Monthly Archives: Marzec 2013

Wiosenna Równonoc

Wiosna za oknem: słońce świeci, jak szalone, termometr również oszalał i wciąż pokazuje ponad 10 stopni na plusie. Ja zwariowałam też i wzięłam się ostro za najbardziej chyba zabałaganiony kąt w kuchni. Powyciągałam szpargały, posegregowałam, co do śmieci, a co się przyda na potem i pogoniłam tłuste, objedzone molami spożywczymi pająki i pajęczaki. To ostatnie mocno odbiło się na mojej psychice, bo jako osoba z wszczepioną farmaceutycznie arachnofobią, ruszające się ośmionogie stworzenia są porażająco przerażające. Ale nie dam biedactw zabić, bo w końcu to nie ich wina, że mój mózg wariuje na ich widok, a powolne mu ciało szykuje się do panicznej ucieczki, niczym przed tygrysem szablastozębnym.

Po tych wszystkich emocjach i całym wysiłku, kąt wygląda zdecydowanie lepiej. Kaloryfer też będzie grzał zdecydowanie mocniej, bo nie jest już zarzucony kupą reklamówek z pobliskich sklepów. Ha! Jestem z siebie dumna, że mimo pajęczej paranoi dałam radę wszystko wyczyścić. Co z tego, że chyba ze sto razy uciekałam ze zduszonym piskiem do pokoju, żeby odetchnąć, uspokoić zwariowany mózg i poszarpane nerwy i wrócić na pobojowisko z nowymi siłami. Aż znów moje kaprawe oczy nie zlokalizują uciekającego w popłochu przed szmatą, czy szczotką ośmionogiego przedstawiciela owadziego drapieżnika w chitynowym pancerzu. Podłoga też pozbyła się plam, które za niedługo by domagały się prawa do skrawka kafelka z racji zasiedzenia. Nie ma tak dobrze, dzikim lokatorom mówimy stanowcze: „wynocha!”.

Mazurki z sikorkami rozprawiają się z kuleczką tłuszczowo-ziarenkową uczepioną do karmnika, a wróble w najlepsze rozsypują popapuzie resztki, śmiecąc przy tym niezgorzej niż wolierowce. Za to na okiennym parapecie wiosna kwitnie, a raczej się zieleni. Posiane warzywa rosną, jak na drożdżach i za chwilę pozbawię ich ochronnej folii, by mogły bez przeszkód wyciągać się do słońca. Tylko seler się obija nie chce w ogóle rosnąć, choć widziałam dziś kilka maleńkich korzonków, więc może jeszcze nie warto stawiać na nim „krzyżyka”? No i na dniach trzeba będzie wysiać kolejne, marcowo-kwietniowe rośliny. W końcu dziś pierwszy dzień wiosny!

Kiełki kalarepy i brokuła

Kiełki kalafiora

4 komentarze

Filed under ogólnie, prace ręczne, zaokienne życie, życie

Miaukoty niewystawowe na wystawie

W niedziele po południu wybraliśmy się na drugi koniec miasta, by pooglądać mruczki, kicie i inne dachowce na wystawie kotów nierasowych, zorganizowany przez MOK.

Każdy z tych kociaków z czymś mi się kojarzył: rudzielec był u babci na podwórku, długowłosy czarnuszek podobny do nieżyjącego kota S. etc. Nie było podobnych kotów – wszystkie czymś znacząco się różniły: zachowaniem, kolorem sierści, oczu… Po prostu niepowtarzalne. Było kilka kotów, które na pierwszy rzut oka zdawały się być rasowymi. Ale tylko na pierwszy.

Co tu dużo pisać, zobaczcie zdjęcia.

Ferdek

Koty

Balbina

Filipek

Lucek

Teodor

Owsik

Ferdek

Lusia

Kocię

Gązo

Wyluzowany Ferdek

Kocie przerażenie

Filipek

Balbina

Srebrna malutka kotka

Gązo

Kot polujący

Julka

Co uspokaja kota? Okno!

Zmęczony Lucek

Zmęczony Teodor

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie

Pierwszodziałkowo

W końcu pogoda i samopoczucie pozwoliły na wybranie się na działkę i zobaczenie, co też tam zima zmalowała, a z czym obecnie wojuje wiosna. O dziwo nikt nie wykazał chęci ograbienia nas z niewielkiego dobytku, jaki zostawiliśmy na działce. Nie wiem czemu, ale podświadomie obawiałam się kradzieży i włamania do Ruderki. Chociaż domek nie wygląda okazale. Ba! wygląda wręcz fatalnie. Dzięki temu raczej odstrasza niż zachęca. I dobrze.

Dach Ruderki trzeba koniecznie trochę połatać, bo na jesieni widać było, że cieknie w kilku miejscach. Tylko jak to zrobić bez drabiny i możliwości wejścia na dach. To ostatnie mogłoby się skończyć wylądowaniem wśród drzazg i resztek pogiętej blachy. Cóż, belki są nieco przeżarte przez korniki, więc trzymają się na słowo honoru.

Przegląd roślin wypadł bardziej pozytywnie, niż się spodziewałam. Agrest, na którym stawiałam krzyżyk ma się dobrze, a nawet świetnie i już puszcza listki na wszystkich gałązkach. Tak samo czarna porzeczka, ale w sumie jej byłam pewna, spodziewałam się, że odbije. Maliny wyglądają źle, bo są zeschnięte, ale jeszcze na nie nie czas, więc zobaczymy, co wymyślą potem. To samo tyczy się czerwonych porzeczek, które na razie jeszcze śpią.

Drzewa tez nie wykazują chęci na puszczenie liści. Orzech śpi w najlepsze, wiśnie i śliwa również. Brzoskwinia niby coś próbuje, ale niech sobie odpuści pączkowanie, bo trzeba ją opryskać, żeby nie miała kędzierzawki, jak w poprzednim roku. Jeśli puści liście, to już za późno będzie na pryskanie i znów będzie mieć pokręcone liście niczym baranek. Śliwie też się dostanie, żeby grzyba nie załapała, bo widziałam parę zaschniętych owoców jeszcze wiszących na gałęziach. Ciężko do nich się dostać bez drabiny. Może jakoś je postrącam…

Zrobiliśmy też podwaliny pod przyszły zielnik. Będzie naprawdę duży. Nie wiem, czy nie za duży, jak na nasze potrzeby. W sumie zioła zawsze można suszyć albo posiekać i zamrozić. Będą na potem. Na razie za pomocą sznura i patyków wyznaczyliśmy ogólny zarys, by zobaczyć, czy się wszystko pomieści. Na środku planujemy posadzić brzoskwinię. Nie, nie nową, tylko tę, która do tej pory rośnie w cieniu orzecha. Dookoła niej będą rosły zioła na czterech połaciach otoczonych niskim płotkiem. Myślę, że nie dość, że będzie to ładnie wyglądało, to jeszcze zaowocuje mnóstwem dorodnych ziół i „szczęśliwą” brzoskwinią, która na pewno lepiej się poczuje w miejscu, gdzie przez większą część dnia będzie miała dostęp do słońca.

Projekt zielnika

Powoli pokazują się wyczekiwane od jesieni tulipany. Wyczekiwane, bo nie chciało mi się przekopywać wszystkich rabat w poszukiwaniu cebulek, taki leniwiec ze mnie. W sumie spodziewałam się większej ilości tych kwiatów, a tu tylko dwie kępki.

Tulipany

Pączki na pigwie powoli nabrzmiewają i nawet pękają, pokazując maleńkie jeszcze listki. Oby tak było coraz cieplej, żeby te pąki i te listki się nie zwarzyły.

Pączki na gałązce pigwy

Pękający pąk na pigwie

Niestety, tunel foliowy wygląda źle. Nie posłużyła mu zima i wiatry. Nie wiem, czy uda się go połatać, czy trzeba odłożyć jakoś pieniądze na nową folię, bo u nas trochę cienko z finansami. Może jednak z łatami wytrzyma jeszcze jeden rok?

Tunel foliowy po zimie

Agrest pokazuje, jak bardzo się co do jego kondycji myliłam:

Pączkujący agrest

Zima jeszcze trzyma i nie bardzo chce puścić. Wszelka woda, jaka stała w baniakach, wiadrach, butlach czy beczkach zamarznięta jest na kość. W czajnikach też zamarzła. I w tym elektrycznym i tym tradycyjnym. Zapomniałam, że zostawiłam tam resztki po gotowaniu wody na herbatę podczas ostatniej wizyty. Na szczęście były to tylko resztki, które nie rozsadziły naczyń.

Zamarznięta deszczówka w wiadrze

Woda deszczowa w beczce. Zamarznięta oczywiście.

Powoli rośliny zaczynają budzić się do życia i z wolna zaczyna się tu i ówdzie zielenić:

Coś zielonego ;)

Coś zielono-fioletowego :P

Spotkałam tez pierwszą w tym roku biedronkę:

Zaspana biedronka

A grzyb na pniu jabłoni ma się nadzwyczaj dobrze, niestety.

Zgrzybiały pień

Trzeba będzie się tą resztką odpowiednio zająć i wyciąć go do cna, by się grzyb nie rozrastał i nie rozsiewał. Zwłaszcza na inne drzewa, bo głupio byłoby stracić wszystkie pozostałe rośliny.

Nasza wizyta nie trwała długo. Wiatr wyciągający ciepło z odkrytych części ciała był zbyt dokuczliwy, by móc cieszyć się z wizyty na naszym skrawku ziemi. Koza nie ma jeszcze komina wyprowadzonego z wnętrza Ruderki, więc nie bardzo jest się jak ogrzewać. W sumie do wykończenia tego punktu ulepszania domku brakuje dwu rur i kolanka, ale na to potrzeba funduszy, których obecnie jeszcze nie posiadamy. Zobaczymy, co się da zrobić z tym fantem.

Ruderka

Wstępnie też zaplanowaliśmy grządki na warzywa. Myślałam, że wyjdzie ich mniej, ale jak dobrze podzieliliśmy teren „na oko”, to będzie mnóstwo miejsca na każde z warzyw, jakie mamy w planach wyhodować. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak powinno, to na przyszłą zimę będziemy mieć mnóstwo warzyw i przetworów do jedzenia. Jak jeszcze obłaskawimy ugór, to będzie też trochę zbóż dla ptaków i dla nas na mąkę. Ech, marzy mi się 😛

Ale… wszystko w swoim czasie…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne