Category Archives: pieseł

Pierwszy tydzień nowego roku…

Cóż… Niedawno jeszcze szykowałam się do Świąt, potem do Sylwestra, a tu już mamy dziewiąty dzień nowego roku. Jeszcze chwila i będę umierać z nerwów na egzaminie pisemnym, który ma mi dać uprawnienia do wykonywania zawodu. Boję się go okrutnie… no bo jak nie zdam, to na kolejny rok utknę w pracy, która mi nie pasuje pod wieloma względami i w której zaczynam się męczyć. Nie mam więc opcji innej, niż zdać. Jeśli pytania będą normalne, to choćby i na trói, ale dam radę. Jeżeli jednak będą podchwytliwe lub z działów, których nie było na zajęciach, to polegnę… Zostały jeszcze trzy dni… potem się zobaczy.

Z dobrych wieści: moje oko uczy się współpracować z nową, sztuczną soczewką. Na razie jest to widzenie mocno podwójne, bo przez ponad miesiąc widziałam świat w 2D, a teraz trzeba znów patrzeć w 3D. I wcale nie jest to proste. Dziś już jest o wiele lepiej, bo mogę patrzeć na klawiaturę i widzieć wyraźnie litery, w które uderzają moje palce. Gorzej z czytaniem z ekranu. Zatem jeśli pojawią się jakieś literówki, czy błędy, przepraszam z góry. Po prostu ich nie dostrzegę… Idąc czuję się, jakbym dużo i ostro popiła. Każde obrócenie głowy, mrugnięcie oczami, czy przesunięcie oczami po okolicy, skutkuje rozdwojeniem obrazu. Po chwili skupienia na jednym obiekcie, widzenie się normuje, ale… wystarczy lekki ruch gałkami ocznymi i już wszystko zaczyna się od nowa… jednak jest już lepiej, niż było w czwartek, kiedy to o raz pierwszy mogłam spojrzeć na świat oboma oczyma.

Na dworze mocno ujemne temperatury. Owszem, jest dobrze, nie narzekam. Wymrozić cholerstwo wszelakie musi. Nie ma innej opcji. Najwięcej na minusie odnotowałam -17*C . Dziś rano. Mój organizm też to odnotował. Ledwo dotarłam do pracy, bo szłam piechotą (biletu autobusowego nie miałam) i pod koniec trasy już zamarzałam. Teraz jest już o wiele cieplej, bo jedynie -9*C. Jest mróz, jest śnieg – czyli zima pełną gębą. W końcu.

A tak zima wygląda w „naszym” lesie:

zima-2017-01zima-2017-02zima-2017-03zima-2017-04

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

A czas sobie płynie…

Że płynie, to wiadomo. Widać gołym okiem. Ale na pewno nie „wolniutkim tik-tak”. Ledwo się człowiek obróci, a tu już noc i koniec zabawy. A potem uświadamia sobie, że nie zrobił jeszcze tysiąca rzeczy, które sobie założył. I to nie z lenistwa, tylko z braku tytułowego bohatera…

W weekend majowy spotkały mnie dwie niespodzianki: jedna mało przyjemna, druga była osłodą po tej pierwszej. Nieprzyjemną niespodzianką było to, że mój poniedziałkowy zmiennik bardzo wziął sobie do serca świętowanie pierwszomajowe i przyszedł bardzo wczorajszy do pracy. Został wykopany natychmiastowo z marketu, a ja zostałam na posterunku na kolejnych siedem godzin po wyrobionych ustawowo swoich ośmiu. Cała, pełna dniówka piętnastogodzinna, to jednak nie jest szczyt moich marzeń. Na dodatek przepadła mi wizyta u specjalisty, na którą trochę czekałam. Żeby było śmieszniej, Koordynator „zapomniał” zadzwonić do mnie z informacją, że mogę spokojnie opuścić miejsce pracy o godzinie szesnastej, bo już wszystko ugadał z dyrekcją marketu. Och, przecież jestem telepatką i jasnowidzem, więc powinnam była wiedzieć, o czym i z kim rozmawia, prawda? Nic to… było, minęło, niech im ziemia lekką będzie, a korzonki słodko pachną 😉

Przyjemną, a nawet okropnie radosną niespodzianką taką nie do końca było to, że przyjechała w odwiedziny do nas S., której nie widziałam od ostatniego turnieju w Będzinie, na jakim udało mi się być. Hera od razu przyniosła sznurek do zabawy i trykając ją nosem, zachęcała do zabawy – znaczy, że akceptacja nowego „domownika” przebiegła nader pomyślnie. Wybraliśmy się też na działkę (większą grupą, bo na miejscu dołączyli do nas A. i P.), by przetestować możliwości nowego, własnoręcznie przez G. skonstruowanego grilla. Niestety, pogoda stwierdziła, że nie będzie nas rozpieszczać i piknik przebiegł pod znakiem strugi deszczu i przejmującego zimna. Ale za to na grillu smacznie upiekły się pyszności: kiełbaski, karkóweczki, cukinie, ziemniaczki i papryczki – czysta rozkosz! Ze względu jednak na okrutne zimno i wszechobecną wilgoć nasza majówka nie trwała zbyt długo. Zawinęliśmy się do domu i przy ciastkach i jabłeczniku domowej roboty, popijając gorącą, zieloną herbatkę spędziliśmy miło czas aż do wieczora, kiedy to trzeba było z żalem się rozstać…

This slideshow requires JavaScript.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. starczyło parę ciepłych dni, by nasiona wreszcie zaczęły kiełkować. Na drzewach zawiązują się powoli owoce. Być może będziemy mogli się pochwalić pierwszymi jabłkami z naszej jabłonki? Śliwek węgierek i wiśni, jak zwykle, będzie zatrzęsienie. Mirabelki też dopiszą, co widać po ilości już rumieniących się owoców. Owoce agrestu już rosną, nabierając słodyczy. Porzeczki w wielkich kiściach się zielenią jeszcze i pęcznieją z wolna, ale już widać, że będzie ich więcej, niż w ubiegłym roku. Może nie będzie to klęska urodzaju, ale powinno się dać z nich zrobić trochę konfitur. Przemarznięte pomidory i papryki zostają powoli zastępowane nowymi sadzonkami, a tunel z wolna się zapełnia zielenią i zapachami tak dla niego typowymi. Nawet wyrosła nam w nim jedna truskawka, znaczy jeden krzaczek truskawkowy, który już ma zawiązane owoce. A jedna truskaweczka zaczęła się czerwienić. W każdej wolnej chwili staram się zrobić jak najwięcej. Gdy tylko jest dobra pogoda (nie pada i nie jest zimno), a w szkole nie mam nic zadane, zaraz po pracy idę w „pole” i do wieczora, póki sił starczy staram się wszystko ogarnąć. Perz rośnie jeszcze lepiej, niż wszystkie warzywa i owoce razem wzięte. Jak jednego dnia ogarnę daną część ziemi, to na drugi dzień mogłabym zacząć wszystko od nowa. Taka syzyfowa praca… Póki co nie widać ślimaków. To znaczy są, ale gajowe, z muszelkami. Pomrowów ani widu, ani słychu. Tyle dobrze. Trutka profilaktycznie wysypana została wokół ogrodzenia całej działki, zwłaszcza w miejscu graniczenia z rzeką, żeby nie nalazły stamtąd, bo nie wierzę, że tak po prostu wyginęły, czy też się wyprowadziły. Problemem natomiast są w tym roku mszyce i mrówki. Oba szkodniki nie potrafią bez siebie żyć, a szkód potrafią sporych narobić, więc trzeba je wytępić do nogi. Mrówki są na działce od początku, bo dobrze się czuły na ugorze, ziemi nie ruszanej od wielu lat łopatą, widłami, czy inną glebogryzarką i miały się świetnie. Mamy do wyboru czarne mrówy i czerwone, które gryzą tak wściekle, że nogi puchną, a skóra piecze, jakby ją kto przypiekał. Cóż, pozbyliśmy się pomrowów, pozbędziemy się i mrówek. Innego wyjścia nie ma.

This slideshow requires JavaScript.

