Monthly Archives: Wrzesień 2010

Wielkie odgruzowywanie

Plany były inne, ale z powodu chwilowej śmierci spowodowanej totalnie kiepskim samopoczuciem, za odgruzowywanie szafy zabrałam się dopiero wczoraj.
Najpierw trzeba było zlikwidować hałdę rzeczy do prasowania rzuconą w bezładzie w szczelinę pomiędzy łóżkiem z rzeczoną szafą.
Uporałam się z tym. Okupiłam całodniowym staniem przy desce do prasowania. Teraz jednak jest ciut więcej miejsca. W pokoju. W szafach – ścisk.
W tej jedynie nas interesującej panował kurz i pajęczaki… oj… dawno chyba się tam nie zaglądało… widocznie garnitury i koszule „pod krawat” to nie to, czego używa mój luby.
Wszystko to zostało spowodowane przygotowaniami do wyjazdu na wesele mojej rodzonej siostry. No przecież w dresach się nie pokażemy, prawda?
Koszule wybrane, poszły do prania. Garnitury – odkurzone. Część rzeczy została zapakowana do worka i pójdzie do kontenera z ubraniami. Niech ktoś inny się z nimi męczy. Albo sobie je poużywa.
Jeszcze fryzjer. Trzeba obciąć zbędne kudły i zacząć wyglądać, jak człowiek współczesny, a nie piętnastowieczny użytkownik obozu.
No i – niestety – obowiązkowo nowe, sztuczne pazury. Te naturalne się wzięły i skróciły na różne przedziwne sposoby…
A potem tylko się spakować, wsiąść w pociąg, potem przesiąść do samochodu i… w drogę… szkoda, że G. będzie musiał jechać dzień później… można podziękować tylko „kochanemu” Preziowi…
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under podróże, życie

Kolejne załamanie…

Tak… kolejny raz się podłamałam.
Mam ochotę tym razem nie zamknąć się z dala od świata, ale z radością zarżnęłabym dwóch wieprzy. Nie „dwa wieprze”, bo nie chodzi mi o zwierzęta… niestety…
Już odżałowałam nieco odwołany wyjazd na sześćsetlecie Bitwy pod Grunwaldem, a tu kolejne szopki.
Naprawdę mam ochotę zatłuc Preziów z firmy, w której pracuje G.
Naprawdę mam ochotę kupić parę ton trotylu i z zakładu zrobić takie fajerwerki, żeby się nie pozbierali do przyszłego milenium.
Naprawdę mam ochotę każdemu z osobna wsadzić w tyłek końcówkę kompresora i wcisnąć guzik… potem to sfotografować i zrobić wystawę Nouveau Art…
Mam dość wyzyskiwania ludzi, zamiatania nimi najgorszych brudów, mieszania z każdym napotkanym błotem.
Mam dość Preziów, którzy usadzając dupę na stołeczku myślą, że są bogami.
Mam dość pierdzielonej polskiej skrzyżowanej rzeczywistości, w której tylko skurwysyn może zajść wysoko i wiele osiągnąć.
Mam dość oszołomów spod znaku dwóch desek, którzy z tego (i tak ośmieszonego) kraju robią szopkę na cały świat.
Mam dość…
Muszę kogoś zabić…

1 komentarz

Filed under życie

Wspomnienia…

Tak rozrabiając sobie na FaceBooku trafiłam na grupę… bliską memu sercu grupę, składającą się z byłych, ale głównie obecnych członków chóru, w którym udzielałam swego głosu będąc na studiach. Po nitce do kłębka – dotarłam do strony zespołu i… zaczęłam przesłuchiwać utwory.
No i… się poryczałam. Poryczałam, bo mi tęskno do tamtego klimatu, do wspólnego śpiewania, do tamtych ludzi, do tamtych czasów…
Zaraz też wyjęłam zakurzony, niemal zapomniany album ze zdjęciami z koncertu w Prevezie i z wycieczki po Grecji. Po najciekawszych jej zakątkach. I zatęskniłam. Za potrawką z ryżem z połowy dziesięciokilogramowego arbuza, za kamienistym kempingiem o rzut kamieniem od plaży i kilka kilometrów od samej Prevezy, za pustą plażą, pokrytą drobniutkimi kamyczkami:
 
za wąskimi uliczkami, gdzie starsi panowie, chowając się w cieniu grali w backgammon:
 
za ruchomymi straganami na okrutnie wąskich, głównych ulicach Leykady:
 
i przecudnymi plażami z błękitną, niespokojną wodą:
 
No i wspaniałymi zabytkami…
 
I tak mi się wspomina, i tak się słucha…
Szkoda, że nie można się cofnąć w czasie…
Może kiedyś wrócę do Prevezy i na jej plażę…
 

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, podróże

Zaświtało

Tak…
Zaświtało.
Z pierwszym papuzim otwarciem dzioba bynajmniej nie do ziewania.
A tak chciałam pospać nieco dłużej. Należało mi się za te długie godziny spędzone nad badziewkiem. No, ale wolierowce stwierdziły, że będzie inaczej…
Jedynym plusem tej przedwczesnej pobudki jest to, że mogłam pooglądać świt…
Wy też możecie zerknąć, bo zrobiłam zdjęcia.
 
 
Tak wstaje słońce nad moim osiedlem, ozłacając spadziste dachy domów i wybujałe nad wyraz topole.

1 komentarz

Filed under papużki, zaokienne życie

Robótki na wykończeniu

Miałam w planach skończyć pracę nad tym tałatajstwem wczoraj. Niestety, na planach się skończyło. Siedziałam nad tym prawie do północy, ledwo widząc, gdzie nić, gdzie igła i koralik.
Dziś ślęczę od rana, bo było słońce. Teraz muszę się doświetlać lampką, bo inaczej nic nie zobaczę.
Wzorek ma już wszystkie potrzebne elementy i wygląda tak:
 
Przedwczoraj, kiedy wypełniałam wzór perełkami, cieszyłam się, że od czasu do czasu trafiają się podwójne.
 
Ułatwiało to i przyspieszało prace, bo igłą wystarczyło przebrać materiał w dwu, a nie trzech miejscach i już można było uznać element za skończony. Żałowałam, że było ich tylko kilka: trzy znalazłam tylko.
Za to wczoraj i dziś natykam się co chwilę na podwójne koraliki. Są mi one zupełnie zbędne, bo muszę je przyszywać pojedynczo, a nie hurtem…
Tyle ich już zebrałam:
 
Na tę chwilę mam jeszcze osiemnaście sztuk przed sobą. I muszę to dziś wreszcie skończyć.
I  już nigdy więcej…

Dodaj komentarz

Filed under prace ręczne

Robótek ręcznych część kolejna

Ostatni kolor dołożony.
 
Już coraz bliżej końca pracy nad tym badziewkiem.
Już zaczęłam doszywać perełki (brrrr)…
 
Wzór robi się coraz bardziej odpustowy. Czyli bliższy temu, co ma sobą prezentować.
Myślę teraz tylko o tym, żeby jak najszybciej to skończyć i wrócić do zamówień gildiowych. Krajki same nie chciały się tkać. A i krosno nowe już tylko czeka na użycie. I ja sama nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będę mogła do niego zasiąść.

Dodaj komentarz

Filed under prace ręczne

Załamanie…

Jest takie zdarzenie, które potrafi doprowadzić do ostateczności…
Jest taka kropla, która przelewa czarę goryczy…
Jest…
I właśnie ten e-mail (kolejny) z odmową przyjęcia do pracy był jednym z powyższych rzeczy.
Nie daję już rady. Psychicznie, nerwowo…
Wiem, że bez dodatkowych pieniędzy nie będziemy w stanie wszystkiego opłacić. Trzeba będzie zrobić loterię, co w tym miesiącu się zapłaci. Licząc po cichu, że nie odetną nam prądu, gazu, czy innych mediów… I to właśnie najbardziej mnie dołuje, powoduje ostry stres, który z kolei wywołuje na powrót chorobę męczącą mnie na początku wakacji…
Mam ochotę uciec. Znów uciec od tego świata i zatopić się w świat wymyślony, wirtualny, gdzie mogę więcej, gdzie nie jestem aż tak bezsilna, zależna od innych… gdzie mogę żyć…
Tylko… co to zmieni…?

2 Komentarze

Filed under praca zawodowa, życie