Monthly Archives: Marzec 2015

Nawałnica

27-03

Nie, jeszcze wszak nie czas na burze, choć deszcz moczy solidnie wszystko wokół. Najgorsze są rozmiękłe ścieżki w lesie, gdzie o poranku spacerujemy z Herą. Za to dzięki niemu pękają już pąki na krzewach. I trawa się jakoś soczyściej zieleni. Za chwilę zacznie się praca w „polu”. Znów będę miała przesuszone dłonie od gliniastej ziemi. Tylko czekam na słoneczne dni, które będę mogła poświęcić na prace na świeżym powietrzu.

Dziś cały dzień zajęło mi sprzątnięcie mieszkania. Zaczynam się zastanawiać, czy warto w związku z tym przeprowadzać się do domu na wieś? Bo jak tutaj ogarnięcie zaledwie 45m2 zajmuje tyle czasu, to ile będę musiała poświęcić na na przykład uprzątnięcie takich dajmy na to 90m2? Cały weekend? A 180m2? Pół tygodnia? I nogi będą wyłazić uszami, bo pozostałe pół tygodnia trzeba będzie poświęcić na oporządzenie gospodarstwa… Oj, chyba muszę przemyśleć dobrze tę sprawę i zastanowić się, czy warto jednak to marzenie spełnić?

W sumie to jednak wolałabym mieszkać na wsi. Zwłaszcza, że sąsiedzi z naprzeciwka się psują. Jak wychodzą z domu, to lepiej zakładać maskę przeciwgazową albo mieć naszykowane woreczki, żeby nie zapaskudzić wymiocinami schodów. No po prostu nie da się przejść swobodnie, bo to smród, że aż w oczy szczypie. I bardzo długo wietrzeje z klatki… Tragedia jest w suszarni. Chyba przestanę z niej korzystać, bo powoli przestaje mi się to opłacać. Zdarza mi się ściągać ze sznurów tak śmierdzące ubrania, że muszę je wrzucić do pralki raz jeszcze, żeby usunąć smród. Nie wiem, czy nie mają w czym uprać rzeczy, czy nie czują tego smrodu, ale jest to naprawdę uciążliwe. Pół biedy, kiedy odór powala mnie z nóg zaraz po otworzeniu drzwi do suszarni. Wtedy mogę zrobić w tył zwrot i zatargać pełną miskę mokrych ubrań z powrotem do mieszkania i rozwiesić na suszarce. Gorzej, jak suszarnia jest pusta, ja nie wykorzystam wszystkich sznurów, a sąsiadom się też zbierze na rozwieszenie swoich brudów… Żebyście mogli sobie mniej więcej wyobrazić z czym przyszło mi się zmierzyć, to proszę sobie wyobrazić odór niepranych, znoszonych skarpet osoby mającej zaawansowaną grzybicę stóp. W upalny dzień w środku lata. Nic przyjemnego.

28-03

Narobiłam sobie wrogów. Może nie koniecznie w liczbie mnogiej, ale jedna osoba na pewno ma „coś” do mnie. Oj, zajęcia będą coraz trudniejsze i to nie tylko ze względu na podnoszenie ilości wiedzy, jaką trzeba opanować… A czym sobie zapracowałam na to? Ano, tylko tym, że jako jedyna napisałam zapowiedzianą kartkówkę na pozytywną ocenę. A naprawdę nie uczyłam się do niej jakoś super, bo notatki w piątek wieczorem przeczytałam raptem dwa razy i w sobotni poranek jeszcze raz i przeglądnęłam parę akapitów z książki. Naprawdę nic nadzwyczajnego. Wręcz byłam pewna, że zawalę sprawdzian po całości, za to inni napiszą go śpiewająco. No i nie pomogłam nikomu, nie dałam ściągnąć i nic nie podpowiedziałam, bo najzwyczajniej w świecie byłam skupiona nad swoją kartką i wyciąganiem z mojego zakutego łba zagubionych gdzieś tam informacji. Jest mi niezmiernie przykro, że się stało, co się stało. Żałuję, że umiałam tyle, że napisałam porządnie sprawdzian. Gdybym solidarnie nie zaliczyła, byłabym nadal tą „swoją”. A tak… znów jestem outsiderem, faworytą nauczyciela. Pewnie dlatego, że słucham, że nawiązuję kontakt wzrokowy i – jako osoba upośledzona wizualnie, o obdarzona zaawansowaną krótkowrocznością – siedzę zawsze w pierwszej ławce, niedaleko biurka nauczycielskiego, i staram się robić wszystko jak najlepiej. Nie zawsze to „najlepiej” wychodzi, bo ani wiedzy nie mam jeszcze takiej, jak trzeba, ani ręce nie są wyćwiczone do ruchów, jakie muszą wykonać. A jak się mi coś palnie głupiego albo zrobię nie taki ruch, jak trzeba, to się ze mnie wykładowca śmieje. A ja razem z nim, jak sobie uświadomię, co takiego zrobiłam. Cóż… i tak pozostanę tą „złą” dla części grupy. Tą, która kłamie, nie trzyma szeregu i nie solidaryzuje się z pozostałymi…

