Monthly Archives: Marzec 2012

Wiosna…

Z dnia na dzień zrobiło się ciepło. Niewiarygodnie ciepło. Może to jeszcze nie lato, ale ogrom słońca nastraja mnie coraz bardziej optymistycznie. Kończą się długie wieczory i za krótkie dni. By wyjść z domu na dwór, nie potrzebuję już tony ubrań i przyciężkich butów.

Przylaszczki już dawno rozchyliły swe błękitne płatki. Przebiśniegi już przekwitają, choć w tym roku były tak bardzo nieśmiałe, że ledwo można je było dostrzec wśród budzącej się do życia zieleni. Dwa rachityczne kwiaty podbiału, który zawsze był dla mnie wyznacznikiem początku prawdziwej, ciepłej wiosny, przebiły się przez płyty chodnikowe i kłuły w oczy swoją jaskrawą żółcią na tle brudnej szarości.
Okoliczne ptaki ciężko pracują, by zbudować wygodne gniazda dla swoich piskląt. Co chwilę kawka lub grzywacz leci ku drzewom, niosąc w dziobie naręcze gałązek. Sikorki nawołują się ile tylko sił w dziobach.
I tak patrząc na to wszystko wokół, na te ptaki, na kwiaty, na pękające pąki, we mnie coś pękło. Jakaś skorupa, która przez ostatnie lata nie pozwalała myślom ulecieć w przestworza wyobraźni, która zamknęła mnie w jakimś dziwnym, pustym, bezbarwnym miejscu, gdzie czułam tylko strach i zniechęcenie. Teraz powoli się budzę. Wracam do swojego prawdziwego życia.
Dziś napisałam pięć stron. Pięć stron od chyba roku z okładem. Pięć stron pisanych bez przerw, bez błądzenia pomiędzy wyobrażanym światem a rzeczywistością. Pięć stron. Dla mnie to naprawdę wiele. To dobry początek…
Wiosno… dziękuję…
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie, życie

Kuchennie i po żydowsku

Antysemici są zwolnieni z czytania tego wpisu 😉

Na wyprzedaży dorwałam książki kucharskie z serii „Z kuchennej półeczki„. Trzy sztuki: „Kuchnia wegetariańska„, „Potrawy z ziemniaków„, „Kuchnia żydowska„.
Z wegetariańskich przepisów skorzystałam, żeby zrobić przepyszną zapiekankę warzywną, ale tutaj nie o tym.
Z zestawu przepisów z kuchni żydowskiej wybrałam dwa do przetestowania: Makaron z kapustą (nie łazanki) i Kaszę z makaronem. Oba łatwe do przygotowania i tanie, co ma dla mnie chyba największe znaczenie obecnie.
Dziś powtórzyłam pierwsze danie i znów wyszło wyśmienicie! Nawet taki nygus kuchenny potrafi je przyrządzić i nie spie… no, zepsuć.
Do przygotowania makaronu z kapustą wystarczy wziąć:
  • 1 cebulę;
  • 1 małą lub 1/2 dużej główki kapusty włoskiej;
  • 179 g makaronu typu wstążki;
  • masło lub inny tłuszcz do smażenia;
  • sól i pieprz (ewentualnie kminek i paprykę słodką).
Zacząć należy od posiekania na drobno naszej cebuli. Można też zawczasu przygotować kapustę, wycinając z niej głąb, a położywszy szerszą częścią w dół, poszatkować na wąskie pasy. Dzięki temu, podczas smażenia cebuli nie będzie trzeba się stresować, że coś nam się przypali, czy skaleczymy się w palec z pośpiechu.
Tutaj poradziłabym też (jeśli ktoś ma ochotę na urozmaicony smak potrawy) rozgnieść w moździerzu łyżeczkę kminku. Potem, razem z łyżeczką papryki słodkiej, dodamy go do podduszonej cebulki.
Przygotowani i zwarci, możemy rozgrzać tłuszcz na głębokiej patelni lub rondlu. Używam do tego celu masła osełkowego, które zdecydowanie jest najlepsze w smaku i nie umywa się przy nim żaden olej, czy margaryna. Można użyć ewentualnie Ramy w półpłynnej postaci. Bardzo dobrze na niej się robi popcorn.
Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy posiekaną cebulkę i podsmażamy, aż się przyrumieni. W drugiej opcji, tej z kminkiem i papryką, smażymy cebulę ok. 5 minut, by zmiękła, dosypujemy przyprawy i podsmażamy jeszcze chwilę, mieszając często, by papryka się nie przypaliła.
Kiedy cebula jest już gotowa, należy dodać do niej kapustę. Poleciłabym w tym miejscu dorzucić nieco tłuszczu, bo może się zdarzyć, że kapusta przywrze do dna, ewentualnie można dolać nieco wody. Solimy i pieprzymy do smaku. Całość smażymy ok. 20 minut, by kapusta zmiękła. Ja podduszam kapustę pod przykryciem, wtedy nie tracę wody, zgromadzonej w warzywie. Trzeba dość często mieszać, żeby nic się nie przypaliło. Jeśli przygotowujecie potrawę na największym palniku, to najlepiej ustawić go na minimalny płomień. Zmniejsza się wtedy ryzyko przypalenia.
Kiedy kapusta sobie mięknie, zajmujemy się zagotowaniem wody na makaron. Nie zapomnijcie jej posolić. Do wrzątku wrzucamy nasze makaronowe wstążki i mieszamy od czasu do czasu, by makaron nie przywarł do dna. O mieszaniu kapusty z cebulą też nie możemy zapomnieć.
Kiedy makaron jest już gotowy, odcedzamy go i wrzucamy do naszej mięciutkiej kapusty z przysmażoną cebulką. Jeszcze przez chwilę trzymamy wszystko na ogniu, mieszając, by wszystko się ze sobą połączyło.
Wyłączamy gaz i możemy podawać zgłodniałym domownikom 🙂
Smacznego 😀

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie

Śpiew skowronka o świcie

Wciągnęłam się w kolejną grę.

Internetową.
Online.
Jakbym nie miała ich już nadmiar.
No, ale cóż poradzić, kiedy uwielbiam grę The Settlers od pierwszego jej wydania po dzień dzisiejszy? Dlatego nie oponowałam, gdy G. znalazł ją w sieci, w wersji online i się w niej zarejestrował, ciągnąc mnie za sobą. Tak więc utknęłam w świecie The Settlers Online i wcale się z tego powodu nie martwię. Jest na tyle niewymagająca stałego pilnowania, że mogę w czasie gry zrobić obiad, pranie, posprzątać tu i ówdzie, nakarmić wolierowce i jeszcze starcza mi czasu na pohaftowanie, czy obejrzenie filmu albo poczytanie książki. Surowce bardzo wolno zbierają się w magazynach, więc nawet na pierwszych poziomach nie trzeba ślęczeć przy grze non stop.

A czemu skowronek w tytule?
Bo w tle gry słychać ptasie trele, nad którymi wybitnie wzbija się skowronek. I jego śpiew utkwił mi mocno w myślach, mózgu, uszach tak, że w ciszy nocnej wciąż go słyszałam. I zaczęły mi się przypominać letnie i wiosenne dni spędzane w niemal dziewiczym świecie podmokłych łąk przy działkach ogrodowych na peryferiach miasta. Tam, gdzie brodziłam w skrzypie wyrosłym, niczym miniatura prehistorycznych lasów, gdzie chowałam się przed rzeczywistością wśród wybujałych traw i ziół. Gdzie budowałam tamy, walcząc o teren z pijawkami, gdzie poznawałam cykl życia żab i ropuch, gdzie po raz pierwszy i jedyny zobaczyłam na wolności traszki. Gdzie poznałam gorzki smak krwawnika i ostre kolce ostów. Tam też i tylko tam zrywałam i dołączałam do bukietu źdźbła trawy o kłosach w kształcie serc.
Zamykam oczy i widzę te łąki rozgrzane letnim słońcem, rowy melioracyjne porośnięte kołyszącą się na wietrze trzciną, gdzie w konkury uderzał ze skowronkiem trzciniak i staw okolony niczym koroną puchem tatarakowych pałek.
To stamtąd przecież przybyła do mnie najpierwsza papużka falista (wtedy, nie wiadomo czemu, mówiono o nich „nierozłączki”) – Perełka, która zgubiwszy się w ogromnym, zewnętrznym świecie, przycupnęła na dachu Trabanta, należącego do mojego ojca. To tam nauczyłam się Natury – jej działania, cykliczności i nieokiełznanego piękna.
Chciałabym tam wrócić.
Tylko nie ma już do czego.
Teren został poddany przemianom, postawiono tam fabrykę. Staw wysechł, łąki też, zwierzęta się wyniosły lub zginęły, nie mogąc uciec przed zniszczeniem, jakie przyniósł ze sobą rozwój miasta.
Mój Eden już nie istnieje nigdzie indziej, jak tylko w moich wytartych i spłowiałych wspomnieniach. Gdybym mogła malować myślami… bo talentów plastycznych u mnie zbyt mało, bym mogła porwać się na zobrazowanie tego, co tłucze się pod czaszką.
Mojego Edenu już nie ma, ale nieodmiennie śpiew zawieszonego gdzieś w przestworzach skowronka przypomina mi o nim i o szczęściu, jakie wtedy mnie wypełniało, gdy nieskrępowana zakazami i nakazami odkrywałam samodzielnie świat. Swój świat.
I tego nikt nie może mi odebrać, nie obierając mi jednocześnie życia…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, rozrywka