Tag Archives: tkanie

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

Jak z bicza trzasł

Dni lecą, jak wściekłe przed siebie, nawet nie wiem, jak je ogarnąć na tyle, żeby zrobić wszystko, co muszę i co poplanowałam. Ziemia i rośliny z wolna przygotowują się do zimy, choć za oknem jeszcze temperatura bliższa latu niż jesieni, choć aura niekiedy już jesienią zawiewa.

Pisałam, ze postanawiam pisać co niedzielę? Taaa… ja i moje postanowienia. No, nie potrafię wytrwać w nich i tyle, jeśli nie dotyczą czegoś naprawdę ważnego.

Ostatnio dopadła nas jakaś choroba, ale z pomocą ziół i silnej woli już wychodzimy na prostą. Co prawda mój „ukochany” łeb wyłączył mnie skutecznie na weekend (a miałam go spędzić w „polu” przy robocie). Przespałam całą niemal sobotę i ponad pół niedzieli. Nic nie zrobiłam. Jestem strasznie zła na siebie, ale kiedy ledwo mogę się utrzymać w pozycji wertykalnej, siedząc na tyłku, to jak mogłabym się utrzymać na nogach i jeszcze być aktywną? I żadne zabiegi mające na celu ból ten usunąć nie skutkują. Jak złapie, to nie ma przebacz.

A z przyjemniejszych rzeczy? Cóż… mam pracę. Bardzo dorywczą. I nie ma z niej jakichś strasznych zarobków, ale w obecnej sytuacji nie pogardzę żadnym groszem.

Plony, choć zakusy pomrowów były srogie, jednak się udały. Na półce już brakuje miejsca na nowe słoiki, a jeszcze nie skończyłam z przetworami. Mówiąc oględnie jestem w połowie ogarniania tego tematu. Cieszy mnie to niezmiernie, bo znów będzie co jeść przez zimę i nie tylko. I to z roślin, które nie znają sztucznych nawozów i chemii. Jakoś tak z wolna zaczynam się coraz mocniej odnajdywać w kuchni, choć nadal nie lubię stać przy garach. A jak już o staniu… moja kochana zmywarka dokonała żywota w kłębach śmierdzącego paloną izolacją dymu… dobrze, że byliśmy wtedy w domu, bo jak nic cała kuchnia by się mogła spalić, jeśli nie całe mieszkanie! Szczęściem w nieszczęściu, umarła tylko zmywarka. Zatem mam teraz dodatkową robotę: zmywanie, które „uwielbiam” na równi ze sprzątaniem. Ale cóż mogę na to poradzić? Przecież nie będę układać stosów brudnych naczyń, wyjmując z szafki coraz to nowsze. Aż taką bałaganiarą nie jestem.

W małym pokoju już stoi komplet szaf i szafek. Powolutku zaczynam układać swoje i nie swoje rzeczy warsztatowe, żeby się nie walały po całym domu. Dzięki temu pół przedpokoju wygląda, jak przedpokój, a nie składowisko wszystkiego. W samym małym pokoju już zaczyna wszystko wyglądać bardziej pokojowo i trochę warsztatowo. W sumie nie mogę się doczekać, zeby wreszcie usiąść i zacząć tkać, bo tak mnie do krosien ciągnie, jak nigdy. A jeszcze przecież krosna duże są do ogarnięcia w garażu i chodniczki do utkania! Na te ostatnie zbieram już materiały. Wolniutko, bo i portfel nie zasobny, ale zbieram. I też się nie mogę doczekać możliwości rozpoczęcia pracy na nim.

Ach! Od wczoraj mieszka z nami mały, pierzasty rekonwalescent z uszkodzonym skrzydłem. Mianowicie jaskółka dymówka. Została znaleziona przez mojego znajomego H. w trakcie konnej przejażdżki. Teraz ją podkarmiam tym, co upoluję w domu. Wszak to mięsożerca pełnym dziobem. Cóż, moim marzeniem było posiadać mięsożernego sokoła albo jastrzębia, a stanęło na jaskółce. Cóż zrobić? Jakie fundusze, takie jastrzębie…

Tyle podsumowania na dziś. Postaram się teraz już regularniej wrzucać wpisy na bloga, choć nie obiecuję poprawy. Zdjęć też dziś nie zamieszczę. Nie mam do tego głowy… która nadal boli.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, papużki, prace ręczne

Lagi…

Lagi mnie dopadły… blogowe lagi…

Nic nie piszę, co nie znaczy, że nic nie robię. Właśnie dlatego, że robię, nie mam czasu na siedzenie przy kompie, bo nawet jeśli siedzę, to ręce mam zajęte czym innym, niż klawiaturą. A i tak nie nadążam…

Okazuje się, że nawet, kiedy odejdzie mi robota w „polu”, to i tak mi jej nie zabraknie. Czemu? Ano… właśnie w ubiegłą niedzielę spełniło się jedno z moich marzeń: przywiozłam krosno. Prawdziwe. Duże. Tkackie. Sprawne. Będę zatem miała mnóstwo pracy na zimę. I znów będą lagi na blogu…

Jak udało mi się zdobyć tanim kosztem coś, na co do tej pory nie było mnie stać i mogłam sobie o takim sprzęcie pomarzyć? Ano, na Tkackim Targowisku na fejsie jedna z członkiń wrzuciła ogłoszenie na Tablicy (obecnie OLX), gdzie oferowano sprawne, w pełni działające krosno tkackie. Machnęłabym na nie ręką, gdyby nie komentarze dotyczące odległości od miejsca zamieszkania oferenta. Okazało się, że to niemalże za miedzą: ledwo nieco ponad 30 km w jedną stronę. No i cena, za którą do tej pory mogłam uzyskać tylko spróchniałe części zamienne do krosna. Podjęłam decyzję: jedziemy zobaczyć, co to za cudo. Po organosceptycznym ocenieniu przydatności, będę się zastanawiać, co dalej. Dwa tygodnie temu wybraliśmy się na wycieczkę. Zostaliśmy niezmiernie ciepło przyjęci przez młodszych i starszych z rodziny, która owego sprzętu pozbyć się postanowiła. Zaprezentowano nam, jak się składa i rozkłada owe krosna, dzięki czemu mogłam się dokładnie przyjrzeć tak konstrukcji, jak i samej przydatności do pracy maszyny. Nieco zadziwiły mnie metalowe elementy, których jest więcej, niż drewnianych, z czym do tej pory się nie spotkałam. To prawdopodobnie wynik naprawiania na bieżąco, czym się dało uszkodzonych miejsc. Tak więc metalowe są wały do naciągania osnowy i utkanego materiału, wszystkie koła zębate blokujące naciąg oraz belki, do których mocowane są pedały. I jak tak patrzyłam na to złożone, dziwne krosno, zakochałam się w nim. A jeszcze, jak zobaczyłam tabliczkę znamionową, z której wynikało, że zostało ono zrobione dla opolskiej CePeLii, to już w ogóle poległam. Umówiliśmy się na późniejszą zapłatę i odbiór po pewnym czasie. I zaczęłam zbierać potrzebną kwotę. To tu, to tam się uszczknęło aż wreszcie wspólnymi siłami – udało się! Jeszcze tylko pozostała kwestia załatwienia większego samochodu, by całość przetransportować na raz i… marzenie spełnione.

I tak oto w słoneczną i gorącą niedzielę zapakowaliśmy się w pożyczonego Mercedesa (a co! niech będzie na bogato!) i przetransportowaliśmy się do bardzo przyjemnej, spokojnej miejscowości po nowy nabytek. Znów nas spotkało miłe przyjęcie. Jeden z młodych chłopaków wprowadził auto na podwórko (G. się obawiał uszkodzenia czegoś, bo jak się jeździ małą Skodą, a przesiądzie na wielkiego, dostawczego Merca, to jest problem), jeszcze jeden się zaoferował, że pomoże wrzucić wszystkie części na pakę i tak we czwórkę szybko i sprawnie krosno spakowaliśmy. Gratisem dostałam metalowe oczka do nicielnic, wielki wór wełny i płachtę pomocną do naciągania osnowy! Normalnie tylko siąść i tkać!

Jeszcze w częściach, jeszcze nie odnowione, jeszcze chwilę poczeka, odpocznie przed pracą.

Jeszcze w częściach, jeszcze nie odnowione, jeszcze chwilę poczeka, odpocznie przed pracą.

Widać, jak spracowane są poszczególne elementy, że będzie trzeba troszkę pracy poświęcić na odnowienie tego, czy owego szczegółu. Ale jest. Kompletne. Tylko czeka, by móc pracować dalej.

Widać, jak spracowane są poszczególne elementy, że będzie trzeba troszkę pracy poświęcić na odnowienie tego, czy owego szczegółu. Ale jest. Kompletne. Tylko czeka, by móc pracować dalej.

Tak, już się nie mogę doczekać, kiedy przeplotę osnowę, siądę i zacznę tkać coś na szerszą skalę.

Tak, już się nie mogę doczekać, kiedy przeplotę osnowę, siądę i zacznę tkać coś na szerszą skalę.

W tym samym dniu przewieźliśmy też komplet mebli, które staną docelowo w małym pokoju. Co było dźwigania, to było: cała paka tylna była założona meblami po granice wytrzymałości. Na razie wszystko wylądowało w garażu, bo żeby coś uskutecznić, trzeba zrobić trochę miejsca w pokoju i powoli zapełniać meble wszystkim, co się do tej pory walało pod nogami, stało ułożone w stosach i wieżach. Wreszcie będzie trochę wizualnego porządku.

Dzień zakończyliśmy w sympatycznej, chińskiej restauracji, gdzie popróbowaliśmy wszystkich niemal potraw, jakie mieli aktualnie w ofercie. Opcja „bufet” okazała się bardzo tanią i wydajną. A że udało się trochę ponegocjować z ceną krosna, to i mieliśmy jeszcze parę złotych na uczczenie tak udanego dnia.

Niestety, ze względu na ciężar przenoszonych przedmiotów na razie mam problem z poruszaniem się. Kręgosłup mi wziął i się zbuntował. Może za kilka dni przejdzie i będę mogła się ruszyć do roboty w „polu”, bo na razie podlewanie konewką, to droga przez piekło i najgorsza tortura. Nie mówiąc już o dziabaniu motyką, czy plewieniu w kucki. Ot, taki inwalida ze mnie teraz.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne

No i po pokazie

Chwilę odsapnęłam, zrobiłam i zjadłam obiad i zaczynam wracać do siebie.

Pokaz zrobiony, dzieciaki chyba zadowolone, bo sobie potkały krajkę, pobawiły się czesanką, z której na koniec powstały owieczki biegające po średniowiecznym mieście (wyklejały makietę miasta z pomalowanych przez siebie schematów domków), a ja sobie spokojnie przędłam i tkałam na przemian, opowiadając co z czym się łączy i jak powstaje, pokazując oczywiście na własnym przykładzie.  Zatem zobaczyli, jak się przędzie na wrzecionie, jak tka krajkę na bardku, jak splata sznurki na lucecie i metodą fingerloop… Mogłabym robić takie rzeczy, tylko gdyby chcieli jeszcze za to płacić… a z tym ostatnim, wiadomo, jak jest – wszyscy wszystko chcą mieć za darmo… ech…

Wiecie co? Dobrze, że się trochę wykosztowałam na czesankę, bo różnica w pracy z nią a taką ręcznie wygręplowaną wełną, to niebo a ziemia. Strasznie wygodnie się przędzie nitki z takiej taśmy i są w miarę równe jeśli chodzi o grubość. Chyba zacznę zbierać na bębnową gręplarkę…

Jak koleżanka mi zdjęcia podeśle, to je wrzucę. Swoich nie mam, bo nie było jak robić. A szkoda, bo by się trochę przydało…

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne

Nie wiem, zarobiona jestem

Wariacki był ostatni tydzień. Wszystko za sprawą pokazu dla lokalnej organizacji historycznej. Nie miałam czasu na nic zupełnie, bo trzeba było napisać tekst do interpretacji legendy, by dopasować wszystko do naszych możliwości, potem nagrać wszystko i zmontować. Najlepszy czas do nagrywania był późno w nocy, bo inaczej nie było szans na uzyskanie czystego głosu, kiedy za plecami szaleje 15 papug, a po prawej stronie biega, roznosząc klatkę w drobny mak, królik. No po prostu się nie da. Tak więc trzy nocy zarwane, za dnia ćwiczenia walki na miecze, a po południu próby inscenizacji. Boję się, co zastanę na działce. Aż się boję tam jechać… oczami wyobraźni widzę wszystko przeryte przez krety, zjedzone przez nornice i pognite od deszczu… brrr…

Wszystko się udało wyśmienicie: ludziskom, którzy byli w stanie stać na deszczu podobało się to, cośmy dla nich przygotowali i nawet deszcz siąpiący chyba przez cały czas ich nie odstraszył, i byli z nami do samiutkiego końca. Piszę „chyba”, bo w ferworze walki nie byłam w stanie ocenić, czy coś leci z nieba, czy nie. Co innego było mi w głowie.

Bilans strat? Obite ramię G., guz na mojej głowie (nie utrzymałam tarczy przed niespodziewanym atakiem), rozcięty wewnątrz policzek (nawet nie wiem dlaczego, czym i kiedy), pocięte od miecza ręce jednego z walczących i na pewno co najmniej trzy osoby złapały przeziębienie. Obolałych mięśni i stawów oraz co i rusz pojawiających się nowych siniakównie liczę. Ale – mimo wszystko – jesteśmy zadowoleni. Wszystko wyszło, jak miało wyjść, choć proch mokry był, lonty zapalać nie chciały, a i nagłośnienie robiło sobie niekiedy jaja. Mam nadzieję, że ludziska będą długo wspominać nasz występ. Wiecie skąd ta nadzieja? Bo słyszałam z wiarygodnych źródeł, że podczas ostatniej sceny widzowie uronili co najmniej jedną łzę. Ha! Tacy zdolni jesteśmy! Ludzi do łez doprowadzamy. Hi hi hi!

Dla mnie jeszcze nie czas na lenistwo, bo jutro biegnę do pobliskiej biblioteki miejskiej pokazać, jak się przędzie na wrzecionie i tka przy pomocy bardka. Wszystko to w ramach programu Europejskie Dni Dziedzictwa 2013. Mam tylko nadzieję, że mi giezło, gacie i nogawiczki wyschną do tego czasu, bo musiałam wszystką bieliznę wyprać po pokazie. Wełny do przędzenia mam spory zapas, więc tu nie będzie problemu, za to krosenko muszę osnuć, a to trochę potrwa, bo nawet wzoru jeszcze w głowie nie mam wykiełkowanego… ale to nic. Do wieczora mam czas na osnucie.

Nic to… czas na drugie śniadanie, a potem dalej do prac domowych…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, zaokienne życie

Schyłek lata

Już czuć powiewy jesieni w powietrzu. Sikorki podzwaniają na chłody, ale jeszcze tak nieśmiało, delikatnie i niepewnie. Na działce już zbieramy plony, których z dnia na dzień jest coraz więcej. I coraz więcej jest pól, które nie rodzą już nic, bo ich czas już minął. Kwiaty też już pousychały i czekają na wycięcie. Ot, za chwilę nic nie będzie już do roboty na polu, trzeba będzie się zająć robotą w domu.

Trochę szkoda, bo nie nacieszyłam się latem, jak kiedyś. Prawdopodobnie dlatego, że nie byłam na żadnym turnieju w tym sezonie. No i nigdzie nie wyjeżdżałam. Taki to trochę biedny rok się zrobił…

Zapasy na zimę powoli się robią i chyba będę musiała wykorzystać działkową lodówkę, żeby mi się pomieściły wszystkie mrożonki, bo słoiki nawet w mieszkaniu sobie poradzą. Tylko muszę zrobić dla nich trochę miejsca. I zadekować się na dłużej w kuchni.

Kukuł trafił dziś do wolierki i wydaje się być zadowolony z tej odrobiny miejsca, którą ma do latania. Nie jest to cały pokój, ale zawsze ma możliwość rozwinięcia skrzydeł i postraszenia falistych. Już znalazł, gdzie się można posilić ziarnem, więc będą z niego ludzie. No i zaliczył już drapanko po głowie od Roku. Chico oczywiście ma nowego w nosie.

Motek za to daje upust swojej niespożytej energii, którą czerpie z działkowej trawy i naci pietruszki oraz marchwi. Uczy się korzystać z kuwety i tylko kilka bobków ląduje poza nią już teraz. Kiedy zaś biega po pokoju, nie zrobi nic na dywan. Mądry królik. A przy czesaniu jest istnym aniołkiem: cierpliwie czeka, aż wyczeszę wszystkie kłaczki do końca. Tylko łapki i podgardle sprawiają nam jeszcze małe problemy. Ale to wszystko jeszcze do nadrobienia. Żałuję, że nie mamy kojca, ani z czego go zrobić, ani kupić, bo wtedy Motek mógłby paść się na trawniku, gdy my byśmy sobie pracowali. A trawa naprawdę gęsta wyrosła i soczysta.

Motek wtruszcza natkę

Motek wtruszcza natkę

Moja miska...

Moja miska…

krolik06

Się wyleguję

Się wyleguję

A wracając do działki… dziś już zerwaliśmy dynię. Jedną jedyną, ale za to wielgachną.

Dynia o średnicy 123 cm

Dynia o średnicy 123 cm

Ciężka bestia, ale idzie unieść... na krótko :P

Ciężka bestia, ale idzie unieść… na krótko 😛

Kończą się powoli brokuły, kalarepy już dawno zostały zebrane, ogórki się też już skończyły. Pomidory za to zaczynają „boom”.

Maleńkie pomidorki ze stareńkich nasion. Żółciutkie i nadzwyczaj słodkie.

Maleńkie pomidorki ze stareńkich nasion. Żółciutkie i nadzwyczaj słodkie.

Zbieram je i kolekcjonuję na przecier. Muszę zrobić w tym roku duży zapas, żeby starczył aż do kolejnego sezonu pomidorowego. Kapusty powoli szykują się do zbiorów. Mam nadzieję, że uda mi się ukisić trochę na bożonarodzeniowy bigos…

Kukurydzki już też zostały zebrane. Maleńkie te kolby wyrosły, ale mam nadzieję, że są dobre. Wyglądają apetycznie. Może i ptakom posmakują? Kopru, znaczy nasion jest naprawdę mnóstwo. Kolendry też, więc jakby ktoś potrzebował, to mogę podesłać trochę. Tylko muszę obrać je z łusek, nim mysz się do nich dobierze. No i pietruszkę, co pod folią zakwitła, przekwitła i ma już nasiona trzeba z koszyczków obrać. Potem rukolę i rzodkiewkę obrać z nasion i chyba możemy zaczynać jesienne przekopywanie i sianie poplonu. Ugór też trzeba będzie przed jesienią obrobić, nawieźć, przekopać, zasiać poplon i jeszcze raz przekopać. A potem na wiosnę będziemy siać, siać, siać… a potem znów zbierać. Jesienią.

Winorośl już grubsza przycięta

Winorośl już grubsza przycięta

Winogronka dojrzewające w słońcu

Winogronka dojrzewające w słońcu

Słonecznik w całej swej krasie

Słonecznik w całej swej krasie

Stadko słoneczników

Stadko słoneczników

Kukurydzki gotowe do zbioru

Kukurydzki gotowe do zbioru

Winorośl prowadzimy też na dalszą część ściany, by zakryła te nieszczęsne deski. A przy okazji może da jeszcze więcej owoców?

Winorośl prowadzimy też na dalszą część ściany, by zakryła te nieszczęsne deski. A przy okazji może da jeszcze więcej owoców?

Winogrona - żeby nie było, że jest ich mało ;)

Winogrona – żeby nie było, że jest ich mało 😉

Kapusta włoska wygląda dostojnie na grządce.

Kapusta włoska wygląda dostojnie na grządce.

Czy to dalia?

Czy to dalia?

Poza działką też się dzieje… 14 września z Najemną Kompanią Grodu Koźle daję pokaz, gdzie będziemy inscenizować legendę kozielską. Mamy już tak mało czasu na przygotowania, że bardzo obawiam się, jak to wszystko nam wyjdzie. Co prawda w tym samym czasie odbywa się Bitwa o Twierdzę, która zgarnie chyba wszystkich zainteresowanych historią, nam pozostawiając jedynie tylko jedynie tych, co nie będą w stanie na Wyspę dotrzeć. No cóż, to już nie nasz problem, ile osób będzie nas oglądać. Musimy tylko stanąć na wysokości zadania i wszystko przygotować, jak najbliżej perfekcji.

Być może 18 września będę miała mini pokaz w Miejskiej Bibliotece Publicznej, gdzie zaprezentuję dzieciom, jak wyglądała praca prządki i tkaczki w średniowieczu. Byłoby to uzupełnienie imprezy zorganizowanej w tym dniu na temat życia w średniowiecznym mieście. Będę musiała trochę runa naczesać, żeby było z czego prząść także na Dniu Przędzenia w Miejscach Publicznych, który chciałabym zorganizować po raz pierwszy w naszym mieście. Tylko nie wiem jeszcze, gdzie bym mogła ów Dzień urządzić. Myślałam o pobliskim parku, ale jeśli pogoda nie dopisze, bez zadaszenia się nie obejdzie. Do 21 września jest jeszcze odrobinka czasu…

I jeszcze raz bardzo zachęcam do oddawania głosu na moje opowiadanie pt. „Mała niedyspozycja”. http://chomikuj.pl/konkurs_literacki/zgloszenia

Z góry serdecznie dziękuję.

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, pisarstwo, prace ręczne, zaokienne życie

Zimne ogrodniki

Za oknem słońce, które nagrzewa czujnik termometru do ponad 30 stopni Celsjusza. Wszystko za oknem się zieleni, a na działce powoli warzywa zaczynają wyłazić z ziemi. Wszędzie tam, gdzie już widoczne są rośliny pożądane powyrywałam chwasty. Wyeliminowałam też trawska, które wybujały na grządkach, starając się nie uszkodzić kiełkujących (mam nadzieję) gdzieś tam pod ziemią warzyw.

Pan Bezdomny (już wiem, jak ma na imię, więc od tego wpisu będzie to Pan Zbyszek) znów wszedł na dach naszej ledwo trzymającej się kupy Ruderki i własnym linoleum pozakładał dziury, przez które jeszcze kapało do środka. No po prostu nie mogę się owego Pana nachwalić i żadne „dziękuję” nie będzie brzmiało dostatecznie dobrze. Jeszcze załatwił nam kilka płacht drewnianych płyt, z których zrobimy obicie ścian zewnętrznych Ruderki, żeby się trochę lepiej prezentowała. Póki nie nazbieramy pieniędzy na nowy domek. Mamy kilka projektów na oku, ale każdy nie do końca odpowiada możliwościom naszej działki. Chyba się ładnie uśmiechnę do S., żeby nam coś wymyśliła, uwzględniając winorośla i orzech. Ich obecność jest kluczowa dla usytuowania nowego domu. Nie chcę wycinać połowy konarów orzecha ani karczować grubych pni winorośli, żeby wstawić domek. Z racji tego, że ugór nie jest już nasz i w sumie nigdy tak naprawdę nie był, musimy postawić nowy dom na miejscu starego. Cóż, tak bywa, że nie zawsze się układa tak, jakbyśmy chcieli.

Dotarły do nas nowe truskawki i lebiodka. Wszystko już zostało posadzone na swoje miejsca i mam nadzieję, że się przyjmie. Za lebiodkę dziękuję internetowej koleżance, która podzieliła się swoimi chwastami z początkującą farbiarką.

Pan Sąsiad z Babcinej Działki jest okrutnie komunikatywnym i ugodowym człowiekiem. Nie włącza mi się przy nim żaden alarm, za to świetnie się gada przez płot. Chyba problem leży nie w nim, ale może w kimś z jego otoczenia. I na pewno nie jest to czarna suczka w typie (bądź rasowa – nie umiem rozpoznać) labradora. Niby ma już cztery lata, ale jest tak skora do zabaw, jakby miała zaledwie cztery miesiące. Zdążyła się już zapoznać z Kulkiem, psiakiem Pana Zbyszka. Ile szczekania i biegania w kółko było! I żadnego jeżenia sierści na grzbiecie – czyste, przyjazne poznawanie się dwu psiaków. A z długiego i gęstego włosie Kulka zamyślam zrobić przędzę, bo nawet to, co zostawia u nas na działce, jak się drapie, skręcone lekko w palcach jest mocne, choć cienkie. Tylko jak zachęcić psiaka do czesania, którego boi się, jak diabeł święconej wody? Chyba trzeba kupić jakiś smakołyk i zacząć powolną resocjalizację dzikuska.

A od jutra z wolna będę przesadzać warzywa z rozsad. Ziemia pod folią jest już odpowiednio nawodniona i zasilona nawozem. Przekopana chyba z sześć razy. Pozostawiona w tunelu pietruszka zaczyna się szykować do kwitnienia. Może jakieś nasiona uda się zebrać?

Skończyłam też tkać krajkowy pasek i zaczęłam ćwiczyć się we wzorach bardziej… tkackich. Robię teraz pas w kratkę. Może ciut krzywo to wygląda, ale bez płochy trochę ciężko się tak takie wzorki. Zdjęcia i szerszą relację można będzie przeczytać na gildiowym blogu.

Nic, trzeba się trochę zakręcić wokół ptaków, żeby im dać ciut ziarna i pełną tackę zieleniny. Niech się cieszą wiosną.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie