezwano specjalnych gości, którzy mieli go odszumieć.

 

008

I tak, dzięki szumiącemu oraz patrolowi Policji, który docierał na miejsce zdarzenia przez ponad pół godziny, na dworzec Warszawa Wschodnia dotarłam później, niż planowałam. Na szczęście zaczepiony pan na postoju autobusów miejskich raczył wytłumaczyć istotę podróżowania tego typu komunikacją. Jego wiedza wynikała z racji zajmowanego stanowiska pracy. Pan bowiem okazał się być kierowcą autobusu. Niestety, nie tej linii, której potrzebowałam, by dotrzeć na miejsce szkolenia. Z jego wskazówkami dotyczącymi rodzajów biletów, ich ceny oraz techniki kasowania poradziłam sobie bez trudu w autobusie linii 140. Potem tylko trzeba było pilnować się, by wysiąść na właściwym przystanku, a tu już sprawę ułatwiły szczegółowe instrukcje od koleżanki warszawianki.

 

010

Spóźniona i zziajana dotarłam na miejsce, by od razu rzucić się w wir nowych wiadomości.

Pierwszego dnia poznałam współkursantki oraz prowadzącego, którego nazwisko, po zmianie dwóch liter, przekształca się w nazwisko mego lubego. Imienia nie trzeba zmieniać w ogóle. Taka ciekawostka, która wprawiła mnie w wesoły nastrój. Dziewczyny, które zechciały się uczyć razem ze mną mieszkały raczej w okolicach Warszawy. Zaskoczeniem była jedna z nich, która przyleciała z zupełnie innego kontynentu, gdzie wyemigrowała za mężem. Po prezentacji zaczęliśmy uczyć się masażu gorącymi kamieniami, poznając wszelkie jego tajniki… a było czego się uczyć! Naprawdę to był masaż, a nie układanie kamieni na ciele klienta. Doświadczając tego rodzaju przyjemności na własnej skórze czułam wyraźną różnicę, między tym, co wcześniej mnie uczyli, a co przyswajam sobie obecnie. Niebo a ziemia. Naprawdę.

Drugi dzień zaczęliśmy od powtórki z lekcji pierwszej. Znów kamienie bazaltowe poszły w ruch, po czym gładko przeszliśmy do nauki masażu bambusami.

 

011

Cóż za cudowny masaż! Tak od strony masowanego, jak i masującego. Wspaniale rozciąga mięśnie, rozluźnia je i powoduje uczucie odprężenia. Cieszę się, że poznałam ten rodzaj masażu, bo mogę go stosować zamiennie z masażem klasycznym, a zużywam na niego mniej energii, niż przy masażu klasycznym, co obecnie jest sprawą bardzo ważną, gdyż czego, jak czego, ale energii brakuje mi codziennie. Bez przerwy na deficycie… pod koniec zajęć zapoznałyśmy się jeszcze z ruchami wymaganymi podczas masażu miodem. Tak, żebyśmy już wiedziały, jak go wykonać dnia następnego, bo masaż miodem nie lubi powtórek. Czemu? Bo miód może zbytnio podrażnić delikatniejszą skórę.

Trzeciego dnia znów zaczęliśmy powtórką, co mnie niezmiernie ucieszyło, bowiem masować bambusem i być nim masowana zaczęłam uwielbiać. Po odświeżeniu wiadomości z dnia poprzedniego, rozpoczęliśmy naukę masażu miodem. Starczy jedna łyżeczka, by rozpocząć lepiący i klejący masaż.

 

016

I wiecie co? Siłą pokonała niechęć do lepiących się do mojej skóry rzeczy i wcale tego nie żałuję. Po spróbowaniu tego rodzaju terapii na własnej skórze byłam równie mocno zaskoczona jego działaniem, jak w przypadku kinesiotapingu. Gdybym sama nie spróbowała, nie uwierzyłabym, że dziesięć minut szybkiego, energicznego masażu z lepkim „olejkiem” może tak niesamowicie rozluźnić mięśnie grzbietu! Coś niesamowitego. Naprawdę! Masaż miodem, zaraz po masażu bambusem będzie jednym z moich ulubionych zabiegów. Jako masażysta i jako masowany.

 

014

Po tej części rozpoczęłyśmy przygotowywania stempli do masażu Pantai Luar. Trzeba gałganki dobrze powiązać i porządnie wypchać ziołami, żeby nie rozpadały się w trakcie masażu, a powodowały zamierzone (w zależności od rodzaju mieszanki ziół) efekty u masowanego klienta. Po przygotowaniu przez każdą z nas dwóch stempli, rozpoczęłyśmy naukę sekwencji ruchów, jakich wymaga ten rodzaj masażu. Po jego zakończeniu, każda z nas wręcz ociekała olejkiem. A jaka skóra się gładka zrobiła! No, poezja… z racji braku dostępu do pryszniców musiałyśmy cały olej wetrzeć w ręczniki. Głupio byłoby wracać autobusem z „mokrymi” spodniami lub T-shirtem. Na koniec dnia dowiedziałyśmy się jeszcze, jak stosować peelingi i jakie do czego służą ich rodzaje, a także w jaki sposób zastosować okłady. Wiele też otrzymałyśmy wiedzy i sekretów dotyczących pracy w SPA, współpracy z hotelami, jak pracować na własny rachunek i jakie jeszcze zabiegi SPA są popularne. Jak promować się, swoje umiejętności i gabinet i jakie narzędzia do tego najlepiej wykorzystać.

Kiedy się pożegnaliśmy, wykonaliśmy ostatnie zdjęcia na pamiątkę, ruszyłam w drogę powrotną.

 

017

Odprowadzona przez H., która mnie ugościła iście po królewsku w swoim warszawskim mieszkanku,

 

018

za co jej niezmiernie dziękuję, bo w innym przypadku mogłabym nie dać rady uczestniczyć w wyżej opisanym kursie, trafiłam na dworzec Warszawa Wschodnia.

 

019

Pociąg do Katowic przyjechał i odjechał punktualnie. Tym razem wszystkie miejsca były pozajmowane. Nie było to Pendolino, a znany każdemu typowy, „staroświecki” ekspres z kuszetkami. Ale bez Warsu. Podróż minęła szybko. Musiałam walczyć z sennością, by nie zasnąć i nie przespać stacji w Katowicach, a była to realna groźba. Byłam tak wykończona aktywnie spędzonym weekendem, że gdybym pozwoliła sobie na drzemkę, obudziłabym się w Budapeszcie, który był stacją końcową tego pociągu. Na szczęście nie tylko ja wysiadałam w Katowicach, więc ruch w przedziale trochę mnie otrzeźwił. Na dworcu spędziłam – o dziwo – spokojnie prawie godzinę (pociąg zaliczył opóźnienie) w czynnej całodobowo kafejce „So! Coffee” niedaleko kas biletowych przy gorącej, zielonej herbacie, uzupełnionej o świeże owoce: truskawkę, rabarbar i cytrynę.

 

020

Gdy pociąg nadjechał, wsiadłam do niego razem z tłumem innych podróżnych i znalazłszy swoje zarezerwowane miejsce (w pierwszej klasie… nie było już wolnych miejsc w drugiej), zajęłam się walką z wszechogarniającą sennością. Przez chwilę pomagał mi w tym współpodróżny: starszy, bardzo dystyngowany pan, udający się do Wrocławia, lecz po niedługim czasie sen go zmorzył, a mnie pozostało utrzymywać się w półśnie czujnym, by nie przegapić swojej stacji docelowej. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce i wróciłam do domu było już mocno po drugiej nad ranem. Szybki prysznic i ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, już zasnęłam… a tego samego dnia musiałam stawić się w pracy…

To był morderczy weekend… rzekłabym, że morderczymi były oba tygodnie okalające owy weekend spędzony na kursie. Na szczęście jakoś odżyłam i pozbierałam resztki energii, by móc stanąć na wysokości zadania.

Podsumowując: był to wyjazd pełen niesamowitych wrażeń. Chciałabym móc powtórzyć podobny w niedalekiej przyszłości. I wiecie co? Aż mnie świerzbi, by na kimś już wypróbować swoją wiedzę i niedoskonałe jeszcze ruchy… Wariatka ze mnie 😉

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, masaż, nauka, podróże, praca zawodowa

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

(Nie) Leniwy poniedziałek

Wiśnie się przerabiają na konfitury. Przy okazji, całkiem przypadkiem wyszły trzy średnie słoiki syropu wiśniowego. Pralka pierze, zmywarka zmywa, a ja się zastanawiam, na co mam czas…? Bo za niedługo jedziemy oglądać kolejny dom. A że będziemy się wlec środkami transportu masowego, toteż trzeba nam na podróż poświęcić więcej czasu, niż jakbyśmy jechali własnym samochodem. Wezmę aparat i porobię zdjęcia z „natury”. Na pewno relację zdam na naszej stronie na fejsbuku. Tylko musimy stamtąd wrócić. Ale PKSy jeżdżą dość często, więc nie będzie to dużym kłopotem przewieźć się w tę i z powrotem. Trochę się denerwuję tym, co tam zobaczę…

A miałam się dziś zadziałkować, wiśnie zebrać do końca, cukinie i ogórki też. I wyplewić chaszcze. I przyciąć winogron… cóż, jutro też jest dzień i mam nadzieję, że nie będzie miał pogody w kratkę, jak ten dzisiejszy: raz słońce, raz deszcz. Pomidory zaczynają się już czerwienić, więc za niedługo będzie jeszcze więcej jedzenia i warzyw do przerobienia na przetwory na zimę. Szkoda, że mam tylko dwa wielkie gary, bo by się jeszcze dwa przydały. Bym wtedy „jechała” na cztery „fajerki”. No ale… idzie trochę wolniej, jednak zawsze do przodu.

A na działce takie cuda (część z nich, zdecydowanie mniejsza):

Pomidor Ogórek gruntowy Cukinia Winogrona

Papużki dostały działkowej rzodkiewki i posmakowała im. Długo mymlały kawałki warzywa w dziobach. I żaden jeszcze nie trafił na podłogę. Zabawa w „spadło” dotyczy tylko tych niedobrych rzeczy, które niekiedy się pojawiają na tacce. Ogólnie, to są dość ospałe, więc za niedługo należy się spodziewać kolejnego deszczu. Agatka też nie wrzeszczy teraz, choć wcześniej i skrzeczała, i nawoływała stado, ile tylko miała sił w dziobku. Teraz przysypiają wszystkie i tylko coś tam któraś pobzyczy pod woskówką.

Idę się przygotować do podróży, bo za chwilę należałoby wyjść i przeturlać się autobusami na miejsce spotkania.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, podróże, rolniczo

Niczym majowy deszcz

30-04

Nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo na to czasu. Teraz też siedzę przy kompie, żeby wypić herbatę, a za chwilę już uciekam do przygotowań przedwyjazdowych. Czeka na mnie pierwszy (i zapewne ostatni) turniej rycerski w tym roku. Mam nadzieję się dobrze bawić i odpocząć na nim, żeby się doładować pozytywną energią na najbliższy czas.

A co do moich nieszczęść… tak mi przyszło do głowy (po przeczytaniu wpisu na blogu Kamphory z Podlasia), że może właśnie coś lub ktoś zaoszczędził nam tego samego rozczarowania z jakim spotkała się ona? Wszak dookoła Domu są pola. Nie odłogi, nie ugory, nie łąki, a pola, które ktoś uprawia. A żeby mieć dobre plony, będzie stosował opryski. I to tuż za miedzą!

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

I wtedy nasza sielska, czysta okolica mogła by się nagle stać komorą gazową. A wtedy co? Szukać nowego miejsca? Znów się przeprowadzać? Ponosić kolejne koszta?

Dobrze, że jeszcze nie weszliśmy w to finansowo, że nie wzięliśmy kredytu, nie zapożyczyliśmy się na poczet nowego miejsca zamieszkania, nie sprzedaliśmy naszego mieszkania, by pokryć wstępne zobowiązania… Ech, głupi, to ma chyba zawsze szczęście.

Nic, uciekam, bo krajka czeka na dokończenie, sznurki też się same nie uplotą ani rzeczy nie przygotują na wyjazd…

04-05

Turniej się udał. Przywieźliśmy (tu piszę, jako Najemna) ze sobą nagrodę za trzecie miejsce w turnieju łuczniczym, choć zupełnie się tego nie spodziewaliśmy ani nie liczyliśmy na takie wyróżnienie. A jednak – udało się! Gratulacje dla P.! Bo to on zajął owo miejsce na podium. Ja nie startowałam w żadnym turnieju. Miałam za zadanie siedzieć przy krośnie i ludzi dziwować. No i siedziałam i dziwowałam, dopóki nie zaczął padać rzęsisty deszcz, który zmusił nas do schowania wszystkich dziwów do namiotu. Za to na drugi dzień – ani kropli deszczu. I ani jednego ludzia, bo Jarmark trwa tylko 1 maja. Obiecuję, ze szerszą relację zamieszczę. Wraz ze zdjęciami. Jak tylko aparat wróci z banicji do domu, a ja się trochę doprowadzę do porządku.

Z turnieju za to przywlokłam sobie jakieś coś w mięśniach, co nie pozwala obrócić swobodnie głową ani podnieść prawej ręki. Nie jest już tak, jak na początku w sobotę, ale nadal nie jestem na tle mobilna, żeby wszystko poturniejowo ogarnąć. W robocie tez mnie nie uświadczą, niestety…

Nic, odklejam się od kompa, bo siedzenie mi trochę nie służy…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, prace ręczne, turnieje, życie

Po przerwie na robotę

Długo mnie nie było w tym wirtualnym świecie, bo mimo tego, iż Internet udało mi się wydłubać i mogłam  niego bez przeszkód korzystać, to i tak czasu na błądzenie po światach wirtualnych za wiele nie było. W sumie to głównie rozchodzi się o siły na szperanie i czytanie…

Skrótowo zatem temat potraktuję, obiecując rozwinąć go w późniejszym czasie:

Przez ponad miesiąc zaiwaniałam u Niemców. Od rana do ciemnej nocy. Przez 7 dni w tygodniu. Bez wolnych sobót i niedziel. Jak się wyjechało na budy o 8:30, to w tygodniu około 22 było się z powrotem w hotelu. W weekendy po 23. Więcej chętnych na rybkę z winem mieliśmy, ot co. Tak, tak… w gastronomię mię rzuciło, ryby norweskie, zwane łososiem przyszło mi rozdawać ludziskom za ciężkie pieniądze. W bułce, na tacce, na talerzu, z kartoflem uparzonym w aluminiowej folii – do wyboru do koloru. I jeszcze białe winko do tego, jak kto chciał.

Niemcy to ciekawy naród. I nie pisze tego zjadliwie, z podtekstem, czy ironicznie. Doprawdy mnie zaciekawili, bo do życia podchodzą tak bardzo odmiennie od nas, Polaków, że aż nie mogłam oczu oderwać. Zwłaszcza, że od czasu do czasu było naprawdę na co popatrzeć (if you know what I mean). Po pierwsze: uśmiech. Po drugie: wygląd. Po trzecie: luz. Jakiż my cierpimy na te trzy rzeczy deficyt! Ja wiem, że tam życie jest inne. Starczyło mi się napatrzeć przez miesiąc, by wyciągnąć wnioski i się posmucić nad naszym pochrzanionym losem.

Hamburg to cudowne, portowe miasto. Owszem, ma miejsca, gdzie mogłam czuć się jak w obecnym miejscu zamieszkania, bo do niektórych dzielnic wozy sprzątające nie zajeżdżały, ale i tak było na co popatrzeć. W centrum jest mnóstwo prześlicznych, suto zdobionych kamienic, które rywalizują z budynkami ze szkła i stali. Ulice są obstawione wszelkimi sklepami po obu stronach, często całe budynki są po prostu przeznaczone na centra handlowe. Obojętnie, czy z nowej, czy ze starej architektury. A w okresie przedświątecznym wszystko jest cudnie ozdobione lampkami, choinkami, bombkami – wprost z przepychem. I wszędzie słychać kolędy, piosenki świąteczne. W każdym sklepie, na każdym skwerze, gdzie przygrywają uliczni artyści. Nawet kuranty w kościele Św. Piotra wygrywają „Jingle Bells”, czy „White Christmas”.

A co z NaNo? Wiecie, że mi się udało napisać wymagane 50 tys. słów i jeszcze trochę ponad? Pisałam, kiedy mogłam, ile mogłam i tak szybko, jak to tylko możliwe i… udało się. Sama do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Chyba to dotrze do mnie, jak oficjalnie się tym pochwalę w osobnym wpisie i z odpowiednią grafiką. A samo opowiadanie pokażę światu po dokończeniu historii i jego gruntownym zredagowaniu. Teraz – jak mi tylko organizm wyhamuje i nieco wypocznie – będę mieć zdecydowanie więcej na to czasu.

Póki co zwijam się odsypiać dalej swoją hamburgską przygodę.

Dodaj komentarz

Filed under pisarstwo, podróże, życie

Zarobiona po ślepia…

Naprawdę.

Wiem, że trudno uwierzyć, że ktoś, kto nie ma pracy, może nie mieć czasu, żeby wrzucić wpis i parę fotek na bloga, czy wyskoczyć gdzieś ze znajomymi. Ale ja naprawdę nie wiem, w co ręce włożyć.

Robota „w polu” zabiera zwykle całe dnie. I to te słoneczne lub tylko pochmurne, bo w deszczowe na prace pod gołym niebem nie ma najmniejszych szans. Kiedy zatem pada deszcz, staram się czas (mimo chronicznego wtedy zmęczenia i niemożności obudzenia) wykorzystać na pracę w domu. To nie tylko sprzątanie, ale i rękodzieło, bo to sznurków trzeba napleść, a to krajek natkać, a i może coś uszyć, wyhaftować… Dni tygodnia mi się mylą. Działam na słońce: kiedy zaczyna świecić, budzę się i wstaję, by wszystko obrobić; kiedy gaśnie – idę spać.

Obecnie dni spędzam na XVII Wystawie Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko-Czeskiego, głównie jako pomoc dla znajomej i towarzystwo do „plotek”. Aczkolwiek i swoje rękodzielnicze wyroby prezentuję na udostępnionym fragmencie stoiska. I tak jeszcze do niedzieli.

Więcej informacji i fotografii udostępnię później, bo już mam opóźnienie w pracach porannych.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, rolniczo, życie

Kwiecień – plecień…

… bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Przysłowia mądrością narodu. Jak jeszcze w poniedziałek człek mógł się cieszyć słońcem i ciepłem, tak we wtorek wszyscy mogli podziwiać iście jesienną aurę: deszcz, deszcz ze śniegiem, a nawet i solidne płaty śniegu spadające z szarych, nisko zawieszonych chmur. Cóż, taki czas, kiedy pogoda zdradliwą jest i – owszem – jest to uciążliwe, ale przecież było tak zawsze, że przedwiośnie zasypywało nas całą gamą przeróżnych warunków pogodowych. Nawet długa zima, jak w tym roku nie jest jakąś dziwną nowością i anomalią, bo nie raz się to zdarzało. Na ten przykład jakieś ponad 30 lat temu w Wielkanoc można też było sobie na sankach pojeździć. Na Saharze tez od czasu do czasu spadnie śnieg. Wielkie mecyje. Lato będzie, wiosna też już zaraz się pojawi, a że szarówka i zima zmęczyła wszystkich, to nie ma o czym już pisać. Teraz zaraz już tylko słońce, ciepełko i multum narzekań: czemu tak gorąco?

A ja sobie spokojnie kończę krajeczkę w serduszka. Potem planuję utkać jeszcze jedną krajkę, ale chyba już bez „wodotrysków”. Obie pójdą na przerobienie i staną się zgrabnymi paskami do współczesnych spodni. Kilka jest już testowanych i testy wypadają pomyślnie, więc wróżę pewien (na pewno nie oszałamiający) sukces tym wyrobom. A potem… potem zabiorę się za ćwiczenie kratek. Znaczy będę ćwiczyć tkanie kraciastej tkaniny, żeby zobaczyć, jak się to w ogóle robi i czy w ogóle wyjdzie. Jak będzie ładnie, to się pochwalę. W innym przypadku – nic nie zobaczycie. Brzydkich rzeczy nie powinno się pokazywać ludziom, bo to tak nie ładnie.

Za 10 dni jedziemy (o ile nic nie pokrzyżuje nam planów) na pierwszy w tym sezonie turniej. Muszę wyciągnąć z szaf ciuchy, poprzeglądać je, pocerować, ponaprawiać (zwłaszcza swoją kiecę z brązowego, grubego płótna, bo już wygląda naprawdę źle. Ba! Wręcz tragicznie). Tak po prawdzie już się nie mogę doczekać. Po poprzednim sezonie czuję niedosyt, bo wyjazdów mało, a i na Grunwaldzie nie byliśmy. W tym roku również nie będziemy. Szkoda. Mimo całego mrokokoko i cyrku wokół Inscenizacji, lubię tam jeździć. Po prostu ciągnie mnie klimat wytworzony w Chorągwi Tczewskiej i rubaszny humor artylerzystów. Tęskno mi do nich, bo to naprawdę równe chłopaki są. Tak myślę, że może by się udało zrobić obóz taki tylko dla nas…? Gdzieś w okolicy…? Pomyślimy, zobaczymy. Na razie nie mogę planować tak daleko, bo być może szykują się dość drastyczne zmiany w moim życiu i jeśli się pojawią, dopiero będę mogła decydować, co dalej. Póki co, można myśleć i planować na papierze i w marzeniach.

No i panowie od parkingu wrócili wreszcie do pracy. Według tablicy informacyjnej parking miał zostać oddany do użytku w lutym tego roku. Szczęśliwie mamy już kwiecień. No cóż, Polska. Ciekawe tylko, czy starczy im kostek brukowych, czy będą ich musieli dokupić parę palet, bo ludziska powybierali dość sporo tego z pozostawionych bez nadzoru paczek. Nie wyrobili się na czas, to teraz będą mieli koszty. Przy tym, kto widział, żeby prace modernizacyjne odkrytych placów robić w zimie?

Nic, trza się trochę za robotę wziąć, a nie siedzieć całymi dniami przy kompie.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne, turnieje, zaokienne życie, życie