Monthly Archives: Maj 2013

Porażki i wzloty

Marzenia o stałej pracy znów odeszły do sfery marzeń. Cóż, nie byłam dość dobra w tym, co było ważne dla przyszłego pracodawcy. Trudno. Dół już z wolna zaleczony, a że za oknem słońce gania się z chmurami, to i mnie jakoś tak się lżej robi. Zwłaszcza, że nareszcie mogliśmy zaglądnąć na działkę! Wiecie co? Ja chyba uzależniona jestem od tamtego miejsca. Mimo tego, że żal za odebrany ugór mi nie minął i siedzi, jak drzazga pod paznokciem, to jednak dzień bez oglądnięcia działki jest dniem niepełnym, a nawet niekiedy może zaliczyć się do straconych.

Warzywa i zioła rosną. Oczywiście nie wszystko jest tak różowo, jakbyśmy sobie tego życzyli, bo i nie wszystkie pomidory się chcą przyjąć, problemy z przystosowaniem mają też kalafiory, kalarepy i brokuły, buraczków wylazło ledwo 20 sztuk z wysypanej całej paczki, a i cebuli nie chce się rosnąć w ogóle. Szałwia na Zielniku tez się nie raczyła pokazać do tej pory, więc mogę spisać ją na straty…

Na kwietnych rabatach coraz więcej kolorów: irysy zakwitły wreszcie, przełamując róże i fiolety orlików swoją bielą w odcieniu kości słoniowej. Jeszcze trochę trzeba będzie poczekać i rozwiną się piwonie i goździki. Mam zamiar dosiać jeszcze trochę nowych kolorów, innych kwiatów i zastanawiam się, gdzie w tym gąszczu uda mi się znaleźć trochę wolnego miejsca dla nich. Na jesień rabaty wyglądały naprawdę łyso, myślałam zatem, że wiele kwiatów tam nie przetrwało, więc się nakupiło nasion i teraz trzeba mocno się nagłówkować, gdzie to wszystko pomieścić? Co prawda nadal nie podoba mi się układ roślin, bo niby poprzedniczka próbowała ładnie to zaprojektować (co najlepiej widać po równiutkich, ustawionych względem siebie pod skosem rzędach szafirków), ale w pewnym momencie coś się pokiełbasiło i na przykład taka malwa rośnie tuż przy ścieżce, powoli i skutecznie zasłaniając to, co rośnie za nią.

Owoce powoli sobie rosną na gałęziach. Jest ich naprawdę dużo, nie spodziewałam się, że na przykład brzoskwiń tyle się pojawiło: cztery spore gałęzie są gęsto obsypane mechatymi kulkami. Cieszy też, że zdążyliśmy opryskać drzewko przeciw kędzierzawości liści i tylko jeden listek się chorobliwie zwinął. Reszta jest nietknięta chorobą w ogóle.

Na oknie w domu dojrzewają do wyjścia na działkę papryki, kapusta melisa, mięta, estragon, bazylia i seler. Powolutku wszystko może jeszcze w tym tygodniu zajmie swoje docelowe miejsce na „wolności”. Niech tylko się cieplej zrobi, bo przy takim zimnie, to ręce grabieją zbyt szybko, by móc szybko i sprawnie pracować. Prawie czerwiec na kalendarzu, a tu cały czas trzeba się w swetry ubierać i ciepłe skarpetki na nogi naciągać. I w mieszkaniu dogrzewać. Zwariowana ta pogoda.

Przez weekend planowaliśmy bawić się na turnieju, ale okazało się, że mamy tak dużo wydatków i tak mało pieniędzy, że nie mamy za co dojechać na miejsce. Nie wspominając już o powrocie… cóż, w tym roku chyba nie będzie okazji do włożenia strojów i bawienia się w gronie znajomych. Nagród w turniejach łuczniczych tez się nie zdobędzie, bo nie ma za co w nich startować. Straszny ten rok. Typowo trzynasty. Jak nic. Może kolejny będzie bardziej bogaty w możliwości?

Ech, wyżaliłam się, ponarzekałam, czas zasuwać do roboty, bo trochę tego się przez weekend nazbierało. No i trzeba też siąść do krosenka, żeby pas w kratkę dokończyć. Ciekawe, czy wyjdzie mi z tego to, co planuję?

A na zakończenie kilka zdjęć autorstwa Geralta i jego komórki.

Brzoskwinie są coraz większe i coraz bardziej puchate.

Brzoskwinie są coraz większe i coraz bardziej puchate.

Skubanie grządki z siedmiolatką. Ta cebulka dała radę wzejść.

Skubanie grządki z siedmiolatką. Ta cebulka dała radę wzejść.

O, tak właśnie się skubie grządki - na spokojnie i wygodnie. Można tak siedzieć i siedzieć, i skubać.

O, tak właśnie się skubie grządki – na spokojnie i wygodnie. Można tak siedzieć i siedzieć, i skubać.

Coraz bardziej zielono na grządkach. Groch dostał kratkę, na którą może się wspinać do woli.

Coraz bardziej zielono na grządkach. Groch dostał kratkę, na którą może się wspinać do woli.

10 komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie, życie

Chwila wytchnienia…

… czyli poranne blogów czytanie. I w trakcie tego czytania trafiłam na coś, co zwie się „Candy”. W sumie nazwa ta przewijała się mi już nie raz na innych blogach, ale jakoś nie interesowały mnie mało wyszukane ozdóbki, czy kosmetyki, których używać nie będę. Za to teraz zobaczyłam coś, co faktycznie chciałabym mieć:

lawendowa chusta

Ot, taka ręcznie udziergana chusta, która na pewno przydałaby mi się w chłodne miesiące, bo ja zmarzluch jestem i żadnym szalem nie pogardzę. Tak więc podjęłam decyzję, że w tym Candy wezmę udział.

Jakby ktoś się chciał dołączyć, to zapraszam do odwiedzenia bloga Yardis (<-klik).

1 komentarz

Filed under hobbystycznie

Nic nie robi człowiekowi tak dobrze jak…

… jak długa chwila spędzona na kontakcie z naturą.

Przez weekend dużo się zrobiło, oj dużo: a to pomidory wreszcie wyekspediowało pod folię (część wylądowała na Zielniku, tyle się tego naprodukowało), a to kalarepę, kalafior i brokuł wsadziło się w ziemię na grządkach. Obowiązkowo też wyskubałam wszystkie chwasty z warzywnika. Bez pośpiechu, bez niepotrzebnych nerwów – dwa dni i gotowe. Siedząc dwa pełne dni na działce trzeba było też i jakimś obiadem się nasycić, by sił do roboty starczyło. Zakupiłam mrożonek i na „kozie” wszystko się ładnie zagotowało, zasmażyło i zostało spałaszowane w trybie szybszym niż natychmiastowy. Oj, robota na świeżym powietrzu potęguje głód.

Rzodkiewki za niedługo będziemy mogli zbierać i jeść. Już wiążą się czerwone korzonki. Wiecie? Nie mogę się już doczekać. Taką mam ochotę na rzodkiewki z twarogiem, że aż mnie skręca!

Pisałam, że z buraczków nici? No to nie tak do końca. Jak wyskubałam chwasty, to się tego troszkę pojawiło. Co prawda nadal nie jest to wiele, ale zdecydowanie więcej niż trzy. Szału w tym roku z burakami nie będzie… Cóż, tak to jest, jak się bierze nasiona z marketu i na datę przydatności do wysiewu nie spojrzy ani nie zdziwi odmienny stan paczki. Trudno, mam nauczkę na przyszłość. Tak samo, jak z pomidorami i innymi rozsadami, których jest zatrzęsienie, a miejsca wiele nie ma. Cóż, miałam nadzieję na rekultywację ugoru, a tu – sru! – i ugór zabrali.

Bób rośnie w oczach: co przychodzę na działkę (a jesteśmy codziennie, jak tylko pogoda jest bez deszczu), to one są większe. Groch podżerają nam niedobre pomrowy. Listki wyglądają, jak znaczki pocztowe. Będzie trzeba jakiś sposób na nie wymyślić, bo nic nam z grochu nie wyrośnie, jak w takim tempie będą podjadane. W ruch pójdzie albo pułapka, albo sól, albo trutka… zobaczymy. Nie będzie ślimak wpylał nam grochu, o!

Sałata, rukola, pietruszka i por oraz cebula siedmiolatka już wyrastają zauważalnie i widocznie ponad ziemię. Jeszcze chwila i trzeba będzie przehakać ziemię między rzędami, bo ziemia u nas ma tendencję do tworzenia grubej i twardej skorupy. Rośliny przejdą przez nią bez większych problemów, w końcu nie raz widziałam, jak wyrastają wprost z asfaltu, ale dla ich prawidłowego życia i rozwoju potrzeba też napowietrzonej i przepuszczalnej w głąb gleby. A tak, jak się taka skorupa utworzy, to woda zostaje na górze tworząc tylko rozległe kałuże. A to nie sprzyja rozwojowi.

Nasze nowe krzaczki złapały mszycozę i trzeba będzie się tego tałatajstwa pozbyć jak najszybciej, zanim nie rozniesie się gdzieś dalej. Na razie stosuję terapię biedronkową, ale tym kropkowanym stworzeniom coś marnie idzie zjadanie szkodników. Chyba że tak szybko się bestie mnożą, że biedronki nie nadążają z konsumpcją? Jak biedronki nie dadzą sobie z tym rady, trzeba będzie je zebrać i zastosować wywar z tytoniu, który nie raz się sprawdził podczas uprawy parapetowej. Trzeba będzie wydać dyszkę na paczkę papierosów albo na mały zapas tytoniu.

Wiśnie pokazują coraz więcej owoców. Część z wolna się już zaczyna czerwienić. Nie, za mocno powiedziane: raczej zaczynają się zarumieniać delikatnie. Mam nadzieję, że ani się nie zepsują nim dojrzeją, ani szpaki na nie się nie połakomią, mając do dyspozycji wiele niepilnowanych drzew wokół. Brzoskwinia też zaczyna pokazywać na co ją stać. Zawczasu podparliśmy jedną z gałęzi, na której aż się roi od puszystych owoców. Też żywię nadzieję, że niewiele z nich spadnie nim dojrzeje. Ze śliwką sprawa ma się już nieco gorzej, bo trzeba bardzo wnikliwie szukać zawiązków owoców, by dostrzec wśród liści choć jedną, malutką i zieloniutką śliwkę. Za to orzech już wiąże owoce. Znów pewnie obdarzy nas hojnie 30 kilogramami orzechów włoskich. Ja tam nie mam nic przeciwko.

Winogron obsypuje się nie tylko liśćmi, ale i kwiatostanami. Jeśli każdy z nich zostanie zapylony i wyrosną z nich grona, to… trzeba będzie zamrażalkę kupić… jednak nie wierzę, że tak będzie. Nie wszystkie kwiaty wydadzą owoce – to pewne. Za dobrze by nam było. Porzeczki rosną sobie spokojnie. Trochę z nich owoców będzie. Będę musiała chyba troszkę prześwietlić krzaki i je zasilić nawozem, żeby były bardziej plenne. Truskawki zawiązują owoce. Jeszcze są zieloniutkie, ale już widać, że do ułomków należeć nie będą. Co prawda szału z ilością nie będzie, ale do przekąszenia się trochę znajdzie. Tak, na złapanie smaku.

G. zabrał się za naprawę naszej Ruderki, by trochę jeszcze nam posłużyła, jako schowek na narzędzia i schronienie przed deszczem. Poprawiliśmy mocowania papy i linoleum, które zalega na dachu, uszczelniając dziury. Poszedł w ruch młotek i gwoździe z podkładkami, deski, kamienie i teraz już żaden wiatr nie poderwie tych prowizorycznych łat. Dodatkowo poprawiona została rynna, by woda deszczowa spływała do beczki, a nie na trawę, niszcząc ją. Nawet podstawianie wiadra nic nie pomagało i w tamtym miejscu jest łysy placek bez trawy. Półrury z PCV, które udają rynnę, zostały ułożone na nowo, a ich łączenia zasklepione silikonem. Teraz już nic nie powinno przeciekać pomiędzy, ja to się działo do tej pory. Jeden koniec rynny zaślepiliśmy, żeby jeszcze bardziej zmusić wodę do spływania w stronę beczki. Pozostaje jeszcze obić Ruderkę z zewnątrz, naprawić kawał spalonej, połatanej byle jak ściany i zamontować „kozę” na stałe wewnątrz, wyczyścić i odnowić meble, poukładać wszystko na nowo i już można się cieszyć w pełni działką. Na nowy domek trzeba będzie trochę poczekać, bo na raz nie wyłożymy tyle pieniędzy, by zapłacić za materiały i ewentualną pomoc fachowców. A pomysłów kilka już mamy…

Słońca też trochę złapałam, a ono złapało mnie. Nawet mimo kremu z filtrem +50.  Już nie pamiętam, kiedy moja skóra miała okazję do zmiany koloru. Dotąd każde lato było spędzane na turniejach lub w pracy, czy w mieszkaniu, więc z dala od słońca. Jedyne, co dawało radę się opalić na turniejach, to dłonie. Nic więcej. W tym roku będzie ciut inaczej, bo i turniejów wiele mnie nie czeka (finanse w tragicznym stanie), a i działka domaga się codziennej uwagi, więc będę za jakiś czas „skwarką” prosto z naturalnego solarium „Pod Chmurką”.

A na koniec zbiorcze zdjęcia z weekendu. Miłego oglądania.

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha :)

Sobotni obiad: pierogi z cebulką i działkową zieleniną (pietruszką i czosnkiem niedźwiedzim). Pycha 🙂

Konwalie

Konwalie

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Skalniaczek, który nie wie, że będzie skalniakiem

Widok na Zielnik

Widok na Zielnik

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Na rabatach robi się coraz bardziej kolorowo

Białe gwiazdeczki

Białe gwiazdeczki

Puchate brzoskwinki

Puchate brzoskwinki

Jaskry na trawniku

Jaskry na trawniku

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Wisienki zieloniutkie jeszcze

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Rachityczne pomidory. Ale z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej.

Zielone truskawki

Zielone truskawki

I kolejna porcja koloru rabatowego

I kolejna porcja koloru rabatowego

Orliki

Orliki

Orliki... strasznie lubię te kwiaty.

Orliki… strasznie lubię te kwiaty.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Nie, to nie róża. To tulipan podszywający się pod różę.

Orlikowa rabata

Orlikowa rabata

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik podczas przerwy w skubaniu chwastów.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Winobluszcz nie dość, że się zieleni, to jeszcze rozrasta się na potęgę.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

Rzut oka na Mniejszy Warzywnik zza winogrona.

A oto i pędy winogronowe.

A oto i pędy winogronowe.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

A tak prezentuje się rabata przyruderkowa.

I konwalie raz jeszcze.

I konwalie raz jeszcze.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

A oto obiad niedzielny: porcja dla G. Koniecznie z kawałkiem mięsa.

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Niedzielny obiad dla jarosza: kluski śląskie bez mięsa, za to z podsmażaną cebulką i obowiązkowo działkową zieleniną (czosnkiem niedźwiedzim i nacią pietruszki).

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie ;)

Ręczne skubanie grządek. Czysto ekologicznie 😉

4 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Dzieje się, dzieje!

Choć moje lenistwo zmusza mnie do wylegiwania się na długo po tym, jak zadzwoni budzik i do trwonienia zbyt dużej ilości czasu przy komputerze, to jednak jestem w stanie zrobić to, co sobie planuję na dany dzień. Zwłaszcza to, co planuje się do zrobienia na działce.

Miałam przez chwilę lekkie opory, żeby tam jechać, ale mi przeszło. Przez tę sprawę z ugorem mi się taka niechęć zrobiła. Ot, coraz ciężej mi się godzić z przeciwnościami losu.

A na działce? Oj, dzieje się, dzieje! Groch już wąsy wypuszcza, rzodkiewka w równiutkich rzędach się zieleni, słonecznik już drugie listki wypuszcza, rukola zaczyna wyłazić i sałata też się z wolna pojawia. Tylko cebula i buraki nie chcą się wykluwać. Znaczy buraków doliczyłam się trzech. Słownie: trzech sztuk. Nie wiem, czy dosiewać z innej paczki, czy też zostawić tak, jak jest i poczekać, czy coś jednak z tego wyrośnie?

Irysy i piwonie już maja nabrzmiałe pąki. Jeszcze dzień, może dwa i będę mogła się cieszyć widokiem kolejnych, pięknych kwiatów. Tulipany powoli kończą kwitnięcie tak samo i szafirki. Za to orliki się rozkwieciły w każdym, dostępnym im miejscu działki. Jeszcze jakbym gdzieś kosmoski znalazła, to już byłabym chyba w pełni szczęśliwa.

Na Zielniku kolendra pięknie wyrosła. Cząber się zieleni, len podrasta. Dosiałam jeszcze lubczyku i majeranku. Będzie trochę własnych przypraw w domu. Chrzan rośnie. Każdy z podarowanych korzeni się przyjął. Rabarbar kwitnie na potęgę i widać, że wiosenne przesadzanie zupełnie w niczym mu nie zaszkodziło.  Dostałam też kępę dorodnych fiołków trójbarwnych i też się przyjęły w zdecydowanej większości. Kwitną teraz jak szalone. Czosnek niedźwiedzi też widać, że dochodzi już do siebie, bo nowe liście są mocne i nie płożą się.  Dostał wczoraj sąsiada: szczypiorek czosnkowy. Mam nadzieję, że się dogadają.

Na Warzywnikach prawie wszystkie parcele zajęte. Bób otrzymał do towarzystwa kukurydzę cukrową, bo nasion tego pierwszego starczyło tylko na pół grządki, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Biała i szparagowa fasolka już też wczoraj zostały posiane. Ogórki też znalazły swoje miejsce na ziemi działkowej. Mam nadzieję, że będą rosły lepiej, niż buraki. Do wysiania została jeszcze cukinia i dynia, które chyba wylądują na tej samej grządce. Wszak jeszcze rozsady dojrzewają do wysadzenia na powietrze, a tu się parcele kończą. Myślę, że dziś pomidory przeniosą się do tunelu, zwalniając miejsce na okiennej szafce. Wyrosły już chyba maksymalnie, jak na warunki rozsadowe. Przy tym na okolicznych działkach już pomidory się widuje – znaczy najwyższy na nie czas. I jeszcze od Pana Zbyszka dostaliśmy cztery sadzonki pomidorów z gatunku „bycza krew”. Uwielbiam je, ale nigdzie nie mogłam znaleźć nasion, a rodzice zostawili sobie tylko tyle, by dla nich starczyło. Zapomniałam poprosić o kilka sztuk dla siebie. Teraz, jak już mam swoje (darowane, ale już swoje) będę zostawiać sobie nasiona do kolejnego wysiewu.

Oprócz pomidorów od Pana Zbyszka dostaliśmy też bulwy kwiatowe, którego nazwy ja nie znam, a sam Pan Zbyszek nie pamięta. Zobaczymy, co z tego wyrośnie, poszuka się potem w Internecie i zidentyfikuje.

A co na warsztacie? Ano nadal tkam sobie krateczkę (początki można pooglądać TUTAJ <- klik!) . Mam nadzieję coś z tek krateczki zrobić, ale na razie traktuję to jak eksperyment. Tka się powoli, ale po kilkadziesiąt centymetrów dziennie zawsze się dorobi. Zastanawiam się, czy to, co mi się roi w głowie aktualnie, uda się zrealizować w rzeczywistości? Nic, zobaczymy.

W wolierce spokój i codzienność. Codzienna porcja działkowej zieleniny zaspokaja potrzeby papuziastych w zupełności, bo i ziarna mniej zaczyna schodzić przy codziennym karmieniu. W sumie… mnie to pasuje. Za ziarno trzeba płacić, a zielsko jest za darmo. I nawet samo rośnie! Przy tym ma chyba więcej wartości odżywczych niż proso. no i na razie ptakom się nie przejadło jeszcze nic zielonego. Zawsze chętnie wcinają to, co się pojawia na półeczce. A potem drą dzioby ile sił w płucach i workach powietrznych. A niech się drą. Przynajmniej słychać, że nic im nie dolega.

A teraz niespodzianka! Zdjęcia! Miłego oglądania.

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Kwitnące truskawki. Ciekawe ile z nich będzie w tym roku owoców?

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie...

Domek dla owadów. Tak po prawdzie, to domiszcze. Mam nadzieję, że nie zainteresują się nim szerszenie…

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Częściowo podlany warzywnik. Dużo się już na nim zieleni.

Rosnący groszek.

Rosnący groszek.

Świeżutka rzodkiewka.

Świeżutka rzodkiewka.

Rzodkiew i słonecznik.

Rzodkiew i słonecznik.

Malutki słoneczniczek.

Malutki słoneczniczek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Zawiązki wisienek. To dopiero początek.

Groszek z wąsami.

Groszek z wąsami.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Coś z rodzaju jasnot. Przyciąga trzmiele nie gorzej niż bluszczyk kurdybanek.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Wściekle czerwony kwiatek. Matryca mojego aparatu przy intensywnej czerwieni wysiada.

Fioletowe orliki.

Fioletowe orliki.

I jeszcze orliki.

I jeszcze orliki.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Kwietnik, który stanie się skalniakiem.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Wachlarzyk zielny na Zielniku.

Fiołek trójbarwny.

Fiołek trójbarwny.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Orliki rosnące pod wiśnią.

Kwitnący rabarbar.

Kwitnący rabarbar.

Kwiaty truskawek.

Kwiaty truskawek.

4 komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Zimne ogrodniki

Za oknem słońce, które nagrzewa czujnik termometru do ponad 30 stopni Celsjusza. Wszystko za oknem się zieleni, a na działce powoli warzywa zaczynają wyłazić z ziemi. Wszędzie tam, gdzie już widoczne są rośliny pożądane powyrywałam chwasty. Wyeliminowałam też trawska, które wybujały na grządkach, starając się nie uszkodzić kiełkujących (mam nadzieję) gdzieś tam pod ziemią warzyw.

Pan Bezdomny (już wiem, jak ma na imię, więc od tego wpisu będzie to Pan Zbyszek) znów wszedł na dach naszej ledwo trzymającej się kupy Ruderki i własnym linoleum pozakładał dziury, przez które jeszcze kapało do środka. No po prostu nie mogę się owego Pana nachwalić i żadne „dziękuję” nie będzie brzmiało dostatecznie dobrze. Jeszcze załatwił nam kilka płacht drewnianych płyt, z których zrobimy obicie ścian zewnętrznych Ruderki, żeby się trochę lepiej prezentowała. Póki nie nazbieramy pieniędzy na nowy domek. Mamy kilka projektów na oku, ale każdy nie do końca odpowiada możliwościom naszej działki. Chyba się ładnie uśmiechnę do S., żeby nam coś wymyśliła, uwzględniając winorośla i orzech. Ich obecność jest kluczowa dla usytuowania nowego domu. Nie chcę wycinać połowy konarów orzecha ani karczować grubych pni winorośli, żeby wstawić domek. Z racji tego, że ugór nie jest już nasz i w sumie nigdy tak naprawdę nie był, musimy postawić nowy dom na miejscu starego. Cóż, tak bywa, że nie zawsze się układa tak, jakbyśmy chcieli.

Dotarły do nas nowe truskawki i lebiodka. Wszystko już zostało posadzone na swoje miejsca i mam nadzieję, że się przyjmie. Za lebiodkę dziękuję internetowej koleżance, która podzieliła się swoimi chwastami z początkującą farbiarką.

Pan Sąsiad z Babcinej Działki jest okrutnie komunikatywnym i ugodowym człowiekiem. Nie włącza mi się przy nim żaden alarm, za to świetnie się gada przez płot. Chyba problem leży nie w nim, ale może w kimś z jego otoczenia. I na pewno nie jest to czarna suczka w typie (bądź rasowa – nie umiem rozpoznać) labradora. Niby ma już cztery lata, ale jest tak skora do zabaw, jakby miała zaledwie cztery miesiące. Zdążyła się już zapoznać z Kulkiem, psiakiem Pana Zbyszka. Ile szczekania i biegania w kółko było! I żadnego jeżenia sierści na grzbiecie – czyste, przyjazne poznawanie się dwu psiaków. A z długiego i gęstego włosie Kulka zamyślam zrobić przędzę, bo nawet to, co zostawia u nas na działce, jak się drapie, skręcone lekko w palcach jest mocne, choć cienkie. Tylko jak zachęcić psiaka do czesania, którego boi się, jak diabeł święconej wody? Chyba trzeba kupić jakiś smakołyk i zacząć powolną resocjalizację dzikuska.

A od jutra z wolna będę przesadzać warzywa z rozsad. Ziemia pod folią jest już odpowiednio nawodniona i zasilona nawozem. Przekopana chyba z sześć razy. Pozostawiona w tunelu pietruszka zaczyna się szykować do kwitnienia. Może jakieś nasiona uda się zebrać?

Skończyłam też tkać krajkowy pasek i zaczęłam ćwiczyć się we wzorach bardziej… tkackich. Robię teraz pas w kratkę. Może ciut krzywo to wygląda, ale bez płochy trochę ciężko się tak takie wzorki. Zdjęcia i szerszą relację można będzie przeczytać na gildiowym blogu.

Nic, trzeba się trochę zakręcić wokół ptaków, żeby im dać ciut ziarna i pełną tackę zieleniny. Niech się cieszą wiosną.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Jak nie urok, to przemarsz wojsk…

Zabrali nam ugór…

Zabrali, bo jest częścią działki Pań Babć, a nowy właściciel nie chce dawać kasy za darmo. I nie dziwię się. Też bym nie chciała. Jednak czuję się zrobiona w balona przez Zarząd RODu, który na moje pytanie: „Czy to na pewno do nikogo nie należy? Czy my się narobimy jak dzikie osły, a ktoś przyjdzie i nam to zabierze?” odpowiedział zgodnie ustami obu Prezesów: „Nie, na pewno nie. To jest niczyje, pozostałość po starej działce przed wybudowaniem obwodnicy.” Żałuję, że nie wymusiłam wtedy otworzenia map geodezyjnych i sprawdzenia tych plotek. No cóż, co się stało, to się nie odstanie.

Jednakowoż pojawiła się pewna nieścisłość… jeszcze w kwietniu z O. (który wtedy gościł u nas) wymierzyliśmy ugór orientacyjnie (nie krokami, a trzymertową miarką), żeby wiedzieć ile musielibyśmy zapłacić specowi od rekultywacji i wyszło nam, że powierzchnia ugoru ma nieco poniżej 4 arów. Nowy sąsiad chce mieć działkę o wielkości 4,9 ara. Z tego, co mówił jego przejęta po Paniach Babciach działka miała około 3 arów. Pomierzył krokami. Wychodzi na to, że nie tylko ja mam problemy z używaniem zdolności matematycznych. Bo mnie tak jakoś wychodzi, że 3+4=7, a nie 4,9. No ale… ja nie jestem matematykiem. Moje obliczenia mogą być błędne. W końcu 2+2 może się równać 5… Będziemy się ładnie uśmiechać o pomierzenie dokładne „babciowej” działki, by Sąsiad nie okazał się być poszkodowanym i musiał płacić za coś, czego nie ma. Ot, troska sąsiedzka, w którą włączy się również i Pan Bezdomny, bo jak mu tę rewelację ogłosiliśmy, wziął i się wkurzył. Powalczymy, zobaczymy. Może pół ugoru ugramy. Sąsiad się pospieszył i posprzątał cały ugór, wycinając kosiarką również wszystko to, co na niej rosło: maliny, topinambur, pokrzywy, chrzan i inne zielsko, które dla niego widać jest chwastem. Jeśli uda nam się przesunąć granice działek, będziemy mieli pół roboty z głowy. Wszelki syf został wyniesiony poza ugór. Choć tyle dobrze.

Wczoraj Pan bezdomny naprawił nam dach. W sam raz na weekendowe ulewy. Bez strachu wszedł na przegniły, uginający się dach Ruderki i pouzupełniał wszystkie braki w okrywie. Przyniósł też własną papę i listwy! Nie wiem, co byśmy bez tego Pana zrobili. Pewnie dalej brodzilibyśmy w kałużach zbierających się na podłodze Ruderki.

Na grządkach powoli pojawiają się kolejne rośliny: widać już słonecznik i groch. Chyba bób też powoli wyłazi, choć pewna nie jestem, czy to na pewno bób. Marchewka też zaczyna się pojawiać na powierzchni. Na Zielniku widać, że kolendra cząber i len już rosną i mają się dobrze. I dobrze, bo wiem już co mogę wyplewić, by nie wyrwać ziół. Czekam jeszcze na szałwię, ale coś opornie jej idzie wschodzenie. Rabarbar zaczyna kwitnąć, za to czosnek niedźwiedzi coś nie może się przyzwyczaić do nowego miejsca pobytu. Strasznie marnie wygląda. Truskawki zostały uzupełnione o sadzonki wykopane spod żywopłotu. Jeszcze 30 sztuk i cała grządka obsadzona po brzegi. Ciekawe ile w tym roku tych truskawek będzie? Pewnie niewiele, bo świeżo posadzone. Ziemia pod tunelem już jest nawodniona, przekopana i nawieziona, i gotowa na przyjęcie rosnących w rozsadach pomidorów. One pójdą na pierwszy rzut, bo są (chyba) na tyle wyrośnięte, że sobie poradzą na „polu”. Potem przyjdzie czas na papryki, jeśli wyrodną odpowiednio wysoko. Na razie są malutkie. W porównaniu z pomidorami. Mam nadzieję, że wszystko mi się pomieści… trochę przesadziłam z ilością… samych sadzonek pomidorów zrobiło mi się ciut ponad 100… może ktoś ma ochotę na sadzonki?

Papugi cieszą się gwiazdnicą, która codziennie ląduje na ich „stole”. Na działce, w lodówce schowane są trzy duże reklamówki zielska. Liście mniszka lekarskiego też. Mam zachomikowane tego tyle, że starczyłoby do wykarmienia stada liczącego i 100 sztuk ptaków. A u mnie lata tylko 20. Jak się nie zepsuje, to starczy do przyszłej wiosny.

Szkoda, że dziś leje… jutro ma być ulewa, może i burza… znów czeka nas weekend spędzony w domu, wśród czterech ścian… może się wezmę za tkanie? Przynajmniej coś zrobię…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, papużki, prace ręczne, zaokienne życie

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie