Tag Archives: przędzenie

Prezentowo

Dzień chmurny, burzowy, ciemny i zimny. Wczoraj zmokłam niemal do suchej nitki, bo spacer z Herą zakończony został gwałtowną ulewą. Kiedy doszłam do drzwi klatki schodowej już przestawało padać… złośliwość…? Suszyłam się i rozgrzewałam dość długo i nie zdążyłam pójść do urzędu pocztowego sprawdzić, czy coś nie czeka tam na mnie. Poszłam dopiero dziś, choć po nawałnicy, jaka przeszła nad moim miejscem pracy, obawiałam się, że znów nici z planowanej „wycieczki”. A tu się rozpogodziło, zrobiło duszno i parno…

Na poczcie odebrałam jedną z oczekiwanych przesyłek, która czekała tam na mnie już cały tydzień. Cóż, nadawca nie podesłał mi numeru nadania, a że zażyczyłam sobie odbiór w punkcie, to mam.

Kiedy przyszłam do domu, zabrałam Herę do lasu, żeby zdążyć przed kolejną burzą o ile taka miała nastąpić. W lesie zrobiły się istne mokradła po ulewie… Buty na szczęście mam wodoszczelne, bo wodę i wpuszczą, i wypuszczą, więc po kilku krokach już miałam mokro. W skarpetkach. Wilczessa wybiegała się ze swoim kolegą Elmo i utytłała lekko w błocie. Lekko, bo ona, jak na Wilczessę przystało, nie babra się w błocie i kałużach. Takie zabawy jej nie interesują…

Wróciłyśmy mokre z tej wyprawy… nawet za dobrze nie zdążyłam się ogarnąć po powrocie, a tu słyszę stukanie do drzwi… a za progiem sąsiadka z pakunkiem – drugą paczuszką, której wyglądałam. No, prezentów cała masa!

Już piszę, co było w owych paczuszkach…

Pierwsza zawierała… wrzeciono. Nie takie pierwsze z brzegu, ale smocze wrzeciono! Zostało one stworzone przez Eponę. Wiem, miejsca w mieszkaniu niewiele, a ja zabrałam się za kolekcjonowanie… jedyne, co mogę napisać na swoje usprawiedliwienie to to, że jest to kolekcjonerstwo użytkowe. Każde z wrzecion jest w jakiś sposób zagospodarowane zgodnie z przeznaczeniem. A wygląda tak oto:

smok07

Druga paczuszka zawierała… pałki bambusowe do masażu! Naczekałam się na nie okrutnie, ale i radość tym większa. Wędrowały z Warszawy z Akademii SPA, gdzie ostatnio pobierałam nauki masażu właśnie za ich pomocą. Zatem od dziś mogę oficjalnie poszerzyć swoją ofertę masażową o Masaż Bambusowymi Pałeczkami i Miotełkami. Komu, komu, bo idę do domu?!

008

Tak więc dzień w porównaniu z wczorajszym, który był zły, tragiczny i dołujący ze względu na sytuacje dziwne i niekomfortowe w pracy oraz niesprzyjające okoliczności aury miejscowej, jest niesamowicie pozytywny i radosny.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, masaż, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, smoki

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Ukradziony A. Sapkowskiemu tytuł nadaje się na tytuł tego wpisu jak ulał. Stwierdziłam, że skoro wszyscy robią podsumowania, to i ja też sobie przeanalizuję miniony rok. Może wyjdzie, że wcale nie okaże się on być takim tragicznym, jak mi się obecnie wydaje?

Styczeń

01

Był miesiącem, w którym już brakowało mi czasu i sił, by podołać wszystkiemu, co zaserwowało mi życie. Podejrzewam, że z przemęczenia dorwało mnie zapalenie krtani, z którym i tak musiałam pracować. O tęsknocie za wsią wspominać nie muszę, bo towarzyszy ona moim wpisom od dłuższego czasu.