W szkole wciąż to samo: lekcje, prace zaliczeniowe i egzaminy. Raz częściej, raz rzadziej te dwie ostatnie opcje występują, ale dają popalić. Staram się nie mieć zaległości i przygotowywać zlecone zadania, jak najlepiej potrafię, często spędzając noce przed komputerem lub wstaję bladym świtem, nim pierwsza papużka się odezwie i próbuję ogarnąć wszystko, co trzeba. Jak na razie udaje mi się osiągać najlepsze wyniki w grupie. Mam nadzieję, że to samo będzie i na ostatnim, końcowym, państwowym egzaminie, którego bardzo się obawiam. Od niego zależy wszystko: nowy zawód, nowe, szersze możliwości, może nowa praca…? Ale do tego czasu jeszcze muszę skończyć ten i przyszły semestr, a także dokończyć praktyki zawodowe z masażu sportowego i wodnego. Z tym ostatnim podejrzewam, że będzie największy kłopot. Coś się wymyśli. Może przez wakacje uda mi się załapać na praktyki, bo wtedy odejdą zajęcia co weekend i będę mogła ten zyskany czas poświęcić na dalsze kształcenie.

Ostatnio, za namową koleżanki z pracy… albo inaczej: spodobał mi się jej gadżet i nabyłam sobie taki sam. Czemu wydałam ciężko zarobione pieniądze na jakąś popierdółkę? Ano dlatego, żeby zobaczyć wreszcie, ileż to kilometrów w pracy nabijam, łażąc w pracy w tę i nazad, pilnując, czy bramki nie będą piszczeć 😉 Otóż owym gadżetem jest smartwatch. Dość dobrze trzyma się ręki i nie przeszkadza w żadnych codziennych czynnościach, choć swoje gabaryty ma. I ma coś, co zwie się podometr, czyli takie ustrojstwo, co liczy kroki, które się zrobi w jego obecności. Oczywiście nie jest to najdokładniejszy pomiar, ale już daje jako taki pogląd na to, ile się człowiek nachodzi, żeby tę jałmużnę na koniec miesiąca dostać. Dziennie wyrabiam się bez problemu ponad normę 1000 kroków, którą podometr ustawioną „fabrycznie”. Chyba trzeba będzie ustawić inną średnią, bo takie przekraczanie (dosłownie) tej granicy i to bez wkładania większego trudu nie jest zabawą. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki „dzień, jak co dzień” w robocie.

Z przyjemniejszych rzeczy jeszcze dostałam prezent z życzeniem powodzenia w nauce. Znaczy się stół dostałam do masażu z przydatkami do niego: jak wałki i prześcieradła. Na razie nie miałam okazji go porządnie przetestować, ale pierwsze wrażenie po rozłożeniu jest bardzo dobre. Stół jest wygodny dla każdego z uczestników zabiegu: masowanemu wygodnie się leży, a masującemu wygodnie się masuje. Choć w pierwszej chwili wystraszyłam się, że 60 cm szerokości, to jednak za wiele, jak na moje gabaryty, ale jednak szybko okazało się, że to żadna przeszkoda, jeśli dobierze się odpowiednio wysokość stołu. Mogę sięgać wszędzie tam, gdzie trzeba bez jakiejkolwiek specjalnej gimnastyki. Ach, niech no ja tylko będę miała więcej wolnego czasu i sił! Bym już z chęcią wypróbowywała na wszystkich nowy sprzęt 😉

Nie będę Was już dłużej zanudzać, bo i późno już (prawie dwudziesta druga na zegarze), i mózg już zaczyna przysypiać po tym, jak od godziny piątej rano musiał pracować na wysokich obrotach, bym mogła napisać pracę zaliczeniową jeszcze raz, bo poprzednia została odrzucona przez wykładowczynię. Nie miałam pomysłu na zagospodarowanie zadanego tematu, ale już mi się udało na szczęście wszystko ogarnąć w stopniu zadowalającym.

Żegnam się zatem, pisząc dobranoc.

4 komentarze

Filed under masaż, nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo

Work, work, work

Z pracy do pracy i potem jeszcze do pracy, jeśli czas pozwala i pogoda. Mam na myśli kolejno: pracę zarobkową, przetwory w domu i lekkie porządki (bo pies zrzuca sierść ciągle, a papugi robią „porządek” zawsze i wszędzie), a jak starczy czasu, to lecę na działkę ogarnąć to i owo.

Dziś udało mi się nastawić ogórki do kiszenia. Wreszcie! Na szczęście żadnego nie musiałam wyrzucać z powodu zepsucia. Są wytrzymałe, wielkie i przesłodkie. Słoików wyszło jedynie cztery. Jeszcze dwa mam w zapasie. A słoiki „ledwo” czterolitrowe. Mam nadzieję, że wyjdą choćby dobre.

A taki ładny mutancik nam wyrósł :)

A taki ładny mutancik nam wyrósł 🙂

Pełny zlewozmywak pyszności :D

Pełny zlewozmywak pyszności 😀

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić...

Tylko cztery słoiczki dałam radę napełnić…

A tak wyglądają wiśnie i inne owoce (porzeczki, truskawki) gotowe na przyjście zimy:

Słoiki z martwą naturą w tle ;)

Słoiki z martwą naturą w tle 😉

Jeszcze zostały mi do zamarynowania rzodkiewki, za chwilę do słoików pójdą kalarepy i fasolka szparagowa. Cukinie dojrzewają w oczach, dynie robią się coraz bardziej krągłe, a i pomidory już zaczynają dojrzewać. Będą kolejne przeciery. Śliwki węgierki i mirabelki się zaczynają wybarwiać, więc i kolejne konfitury i kompoty będą pojawiać się w spiżarni.

Wciąż namawiam na działkową sałatę 😉

I na darmowy masaż 😀

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, papużki, pieseł, praca zawodowa, życie

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Miało być tak ładnie, a wyszło, jak zawsze

Bo dzień zapowiadał się naprawdę miło. Słońce nie prażyło nazbyt mocno, chłód nocy nadal pozostawał w murach, a w lesie było jeszcze przyjemniej, bo dochodził do tego leciutki, chłodny wiaterek, delikatnie szemrzący zielonymi liśćmi drzew. I wszystko było takie piękne, dopóki nie zjawili się Oni. Pies i jego Człowiek. Pies wielkości zasuszonego kucyka (hart polski), mający komendy w głębokim poważaniu, agresywny tylko do psów. Suki gwałci. Ale dla jego Ludzi on się bawi. Puściłam zatem naszą psiejdę ze smyczy, bo tak ma większą szansę na uniknięcie gwałtu, niż jakby stała na smyczy przy mnie. No i trochę się w chłodzie wybiega, bo po południu, to i patyk nie wygląda za bardzo ciekawie i intrygująco. Umykała zgrabnie napalonemu amantowi do czasu… Naparł na nią z boku. Nie wyrobiła na zakręcie i nim zdążyłam zareagować, już miałam dwa psy wbite w moje nogi. Jedna jeszcze nie doszła do ładu po przestawianiu kanapy, a druga już nie chciała działać. Człowiek odwołał Psa i sobie poszedł. Co się będzie przejmował kimś, kto ledwo stoi, bo Pies przecież musi się wybiegać, wyszaleć i pospacerować bez smyczy. Usiadłam, bo stać nie szło. Piesa położyła się obok. I tak sobie leżo-siedziałyśmy. Z daleka Człowiek tylko zakrzyknął: „Skręcona?”, „Nie, złamana w trzech miejscach” chciałam odkrzyknąć, ale pokręciłam tylko głową. Kiedy ból największy zelżał, poszłyśmy dalej. Teraz siedzę i czuję, że jednak noga mi spuchła, a staw skokowy jest jakby mniej ruchliwy. Cóż, maść w dłoń i będziemy rozwiązywać problem.

Z rana pojechałam jeszcze na działkę. Rowerem. Podlałam ominięte wczoraj z braku czasu grządki, znalazłam przeoczonego wczoraj pomidora i go od razu zjadłam. Nie byłam w stanie się oprzeć zapachowi. A pomidor? Niebo w gębie! Z tym właśnie smakiem tęskniłam przez cały rok, mając jego namiastkę tylko w postaci przecieru pomidorowego, stojącego w karnych rzędach i szeregach w piwnicznej szafie. Mam nadzieję, że jutro też mi się uda podjechać i trochę popracować nad odchwaszczeniem.

Z cukinii, kalarepy, rzodkwi letniej, kalafiora i brokuła zrobiłam potrawkę na bulionie. Pycha! Nie ma to jak własne, zdrowe warzywa, ugotowane w wolnowarze. Na lekko chrupko. Cały gar, który mieści 6,5 litra. Prawie z górką. Będzie na parę dni. A taka potrawkowa zupa, to najlepsza rzecz, jaka daje się zjeść w takie upały. Nią też się mogę podzielić 😉

Aha! Jakby ktoś potrzebował sałaty (masłowej, rzymskiej), to mogę odstąpić, bo narosło nam ich znów mnóstwo. Zapraszam zatem do umawiania się po odbiór.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, pieseł, rolniczo, zaokienne życie

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie