Tag Archives: Hera

Pierwszy tydzień nowego roku…

Cóż… Niedawno jeszcze szykowałam się do Świąt, potem do Sylwestra, a tu już mamy dziewiąty dzień nowego roku. Jeszcze chwila i będę umierać z nerwów na egzaminie pisemnym, który ma mi dać uprawnienia do wykonywania zawodu. Boję się go okrutnie… no bo jak nie zdam, to na kolejny rok utknę w pracy, która mi nie pasuje pod wieloma względami i w której zaczynam się męczyć. Nie mam więc opcji innej, niż zdać. Jeśli pytania będą normalne, to choćby i na trói, ale dam radę. Jeżeli jednak będą podchwytliwe lub z działów, których nie było na zajęciach, to polegnę… Zostały jeszcze trzy dni… potem się zobaczy.

Z dobrych wieści: moje oko uczy się współpracować z nową, sztuczną soczewką. Na razie jest to widzenie mocno podwójne, bo przez ponad miesiąc widziałam świat w 2D, a teraz trzeba znów patrzeć w 3D. I wcale nie jest to proste. Dziś już jest o wiele lepiej, bo mogę patrzeć na klawiaturę i widzieć wyraźnie litery, w które uderzają moje palce. Gorzej z czytaniem z ekranu. Zatem jeśli pojawią się jakieś literówki, czy błędy, przepraszam z góry. Po prostu ich nie dostrzegę… Idąc czuję się, jakbym dużo i ostro popiła. Każde obrócenie głowy, mrugnięcie oczami, czy przesunięcie oczami po okolicy, skutkuje rozdwojeniem obrazu. Po chwili skupienia na jednym obiekcie, widzenie się normuje, ale… wystarczy lekki ruch gałkami ocznymi i już wszystko zaczyna się od nowa… jednak jest już lepiej, niż było w czwartek, kiedy to o raz pierwszy mogłam spojrzeć na świat oboma oczyma.

Na dworze mocno ujemne temperatury. Owszem, jest dobrze, nie narzekam. Wymrozić cholerstwo wszelakie musi. Nie ma innej opcji. Najwięcej na minusie odnotowałam -17*C . Dziś rano. Mój organizm też to odnotował. Ledwo dotarłam do pracy, bo szłam piechotą (biletu autobusowego nie miałam) i pod koniec trasy już zamarzałam. Teraz jest już o wiele cieplej, bo jedynie -9*C. Jest mróz, jest śnieg – czyli zima pełną gębą. W końcu.

A tak zima wygląda w „naszym” lesie:

zima-2017-01zima-2017-02zima-2017-03zima-2017-04

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

A czas sobie płynie…

Że płynie, to wiadomo. Widać gołym okiem. Ale na pewno nie „wolniutkim tik-tak”. Ledwo się człowiek obróci, a tu już noc i koniec zabawy. A potem uświadamia sobie, że nie zrobił jeszcze tysiąca rzeczy, które sobie założył. I to nie z lenistwa, tylko z braku tytułowego bohatera…

W weekend majowy spotkały mnie dwie niespodzianki: jedna mało przyjemna, druga była osłodą po tej pierwszej. Nieprzyjemną niespodzianką było to, że mój poniedziałkowy zmiennik bardzo wziął sobie do serca świętowanie pierwszomajowe i przyszedł bardzo wczorajszy do pracy. Został wykopany natychmiastowo z marketu, a ja zostałam na posterunku na kolejnych siedem godzin po wyrobionych ustawowo swoich ośmiu. Cała, pełna dniówka piętnastogodzinna, to jednak nie jest szczyt moich marzeń. Na dodatek przepadła mi wizyta u specjalisty, na którą trochę czekałam. Żeby było śmieszniej, Koordynator „zapomniał” zadzwonić do mnie z informacją, że mogę spokojnie opuścić miejsce pracy o godzinie szesnastej, bo już wszystko ugadał z dyrekcją marketu. Och, przecież jestem telepatką i jasnowidzem, więc powinnam była wiedzieć, o czym i z kim rozmawia, prawda? Nic to… było, minęło, niech im ziemia lekką będzie, a korzonki słodko pachną 😉

Przyjemną, a nawet okropnie radosną niespodzianką taką nie do końca było to, że przyjechała w odwiedziny do nas S., której nie widziałam od ostatniego turnieju w Będzinie, na jakim udało mi się być. Hera od razu przyniosła sznurek do zabawy i trykając ją nosem, zachęcała do zabawy – znaczy, że akceptacja nowego „domownika” przebiegła nader pomyślnie. Wybraliśmy się też na działkę (większą grupą, bo na miejscu dołączyli do nas A. i P.), by przetestować możliwości nowego, własnoręcznie przez G. skonstruowanego grilla. Niestety, pogoda stwierdziła, że nie będzie nas rozpieszczać i piknik przebiegł pod znakiem strugi deszczu i przejmującego zimna. Ale za to na grillu smacznie upiekły się pyszności: kiełbaski, karkóweczki, cukinie, ziemniaczki i papryczki – czysta rozkosz! Ze względu jednak na okrutne zimno i wszechobecną wilgoć nasza majówka nie trwała zbyt długo. Zawinęliśmy się do domu i przy ciastkach i jabłeczniku domowej roboty, popijając gorącą, zieloną herbatkę spędziliśmy miło czas aż do wieczora, kiedy to trzeba było z żalem się rozstać…

This slideshow requires JavaScript.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. starczyło parę ciepłych dni, by nasiona wreszcie zaczęły kiełkować. Na drzewach zawiązują się powoli owoce. Być może będziemy mogli się pochwalić pierwszymi jabłkami z naszej jabłonki? Śliwek węgierek i wiśni, jak zwykle, będzie zatrzęsienie. Mirabelki też dopiszą, co widać po ilości już rumieniących się owoców. Owoce agrestu już rosną, nabierając słodyczy. Porzeczki w wielkich kiściach się zielenią jeszcze i pęcznieją z wolna, ale już widać, że będzie ich więcej, niż w ubiegłym roku. Może nie będzie to klęska urodzaju, ale powinno się dać z nich zrobić trochę konfitur. Przemarznięte pomidory i papryki zostają powoli zastępowane nowymi sadzonkami, a tunel z wolna się zapełnia zielenią i zapachami tak dla niego typowymi. Nawet wyrosła nam w nim jedna truskawka, znaczy jeden krzaczek truskawkowy, który już ma zawiązane owoce. A jedna truskaweczka zaczęła się czerwienić. W każdej wolnej chwili staram się zrobić jak najwięcej. Gdy tylko jest dobra pogoda (nie pada i nie jest zimno), a w szkole nie mam nic zadane, zaraz po pracy idę w „pole” i do wieczora, póki sił starczy staram się wszystko ogarnąć. Perz rośnie jeszcze lepiej, niż wszystkie warzywa i owoce razem wzięte. Jak jednego dnia ogarnę daną część ziemi, to na drugi dzień mogłabym zacząć wszystko od nowa. Taka syzyfowa praca… Póki co nie widać ślimaków. To znaczy są, ale gajowe, z muszelkami. Pomrowów ani widu, ani słychu. Tyle dobrze. Trutka profilaktycznie wysypana została wokół ogrodzenia całej działki, zwłaszcza w miejscu graniczenia z rzeką, żeby nie nalazły stamtąd, bo nie wierzę, że tak po prostu wyginęły, czy też się wyprowadziły. Problemem natomiast są w tym roku mszyce i mrówki. Oba szkodniki nie potrafią bez siebie żyć, a szkód potrafią sporych narobić, więc trzeba je wytępić do nogi. Mrówki są na działce od początku, bo dobrze się czuły na ugorze, ziemi nie ruszanej od wielu lat łopatą, widłami, czy inną glebogryzarką i miały się świetnie. Mamy do wyboru czarne mrówy i czerwone, które gryzą tak wściekle, że nogi puchną, a skóra piecze, jakby ją kto przypiekał. Cóż, pozbyliśmy się pomrowów, pozbędziemy się i mrówek. Innego wyjścia nie ma.

This slideshow requires JavaScript.

W szkole wciąż to samo: lekcje, prace zaliczeniowe i egzaminy. Raz częściej, raz rzadziej te dwie ostatnie opcje występują, ale dają popalić. Staram się nie mieć zaległości i przygotowywać zlecone zadania, jak najlepiej potrafię, często spędzając noce przed komputerem lub wstaję bladym świtem, nim pierwsza papużka się odezwie i próbuję ogarnąć wszystko, co trzeba. Jak na razie udaje mi się osiągać najlepsze wyniki w grupie. Mam nadzieję, że to samo będzie i na ostatnim, końcowym, państwowym egzaminie, którego bardzo się obawiam. Od niego zależy wszystko: nowy zawód, nowe, szersze możliwości, może nowa praca…? Ale do tego czasu jeszcze muszę skończyć ten i przyszły semestr, a także dokończyć praktyki zawodowe z masażu sportowego i wodnego. Z tym ostatnim podejrzewam, że będzie największy kłopot. Coś się wymyśli. Może przez wakacje uda mi się załapać na praktyki, bo wtedy odejdą zajęcia co weekend i będę mogła ten zyskany czas poświęcić na dalsze kształcenie.

Ostatnio, za namową koleżanki z pracy… albo inaczej: spodobał mi się jej gadżet i nabyłam sobie taki sam. Czemu wydałam ciężko zarobione pieniądze na jakąś popierdółkę? Ano dlatego, żeby zobaczyć wreszcie, ileż to kilometrów w pracy nabijam, łażąc w pracy w tę i nazad, pilnując, czy bramki nie będą piszczeć 😉 Otóż owym gadżetem jest smartwatch. Dość dobrze trzyma się ręki i nie przeszkadza w żadnych codziennych czynnościach, choć swoje gabaryty ma. I ma coś, co zwie się podometr, czyli takie ustrojstwo, co liczy kroki, które się zrobi w jego obecności. Oczywiście nie jest to najdokładniejszy pomiar, ale już daje jako taki pogląd na to, ile się człowiek nachodzi, żeby tę jałmużnę na koniec miesiąca dostać. Dziennie wyrabiam się bez problemu ponad normę 1000 kroków, którą podometr ustawioną „fabrycznie”. Chyba trzeba będzie ustawić inną średnią, bo takie przekraczanie (dosłownie) tej granicy i to bez wkładania większego trudu nie jest zabawą. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki „dzień, jak co dzień” w robocie.

Z przyjemniejszych rzeczy jeszcze dostałam prezent z życzeniem powodzenia w nauce. Znaczy się stół dostałam do masażu z przydatkami do niego: jak wałki i prześcieradła. Na razie nie miałam okazji go porządnie przetestować, ale pierwsze wrażenie po rozłożeniu jest bardzo dobre. Stół jest wygodny dla każdego z uczestników zabiegu: masowanemu wygodnie się leży, a masującemu wygodnie się masuje. Choć w pierwszej chwili wystraszyłam się, że 60 cm szerokości, to jednak za wiele, jak na moje gabaryty, ale jednak szybko okazało się, że to żadna przeszkoda, jeśli dobierze się odpowiednio wysokość stołu. Mogę sięgać wszędzie tam, gdzie trzeba bez jakiejkolwiek specjalnej gimnastyki. Ach, niech no ja tylko będę miała więcej wolnego czasu i sił! Bym już z chęcią wypróbowywała na wszystkich nowy sprzęt 😉

Nie będę Was już dłużej zanudzać, bo i późno już (prawie dwudziesta druga na zegarze), i mózg już zaczyna przysypiać po tym, jak od godziny piątej rano musiał pracować na wysokich obrotach, bym mogła napisać pracę zaliczeniową jeszcze raz, bo poprzednia została odrzucona przez wykładowczynię. Nie miałam pomysłu na zagospodarowanie zadanego tematu, ale już mi się udało na szczęście wszystko ogarnąć w stopniu zadowalającym.

Żegnam się zatem, pisząc dobranoc.

4 komentarze

Filed under masaż, nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Miało być tak ładnie, a wyszło, jak zawsze

Bo dzień zapowiadał się naprawdę miło. Słońce nie prażyło nazbyt mocno, chłód nocy nadal pozostawał w murach, a w lesie było jeszcze przyjemniej, bo dochodził do tego leciutki, chłodny wiaterek, delikatnie szemrzący zielonymi liśćmi drzew. I wszystko było takie piękne, dopóki nie zjawili się Oni. Pies i jego Człowiek. Pies wielkości zasuszonego kucyka (hart polski), mający komendy w głębokim poważaniu, agresywny tylko do psów. Suki gwałci. Ale dla jego Ludzi on się bawi. Puściłam zatem naszą psiejdę ze smyczy, bo tak ma większą szansę na uniknięcie gwałtu, niż jakby stała na smyczy przy mnie. No i trochę się w chłodzie wybiega, bo po południu, to i patyk nie wygląda za bardzo ciekawie i intrygująco. Umykała zgrabnie napalonemu amantowi do czasu… Naparł na nią z boku. Nie wyrobiła na zakręcie i nim zdążyłam zareagować, już miałam dwa psy wbite w moje nogi. Jedna jeszcze nie doszła do ładu po przestawianiu kanapy, a druga już nie chciała działać. Człowiek odwołał Psa i sobie poszedł. Co się będzie przejmował kimś, kto ledwo stoi, bo Pies przecież musi się wybiegać, wyszaleć i pospacerować bez smyczy. Usiadłam, bo stać nie szło. Piesa położyła się obok. I tak sobie leżo-siedziałyśmy. Z daleka Człowiek tylko zakrzyknął: „Skręcona?”, „Nie, złamana w trzech miejscach” chciałam odkrzyknąć, ale pokręciłam tylko głową. Kiedy ból największy zelżał, poszłyśmy dalej. Teraz siedzę i czuję, że jednak noga mi spuchła, a staw skokowy jest jakby mniej ruchliwy. Cóż, maść w dłoń i będziemy rozwiązywać problem.

Z rana pojechałam jeszcze na działkę. Rowerem. Podlałam ominięte wczoraj z braku czasu grządki, znalazłam przeoczonego wczoraj pomidora i go od razu zjadłam. Nie byłam w stanie się oprzeć zapachowi. A pomidor? Niebo w gębie! Z tym właśnie smakiem tęskniłam przez cały rok, mając jego namiastkę tylko w postaci przecieru pomidorowego, stojącego w karnych rzędach i szeregach w piwnicznej szafie. Mam nadzieję, że jutro też mi się uda podjechać i trochę popracować nad odchwaszczeniem.

Z cukinii, kalarepy, rzodkwi letniej, kalafiora i brokuła zrobiłam potrawkę na bulionie. Pycha! Nie ma to jak własne, zdrowe warzywa, ugotowane w wolnowarze. Na lekko chrupko. Cały gar, który mieści 6,5 litra. Prawie z górką. Będzie na parę dni. A taka potrawkowa zupa, to najlepsza rzecz, jaka daje się zjeść w takie upały. Nią też się mogę podzielić 😉

Aha! Jakby ktoś potrzebował sałaty (masłowej, rzymskiej), to mogę odstąpić, bo narosło nam ich znów mnóstwo. Zapraszam zatem do umawiania się po odbiór.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie, pieseł, rolniczo, zaokienne życie

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie

Wiosna w pełni, prace polowe ruszyły

13-05

Kijowy dzień. Taki do kitu. Najpierw ledwo się wywlekłam z łóżka, bo mięśnie się buntowały po dwóch dniach wytężonej pracy fizycznej i po nieruchomo spędzonej nocy (jak zasnęłam, tak się obudziłam – w tej samej pozycji). Przeglądając strony w zakładkach, jak co dzień zerknęłam na ogłoszenie o Domu, łudząc się wciąż nadzieją, że znów będzie dostępny i będziemy mieć drugą szansę. Niestety, stało się inaczej. Dziś ogłoszenia na stronie już nie było. Ktoś ma prezepiękne miejsce do życia… Potem poszłyśmy z Piesą zwiedzić las. No i przy powrocie żółta karteczka przypomniała mi, że dziś będą łazić kominiarze i gazownicy. Cóż pozostało? Zjadłam śniadanie i nieco ogarnęłam mieszkanie, żeby wstydu nie było przed obcymi. Nastawiłam pranie w pralce i zmywarce, żeby zapełnić czas oczekiwania na wizytę specjalistów. Mieli się pojawić między 9 a 10:30. Nie pojawili się. Niestety, nie mogłam dłużej na nich czekać, bo miałam kila spraw do załatwienia na mieście, a które chciałam załatwić jak najszybciej, żeby się przeturlać jeszcze na działkę, póki pogoda słoneczna, choć chłodna i wietrzna. Zirytowałam się nieco takim traktowaniem ludzi. Skoro umawiam się na daną godzinę, czy powiadamiam, że się pojawię w takim a nie innym przedziale godzinowym, to się stawiam, a nie robię sobie jaja. Z domu wyszłam ok. 10:45 – 10:50 i nadal nikoguśieńko nie było widać w okolicy, a kominiarze są charakterystyczni w swoim wyglądzie, więc na pewno bym nie przegapiła kogoś takiego. Gotowa byłam poczekać, zawrócić nawet, żeby mieć to już z głowy, ale nie było dla kogo się poświęcać…

Na szczęście wszystko, co miałam do załatwienia udało się załatwić i spokojnie mogę czekać, aż się pranie dokończy. A jak je rozwieszę, to się wybiorę trochę na działce popracować nad lepszym wyglądem i zapleczem kulinarnym.

14-05

Dowiedziałam się, czemu wczoraj nikogo od gazu nie było. Podobno nikt nie chciał bidokom drzwi od klatki schodowej otworzyć. Kij im w oko. Jakoś ich mi nie żal.

Na działce wczoraj nie zrobiłam nic. Mimo że słońce świeciło, było w miarę ciepło, to nie miałam sił po maratonie poniedziałkowo-wtorkowym. Oj, muszę koniecznie znaleźć coś na doenergetyzowanie się, bo to nie jest fajne tak zdychać i być bez sił po dwóch dniach wytężonej pracy… ciekawe, jak ja dałam radę ponad miesiąc zapinkalać w Hamburgu?

Planuję wciąż wyjść dziś i popracować w „polu”, bo sił mam już trochę nazbieranych i chęci też są… tylko to zimno na dworze i to, że na deszcz się zanosi… patrzę w okno, na termometr i myślę, że chyba się wybiorę na działkę jutro, bo ma być słonecznie i o wiele cieplej. A dziś posprzątam trochę w mieszkaniu i zrobię parę rzemieślniczych popierdółek. Mam kilka małych notatniczków do wykończenia i chciałabym zrobić parę krajek.

Zaczęło padać… cóż, zabieram się za sprzątanie zatem. A wieczorem za naukę i pisanie prac, bo to już powoli się robi koniec semestru i idą zaliczenia, egzaminy i inne takie…

16-05

Część planu wykonana. Warzywa posiane i podlane pieczołowicie. Dziś druga runda. Przytargaliśmy wózek-dwukółkę, więc spokojnie załaduję na nią sadzonki, by je zawieźć na działkę i posadzić w miejsca docelowe, żeby sobie już spokojnie rosły. Trzeba też pogonić kota ślimakom, bo się pojawiły tłumnie i zżerają rośliny. Znowu. W tym roku nie zamierzam im oddać niczego bez walki. Co to, to nie. To będzie prawdziwa bitwa na miarę Grunwaldu. A co? Kto mi zabroni? 😉

A tak się prezentuje skrawek działki. Resztę pokażę też, jak już będzie miała wygląd do pokazania.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

A tu zielona parka.

A tu zielona parka.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. ;)

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. 😉

Pieseł oczywiście był ze mną, bo dlaczego miałby się nudzić sam w domu, jak może się ponudzić ze mną na działce?

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Po powrocie (a wróciliśmy dopiero ok. 19) i zjedzeniu obiadu chciałam siąść i dokończyć nowe notatniczki-wisiorki, ale skutecznie przeszkodził mi w tym  pan sąsiad, który ostatnio po spożyciu alkoholu dostaje małpiego rozumu i drze się na wszystkich nie przebierając w słowach. Jego wypowiedzi zawierają się w stwierdzeniu: ja jestem idealny, reszta to śmiecie. Jego coraz agresywniejsze zachowanie zaczyna mnie nieco niepokoić. Nawet nie „nieco”, a „bardzo”. Czy już wspominałam, że chciałabym się wyprowadzić? Jeśli nie, to piszę: chciałabym się  stąd wyprowadzić. Najlepiej na wieś, na pustkowie, żeby nie mieć codziennie do czynienia z takimi istotami. Zatem, dzięki panu sąsiadowi i jego groźbom podchodzącym już pod groźby karalne trochę mnie roztrzęsło, bo czego, jak czego, ale nie chciałabym stracić zębów, bo podbite oko jeszcze jakoś by szło znieść, a na nowe zęby nie mam funduszy, a szczerbatkiem jakoś nie chce mi się być.

Wieczór natomiast i pół nocy spędziliśmy na przyjemnej rozmowie nad dobrym piwkiem z naszą znajomą zza miedzy. Taki bardzo miły akcent na zakończenie jednego dnia, a rozpoczęcie nowego. Rzadko kiedy mam możliwość spotkać osobę, która nadaje na tych samych falach, a rozmowa płynnie przechodzi z tematu na temat, a te ostatnie nigdy się nie kończą. Podejrzewam, że gdyby nie to, że trochę zaczynał nas sen morzyć, prowadzilibyśmy to spotkanie do białego rana. A może i dłużej.

Nic to, Inka wypita, trza zrobić herbatę i zacząć kolejny dzień.

17-05

I po zajęciach…

Wczoraj nie dałam rady nic napisać, bo calutki dzień spędziłam pracując w „polu”. Piesa bardzo pomagała, zwłaszcza przy transporcie rozsad na działkę. Jest świetnym psem pociągowym. Dodatkowo reaguje na komendy, niczym konik, więc jej pomoc przy ciągnięciu wózka-dwukółki była niezastąpiona. Ona sama miała przy tym zabawę i odrobinkę się zmęczyła, że aż po dotarciu do celu i uzupełnieniu płynów, położyła się w cieniu, zamiast obiec i obwąchać całą działkę. Co prawda po pięciu minutach przytargała patyczek i niemalże wybijając mi oko zachęcała do zabawy w aportowanie. Taki z niej niezniszczalny Pieseł.

Bardzo dużo udało mi się nadrobić prac koniecznych, związanych z sadzeniem warzyw z rozsad do gruntu. Skupiłam się głównie na tunelu foliowym, w którym musiałam najpierw wykarczować perz, który się rozrósł okrutnie, rozkłączył szeroko. A kurzyło się! Aż mi kurzowe wąsy wyrosły, a w nosie miałam kopalnię odkrywkową. Pokonałam też straszną duchotę, jaka zawsze panuje w tunelu. Zwłaszcza w słoneczne dni, takie, jakim była sobota. Bardzo trudno się oddychało, a co dopiero karczowało motyką zielsko. Ale pokonałam wszelkie przeciwności losu i już pięknie zielenią się pomidorki z jednej i papryczki z drugiej strony chodnika.

Ugór też odchwaściłam. Tam było trudniej, bo ziemia mocno jeszcze zbita i trawy inne. Też – jak perz – puszczają kłącza, ale są one o wiele mocniejsze i bardzo trudne do wyrwania. Liście tych traw są twardsze i bardziej ostre. Nie raz udało mi się naciąć skórę dłoni, gdy chwyciwszy taką roślinę za lekko, przejechałam źdźbłem po skórze. Oczywiście rękawiczki mam, ale w domu. Zawsze zapominam je zabrać ze sobą na działkę. Ale udało mi się i tu przywrócić względny porządek i posadzić mnóstwo selera.

Mamy nowe drzewka i krzewy z tegorocznych nasadzeń: dziką różę, morwę, jabłonie, śliwkę, cytrynowce chińskie i morelę. Jak dorosną do wydawania owoców, będzie co jeść i z czego kompoty (i nalewki) zrobić. I konfitury. Tylko pod warunkiem, że będą dawać dużo owoców, a nie tyle, co kot napłakał.

A tak się prezentuje obecnie nasz skrawek wsi w środku miasta:

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział :P

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział 😛

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

Świeżo posadzone selerki.

Świeżo posadzone selerki.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Widok z kartofliska na pole.

Widok z kartofliska na pole.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Nowe krzewiki pod płotem.

Nowe krzewiki pod płotem.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

W naszej dzielnicy przyszedł pomór na psy. Szaleje parwowiroza, która zbiera dość spore żniwo. Nasza Piesa też się temu nie oparła. Diagnoza brzmiała, jak wyrok śmierci. Okazało się jednak, że dzięki szczepionkom Piesa ma odporność i spokojnie zwalcza wirusa. Nic nie wskazywało na to, że choruje. Od czasu do czasu zdarzało się, że była trochę spokojniejsza (co miało miejsce i wcześniej), mniej jadła, zostawiała chrupki na potem, co też nie było niczym nowym. Raz się zdarzyło, że miała nos ciepły i suchy, ale po drugim spacerze już było wszystko w porządku. Bawiła się jak zawsze, za patyczkiem biegała, zachęcała do zabawy sama, przynosząc sznurki. Burczała i sniufała, jak ma we zwyczaju. Dopiero, kiedy pojawiły się luźne kupy (wybaczcie za te wynurzenia), zostaliśmy zaalarmowani, że coś nie do końca jest w porządku. Na szczęście Piesa jest silna i dała sobie doskonale radę z chorobą i już wraca do zdrowia. Inne psy, zwłaszcza te, które nie zostały zaszczepione, nie miały tyle szczęścia.

Zatem pozwolę sobie tutaj wyjechać z apelem do właścicieli psów, a nawet kotów, czy królików, którzy mieszkają w mojej okolicy, czy też w jej okolicy się kręcą, by co najmniej uważnie obserwowali swoje zwierzaki, bo choróbsko przenieść można na butach i odzieży, jak i przez kontakt z zarażonym zwierzęciem. A najlepiej będzie, jak każdy zaszczepi swojego zwierza na parwowirozę, bo – jak widać na powyższym przykładzie – jest to najlepszy sposób na to, by pokonać wirusa.

Na zajęciach było spokojnie – jak zwykle zresztą. Nie cisną nas bardzo na samych lekcjach, bo tu chodzi głównie o przekazanie wiedzy, a nie o jej egzekwowanie przy każdej sposobności. I taka nauka mi się podoba. Bez stresu, ciśnienia, niezdrowej rywalizacji. Na egzaminach i tak wyjdzie kto ile sobie przyswoił. A egzaminy nas czekają już w najbliższej przyszłości. Cóż, trzeba zakasać rękawy i zacząć powoli przyswajać wiedzę, która w trakcie semestru jeszcze się nie przyswoiła.

22 komentarze

Filed under nauka, pieseł, rolniczo, życie