Pozytywnym elementem w tym miesiącu był AROL, nasze małe, amatorskie radio, które z wolna zyskiwało nowych słuchaczy. Naprawdę dawało „kopa” i napędzało do dalszego wysiłku i działania.

Oczywiście szkoła nadal absorbowała mnóstwo wolnego czasu po pracy. Referaty, egzaminy, zaliczenia – mnóstwo nauki. I coraz bliżej egzaminów końcowych.

Luty

02

Na początek – egzaminy. Końcówka. Poszło wszystko dobrze, na wysokich ocenach. Nauka jednak przysparzała coraz więcej trudności. Coraz trudniej było zapamiętać ważne rzeczy, nauczyć się ich do egzaminów… czyżby symptomy przemęczenia?

Oczywiście AROL wciąż na „tapecie”, bo dzięki niemu można było odetchnąć, podładować się nieco, by znów wykorzystać zapas energii w pracy. I tylko w pracy.

Otrzymałam w tym miesiącu też certyfikat ukończenia kursu masażu bańką chińską. Kolejny dodatek do przyszłego fachu. Zawsze to dodatkowe uprawnienia i umiejętności, które się przydadzą w przyszłej pracy.

No i Turkawka, czyli mój pierwszy, działający (jako-tako) kołowrotek zawsze służąca swoim wrzecionkiem, bym mogła się nieco mocniej zestresować pękającą i nierówno przędzoną nicią. W tym jest ona niezawodna. Ale i tak jej nikomu nie oddam, bo mimo, że ma swoje humory, to na wrzecionie tak szybko nici nie uprzędę, a niekiedy prędkość bardzo się liczy.

Marzec

03

To miesiąc pod znakiem praktyk w gabinecie rehabilitacji. Naprawdę było ciężko: rankiem od 8 do 12 praktyki, a już od 14 musiałam być w pracy i zostać tam aż do 22. Cały dzień poza domem. Na praktykach nie było luzu i opierniczania się, ale robota na wysokich obrotach, że aż pot ciekł po plecach. Dałam radę jednak. Ale od tamtego czasu cierpię na jeszcze większe chroniczne zmęczenie, którego niczym nie jestem w stanie usunąć.

Takie tempo i styl życia, jakie musiałam sobie narzucić (pogodzenie pracy z praktykami i szkołą) nie pozwolił mi na przyjemności w postaci poturkotania na Turkawce, czy poplątania nici na krosnach. AROL pozostał radiem tylko do słuchania.

Kwiecień

04

Żart w Prima Aprilis wyszedł mi, jak nigdy. Zdecydowana większość znajomych uwierzyła, że wyprowadzamy się wreszcie na wymarzoną wieś. Dziękuję Wam jeszcze raz za tyle pozytywnych wpisów pod postem.

Większość miesiąca, to jednak nauka, kolejne egzaminy i praca.

No i zdarzenie, o którym nie wspominałam na forum. Długo też się zastanawiałam, czy teraz w tym podsumowaniu je ująć… cóż…  kwietnia zostałam półsierotą, tracąc mamę, która nie wykaraskała się po drugim udarze. Przez długi czas pomagały mi tabletki uspokajające, które jakoś pozwalały mi utrzymać się na powierzchni i nie zrezygnować z pracy i szkoły, choć miałam takie plany. Wszystko, czego pragnęłam, to zamknąć się w czterech ścianach i nie wychodzić, z nikim nie utrzymywać kontaktu, zniknąć i więcej się nie pojawić. Niestety, nadal (mimo, że uspokajacze odstawiłam) mam ochotę na zniknięcie…

Maj

05

„Weekend” pierwszomajowy upłynął naprawdę wspaniale: na działce zrobiliśmy grilla (co prawda w strugach deszczu, ale mamy przy Ruderce zadaszony „taras”, więc deszcz nam nie straszny. Tylko zimno było. Jedzenia za to sporo naszykowaliśmy i w małym, ale wspaniałym gronie sobie wesoło pomarzliśmy. Najbardziej ucieszyły mnie odwiedziny S., której nie widziałam mnóstwo czasu, a mimo kontaktu przez Internet, strasznie się za nią stęskniłam.

W pracy – stare-nowe problemy, które są nierozwiązywalne, bo system na to nie zezwala i koniec. Wyżej biurokracji nie podskoczysz i tyle. Ludziom też coraz częściej brak piątej klepki i rozsądku albo chociażby zwykłego pomyślunku na „chłopski” rozum.

W szkole – znów referaty, zaliczenia, egzaminy. Znów borykam się z niemożnością wykrzesania z siebie energii do pracy umysłowej, a tu trzeba ją z siebie wykrzesać, bo nie można osiąść na laurach i odpuścić. Jeszcze nie. Najbardziej chyba lubię zajęcia praktyczne w terenie: podczas różnych imprez sportowych nasz wykładowca z masażu zabiera nas i sprzęt i oddajemy swoje umiejętności do darmowej dyspozycji wszystkim chętnym, którzy mają na to chęć. Można poznać naprawdę świetnych ludzi z pasją, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji nabyć doświadczenia w masażu sportowym.

No i chyba największe szczęście: mój własny, prywatny i pierwszy stół do masażu! Nie z najwyższej półki, ale najlepszy z dostępnych w tej cenie, na jaką mogłam sobie pozwolić.

Czerwiec

06

Rocznica podjęcia pracy w ochronie. Nawet teraz ciężko mi ocenić, czy to była dobra, czy zła decyzja. Na pewno dobra w aspekcie finansowym, bowiem dodatkowy grosz pozwolił nam wyjść z zapaści finansowej, w którą wpadliśmy, gdy przez cztery lata nie mogłam znaleźć żadnego zarobku.

Oczywiście, kiedy lato w pełni, kłania się praca w „polu”. Mocno zredukowana ze względu na brak czasu i sił, by wszystkim zadaniom w pełni podołać. Aczkolwiek ile byłam w stanie, tyle starałam się ogarniać.

W szkole? Cóż, wpadł mi w ręce kolejny certyfikat z kinesiotapingu. Bardzo pomocna rzecz takie plastrowanie, naprawdę. Przetestowałam sama, przetestowali G. i G. i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o szybkie usunięcie bólu bez środków farmaceutycznych, to to jest najwłaściwsze rozwiązanie.

I po raz pierwszy na Wystawie w Prudniku zaprezentowaliśmy się jako rzemieślnicy średniowieczni. Oczywiście w odpowiednich ubraniach i z właściwym sprzętem. I po raz pierwszy wygraliśmy główną nagrodę właśnie za przebrania i aranżację stoiska. W sumie mocno się nie napracowaliśmy, bo tylko robiliśmy to, co zwykle się robi na turniejach… w przyszłym roku tez pojedziemy, a co!

Lipiec

07

W lipcu za wesoło nie było. Nad częścią miasta przeszła wichura wyrządzając wiele szkód, zostawiając ludzi (dosłownie) bez dachu nad głową.

Druga smutna rzecz, to koniec sklepu z rękodziełem, prowadzonego przez moją dobrą znajomą. Nie byłam w nim za częstym gościem, czego bardzo żałuję. Niestety, chroniczny brak czasu, sił i dodatkowo wolnych zaskórniaków pieniężnych nie pozwalał na odpowiednie wspieranie rodzimego biznesu.

Ze swoimi krosnami gościłam w MOKu, gdzie w ramach akcji „Ginące zawody”, okazywałam dzieciom uczestniczącym w półkoloniach, jak się tka. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania i zaangażowania w warsztaty. Naprawdę. To było coś niesamowitego, że tak duża i zróżnicowana wiekowo grupa miejskich dzieciaków wkręciła się tak mocno w żmudne przecież tkanie.

Sierpień

08

Mogę odnotować sukces na polu rzemieślniczym, bowiem udało mi się w tym miesiącu zakończyć pracę nad bardzo historycznymi sznurówkami. Robiłam je od podstaw: najpierw uprzędłam wełnę, ustabilizowałam ją w singlu (jednonitkowa przędza) i ręcznie, metodą fingerloop uplotłam dwadzieścia sztuk. Na każdej końcówce zamocowałam skuwki z mosiądzu. Wymagało to ode mnie naprawdę wiele pracy, bowiem nie jestem jeszcze wytrawną prządką, a sznurki plotę na lucecie, co jest o niebo łatwiejsze od plecenia na palcach. Ale udało się.

W sierpniu zaczęliśmy też odnawiać duży pokój, który już się tego domagał po piętnastu latach używania. W pierwszej kolejności poszła na śmietnik szafka ozdobna. Nikt nie chciał jej przygarnąć, więc trzeba się było w drastyczny sposób pozbyć mebla, który do niczego się już by nie przydał.

Dostałam prezent, dość niespodziewany, aczkolwiek mocno przydatny: drugi kołowrotek (nazwany Marianem) z towarzyszącą mu nawijarką. Wszystko naprawdę bardzo przydatne. Zwłaszcza Marian, bo w porównaniu z Turkawką jest kołowrotkowym aniołem. Dzięki niemu poczułam naprawdę prawdziwą radość z przędzenia.

Wrzesień

09

Czas zbiorów. Działka, jak zwykle nam nie poskąpiła. Piwnica zapełnia się przetworami, w kuchni ruszyć się nie można, bo wszędzie skrzynki, wiadra i słoiki.

Marian niemal przez cały czas w używaniu, bo wreszcie mam radochę, że przędę i że tak sprawnie i łatwo mi to idzie.

Odwiedziłam też pierwszy (i – niestety – ostatni) turniej rycerski w tym roku. Bawiłam się setnie, bo w takim towarzystwie nie bawić się dobrze, to grzech. Niestety, choć był to turniej łuczniczy, nie brałam w nim czynnie udziału, gdyż niedomagające oko uniemożliwiało mi używanie łuku. Zrekompensowałam sobie to siedząc, rozmawiając i przędąc na wrzecionie lub plotąc sznurki na lucecie. Nasza Hera robiła furorę, bo każdemu się nasze wilczysko niesamowicie podobało.

Podczas Dni Twierdzy zorganizowałam Dni Przędzenia w Miejscach Publicznych, pokazując, jak się przędzie oraz pozwalając spróbować swoich sił innym. Marian został rozdeptany, Turkawka się buntowała przeciw pracy, a deszcz lał w najlepsze. Mimo to i tak byłam zadowolona, bo mogłam się wbić w średniowieczne ciuchy i posiedzieć przy kołowrotku, prezentując innym, jak to kiedyś robota była żmudna i długotrwała.

Po wakacyjnej przerwie trzeba było też wrócić do szkolnej ławy. Rozpoczęłam w ten sposób ostatni semestr nauki. Do egzaminu zawodowego coraz bliżej…

Do grona papug w tym miesiącu dołączyła Tosia, która nie spodobała się innej samicy i musiała opuścić swój domek. Mam nadzieję, że – jak inne ptaszory – dożyje niczym nie niepokojona i w dobrym zdrowiu do późnej starości.

Październik

10

Minął na nauce i pracy. Znów pogoda deszczowa, nie poprawiająca ani nastroju, ani nie wspomagająca pozbycia się „nicmisięniechcieizmu”.

Przez kilka dni gościłam świnkę morską, którą ktoś podrzucił znajomej D. do wózka dziecięcego na klatce. Przeczekała chwilę i została zabrana przez A. do domu docelowego, gdzie ma stadko towarzyszek do zabawy i zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

Udało się też przypadkiem spotkać z dawnymi znajomymi z bractwa rycerskiego, do którego kiedyś należałam. Włączyliśmy się do ich pokazów i prezentacji, by dobogacić nieco ich pokaz o kilka rzeczy, których oni nie mieli, a my mogliśmy użyczyć swych umiejętności. A to wszystko na betonowej płycie rynku.

Skończyłam też pewien etap w życiu, a mianowicie stuknęła mi czterdziestka. I chyba dopada mnie kryzys wieku średniego… chociaż kryzys, to mnie zawsze dopadał po każdych „okrągłych” urodzinach. Tym razem jednak kopnęło mocniej, bo marzyłam sobie o takich urodzinach na cały weekend: jednego dnia dla rodziny (zaprosić mi się marzyło jak najwięcej ludzi z rodzinki), a drugiego – dla znajomych. I to wszystko w naszym domu na wsi, który pomieściłby wszystkich bez większych problemów. Ale na marzeniach się skończyło…

10a

Listopad

11

Święto Zmarłych obowiązkowo u mamy. Zaczynam tęsknić i uświadamiać sobie nieuniknioność. Trudne święta. I chyba już łatwiejsze nie będą.

Kolejny rok, w którym odpuściłam uczestniczenie  w NaNoWriMo. Nie mogłabym poświęcić każdej wolnej chwili na pisanie, kiedy muszę się uczyć do głównego egzaminu zawodowego. Może gdybym nie musiała być w pracy…?

Szkoła znów pod znakiem prac zaliczeniowych, egzaminów i praktyk. Szkoda, że tak mało czasu dostaliśmy na język migowy, bo bardzo bym się chciała nauczyć go w takim stopniu, by móc spokojnie (choć kulawo i powoli) prowadzić konwersacje z osobami niesłyszącymi lub niedosłyszącymi. Cóż, szkoła ma odmienne od moich poglądy na przydatność niektórych przedmiotów. Dzięki naszemu wykładowcy z masażu mogliśmy znów dać pokaz swoich umiejętności przy okazji maratonu, który przebiegał ulicami naszego miasta. Zmachałam się, ale było warto! Naprawdę móc doszlifować „na żywo” swoje umiejętności, przypomnieć sobie nieco zakurzone (bo dawno nie odświeżane na zajęciach) tematy, to jest to, co lubię. No i praca z ludźmi, która przynosi efekty.

W tym miesiącu też naprawili mi oko. Znaczy starali się je naprawić, bo się zaćmiło. Niczym słońce, czy księżyc raz na jakiś czas. Wiem, że to za wcześnie, jak na takie schorzenie, ale na genetykę nie poradzisz. Operacja przebiegła niezbyt sprawnie z racji strasznie jaskrawego światła, jakim poczęstowali moje nadwrażliwe na światło oko. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że wszystko wróci do szeroko pojętej normy, a wada z -16 dioptrii zmniejszy się do jakichś sensownych wymiarów. Niestety, wolnego udało mi się wyprosić jedynie tydzień: od dnia operacji, do końca miesiąca.

Grudzień

12

Mimo wciąż niezagojonego po operacji oka, trzeba było wrócić do pracy. I przy okazji na prawie „dzień dobry” zaliczyć nockę. Trzeba było przypilnować panów od instalacji CCTV, żeby zamontowali wszystko, jak trzeba i gdzie trzeba, a przy okazji nie wyszli ze sklepu z prezentami. Nie pomogło mi to w dojściu do siebie, bo zaraz po pracy musiałam się poturlać do szkoły, a wcześniej jeszcze dokończyć pracę zaliczeniową.

Przez jeden dzień udało się zobaczyć śnieg. Poprawka – nie dzień, a noc i kawałek dnia dopóki nie wylazło słońce, które wszystko stopiło.

Zirytowała mnie też Administracja Osiedla, która wymyśliła sobie zakaz dokarmiania ptaków zimą. Po długim namyśle (grożą sankcjami i grzywną) stwierdziłam, że sikorki, wróble, mazurki,. dzwońce i kowaliki oraz cała drobnica okoliczna nie zasługują na powolną śmierć głodową. Kiedy jest zimno, a temperatura spada poniżej zera, karmnik jest pełny smacznych ziarenek słonecznika, owsa, konopi i pszenicy, a z boku podwieszona jest kulka z tłuszczem i ziarnami, którą z uwielbieniem obsiadają i dziobią sikory i dzwońce.

Oprócz nauki i pracy rozpoczęłam przygotowania do Świąt. Narobiłam kapusty z grzybami, bigosu, pierożków do barszczu, krokiecików do kapusty, a czego nie zdążyłam zrobić, kupiłam. W Wigilię przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy we czwórkę do rodzinnego domu, dziwnie pustego. Stół był suto zastawiony w święta. Cały czas dbałam o to, by nikomu niczego nie brakowało. I tak jakoś brakowało mamy… wróciliśmy w drugi dzień świąt. Czułam się mocno zmęczona. Ale to nic nowego. Cały czas się czuję zmęczona i nic nie jest w stanie uzupełnić mi energii. Chyba taka moja uroda…

W prezencie noworocznym dostałam wolną sobotę. Gdyby koleżanka, która rozliczała mi przepracowane godziny nie zapomniała policzyć dniówki z ostatniego dnia roku, musiałabym być w pracy przez bite dziewięć godzin. Cóż, dzięki wolnej sobocie nadrobiłam ciut zaległości i przygotowałam dla nas noworoczną kolację.

Podsumowanie

Chyba jednak ten rok nie był bardzo zły. Zabrał mi dużo, bo zostałam osierocona, bo nie mam sił na nic, bo powoli przestaję wierzyć w spełnienie marzeń… mimo tego miał dobre chwile, bo mogłam spotkać się z dawno niewidzianą S. i dostałam w prezencie nowy kołowrotek, podołałam wyzwaniu rzemieślniczemu i zdobyłam dobre stopnie na egzaminach w szkole.

Mam nadzieję, że rok 2017 przyniesie mi spełnienie największego marzenia. A nawet dwóch… 😉

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, masaż, nauka, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, turnieje, zaokienne życie, życie

Zima

No, może nie do końca zima taka, jaką sobie większość wyobraża, bo śniegu u nas ani widu, ani słychu. Podobno pod koniec miesiąca, 30 stycznia ma zacząć padać, bo i temperatura z plusowej zejdzie w minusową. Póki co, musimy cieszyć się opadami… deszczu.

A dlaczego mnie tak na zimę naszło? Abo już zaczynamy żywić się przetworami, których narobiłam na jesień. Już „zniszczyliśmy” po słoiku konfitur z jabłek z cytryną, z zielonych pomidorów, ze śliwek dwa słoiczki poszły (od mamy – pyszne), a i słój bigosu z cukinii już „pękł”, tak samo, jak marynowane rzodkiewki (zapamiętać – w przyszłym sezonie nadwyżkę w marynatę, tylko w marynatę). Za chwilę przyjdzie czas na zupy wszelakie, które „zasłoikowałam”, żeby były na potem i na inne przekąski, zajmujące całą szafkę w kuchni. Taką stojącą. Mojego „wzrostu”.

Śniadanko: chleb gryczany (własnego wypieku) z konfiturami z zielonych pomidorów i z jabłek z cynamonem. Też z własnego przerobu.

Cieszę się z tego, że mamy pełną tę szafkę, bo nie ma nic lepszego, niż swojskie jedzenie. Bez konserwantów, sztucznych, czy naturalnych barwników, aromatów, smaków i innego E. A warzywa? Też własne. Bez sztucznych nawozów, bez chemii – wszystko naturalnie sobie rosło. W tym roku i w tym sezonie też się tak stanie. Motek naprodukował dużo nawozu. Papużki też się starają 😉

Tak po prawdzie, to ja się już wiosny znów doczekać nie mogę, by móc się wyturlać na działkę i tam przesiedzieć cały dzień. Nie tylko plewiąc grządki, bo i parę innych rzeczy jest do zrobienia i to nie działkowego. Na ten przykład wziąć się wreszcie za wory z wełną: przebrać, wyczyścić, wyprać. A takie rzeczy najlepiej robi się tam, gdzie podwórko. Woda nie musi być idealnie czysta, bo i pranie nie będzie idealne. W końcu lanolina na wełnie zostać musi bez dwóch zdań.

A na razie przędę zakupioną w lepszych czasach czesankę, czym chwalę się na rzemieślniczym blogu.

Tymczasem odklejam się od komputera, bo jakoś mi ostatnio wzięło się się znudziło przy nim siedzenie. Ileż można klikać, prawda? 😉

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, kuchennie, prace ręczne

Zwykły dzień…

Po pełnym szaleństwa przygotowań i prób tygodniu, po kolejnym składającym się z drobnego pokazu i przędzenia w parku, zaczął się zwykły poniedziałek. Zwykły, szary i deszczowy, więc o wyprawie na działkę nie ma co marzyć (Pinda gubi kółko, a rower G. wziął i złapał gumę – pozostaje wycieczka piesza). I tak w sumie w deszczu nie da się pracować, bo od razu mam zziębnięte dłonie tak, że tracę w palcach czucie. Ot, starość – nie radość…

Jako że nam pomidory obrodziły i powoli zaczynają już podgniwać (popękały nam ze śmiechu, więc i psują się zdecydowanie szybciej), więc trzeba te kilogramy zagospodarować. Pięć kilo już pojechało do mojej mamy. Drugie pięć właśnie się gotuje w saganie – będzie przecier na zimę! Kolejne kilogramy jeszcze w wiadrach stoją. Będzie więcej przecieru. A ile jeszcze sobie dojrzewa?! Będzie ładny rok pomidorowy.

W sobotę (21.09) nakręciłam całą szpulę na kołowrotku i prawie całe wrzeciono. Nić – oczywiście – nie jest równa, bo ze mnie dopiero początkująca prządka, a w sobotę przędłam drugi raz na swoim kołowrotku, a tak w ogóle to trzeci raz w swoim życiu, więc cudów nie należy się spodziewać. Niestety… choć chciałabym umieć już prząść cieniutkie, równiutkie nitki. Wszak po to zaczęłam w ogóle myśleć o przędzeniu: żeby sobie zrobić takie nici do tkania, jakie chcę.

A przędło się tak:

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Dzień Przędzenia w Miejscach Publicznych

Chciałabym zaproponować Wam spotkanie przy wrzecionie. W najbliższą sobotę, czyli 21 września. Zaczęlibyśmy w Parku Pojednania w centrum Kędzierzyna, a w razie, jakby było za zimno, czy zaczęło siąpić, czy padać, można by się przenieść do pobliskiej Ateny. Zaczniemy kręcić od godziny 14:00.

Kto chętny? Kto się zjawi? Może będą jakieś dodatkowe atrakcje? 😉

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

No i po pokazie

Chwilę odsapnęłam, zrobiłam i zjadłam obiad i zaczynam wracać do siebie.

Pokaz zrobiony, dzieciaki chyba zadowolone, bo sobie potkały krajkę, pobawiły się czesanką, z której na koniec powstały owieczki biegające po średniowiecznym mieście (wyklejały makietę miasta z pomalowanych przez siebie schematów domków), a ja sobie spokojnie przędłam i tkałam na przemian, opowiadając co z czym się łączy i jak powstaje, pokazując oczywiście na własnym przykładzie.  Zatem zobaczyli, jak się przędzie na wrzecionie, jak tka krajkę na bardku, jak splata sznurki na lucecie i metodą fingerloop… Mogłabym robić takie rzeczy, tylko gdyby chcieli jeszcze za to płacić… a z tym ostatnim, wiadomo, jak jest – wszyscy wszystko chcą mieć za darmo… ech…

Wiecie co? Dobrze, że się trochę wykosztowałam na czesankę, bo różnica w pracy z nią a taką ręcznie wygręplowaną wełną, to niebo a ziemia. Strasznie wygodnie się przędzie nitki z takiej taśmy i są w miarę równe jeśli chodzi o grubość. Chyba zacznę zbierać na bębnową gręplarkę…

Jak koleżanka mi zdjęcia podeśle, to je wrzucę. Swoich nie mam, bo nie było jak robić. A szkoda, bo by się trochę przydało…

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne

Nie wiem, zarobiona jestem

Wariacki był ostatni tydzień. Wszystko za sprawą pokazu dla lokalnej organizacji historycznej. Nie miałam czasu na nic zupełnie, bo trzeba było napisać tekst do interpretacji legendy, by dopasować wszystko do naszych możliwości, potem nagrać wszystko i zmontować. Najlepszy czas do nagrywania był późno w nocy, bo inaczej nie było szans na uzyskanie czystego głosu, kiedy za plecami szaleje 15 papug, a po prawej stronie biega, roznosząc klatkę w drobny mak, królik. No po prostu się nie da. Tak więc trzy nocy zarwane, za dnia ćwiczenia walki na miecze, a po południu próby inscenizacji. Boję się, co zastanę na działce. Aż się boję tam jechać… oczami wyobraźni widzę wszystko przeryte przez krety, zjedzone przez nornice i pognite od deszczu… brrr…

Wszystko się udało wyśmienicie: ludziskom, którzy byli w stanie stać na deszczu podobało się to, cośmy dla nich przygotowali i nawet deszcz siąpiący chyba przez cały czas ich nie odstraszył, i byli z nami do samiutkiego końca. Piszę „chyba”, bo w ferworze walki nie byłam w stanie ocenić, czy coś leci z nieba, czy nie. Co innego było mi w głowie.

Bilans strat? Obite ramię G., guz na mojej głowie (nie utrzymałam tarczy przed niespodziewanym atakiem), rozcięty wewnątrz policzek (nawet nie wiem dlaczego, czym i kiedy), pocięte od miecza ręce jednego z walczących i na pewno co najmniej trzy osoby złapały przeziębienie. Obolałych mięśni i stawów oraz co i rusz pojawiających się nowych siniakównie liczę. Ale – mimo wszystko – jesteśmy zadowoleni. Wszystko wyszło, jak miało wyjść, choć proch mokry był, lonty zapalać nie chciały, a i nagłośnienie robiło sobie niekiedy jaja. Mam nadzieję, że ludziska będą długo wspominać nasz występ. Wiecie skąd ta nadzieja? Bo słyszałam z wiarygodnych źródeł, że podczas ostatniej sceny widzowie uronili co najmniej jedną łzę. Ha! Tacy zdolni jesteśmy! Ludzi do łez doprowadzamy. Hi hi hi!

Dla mnie jeszcze nie czas na lenistwo, bo jutro biegnę do pobliskiej biblioteki miejskiej pokazać, jak się przędzie na wrzecionie i tka przy pomocy bardka. Wszystko to w ramach programu Europejskie Dni Dziedzictwa 2013. Mam tylko nadzieję, że mi giezło, gacie i nogawiczki wyschną do tego czasu, bo musiałam wszystką bieliznę wyprać po pokazie. Wełny do przędzenia mam spory zapas, więc tu nie będzie problemu, za to krosenko muszę osnuć, a to trochę potrwa, bo nawet wzoru jeszcze w głowie nie mam wykiełkowanego… ale to nic. Do wieczora mam czas na osnucie.

Nic to… czas na drugie śniadanie, a potem dalej do prac domowych…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, zaokienne życie