Monthly Archives: Lipiec 2011

Halo! Jest tu kto?!

Bo sobie tak siedzę i myślę, a potem jeszcze myślę i siedzę, i wychodzi mi, że chyba piszę tu tylko sama dla siebie… Komentarzy mało. Oprócz paru wiernych osób, które od czasu do czasu coś dopiszą nie ma tu nikogo. Przynajmniej ich odwiedziny nie są przeze mnie odnotowywalne. Trudno…
Przez tę szarugę za oknem znów nic mi się nie chce. Jest mi zimno od wilgoci, która wciska się wszelkimi możliwymi szczelinami. Stopa wygląda już lepiej, siniak na łokciu już znikł, plecy jeszcze trochę dają znać o sobie. Zbyt długa przerwa w łucznictwie.
Wczorajszy dzień minął pod znakiem gęśli. Zamęczyłam je tak, że aż się rozstroiły, ale było mi tego trzeba. Muszę zlokalizować pastę do kołeczków, to dłużej będą się trzymać odpowiednie tony. Tylko, gdzie ja to wcisnęłam, żeby mi się nie zgubiło….?
Dziś postaram się coś podziałać w domu na polu utrzymania jako takiej czystości. Potem trzeba będzie wziąć i skończyć pas i założyć nową robotę na krosno. Mam nadzieję, że plany nie  spalą na panewce… bo tak ogólnie, to naprawdę nic mi się nie chce…

8 komentarzy

Filed under hobbystycznie, ogólnie, prace ręczne

Trening…

Wczorajszy trening uważam za dość… emocjonujący.
Przestrzelałam mój nowy łuczek i jestem w pełni z niego zadowolona. Przy trzeciej serii miałam już dość zadowalające skupienie, znaczy nie zapomniałam wiele przez te kilka lat. I to cieszy.
Pojeździłam konno, załapałam wreszcie (chyba) o co chodzi w galopie w pełnym dosiadzie i nie obijam już koniowi pleców, a sobie tyłka. Dostałam z kopyta po stopie od nowej w Gospodarstwie klaczy, która na dokładkę przeciągnęła mnie po ogrodzeniu. Stopa spuchła i posiniała, ale z chodzeniem nie mam większych problemów. Już sobie zaaplikowałam wywar z koszyczka arniki. Dobrze mieć mocne kości.
Wspólnymi siłami, żeńska część braci treningowej, wysprzątała Gościniec, wymiatając pełne wiadro piachu, gruzu i innych resztek. Przynajmniej cegły na podłodze odzyskały kolory, które do tej pory trochę mało były widoczne. Męska część zajęła się pracami drwalsko – ziemnymi: okorowywali pale i wkopywali je w ziemię, by przygotować nowe ogrodzenie dla Gospodarstwa.
Cały dzień minął szybko i przyjemnie. Pogoda była wspaniała – słońce grzało przyjemnie, wiatr leciutki chłodził…
Może za tydzień się wybierzemy tam jeszcze raz…?

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, konno

Domek…

Domek nie znalazł właściciela.
Tak, TEN Domek. Na Uroczysku.
Widocznie pana Konkurenta odstraszyły (jak i nas) problemy z ustaleniem właścicieli gruntu. Teraz zdjęcie Domku wisi na tablicy ogłoszeń jednego z biur handlu nieruchomościami z ceną 130 tysięcy złotych… cena nie do osiągnięcia dla nas. Zwłaszcza, że wnętrze (co wyobrażam sobie z opowiadań Pani Właścicielki) wygląda, jak po wojnie, czyli wszystko do zrobienia, czyli jeszcze raz tyle na remont…
Ech…
Idę się pociąć szarym mydłem…

2 komentarze

Filed under życie

No i się zepsuło

No, zdolna jestem…
Urwałam deszczownicę w naszym prysznicu.
Chciałam skierować strumień wody tak, by więcej go trafiało do wnętrza kabiny, a nie na podłogę w łazience i… dostałam solidnym kawałkiem metalu po udzie. Przynajmniej nie w łeb.
Jakby było mało problemów i wydatków…

Dodaj komentarz

Filed under życie

Powrót z przeszłości

Wróciłam…
Cała. Zdrowa. Nieco zmęczona i skołowana.
Jeszcze wczoraj byłam w początkach XV wieku, a dziś dopadła mnie dwudziestopierwszowieczna rzeczywistość.
Jeszcze wczoraj biegałam w ręcznie uszytej kiecy, a dziś noszę masowo-maszynowo wykonane ubrania.
Jeszcze wczoraj piłam i jadłam z glinianych naczyń, a dziś jem ze zwykłych talerzy i piję z kubka z nadrukiem.
Dlatego jestem nieco nie do końca przytomna.
Wyjazd na Grunwald udał się, jak mało który. W Chorągwi Tczewskiej (Artyleryjskiej) zawsze gromadzą się wspaniali ludzie. Rozmowy wieczorno-nocne, wspólna uczta w wigilię bitwy, przy świetle świec i księżyca w pełni… coś pięknego.
W dzień towarzyszyły nam pokrzykiwania srok, gruchanie grzywaczy, ćwierkanie sikorek, a w nocy skwirzyły głodne pisklęta puszczyków. Szum i rejwach były niemal na okrągło, bo gdy jedna grupa kładła się spać po przegadanej i prześpiewanej nocy, druga już budziła się rankiem do zwykłych prac obozowych. Warczały piły spalinowe, stukały siekiery, trzeszczały piły, by poranny posiłek mógł być przygotowany na palących się jeszcze ogniskach…
Potem całodzienne siedzenie na kramie współdzielonym ze znajomym brązownikiem i jego rodzinką.
I odwiedziny Premiera Donalda Tuska na polach grunwaldowych. Sam podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.
A oto dowód (prosto z Gazety Olsztyńskiej):
  
Jeszcze do tej pory nie mogę uwierzyć, że ktoś z polityków chciał się ze mną przywitać. Wiem, że przez wielu ludzi nie jest on żadnym Premierem, że jest paskudny, zły i zaplanował tragedię w Smoleńsku, ale dla mnie jest to człowiek i polityk zupełnie neutralny. Owszem, mam żal do niego, że tylko obiecuje i potem nic z tych obietnic nie wychodzi. I tylko tyle.
Przez tę krótką chwilę rozmowy odniosłam wrażenie, że jest okropnie zmęczony i ma dość. Gdyby pani dzierżąca kalendarz nie odciągnęła go od nas, pewnie spędzilibyśmy długą chwilę na pogaduchach o wszystkim i niczym, nie zahaczając o politykę… niestety, rozmowa została urwana w pół słowa.
Przeskoczmy na inny temat…
Zupełnie przypadkiem (bo przed wyjazdem całkowicie nie planowałam uczestnictwa) wzięłam udział w Turnieju Bardów. Zaprezentowałam trzy średniowieczne „szansony” i tym sposobem zajęłam pierwsze miejsce. Od końca. Dzięki temu zdobyłam prześliczny, skórzany bukłaczek. Cieszę się z niego niezmiernie, bo poprzednie się wzięły i popsuły. Gdybym miała kilka własnych piosenek, wzorowanych na średniowiecznych zajęłabym miejsce wyższe. Chyba bym zajęła… Tylko… co ja bym zrobiła z chaperonem? W dodatku w mało życiowych kolorach? Już zdecydowanie bardziej przyda mi się bukłaczek.
Teraz trzeba się zająć praniem, sprzątaniem, tkaniem… bo oprócz bukłaczka przywiozłam ze sobą zamówienia.
Zatem idę popracować.
Jak będą zdjęcia, to dam linki. Jakby ktoś chciał…

1 komentarz

Filed under turnieje

Coś się kończy, niekoniecznie zaczyna

No i  chyba mogę spisać na straty jedną ze znajomości.
Chyba.
Bo jeszcze nic tak naprawdę nie postanowiono na sto procent.
Źle mi z tym, wciąż doszukuję się winy w sobie. Mogłam gdzieś zrobić coś więcej. Może poświęcić trochę więcej czasu, słów, spojrzeń, gestów…? Nie wiem. Naprawdę.
Było i jest mi ciężko. Trudno mi się teraz żyje, ale staram się jakoś przetrwać kryzys i ciągnąć swój wózek dalej. Może właśnie dlatego, że byłam zajęta swoimi problemami, nie miałam cierpliwości i czasu na problemy innych? I dlatego wyszło, co wyszło…?
L. odcina się powoli ode mnie, od naszej „paczki”… czuję już swąd palonego drewna. To mosty zajmują się już ogniem. I obawiam się, że za niedługo całkiem się spalą.
I kolejna osoba, którą będę mogła wykreślić z kontaktów w telefonie… a raczej sama się wykreśli np. zmieniając numer… bo z pamięci ni wykreślam nikogo. Taka już jestem. Chowam każdą osobę, z którą zdążyłam się zżyć gdzieś w głębi umysłu i na dnie serca. Takie swoiste archiwum byłych znajomości z nadzieją na ponowne spotkanie.
Przykro mi i źle mi z tego powodu.
Może wypoczynek na polach Grunwaldu dobrze mi zrobi, chociaż obawiam się wyjazdu…?
Ech… nic, trzeba się wziąć za pakowanie, dokończenie parawanu do prysznica, ogarnięcie mieszkania przed wyjazdem i może jeszcze uda mi się siąść na chwilę do krosna i odpocząć jeszcze przed wyprawą…?

6 komentarzy

Filed under życie

Brak umiaru

Zauważyłam ostatnio jakąś głupią tendencję u telemarketerów.
Otóż dzwonią do potencjalnego klienta do upadłego. Obojętnie o jakiej porze i ile razy z tą samą ofertą.
Do G. dzwoniło dziewczę po 22giej. Dostało opierdziel, bo G. już przysypiał, a i mnie się oczy zaczynały kleić. No a po telefonie, to już całkiem, na parę godzin, sen sobie poszedł na spacer.
Dziś do mnie z ukrytego numeru ktoś próbował się dodzwonić o 6:42 dokładnie.
Czy oni mają świadomość tego, co robią?
To, że oni pracują, nie znaczy, że cały świat jest na nogach. W ten sposób kręcą na siebie samych bat, powodując, że zawód telemarketera będzie się coraz bardziej kojarzył z nachalnością i chamstwem.
I debilizmem…
Żeby o takich porach dzwonić…?

Dodaj komentarz

Filed under życie