Monthly Archives: Grudzień 2010

Pechowe szczęście

Przygotowywałam się do tej rozmowy, jak do egzaminu: czytanie, zapamiętywanie, powtarzanie – żeby wypaść jak najlepiej. Potem nerwy podczas podróży i bieg na czas po śliskich chodnikach. Rozmowa przebiegła sprawnie i… od poniedziałku zaczynam szkolenie. Zobaczymy, czy coś mi z tego wszystkiego wyjdzie…
Wróciłam do domu i zabrałam się za lekkie porządki, bo adrenalina wciąż płynęła w żyłach i stres jakoś trzeba było z siebie wyrzucić. No i nadziałam się na słoik. Zsunął się z półki, a ja chciałam go złapać, by się nie rozbił, lecz byłam za wolna i nadziałam się na ostre krawędzie. Posprzątałam, zamiotłam szkło, nakleiłam plastry, żeby nie ciaprać wszystkiego krwią. I skończyło się sprzątanie. Z pociachaną łapą ciężko mi było cokolwiek chwycić, zwłaszcza, że to prawa – wiodąca…
Wieczorem wyszłam z G. do sklepu, żeby kupić parę rzeczy na bigosik i żurek. I wszystko byłoby cudnie, pięknie, gdyby nie ten lód i ostra mulda na osiedlowej drodze…
Teraz mogę siedzieć i się wkurzać, że nie mogę zrobić tego, co planowałam… Pocięta łapa przeszkadza, stłuczone kolano puchnie.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, życie

Jak pyszna sanna…

Zima, zima, zima
Pada, pada śnieg.
Jadę, jadę w świat sankami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń.

Jaka pyszna sanna,
Parska raźno koń.
Śnieg rozbija kopytami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń…

Zasypane pola,
W śniegu cały świat.
Biała droga hen przed nami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń…

Jako że zima sensowną się stała, bo i mróz, i śniegu sporo, Gospodarze zdecydowali się zapiąć Ontaria do sań.
Na pierwszy rzut poszły małe sanki, które już znał, bo je ciągał poprzedniej zimy. I wiecie co, poradził sobie świetnie. Zupełnie nie czuł chyba, że coś mu się doczepiło do uprzęży. Szedł lekko i pewnie.
Schody zaczęły się, gdy wpięto go w sanie. Takie porządne, solidne, ciężkie i o sztywnych dyszlach. Ontario zaczął dźwigać się na zadnie nogi, próbował uwolnić się z jarzma, widać było, że mu się to w ogóle nie podoba. I chwilę później doszliśmy, co mu przeszkadzało – owe dyszle, które wbijały się pod łokieć. Dlatego problemy były tylko, kiedy należało zakręcić, a po prostej wszystko szło, jak z płatka.
Kiedy już się przyzwyczaił do żgnięć dyszla i szumu za zadem, szedł żwawo i dziarsko, jakby zupełnie nie ciągnął za sobą ciężkich, drewnianych sani.
I wyglądał ślicznie.
Chyba zaprzęgi to jego żywioł…
Zresztą, zerknijcie do albumu.

Dodaj komentarz

Filed under konno

Śnieg na kopytach

No i przeżyłam.
Przeżyłam pierwszą zimową jazdę konną. Nigdy wcześniej nie było mi dane siedzieć w siodle, ba! nawet być w pobliżu koni w zimie.
Jestem zachwycona ich gęstą, puszystą sierścią, bo nigdy nie miałam okazji czegoś takiego zobaczyć i dotknąć.
Musze pochwalić Ontaria, bo mimo dzikiej chęci biegu potrafił dostosować się do mnie i świetnie reagować na delikatne sugestie zmiany tempa. Oczywiście nie obyło się bez radosnego bryknięcia i próby pogalopowania, ale to zupełnie nie zaważyło na jego późniejszym skupieniu. Chyba się kochany krówek wyrabia.
Najgorzej oberwały palce u dłoni. W pewnej chwili nie byłam w stanie złapać wodzy, nie czułam ich. Próbowałam ogrzać dłonie, przykładając je do ontariowej szyi, ale przyniosło to bolesny skutek. Musiałam z niego zejść i pobiec do Gościńca, żeby pozbyć się bólu i przywrócić krążenie w palcach. Jeszcze teraz mam nieprzyjemne odczucia w palcach przy pisaniu na klawiszach. Będę musiała znaleźć swoje stare rękawice uszyte z baranicy. Będą idealne na taką pogodę.

Dodaj komentarz

Filed under konno