29-03

Przeszło mi. Już mi lepiej.

Wczoraj naprawdę był popaprany dzień. Najpierw nie mogłam znaleźć budynku, w którym mieliśmy mieć zajęcia z przedsiębiorczości. Nasz Inkubator Przedsiębiorczości jest na takim wygwizdowie, że nawet wrony tam nie dolatują. Nie ma żadnych oznaczeń, szyldów, kierunkowskazów – nic, co by ułatwiało namierzenie tego cuda „ufundowanego” przez miłościwie nam panującą nową Panią Prezydent. Nawet Pan Ochroniarz w kanciapie, pilnujący wjazdu na teren zakładów nie wiedział, gdzie mnie skierować. Tragedia. Dobrze, że wyruszyłam z domu wcześniej i miałam godzinę do dyspozycji na odnalezienie się na tym wywiejewie. Same zajęcia prowadzone były w stylu: „wyświetl – przeczytaj na głos”. Do tego nie wiem po co przełączały kobietki komputery, żeby pokazać różne prezentacje? Nie można było tego zgrać na pedndrive’a? Albo od razu na jeden laptop? Nie rozumiem niektórych ludzi… Oferta Inkubatora nie jest raczej skierowana do mnie, jako przyszłego technika masażysty. Nie mają sal, które można by zaadoptować na salon odnowy biologicznej. Mają biura. I tylko biura. O różnej powierzchni, wyposażeniu i naświetleniu. Na razie wieje pustką, ale dopiero co otworzyli ten przybytek. I tak po prawdzie zaczyna się sypać, bo ściana na klatce schodowej ma duże, widoczne pęknięcia, które sugerują, że ktoś tynk położył nie tak, jak trzeba. Ale jest darmowy internet, czynsz, w którym jest zawarte wszystko, włącznie z księgowością i wsparciem prawnym jest naprawdę niziutki (w pierwszym roku wynosi 12,80 zł za 1m2) i można się rozwijać, starając się utrzymać na powierzchni przez te pierwsze lata. Dla masażystów i kosmetyczek mają do zaoferowania wielki hangar: 105m2. Jeszcze jest w remoncie, ale ma potencjał. Aczkolwiek, kiedy dodałam dwa do dwóch, wyszło mi, że mimo tak niskiej stawki nie będzie mnie stać na wynajem tego pomieszczenia, by płacić miesiąc w miesiąc ok. 1400 zł. Za samo miejsce do pracy. Ja wiem, że właściciele sklepów i punktów usługowych usytuowanych w samym mieście muszą płacić miesięcznie o wiele wyższą kwotę na „dzień dobry”, ale dodając dalsze dwa do dwóch, wychodzi na to, że musiałabym zarobić co najmniej 2,5 tysiąca, żeby starczyło na same opłaty, co się przekłada na 50 klientów miesięcznie, czyli 8-9 dziennie (!) licząc za jeden prosty masaż 50 zł od osoby. Kiedy jeden zabieg standardowo trwa jakieś dajmy na to 40 minut, wychodzi, że musiałabym codziennie, nieprzerwanie pracować przez 6 godzin. Nie jest to wykonalne przy obecnej mojej kondycji, gdzie po dwóch godzinach jestem już totalnie wykończona i robią mi się zakwasy na kciukach… jest opcja, żeby się zebrać w klika osób, wtedy można by podzielić koszty utrzymania na np. trzy kieszenie i już zamiast 1400 zł jest do zapłaty ok. 467 zł. I wtedy lepiej to wygląda. I można przyjąć więcej chętnych. Niestety, znając nasze miejskie realia nie będzie chętnych 50 osób codziennie. Choćby nie wiadomo, jak cudowne usługi by się świadczyło. Brak pracy zarobkowej, która dotyka naprawdę bardzo wielu mieszkańców tego miasta nie pozwala na wydawanie pieniędzy na takie zbytki, jak masaż. Chyba że podpisze się kontrakt z NFZetem. Wtedy będzie roboty od groma, ale czy z takiego kontraktu będzie można się utrzymać na powierzchni? Na te pytania zdobędę odpowiedzi dopiero na ostatnim semestrze. Na razie pozostaje uczyć się, przygotowywać dobrze do egzaminów wewnętrznych i państwowych, a potem zaczepić się gdzieś. Albo na swoim, albo u kogoś na garnuszku. Ale to jeszcze mnóstwo czasu… A wiecie, co było w tym „szkoleniu” najlepsze? Kanapki! Takich połączeń smakowych sama bym nigdy nie wymyśliła. Na przykład kanapka z pastą jajeczną, plasterkiem żółtego sera, połówką winogrona i listkiem rukoli. Pychota! Co jak co, ale akurat to im się udało 🙂 Obżarłam się tymi pysznościami po uszy 😀

Aura jest mocno niesprzyjająca pracom polowym. Dla mnie jest zabójcza, bo szybciutko stracę czucie w dłoniach i będę je długo odzyskiwać. Jest mokro i zimno. Szkoda, bo miałam nadzieję, że skoro dziś mam wolne od szkoły, to zrobię coś pożytecznego. A tu nie ma takiej opcji. No cóż, trzeba będzie zająć się robotą w domu. Albo po prostu zrobić sobie wolne.

Oczywiście wróciliśmy też do gry MMORPG, czyli Aiona i sobotniego LAN-Party. Niestety, gra się ciutkę nie kleiła, bo mnie się oczy same zamykały i myślenie naprawdę było wyczynem, a i reszta grupy nie była też w najlepszej kondycji. Ale zabawa – jak zwykle – była przednia. I na zakończenie – zbiorowa fotka:

Aion0008

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, nauka, rozrywka

Wiosna!

Cieplejszy wieje wiatr! Wiosna! Znów nam ubyło lat!

Wiele się w tym tygodniu nie wydarzyło. Choć wiosna już za oknem (mimo przeszywającego zimna i przymrozków co rano), to jednak mnie jakoś chandra dopada. Zupełnie nie wiem czemu. Bo i przecież słońca w bród za oknem, i spokój wokoło, i nic złego się nie dzieje… a mnie – dół chwyta. I odbiera chęć do czegokolwiek.Nawet w gry klikać mi się nie chce, a to już naprawdę źle. Jedno, co mi się chce, to spać. Już ok. 19-20 jestem przebrana i po prysznicu, a łóżko rozścielone. Może kiedy dzień będzie dłuższy, to mi się poprawi? Bo to wstyd jest tak wcześnie już spać…

Na zajęciach mieliśmy głównie praktykę z masażu. Dwa dni pod rząd. Po siedem godzin. No, mniej niż siedem, bo trochę się posłuchało teorii i zanotowało co nieco, żeby mieć podstawę do napisania kartkówki, czy innego sprawdzianu. Mimo, że na każdego wypadło jakieś cztery godziny prac praktycznych i ręcznych, to w niedzielę miałam już serdecznie dość. Autentycznie dorobiłam się po raz pierwszy w życiu zakwasów na… kciukach. Oj, trzeba będzie nad nimi popracować, bo to trochę głupio, jak po kilku masażach dłonie odmawiają posłuszeństwa. I domagają się kilkudniowego odpoczynku.

Zajęcia z praktyki mamy w takiej okropnej sali. Nie ma tam w ogóle wyciągów, wywietrzników, czy czegokolwiek, co by zapewniało stałą cyrkulację powietrza. Kiedy wejdzie tam osiem osób, z czego cztery udzielają się zawodowo, nie da się w ogóle oddychać. Pod koniec pierwszego masażu już mi się robiło ciemno przed oczami, a serce koniecznie chciało się wynieść. Najlepiej przez gardło. Okna są, ale otworzyć ich w czasie masażu nie można, bo się ludziska pochorują, jak ich przewieje, a mikro wentylacja nie daje nic. Dodatkowo sala nie jest połączona z korytarzem, a z drugą salą, w której prowadzone są inne zajęcia. Nawet drzwi uchylić nie można. W ten sposób „umieram” już po niespełna godzinie pracy. Strach pomyśleć, że trzeba będzie przestać nad stołem więcej za jednym zamachem…

W przyszłym tygodniu będę musiała się przeorganizować, bo i prace działkowe czas najwyższy zacząć, i poproszono mnie o powrót do ciuchlandu do pomocy. No to wróciłam na dwa dni w tygodniu. Zawsze to jakieś dodatkowe zajęcie. Aczkolwiek naukę i przepisywanie notatek będę musiała wykonać w innym, niż dotychczas terminie.

Nic to, trza się czymś zająć… albo iść spać…

2 komentarze

Filed under nauka

Taki sobie wpis…

10-03

Uporałam się z notatkami. Mam nadzieję, że coś mi w głowie zostanie z tych przesiedzianych nad zeszytami dni, bo na razie mam tylko obolałą rękę. Tak, przepisuję wszystko ręcznie, jak miałam to we zwyczaju robić na studiach. A że moja prawa dłoń szybko się męczy (chyba głównie od nieróbstwa 😉 ), to teraz odczuwać dość niemiły dyskomfort…

Dziś mam ochotę komuś naprawdę przywalić tak, ze nawet Google Maps by go nie odnalazło… „kochany” listonosz zostawił awizo, na którym zaznaczył, że mamy sobie odebrać wezwanie sądowe. Mnie się zrobiło słabo. Od razu nerwy i domysły, co to może być i skąd? Kto i dlaczego wytoczył nam jakiś proces? Nic nam sensownego do głowy nie przychodziło… Po wizycie w punkcie InPost okazało się, że to wcale nie pismo sądowe. Nie no, gdzie tam. To tylko PIT-11. Wysłany poleconym. Jak dorwę tego „kochanego” listonosza, to mu z zadu wszystko powyrywam i nawpycham w gardło. Tak ludzi stresować!

I jak ja teraz mogę siąść do jakiejkolwiek pracy ręcznej? Kiedy ręce latają, jak spragnionemu pijakowi?

15-03

Tydzień zleciał, jak z bicza trzasł.

Zajęcie dla rąk mam, bo sezon na sznurki uważam za otwarty (szczegółami pochwalę się na rękodzielniczym blogu, jak tylko znajdę chwilkę na wpisanie tam czegokolwiek). Zatem każdy wieczór mam już zaplanowany.

Odświeżanie mieszkania idzie opornie, ale z wolna do przodu. Głównie dlatego, że mam teraz trochę więcej roboty poza sprzątaniem. Mały pokój już jest ogarnięty, sufit w przedpokoju dostał nową farbę, teraz tylko duży pokój lekko odświeżyć i już możemy witać wiosnę.

Czekam na lepszą pogodę, żeby zacząć prace w ogrodzie, bo na razie siąpi, mży i pada. Za zimno dla mnie na prace polowe. W krótkiej chwili moje place by od razu odpadłyby od dłoni. Taka głupia przypadłość. Zrobiłam już płodozmian na ten sezon, przejrzałam ziarna, jakie zostały z poprzednich lat i już wiem, co muszę dokupić w sklepie. Z działki muszę przywieźć sobie doniczki pod rozsady i zacząć się zajmować uprawami, bo im dłużej będę czekać, tym mniej nam wyrośnie. A czekać musiałam, bo trzeba było uzbierać ciut finansów na coroczny start w sezon ogrodniczy.

Zajęcia przeszły gładko. Powoli nas przyzwyczajają do coraz dłuższych posiedzeń i większej ilości zajęć w jednym dniu. Niestety dziś (czyli w niedzielę) wykładowca zrobił nas w trąbę i sobie poszedł wcześniej do domu, choć na niego czekaliśmy grzecznie pod salą niemalże do planowego zakończenia zajęć. Dobrze, że grupa nasza jest zgrana i skłonna do żartów bardziej niż nerwów i narzekania, to jakoś to przeżyliśmy. Ale i tak poskarżę się, bo mi zależy na tym, żeby mieć zajęcia normalnie, a nie potem na hura wszystko nadrabiać, bo pani lub pan sobie stwierdzili, że im się nie chce zajęć prowadzić.  Tak, jestem zirytowana tym faktem.

Teraz pozostaje znów przepisać notatki, zeskanować materiały i książkę, którą pożyczyłam od koleżanki z klasy – że się tak wyrażę – i zabrać się za robotę domową i ogrodową… a wieczorem – ręczną. No i poćwiczyć masaż. Nic, koniecznie się muszę na nowo zorganizować w nowej rzeczywistości, bo jutro chyba będzie ładna pogoda…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, nauka, prace ręczne, rolniczo

Z zimnej zimy prosto w wiosnę

03-03

Imieniny miesiąca. A ja mam powoli dość wszystkiego. Bo wszystko mnie boli. Nie, nie złapałam grypy. Jedynie cały wczorajszy dzień tapetowaliśmy mały pokój. Coś jednak poszło nie tak, bo mamy dziś kilka kawałków do poprawki. Z jednej ściany tapeta zlazła prawie całkiem, choć i zagruntowanie było porządne, i tapeta tak napuszczona klejem, że aż rwała się w palcach. Cóż, będziemy myśleć, jak to naprawić. Kleju jeszcze spory słoik został, a i tapety w dość dużych kawałkach też jeszcze są do dyspozycji.

Choć planowałam zacząć odrabiać zadania domowe do szkoły, to jednak nie miałam takiej możliwości: jak zaczęliśmy się bawić z tapetowaniem o 9 rano, tak skończyliśmy o 22:30. Jeszcze dziś nogi wychodzą mi uszami.

A pogodowo? Zima o sobie przypomniała. Trochę sypnęła mokrym, topiącym się śniegiem. Tylko dzięki temu jest więcej błota w lesie. A że ścieżki zostały rozjeżdżone przez sprzęt do wycinki i transportu drzew, to się chodzi często po kostki w błocie.

04-03

Dziś chyba wreszcie skończymy bój z tapetami. Po wczorajszych poprawkach wszystko się trzyma ścian i nie wykazuje chęci odczepienia się od nich. Tyle dobrze. Jeszcze tylko pasek ozdobny u góry przykleić i można przestawiać meble na miejsca. Nareszcie będzie normalnie! Będę mogła w końcu coś zrobić tak w „warsztacie”, jak i w kuchni, bo wszystko jest znów wywrócone do góry nogami.

08-03

Pogoda pieści, lecz mój „kochany” łeb nie chce rozpieszczać i znów się zdecydował, że będzie boleć. I jak tu przeżyć zajęcia, gdzie trzeba myśleć i zapamiętywać? A przynajmniej uważać, żeby nie walnąć gafy.
Jak sobotnią teorię psychologiczno-socjalną przeżyłam w miarę, tak niedzielną praktykę masażu mogłam już nie dać rady. Ale od czego są praktyki masażu? Od praktykowania masowania czyichś skostniałych mięśni i pokrzywionych gnatów, prawda? Zatem zostałam dopieszczona ponad dwoma godzinami na kozetce. Najpierw wprawionymi palcami i dłońmi wykładowcy, a potem wprawiającymi się rękami koleżanki z grupy. Pod koniec miałam już naprawdę dość. Już mi się nie chciało leżeć, bo głowa nie chciała przestać boleć mimo wszystko, a podparta na dłoniach jeszcze bardziej miała chęć boleć. Mimo tego mogłam spokojnie przejść do zadań praktycznych i sama nauczyć się technik, których jeszcze nie znałam, a także poprawić te, które dotychczas stosowałam. A potem jeszcze wysiedzieć godzinę na podsumowującej teorii.

Teraz widzę, że czeka mnie naprawdę mnóstwo pracy. Zwłaszcza nad usuwaniem „narowów”, które się nagromadziły przez długi czas, kiedy to okazyjnie bawiłam się w masażystę, wykorzystując to, co pamiętałam z własnych doświadczeń, jako osoba rehabilitowana masażem. No i notatki muszę na czysto przepisać, bo z bazgrołów uczyć się ciężko.

Mały pokój, czyli nasza pracownia i miejsce odpoczynku sierściuchów jest już prawie gotowe do użytku. Zostało tylko zanieść tam krosno, ustawić je w wyznaczonym miejscu i już. Ach, no i dokleić malutki pasek bodera, bo nam zabrakło. Okazało się, że pokój ma w obwodzie (i tak zmniejszonym dzięki zabudowanej szafie) więcej niż 10m. Ma 12m i trochę… Resztę bodera spróbuję wykorzystać w inny sposób, niż dla niego zaplanowany.

Jeszcze G. chce pomalować sufity w dużym pokoju, czyli naszej salono-sypialni i w przedpokoju. Szafka do kuchni powolutku się robi: na razie stelaż i szkielet koszyków, które później trafią w moje ręce, by zostać oplecione konopną taśmą. A mieszkanie z wolna odzyskuje świeżość i blask.

Nic, idę umierać dalej, a jutro (jeśli łeb da sobie siana) zacznę znów porządkowanie.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, nauka

Wiosenne porządki

Wiosenne porządki, choć do wiosny jeszcze trochę czasu zostało, mam na ukończeniu. Lekko przemeblowaliśmy mieszkanie, żeby zmieściło się w nim to, co powinno się zmieścić, a co się nie zmieściło poszło do piwnicy lub na śmietnik. Dzięki temu mamy wygodny warsztacik (koniec z robotą w dużym pokoju i jego zawalaniem sprzętem mało potrzebnym i zaśmiecaniem resztkami wszelakimi). Znalazło się miejsce na krosna, na kołowrotek, na maszyny, skrzynie, skóry, strzały itp. przedmioty rzemiosła codziennego. Kuchnia wzbogaciła się o stół, przy którym można wygodnie usiąść, coś zjeść lub wypić, a także znaleźliśmy miejsce dla zamrażalki, która wreszcie może spełniać swoją mrożącą funkcję. Duży pokój dostał więcej przestrzeni, choć wolierka z papugami wciąż stoi w tym samym miejscu. Za to moje biurko powędrowało pod okno. I naprawdę było to dobre posunięcie.

Od soboty zaczynam się szkolić. Wreszcie. Po takim długim okresie czekania. Utworzyli „mój” kierunek i mogę spokojnie się przekwalifikowywać. Aczkolwiek boję się, że sobie nie dam rady, bo umiejętność zapamiętywania u mnie coś ostatnio siadła i wstać nie chce. Zobaczymy, jak przyjdzie do egzaminów. Najwyżej po prostu nie zdam i się skończy nauka. Choć bardzo bym tego nie chciała.

01-03

Jestem na świeżo po zajęciach. Czuję się głupsza, niż przed nimi. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Może ogromem wiedzy, z jaką zderzyłam się na początek? Wczoraj mieliśmy zajęcia z teorii masażu, gdzie poznałam tyle nowych definicji, dostałam tyle nowych informacji, że naprawdę nie wiem, jak je usystematyzować. Chyba czas zacząć czytać polecane przez wykładowcę książki, żeby się z wiedzą nowo przyswojoną oswoić.
Dziś mieliśmy zajęcia z psychologi i socjologii, które uświadomiły mi, że niewiele pamiętam ze studiów. Ale znalazłam większość książek, które mi wtedy pomagały opanować materiał, więc sobie tylko definicje pozaznaczam, żeby się przygotować na egzamin kończący semestr. Do czerwca jeszcze trochę czasu, ale wolę zacząć ogarniać to już teraz, bo nie ufam swoim możliwościom uczenia się. Ostatnio – wydaje mi się – że się nieco pogorszyły. Nic, zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Póki co, jestem przerażona i boję się, że sobie nie poradzę.

Wiosenne porządki ogarnęły i G., który zadecydował, że koniecznie musimy odświeżyć mały pokój. To co, że wszystko już jest tam poustawiane, uporządkowane i ciężko będzie się dostać na przykład do ścian. Nic nie odstraszyło go przed realizacją zamysłu i tak oto nasz mały pokój został pozbawiony marnych, podziobanych przez papużki tapet i straszy gołymi, zagruntowanymi ścianami. Dzięki A. i P. G. nie musiał się męczyć sam i jeszcze ze mną przy tej demolce. Dziś został pomalowany na nowo sufit, a nowe tapety czekają na przyklejenie do ścian. Nie wiem, czy dziś zrobimy choć część ściany. Się zobaczy.

Póki co okrutnie chce mi się spać. Zajmować się szkołą będę jutro, bo mam już zadanie domowe do zrobienia…

8 komentarzy

Filed under ogólnie