Monthly Archives: Październik 2010

Jesień, ach to ty…

Jesień już zaczyna gościć na dobre w naszej okolicy.
Z głośnym gęganiem w kluczowym porządku w cieplejsze miejsca wynoszą się gęsi.
 
Drzewa niemal całkowicie straciły już liście, lecz słońce wciąż przypieka porządnie, tworząc wspaniałą aurę. Gdybyż taka była do wiosny i przez wiosnę. A lato powinno być nieprzesadnie gorące.
A może by tak dokluczyć do tych uciekających przed chłodem gęsi i wraz z nimi przezimować w jakimś przyjemnym zakątku?
Ale chyba jeszcze nie jest tak blisko zimy, skoro szpaki jeszcze w ławice nie zbierają, tylko tworzą niewielkie grupki, obsypujące przydrożne słupy i druty. Póki nie uciekają, będzie ciepło.
Przynajmniej taką mam nadzieję…
Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under zaokienne życie

Sezon…

I otworzył nam się sezon na wróble i mazurki.
 
Od rana pełno ich przy karmniku.
Kłócą się, przepychają, przylatują i odlatują. Przy okazji coś tam przekąszą, bo widzę, jak im dziobki pracują.
Wolierowce się uodporniły na hałas za oknem. Zupełnie mają w nosie to, co dzieje się za taflą szkła. Ważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz wolierki.
A wróblowate korzystają z tego, co po wolierowcach pozostaje. A zostaje dużo smakowitych kąsków: słonecznik (tylko Chico za nim tęskni, reszta zupełnie ignoruje), owies, proso… czyli wszystko to, czego nie zdążą lub nie zechcą zjeść za dnia moje małe filety.
 

2 Komentarze

Filed under zaokienne życie

Niecodzienny gość

Ciepło w domu. Nareszcie porządnie grzeją. I w kaloryferach, i słońcem. Można też nasypać zaokniennym pierzakom coś na ząb, a raczej na dziób.
Od świtu pod karmnikiem zbiera się brunatna hałastra i dalej ćwierkać, skubać i rozrzucać, i – podstawa – pokłócić się, podziobać, obskubać sobie trochę piór.
Jak na razie w tym małym stadku mazurków nie widać. Mam nadzieję, że wrócą i będą częstymi gośćmi w stołówce.
Dzisiaj też od rana świergot, przepychanki, fruwanie i udawanie kolibrów. Nagle, wśród całkiem codziennych odgłosów z wolierki i zza okna, pojawił się nowy, zupełnie obcy. Spojrzałam w stronę owego odgłosu i… wróbliczkę zobaczyłam. Tłukła się o szybę, próbując w panice wydostać się na zewnątrz. Wskoczyła do pokoju przez uchylone okno i zapomniała, jak może wrócić. Łatwo dała się zagonić ku wyjściu z sytuacji i już po chwili znalazła się na dworze. Jak szmyrgnęła! Poleciała prosto, jak strzała w stronę pobliskich drzew. Ani się nie obejrzała… w sumie, ciężko się dziwić…
Chibi zamurowało, kiedy wróbliczka furgotała na parapecie, za to Chico zaczął się wydzierać, jakby go z pierza skubano. I nawet po odfrunięciu naszego niecodziennego gościa nie dał się uspokoić.
Teraz już słychać tylko ciche trzeszczenie dziobami i cowieczorne przepychanki. W końcu każda papużka ma swój, ustalony kawałek gałązki. I tego kawałka broni niczym krzyżowiec Ziemi Świętej… ech… łiłatki…

2 Komentarze

Filed under zaokienne życie

Wesele, wesele, po weselu…

Wróciliśmy z Mazur. W poniedziałek wieczorem przytelepaliśmy się do domu, ale dopiero dziś mam siłę na spisanie wrażeń.
Droga jest okrutnie długa – ponad dziewięć godzin jazdy z kilkoma przerwami na przekąskę i toaletę. Co prawda za oknami było na co popatrzeć, zwłaszcza bliżej celu podróży. Błękitne jeziora, niczym rzeki wpasowane pomiędzy pagórki obsiane oziminą. Fantastycznie wymalowane niziutkie, drewniane domki w mijanych małych wsiach. Można się dać urzec…
Po dojechaniu, obowiązkowym powitaniu i poczęstunku u przyszłych teściów, zakwaterowaliśmy się w hotelu. Wieczorem nie robił wielkiego wrażenia – ot, jak każdy inny budynek z tym samym przeznaczeniem: duży, rozległy, wyposażony w windę, drzwi automatycznie rozsuwane i wielki hol.
Do późna w noc siedziałyśmy na dole w sali bankietowej i układałyśmy wizytki, tworzyłyśmy instrukcję poglądową gdzie kto ma przydział swojego krzesła. Przy okazji pokąsały nas latające tam komary. Skąd się tam wzięły – czort je wie. Latały, kąsały i wkurzały.
Ostatnie poprawki i do spania, bo jutro ten wielki dzień… i noc.
Nie czuło się nerwówki przed samym ślubem. Nikt nie ganiał, jak kot z pęcherzem, nikt nikogo nie poganiał, na nikogo nie wrzeszczał… w końcu. Przynajmniej osobiście nie byłam świadkiem takich zdarzeń.
G. dojechał z kuzynostwem na czas. Zdążyliśmy się przygotować, ubrać – obowiązkowo w strojne XIV wieczne szaty. A co? Chcieli, to mieć będą, o. Puszka została przygotowana wizualnie (nabijanie zostawiło się na później, bo tak bezpieczniej)…
Na mszy było dość miło. Ksiądz – o dziwo – okazał się być dość miłym, wesołym i z luźnym podejściem do spraw kościelnych. Zgrzytnęło (ale tylko do chwili, w której się okazało, po co to było), gdy puścił Świadka z tacą z nakazem wrzucania papierowych banknotów. Oj, już myślałam, że mimo takiego sympatycznego pierwszego wrażenia, okazał się nie odbiegać zachowaniem od innych księży. Dopiero, kiedy na koniec mszy z ową tacą do Świadka podszedł i kazał mu kieszenie nastawić, odetchnęłam z ulgą. Cały „utarg” z tacy poszedł na konto Państwa Młodych. Koniec końców pieniądze znalazły się w mojej sakiewce – wygodniejsza i bardziej pojemna. Po mszy obowiązkowo należało wystrzelić na wiwat. Puszka zatem huknęła, aż przygięło co poniektórych do ziemi. A mówiłam, żeby pozatykać uszy i pootwierać pyszczki… mam nadzieję, że kamerzysta ustał, nie drgnął przy strzale i będzie świetne ujęcie do filmu.
Drobiazgi, które sypały się deszczem na Młodych przed kościołem też trafiły w konsekwencji do mojej sakiewki (i powtarzane, jak mantra myśli: tylko nie zapomnieć oddać, nie zapomnieć oddać…).
Broń muzealna przyciągnęła uwagę jednego z gości weselnych kolejnego ślubu. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu lub wizytówki, żeby porozmawiać czy choć podtrzymać kontakt. Cóż… może gdzieś kiedyś się jeszcze znajdziemy… albo i nie…
Po dotarciu na salę zostaliśmy jeszcze w strojach. Obawiałam się, czy nie poprzestawiali wizytek, bo kiedy je rozkładałyśmy, stoły były nieprzykryte, nieozdobione… okazało się, że jednak wszystko zadziałało, jak należy. Nasza „legenda” też – widziałam – się bardzo przydawała. Nie każdy jednak wiedział, że istnieje.
Po pierwszym daniu gorącym, wymknęliśmy się do pokoju, żeby zmienić nasze ciężkie i obszerne stroje na coś, co bardziej się nada na weselny parkiet.
I hulaj – dusza!
Muzycy dobrze dobierali repertuar do aktualnych możliwości tanecznych gości bawiących się na parkiecie, rzadko pozwalali sobie na przerwy. A że nasza rodzina rozśpiewana jest i rozegrana, to i przerwy zapełniały się muzyką na żywo i przyśpiewkami weselno-biesiadnymi.
Bardzo podobało mi się rozwiązanie problemu z ciepłymi daniami – ot, stały sobie w podgrzewaczach, dostępne non stop, gorące. Starczyło podejść i brać, nakładać na talerz, ile się w żołądku zmieści. Polecam naprawdę taki system – sprawdza się i jest o wiele wygodniejszy, niż praktykowane dotychczas podawanie dań ciepłych na ustaloną godzinę. Mniej się jedzenia marnuje, jest łatwiej do niego uzyskać dostęp. No i jak mam ochotę na frytki, to biorę frytki albo innego krokieta, a nie kotleta schabowego, bo akurat to z kuchni przynieśli.
Ani się człek nie obejrzał, a tu już świt zaczął stukać w okna. Myślałam, że niepotrzebnie zwijałam się z sali razem z G., bo zmęczenia nie czułam. Przewidywałam, że będę do rana telewizję oglądać. A jak już będzie jasno, to po spaniu zupełnie, choćbym nie wiadomo, jak była zmęczona. Obawy okazały się bezpodstawne. Ale i tak słońce obudziło mnie tuż po siódmej rano. Nawet nie trzeba było do tego wrzasku ptasiastych…
Idea podawania śniadań w hotelu też mi mocno przypadła do gustu – stół szwedzki, do dyspozycji kilkanaście różnych potraw i napojów, wolny wybór tego, na co ma się akurat ochotę.
Jako że do poprawin ciut czasu było, się człek wybrał odetchnąć świeżym, mazurskim powietrzem i przy okazji porobić parę fotek nad pobliskim jeziorem…
Oto hotel:
 
A tak prezentowało się jezioro:
 
 
Co można było zobaczyć z naszego balkonu:
 
Hotelowe kociaki:
 
Łabędź. Miał nadzieję na jakąś przekąskę. Niestety, wybraliśmy się tylko z aparatem, bez prowiantu…
 
Hotelowy tygrys:
 
Zmęczeni (głównie podróżą) w poniedziałkowy wieczór wróciliśmy do domu. Padłam niemal od razu, jak tylko podzwoniłam, że dojechaliśmy…
We wtorek odpoczywaliśmy dalej. Dziś już twarda rzeczywistość nas dogoniła…
G. musiał wreszcie jednak pójść do pracy, a ja – zabrać się za kończenie pierwszej krajki…
Ale wiecie co?
JA CHCĘ JESZCZE RAZ!

10 Komentarzy

Filed under podróże