Tag Archives: deszcz

Prezentowo

Dzień chmurny, burzowy, ciemny i zimny. Wczoraj zmokłam niemal do suchej nitki, bo spacer z Herą zakończony został gwałtowną ulewą. Kiedy doszłam do drzwi klatki schodowej już przestawało padać… złośliwość…? Suszyłam się i rozgrzewałam dość długo i nie zdążyłam pójść do urzędu pocztowego sprawdzić, czy coś nie czeka tam na mnie. Poszłam dopiero dziś, choć po nawałnicy, jaka przeszła nad moim miejscem pracy, obawiałam się, że znów nici z planowanej „wycieczki”. A tu się rozpogodziło, zrobiło duszno i parno…

Na poczcie odebrałam jedną z oczekiwanych przesyłek, która czekała tam na mnie już cały tydzień. Cóż, nadawca nie podesłał mi numeru nadania, a że zażyczyłam sobie odbiór w punkcie, to mam.

Kiedy przyszłam do domu, zabrałam Herę do lasu, żeby zdążyć przed kolejną burzą o ile taka miała nastąpić. W lesie zrobiły się istne mokradła po ulewie… Buty na szczęście mam wodoszczelne, bo wodę i wpuszczą, i wypuszczą, więc po kilku krokach już miałam mokro. W skarpetkach. Wilczessa wybiegała się ze swoim kolegą Elmo i utytłała lekko w błocie. Lekko, bo ona, jak na Wilczessę przystało, nie babra się w błocie i kałużach. Takie zabawy jej nie interesują…

Wróciłyśmy mokre z tej wyprawy… nawet za dobrze nie zdążyłam się ogarnąć po powrocie, a tu słyszę stukanie do drzwi… a za progiem sąsiadka z pakunkiem – drugą paczuszką, której wyglądałam. No, prezentów cała masa!

Już piszę, co było w owych paczuszkach…

Pierwsza zawierała… wrzeciono. Nie takie pierwsze z brzegu, ale smocze wrzeciono! Zostało one stworzone przez Eponę. Wiem, miejsca w mieszkaniu niewiele, a ja zabrałam się za kolekcjonowanie… jedyne, co mogę napisać na swoje usprawiedliwienie to to, że jest to kolekcjonerstwo użytkowe. Każde z wrzecion jest w jakiś sposób zagospodarowane zgodnie z przeznaczeniem. A wygląda tak oto:

smok07

Druga paczuszka zawierała… pałki bambusowe do masażu! Naczekałam się na nie okrutnie, ale i radość tym większa. Wędrowały z Warszawy z Akademii SPA, gdzie ostatnio pobierałam nauki masażu właśnie za ich pomocą. Zatem od dziś mogę oficjalnie poszerzyć swoją ofertę masażową o Masaż Bambusowymi Pałeczkami i Miotełkami. Komu, komu, bo idę do domu?!

008

Tak więc dzień w porównaniu z wczorajszym, który był zły, tragiczny i dołujący ze względu na sytuacje dziwne i niekomfortowe w pracy oraz niesprzyjające okoliczności aury miejscowej, jest niesamowicie pozytywny i radosny.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, masaż, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, smoki

Z(a)lana

Akurat kiedy kończyłam zmianę, wzięło się uwzięło i zaczęło lać. I nie chciało przestać. A miałam dużo rzeczy zaplanowanych po pracy, więc nie mogłam za długo czekać na przejaśnienie. Chciałam pojechać do redakcji Gazety Lokalnej, w której to czekał na mnie bon o wysokości 50 zł do księgarni Matras. Potem trzeba było pojechać na pocztę, by odebrać paczkę od E-Dziewiarki i jeszcze zdążyć przed kurierem, który miał dostarczyć paczkę z firmy Hodowlapapug.pl z ziarenkami dla pierzaków. I to wszystko w godzinę. A do pokonania miałam około 5 km. W ulewnym deszczu, głównymi drogami bez ścieżek rowerowych. Oczywiście inteligentni inaczej kierowcy pomogli mi zmoknąć jeszcze bardziej, chyba specjalnie wjeżdżając w kałuże tak, by mnie ochlapać wielką, brudną falą wody deszczowej. Nie wiem, na co liczyli? Na pokaz mokrego podkoszulka? Może gdybym miała na sobie biały T-shirt, to może, może, ale miałam na sobie czarne dżinsy i czarną koszulkę z grubej bawełny. Przyjechałam do domu, szybko wskoczyłam pod ciepły prysznic, potem zrobiłam sobie gorącą herbatę ziołową i już mi było lepiej.

A tak się prezentuje mój prezencik od lokalnej gazety:

Mój prezencik! Już myślę, jaką książkę (lub książki przy łucie szczęścia) uda mi się za niego kupić. Pierwsze kupione, nowe książki od pięciu lat...

Mój prezencik! Już myślę, jaką książkę (lub książki przy łucie szczęścia) uda mi się za niego kupić. Pierwsze kupione, nowe książki od pięciu lat…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, życie

Upały

Po pracy. Siedzę i popijam zimną zieloną herbatę prosto z lodówki. Jest pyszna i orzeźwiająca. Próbuję przegnać ból głowy, który męczy mnie od wczoraj. Nie jest to taki ból, który nie pozwoliłby mi wstać, ale jest lekko irytujący. Nie wiem, co jest tym razem tego przyczyną, bo kark za mocno nie jest zesztywniały. Jakoś się przebieduję. Oby tylko nie zaczął boleć mocniej.

Nad nowym miejscem do życia myślimy. W wolnych chwilach. Na fejsbukowej stronie wrzuciłam parę linków do ofert znalezionych niedawno na Allegro. Muszę jeszcze przeszukać OLXa. Myślę też, czy by nie pojeździć po okolicznych wioskach i nie poszukać osobiście, ludzi popytać, pozaglądać w puste okna…? Bo nie każdy, kto sprzedaje dom, ma dostęp do internetu albo chce dać zarobić pośrednikom.

Na dworze gorąco, upalnie… miałam wielki plan rano pojechać na działkę, ale… zaspałam. Obudziłam się dopiero przed godziną dziewiątą, co dla mnie już jest naprawdę długim spaniem. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że poprzedniej nocy położyłam się spać dopiero w okolicach godziny drugiej nad ranem i to, że przez cały weekend, od czwartku robię na ostatniej zmianie, czyli do dwudziestej drugiej. Jak wracam do domu, to jest przed jedenastą. No i z planów wyszły nici. A później, to już nie ma poco jechać, bo nie dość, że gorąco i w takim upale nie idzie pracować, to za chwilę trzeba się spieszyć do pracy. Nic to, może jutro uda mi się zwlec swoje zwłoki trochę wcześniej. Na szczęście nic nie umrze na grządkach od upałów, bo dziś padało dość mocno i to kilka razy. Jedynie pod tunelem może być mały deficyt wilgoci.

Piesa dziś pomściła moje pokiereszowane psami nogi i… ugryzła Psa w brzuch. Oczywiście jej zachowanie wywołało oburzenie Człowieków Psa, ale w momencie, kiedy Pies nie rozumie innych znaków i ni wie, kiedy ma sobie dać spokój, to trzeba pokazać dosadniej, że nie ma się ochoty na zabawę w psa i sukę. Mam nadzieję, że Pies przyjmie to do wiadomości i wreszcie będzie spokój. Z bardziej pozytywnych zdarzeń spacerowych można zanotować to, że zabawy z Haszczakiem przybierają na przyjemnościach. Przy tym Haszczak jest jedynym psem, który wie, jak się należy bawić patyczkiem w parze. No i Haszczak uczy się od Piesy, jak się pies powinien zachowywać: podpatrzył, że Piesa idzie przy nodze, kiedy dostała taką komendę i… zaczął ją naśladować. Wpływ naszej dominantki ma w końcu pozytywny wydźwięk. Wczoraj musiałam ją zganić, bo próbowała kłapnąć zębiskami małego szczeniaka ONka, który jej się dobierał do patyka. Dorosłe psy może odganiać, ale szczeniaków – nie ma takiej opcji. Mam nadzieję, że zrozumiała, co jej chciałam przekazać przez reprymendę. Zobaczymy, co jej w łepetynie zostało przy następnej okazji.

Nic, już najwyższy czas się położyć spać… Lekki chłód nocy już wdziera się do pokoju, więc będzie przyjemnie zasnąć.

Dobrej nocy życzę wszystkim.

Dodaj komentarz

Filed under pieseł, praca zawodowa, zaokienne życie

Mokro, kurka, mokro…

Się postanowiłam i się wybrałam na działkę. Miałam – głupia – nadzieję, że, kiedy dojdę na miejsce, przestanie padać z chmur to mokre paskudztwo zwane deszczem i pseudośniegiem (popularnie deszcz ze śniegiem). Niestety, nadzieja zawsze jest matką głupich i akurat mnie nie kocha, zatem lało przez całą drogę, a i wcale nie przestało, kiedy już przemoczona otworzyłam furtkę. Zapomniałam dodać, że towarzyszyła mi Hera. Bez niej chyba bym nie odważyła się pójść. Taki uraz mi się zrobił, niestety, że przebywając na działce bez towarzystwa, czuję się co najmniej niekomfortowo.

Zmoknięte wypiłyśmy sobie co nie co: Hera wodę z miski, a ja ciepłą herbatę. Dobrze, że była woda i prąd, i przedostatnia saszetka. Po obejściu całości najżałośniej wyglądał tunel. Oj, Ksawery nie zostawił na nim wielu spłachetków nierozerwanej folii. Cóż, w tym roku musimy już zakupić nową, bo tego załatać się już nie da. Zresztą, zobaczcie sami:

Zniszczenia, jakich dopuścił się pan Ksawery Orkan klasyfikują się na kryminał ;)

Zniszczenia, jakich dopuścił się pan Ksawery Orkan klasyfikują się na kryminał 😉

Tego się już nie da posklejać… nawet amerykańska, srebrna taśma, z której „Pogromcy mitów” zrobili sobie łódź nie dałaby sobie z tym rady. Stelaż też nadaje się do renowacji. Myślę, że druciana szczotka, nowa warstwa farby da sobie z tym radę.

Grządki już okopane, czekają na nowy sezon, by móc wykarmić kolejne pokolenie roślin. W sumie, to sama też nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło, wiosennie lub letnio i będę mogła siedzieć sobie wśród przyrody (i ryku silników motocykli, których dosiadają tzw. „mielone”), skubać grządki z chwastów i patrzeć, jak sobie to wszystko na nowo rośnie. A potem zbierać, zbierać, robić przetwory i dania ze świeżutkich warzyw i owoców. Ależ się rozmarzyłam!

Ziemia odpoczywa przed kolejnym zasiewem.

Ziemia odpoczywa przed kolejnym zasiewem.

Na zimę zostawiłam w gruncie nadwyżkę pietruszki i pory.

Na zimę zostawiłam w gruncie nadwyżkę pietruszki i pory.

Na powyższym zdjęciu widać, jak bardzo zniszczona została folia. W sumie… liczyłam się z tym już rok temu, bo plastik stary, twardy już i sztywny. Szczęściem jeszcze przez rok wytrzymała: poklejona, połatana. Ale czas na emeryturę, a raczej na wieczny spoczynek. Następnym razem zdejmę ją całkiem z rusztowania, bo lepiej wygląda sam szkielet, niż takie smętne resztki wiszące i furgoczące na wietrze.

Nie tak dawno posadzona maliny na razie śpią. I dobrze. Cieszę się, że nie obudziła ich ta pseudowiosenna pogoda, bo byłoby źle. Za chwilę będzie noc na minusie (już jutro zapowiadają -1*C, może nie dużo, ale to początek zimy), a pod koniec stycznia (czyli już za chwilę) przyjdzie śnieg i ujemna temperatura nawet w dzień. A tak się prezentują malinowe patyczki:

Takie malutkie... sztuk ponad pięćdziesiąt. Jeśli wszystkie odbiją...

Takie malutkie… sztuk ponad pięćdziesiąt. Jeśli wszystkie odbiją…

Widząc to, co się dzieje na osiedlu (wiosna w pełni niemalże) obawiałam się, że i na działce drzewa i krzewy zaczęły rozwijać pąki. Na szczęście obawy okazały się płonne, a działkowe drzewa i krzewy mądrzejsze od miastowych i spokojnie czekają na prawdziwą wiosnę:

Śpiąca w najlepsze wisienka.

Śpiąca w najlepsze wisienka.

Okazało się, że tunel, to nie koniec zniszczeń. Jedno z okien prawie straciło szybę, więc czeka nas szybkie łatanie dyktą lub kartonem, żeby zimą nie nasypało śniegu do środka, a gdy się ociepli – wymiana szyby.

Pęknięcie przez całość i dziura w prawym górnym rogu. Ot, się spsuło... będzie trza naprawić...

Pęknięcie przez całość i dziura w prawym górnym rogu. Ot, się spsuło… będzie trza naprawić…

Ogólnie jestem wkurzona, bo poszłam z zamiarem zrobienia wiele, a nie zrobiłam w sumie  nic… próbowałam nieco ogarnąć tunel (który tunelem już nie jest), ale dłonie bardzo szybko mi zgrabiały przez zimno i deszcz.

Wróciłam z chlupiącymi butami, a Hera wyglądała, jak wyjęta spod prysznica. Siedzimy teraz w cieple i się suszymy. Ech, zakończę pozytywnie ten dzień i choć trochę uprzędę wełny…

 

4 Komentarze

Filed under rolniczo

Majówka… taaa, majówka

Miała być Irlandia, mamy angielska pogodę. Przez całą tzw. „majówkę” prawie nie wyściubiłam nosa z domu. No bo i po co? Pada, leje, zimno, ciemno. Nic tylko siedzieć przed kompem i pocinać w Skyrim. G. w tym czasie przeszedł BioShocka 3, Crysis 3 i napoczął Crysis 1. A ja nawet nie skończyłam początku Skyrim. No cóż… każdy ma inne gry i inny sposób grania. Lubię się rozsmakować w grze, w jej obrazach (czyli grafice), wykonać każdą, nawet najmniej znaczącą misję. Po prostu tworzyć własną historię… a G. miał po prostu krótsze fabularnie gry, z mniejszymi świtami, bo tez nie oszczędzał sobie odkrywania sekretnych skrytek i zwiedzania każdego dostępnego miejsca na poszczególnych planszach.

A co na działce? Wiśnia straciła kwiaty, niestety. Wszystkie płatki leżą na ziemi i brązowieją z wolna. Mam nadzieję, że mimo okrutnie słabej aktywności owadów, coś jednak wyrośnie i będziemy mogli się choć trochę nacieszyć paroma owocami. To samo tyczy brzoskwini i śliwy, bo naprawdę, kwiaty na nich nie wyglądają zbyt imponująco.

Na warzywniku już widać ruch. Głównie mrówek, których całe stada przechadzają się po grządkach, zakładając na nich i gniazda. a co sobie będą żałować? No cóż… my im też nie żałujemy… trującego cukru. Wiem, że to okrutne i złe, i w ogóle pfe ble niedobre, ale nie mam innego sposobu na to, by mi te owady nie łaziły w tę i nazad rozkopując wszystko wokół. I jeszcze gryząc dotkliwie. Tak, tak… czerwone mrówki też są. Co prawda w mniejszości, ale dają się we znaki mocniej, niż jakiekolwiek inne. Widziałam, jak na skwerze w mieście mrówcze gniazdo ukryte między korzeniami dorodnego klonu doprowadziło do śmierci tego drzewa. Nie chcę, by stało się to samo z roślinami na działce, bo w końcu liczymy na to, że nasza praca pomoże nam zaoszczędzić w przyszłości pieniądze wydawane aktualnie na jedzenie.

A rzodkiewki już widać na grządkach. Rosną, jak na drożdżach. Tak samo widziałam już, że groch wyłazi spod ziemi i len na zielniku. Grządki nowe obsiane kolejnymi warzywami, ziemia w tunelu się przygotowuje na przyjęcie pomidorów, które wyrosły pięknie na oknie w rozsadach. Winorośl pokazuje już listki, więc – mimo moich obaw – spokojnie przetrwała zimę i będzie rosła już pod naszą opieką.

Ruderka nam się powoli rozpada… dach się zwiesza coraz niżej na przegniłych i przeżartych przez korniki belkach. Nie trzeba nawet wytężać słuchu, by usłyszeć działalność tych zwierzaków wewnątrz belek. Nie wiem, ile jeszcze czasu Ruderka da radę stać w zwartej i prostej konstrukcji, ale czas na budowę nowej nam się bardzo skraca. Tylko skąd wziąć fundusze, by zakupić materiały na zbudowanie nowej? Cóż, trzeba będzie łatać to, co mamy, póki nie będzie można zrobić czegoś całkowicie nowego. A tak nie chciałam inwestować w Ruderkę… bo i po co ożywiać trupa? Potem tylko będzie łaził i żebrał o mózg 😉

Kilka fotek wczoraj zrobiłam, ale jakość ich marną jest, bo kiedy skończyłam obsiewanie i podlewanie, zaczęło się już robić ciemno. Może dziś będę w stanie zrobić więcej fotografii za dnia, a dzień – jak na razie – jest bardzo słoneczny. Choć coś tam pogodynka przebąkuje, że zanosi się na deszcz wieczorny. Póki co, za oknem, w pełnym słońcu mamy 34,5 stopnia Celsjusza. Lato, moi drodzy, lato!

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało...

Obrobione grządki. Truskawek trochę za mało nam wyszło, co widać po dziurach. No, przeliczyłam się, bo tyle ich się wydawało…

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Paprocie już się rozwijają i zielenią soczyście.

Znalazłam kwiat paproci! :P

Znalazłam kwiat paproci! 😛

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Rzodkiewki już się pokazują. Siane gęsto, może i za gęsto, ale na jesieni siałam tak samo i wyrosły naprawdę olbrzymie.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Jedyny narcyz, jaki raczył zakwitnąć.

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Liście na winorośli. Miejmy nadzieję, że kiście będą co najmniej takie, jak na jesień w zeszłym roku

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Szaro-buro i ponuro

Pogoda w kratkę (zwłaszcza, kiedy jest deszczowo i szaro za oknem) trochę mnie dołuje. Nie umiem się zebrać w sobie i coś zrobić szybko i sprawnie. Wszystko mi się ślimaczy, wypada z rąk. Z chęcią bym po prostu siedziała i patrzyła w ekran komputera. I to całkowicie bezmyślnie, bo myśleć też ciężko. Nie lubię takiego stanu. Wolę, kiedy jest słońce, bo wtedy wszystko mi wychodzi, wszystko mi się chce i potrafię szybko uwinąć się z zadaną sobie robotą.

Krajkę w serduszka dziś już na pewno skończę, bo został mi do wytkania tylko maleńki skrawek. Ot, najdalej godzinka posiedzenia przy krosenku. Planuję na szybko utkać jeszcze jedną krajkę. Też z myślą o przerobieniu jej na pasek, więc chyba znów nie będzie osnuwana wełna, a anilana. Mrocznie, ale przynajmniej „gryźć” nie będzie. Zastanawiam się, gdzie ja wcisnęłam sakiewki z monogramem? Przydałoby się je zszyć, wykończyć ładnie i może komuś się spodobają…? Tylko gdzie ja je wsadziłam…? hmmmm…

Jak co niektórzy zauważyli na wczorajszym opisie z komunikatora, mam za sobą dwa dni testowania, czy nadaję się do pracy w księgarni. Co prawda krótki epizod z księgarnią mam w swoim dorobku zawodowym. Nawet z dwoma księgarniami. Niestety, nie wiem, czy to właśnie wystarczy do tego, by wygrać konkurs na pracownika. Pożyjemy, poczekamy, może kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że mogę zaczynać od jutra. Na przykład. Może…

Póki co, na razie skupiam się na planach warsztatowych, które bardzo chciałabym wprowadzić w życie. Nawet jeśli mnie przyjmą do pracy, to i tak będę w stanie takie warsztaty z powodzeniem prowadzić. Kuzynka I. pomogła mi przy wymyślaniu haseł, które nadadzą się na tytuł tych zajęć, by były chwytliwe i przyciągały wzrok i zaciekawiały. Tak po prawdzie, to ona wymyśliła te lepsze i ciekawsze. Moje są płaskie i mało ujmujące. Jeszcze tylko muszę z nich wszystkich wybrać ten najciekawszy slogan i… rozsyłać ofertę po domach kultury i ewentualnie szkołach. Może coś się uda złapać… oprócz kataru.

Nic, za chwilkę będzie godzina ósma, czyli czas na rozpoczęcie zaplanowanych na dziś prac wszelakich. To ja się z wolna odklejam od komputera, życząc wszystkim miłego dnia.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, ogólnie, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Prace porządkowe i nie tylko

Definitywnie odmówił współpracy nasz cieknący czajnik bezprzewodowy. Zaśmierdział spalonym plastikiem, kapiszonem i przegrzaną instalacją i się skończył. Cóż, póki nie przytargamy z garażu czajnika, który jeździł z nami w trasy, będziemy musieli zadowolić się gotowaniem wody na gazie.

Niby dziś można zobaczyć niebieski księżyc. No to se zobaczyłam… niebo od rana jest zaciągnięte chmurami i co chwilę pokapuje z nich deszcz. Rzecz nie zmieniła się do teraz. Obawiam się o jutrzejszy trening 😦 Ja chcę sobie w końcu postrzelać i wypróbować nowe strzały, no! Chamska pogoda: cały tydzień napierniczało słońce, jak głupie, a teraz stwierdziło, że ma wolny weekend… kolejny pod rząd :/ Mnie się to w ogóle nie podoba 😦

Dziś znów posiedziałam trochę nad haftem i mogę powiedzieć, że za niedługo będę wypełniać obrys kolorami. To jeszcze nie koniec mojej zabawy w tworzenie nowej jałmużniczki, bo w tamborku mieści mi się tylko połowa wymaganej długości. Można powiedzieć, że jestem w niemal w 1/4 prac.

Popołudnie – oczywiście, bo jakże by nie – spędziliśmy na działce. Kropiło, więc zamiast żąć, zabrałam się za porządkowanie Ruderki. Wygoniłam większość pająków (z dużą pomocą G.) i wyczyściłam wszystkie szafki z zewnątrz. Przemyłam delikatnie jedno z „okien”, a raczej świetlików, uważając, by nie wypchnąć go z framugi. Podłoga też dostała swoją porcję wody, dzięki czemu nie pyli się tak strasznie, jak wcześniej, bo się kurz nie podnosi, gdy się chodzi po Ruderce. Naczynia i sztućce pozostawione nam w spadku zostały umyte dogłębnie (dwa razy puściłam zmywarkę na pełny cykl), więc będzie można sobie coś przekąsić, gdy będziemy się działkować.

G. w tym czasie położył płytki chodnikowe przy wejściu na działkę. Są o niebo lepsze niż ten kawał gumy, który podczas deszczu zbierał całą wodę i ją radośnie zatrzymywał, przez co wejście na działkę przypominało Wielką Pardubicką. Bo gumiaków jeszcze nie mamy na stanie 😉

Pod folią siewki ślicznie kiełkują, aż serce rośnie. Wiem, że rzodkiew będę musiała nieco przerzedzić w niektórych miejscach, gdzie rośliny rosną „w kupie”. Aż mi żal je przerywać 😦

Na jabłonce chciała zamieszkać gąsiennica. Zawinęła się w listek, okokoniła i myślała, że nikt jej nie zauważy. Cóż, trafiła nieszczęśliwie, że na jabłonkę, to mam nadzwyczajne baczenie. No i została wyeksmitowana w siną dal. A przy wyciąganiu kolejnych płyt chodnikowych, nachomikowanych przez poprzednią właścicielkę działki (chwała jej za to), odkryliśmy, że kątniki wcale takie malutkie nie są, jak to w mieszkaniu je widać. Poznawanie rozmiarów następowało stopniowo: od mniejszego, po giganta. Gigant miał około 10 cm długości. Odwłoka. Dla mnie to ponad siły. Poziom adrenaliny osiągnął maksymalne stężenie w mojej krwi. Brrr…

Jeszcze jutro podskoczymy z odkurzaczem i przejadę trochę tapicerowane meble, żeby nie brudziły, jak się ktoś zechce na nich usadzić. No i trzeba grilla przygotować na wieczór, bowiem ze znajomymi z NKGK umówiliśmy się na „Pożegnanie lata”.

Dziś zdjęć niewiele, bo skończyłam pracę dopiero po zapadnięciu zmroku. Owszem, aparat ma zamontowaną lampę błyskową, ale ja jakoś nie lubię robić fotografii z jej użyciem. Nie podoba mi się efekt, jaki powstaje przy rozbłysku. No, koniec pisania, oto zdjęcia:

 

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie