Monthly Archives: Grudzień 2005

New image po raz trzeci….

Dziś zaktualizowałam swoje zdjęcie. Poprzednie miało już swoje lata.
Co prawda wiele się nie zmieniłam, ale za to zmieniły się nieco moje upodobania  co do ubioru… więcej się nauczyłam, więcej potrafię… no i mam więcej lat… ale tym akurat się mało przejmuję.

Nie zmieniło się we mnie jedno: nadal jestem naiwna…
No cóż, coś musi być stałego w tym ciągle zmieniającym się świecie, prawda?

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie

Śnięta… na święta…

Kapusta na gazie, grzyby świeżo ugotowane pachną na całe mieszkanie, ciasto na pierogi lepi się do rąk…
Ptaki dostają głupawki i tasują się na okrągło. Na czym polega tasowanie paużek – ano, najprościej pisząc, na ciągłej zmianie miejsca pobytu, co wiąże się z odfrunięciem z jednego miejsca i przefrunięciem na inne. Nierzadko to „inne” miejsce, to grzbiet drugiej paużki. Oczywiście towarzyszy temu tasowaniu ciągły świergot graniczący z jazgotem…

Nic to, muszę iść, bo się wszystko rozpaćka i poprzypala.

A tu, coś dla Was, dorodzy czytelnicy:

1 komentarz

Filed under kuchennie, papużki, życie

Chwila jedna, która łączy życie ze śmiercią

Wczoraj mogłoby zabraknąć kogoś w moim życiu. Chwila, sekunda i z życia zostałoby tylko wspomnienie, ubrania w szafie wiszące, nie dokończone kosmetyki, parę zdjęć, dokumenty na kompie… i ból… i rozpacz…
Życie jest kruchutkie, tak delikatne jak płatek śniegu… tak łatwo można je przerwać…

Dodaj komentarz

Filed under życie

Magia tańca

„(…)Tańcz, tańcz, magią tańca kręgi twórz!
Niechaj pękną łez obręcze i postronki u Twych stóp!
Niechaj oczy ujrzą światło, dłońmi zerwij z nieba deszcz!
W tańcu smutek zmienić możesz w lepszy czas (…)”

Wiele bym dała za to, by dowiedzieć się czyje to piosenka, której refren przytoczyłam. Jest po prostu piękna… wymowna… i szybko wpada w ucho.

Prawdą jest, że tańcem można wiele. Nie dziwią mnie Derwisze. Też potrafię zartacić się w tańcu. Z mieczem też. Nie ma nic piękniejszego. Nic bardziej nie wyzwala od negatywnych emocji. No, może jeszcze wrzask, wściekły wrzask gdzieś na pustkowiu…

Czas ucieka przez palce, wszsytko za szybko się dzieje, a ja już nie mam tchu, by biec i dogonić… na zawsze już  chyba zostanę w tyle…
Zasypiam i budzę się ze świadomością własnej niemocy, własnej zależności, własnej maleńkości wobec czasu, który zabiera wszystko, włącznie z życiem…
Szarpię się w pajęczej sieci, by wyrwać się i jeszcze raz wzlecieć ku obłokom, zapominając, iż tak długo tkwiąc w lepkich okowach zatraciłam umiejętność lotu, iż moje skrzydła strawione dawno zostały przez pająki, które są na usługach czasu…
Zaczynam się bać… wszystkiego… bojęsię zasnąć, boję się przebudzenia, boję się postawić pierwszy krok… czuję się jak zaszczute zwierzę w ślepej uliczce, widzące wokół siebie tylko ludzi z uniesionymi, gotowymi do uderzenia kijami… już czułam razy na swoim grzbiecie. Nie były to na pewno ostatnie…

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, rozrywka

Alergia

Pojawiła się u mnie reakcja alergiczna…
Dostaję drgawek, kiedy mam wyjść i „na żywo” skomunikować się z ludźmi… mam tak od piątku… wczoraj?… nie, w niedzielę… przemogłam się i wyszłam po zakupy… myślałam, że wszystko i wszystkich pogryzę…
Dobrze, że był ze mną Geralt…

Kiedy wyszliśmy ze sklepu wessała nas śnieżna zamieć. Nie było nic widać w tej kurzawie… małe drobiny śniegu  miotane wściekłymi podmuchami wiatru oblepiały wszystko, wciskały się w każdą, najmniej strzeżoną szczelinę i docierały do gołej skóry mrożąc ją i ziębiąc…
Po kilku godzinach na niebie pojawił się księżyc. Co i rusz przesłaniały go chmury gnane pędzącym w świat wiatrem… czemu nie zrobiłam zdjęcia…?

1 komentarz

Filed under życie

Zobojętnienie…?

Chyba dopada mnie zobojętnienie… moje siły przeznaczone na szarpanie się z parszywą rzeczywistością są na wykończeniu.
W pracy potraktowano mnie jak zło konieczne, jak wariatkę, której wmawia się coś, by tylko samego siebie utwierdzić w przekonaniu, że owa osoba wariatką jest.
Nie zdążę już z niczym… znów będą zaległości. Wszystkie plany poszły się paść… znów będę donosić wszelkie dokumenty po czasie.
Czemu mam nad sobą takiego gościa, który tylko siebie traktuje poważnie, resztę swych pracowników mając za nic, za imbecyli, którzy nie potrafią zrozumieć jego ambicji… ambicji, które nie są skierowane tam, gdzie powinny?
Pedagog od półtorej roku prosi o dociągnięcie głupiego kabla, który pozwoli jej na połączenie z internetem, gdzie będzie mogła uzupełniać swoją wiedzę.
Ja prosiłam go o szybkie decyzje, które podejmował szybko… po kilku tygodniach albo… wcale…
Tak przepadły planowane przeze mnie konkursy (a niby awans nauczycieli to jego „oczko w głowie”), prawie przepadły pieniądze na książki… przynajmniej dzieciaki będą miały czasopisma do czytania.
Ja się mogę starać, ze skóry wyłazić, z siebie wyskakiwać i stawać obok, a on jednym ściągnięciem brwi – niby tyran na cesarskim tronie – niweczy i w nicość przemienia to wszystko…
Mam być nijaka? Mam być taka, jak on? Nie potrafię, bo za mocno mi zależy na dzieciach. O siebie nie dbam. Chcę im przybliżyć świat, który znają z TV, chociaż książkami, chociażby tylko tym, co znajdą na stronach czasopism młodzieżowych. Wiele z nich nawet co miesiąc nie ma pieniędzy, by głupie „Bravo” sobie kupić. U mnie mają czasopism od zagwizdania. I chcę, żeby tak zostało. Na zawsze.
I żeby znajdowali na półkach książki, które z chęcią przeczytają… z których czegoś się nauczą… którę będą wspominać… książki, które nie będą ich straszyć zapachem stęchłego, skurzonego papieru… książki piękne i kolorowe, pobudzające wszystkie zmysły…
Tylko tyle…
Tyle że już nie mam siły szarpać się z rzeczywistością. Z dyrem. Z samą sobą, by zacisnąć zęby i zamknąć usta, kiedy chce się wrzeszczeć na całe gardło o tym, co nas boli.

Wiatr szarpie dachówki
Kominy wyją przerażone
Wiatr z motylich skrzydeł…

1 komentarz

Filed under praca zawodowa

Po burzy….

„(…) Jak po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój (…)”, tak i u mnie zaczęło się uspokajać… na to wygląda, że doszliśmy do porozumienia… wszystkie konflikty wynikają ze spięć w otoczeniu, nie ze spięć w nas samych…
Najbardziej boję się milczenia i magicznego słowa „nic”… słyszę je przy prawie każdym zadanym pytaniu…
Straciłam zapęd i ochotę do czegokolwiek… nadrabiam miną… zaciskam zęby i ciągnę dalej wóz, choć jest pod górę, choć rzemienie wyżłobiły krwawe pręgi w moim ciele, a wędzidło rozrywa wargi…
Idę, bo chcę dopiąć swego, chcę robić to, co mi da statysfakcję, a nie ładować komuś kieszeń i fundować Majorkę, czy nowego Forda.
Zrobię to, co zamierzam… co z tego, że życie moje może jutro (któż to wie) może się skończyć. Właśnie dlatego chcę umrzeć szczęśliwa, bez żalu, że czegoś nie zdążyłam zrobić…
Parsknę, postawię kolejny krok, wbiję pazury w błotnistą drogę i pociągnę wóz jeszcze i jeszcze, aż do całkowitego wyczerpania sił… a może to tylko tak, z przyzwyczajenia?…

Dodaj komentarz

Filed under życie