Monthly Archives: Listopad 2011

Zguba

No i stało się.
Mój ulubiony smoczek-breloczek wziął i się zgubił. Miałam go przy torbie, gdy wychodziłam do pracy, a w połowie drogi zauważyłam jego brak. Wróciłam się po śladach, ale już go nie znalazłam.
Jestem niepocieszona, bo takiego drugiego nie znajdę już nigdy.
Wyglądał mniej więcej tak:  
Od kilku dni rozgrzewała się nam rura od gazu w kuchni. G. rozgrzebał połowę pomieszczenia, by się dobrać do przyczyny tego stanu. Okazało się, że łoś, który montował nam kuchenkę, przytrzasnął blatem (mamy kuchnię do zabudowy) kabel doprowadzający prąd do zapalników. Zrobiło się zwarcie. Teraz kombinuje, jak tu naprawić ten problem, żeby nas którejś nocy nie wysadziło w powietrze. Chyba nici z gotowania rano bigosu z cukinii. Kurczę, mogłam zrobić go dzisiaj, ale miałam lenia…
Ech… a po stracie smoczka-breloczka mam jeszcze doła.
Dobrze, że Szefowa jest ze mnie zadowolona, bo jakbym u niej nawaliła i narobiła minusów, to bym miała powód do pochlastania się szarym mydłem.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, życie

Podsumowanie pierwszego tygodnia w pracy

Jak minął tydzień?
Pracowicie.
Musiałam objąć myślą, zrozumieniem, a w końcu i pamięcią (która u mnie jest naprawdę krótka) wszelkie prace i działania, jakie będą, a raczej już należą do moich obowiązków. Z początku wydawało mi się tego dużo i obawiałam się, że nie dam rady wszystkiego zapamiętać. Potrzebowałam szturchnięcia, przypomnienia, a to mi się nie podobało. I pewnie nadal będę potrzebować takich prztyczków od Szefowej, póki nie wejdzie mi to wszystko w krew.
Póki co praca nie jest ciężka, czy frustrująca. Nie muszę wszystkiego robić na wczoraj, a najlepiej na poprzedni tydzień, jak się rzecz miała w moich poprzednich miejscach pracy. Tu, na razie jest naprawdę spokój. Na razie, bo wiem, że przy końcu semestru może być mniej spokojnie, ale – myślę – że jakoś przez to przebrnę.
Nie boję się iść do pracy, co jest dla mnie sporą zmianą. Wręcz diametralną. Wiem, co mnie czeka, wiem, co należy do moich obowiązków, i wiem, co będę musiała zrobić. Nie ma pośpiechu, nie ma wrzasków, nie ma pretensji (tym bardziej nieuzasadnionych). Nic nieprzyjemnego nie powinno mnie zaskoczyć. Idąc do pracy, nie dostaję ataku paniki, nie robi mi się duszno, nie dostaję drgawek.
Owszem, odczuwam zmęczenie, bo nie przestawiłam się jeszcze na popołudniówki, ale nie jest to zmęczenie, które by nie pozwalało na żadną inną działalność. Ot, zwykły ubytek sił. Nawet G. zauważył, że nie wracam już z pracy szara i wypruta z całej energii, więc chyba jest dobrze.
W piątek miałam już sama dopilnować zamknięcia szkoły. Dostałam pęk kluczy, kod do alarmu i przeszkolenie, jak wszystkiego używać. Okropnie się bałam, że o czymś zapomnę. Metodycznie powtarzałam każdy krok, by niczego nie pominąć. Wydawało mi się, że wszystko zrobiłam poprawnie. Wieczorem, a raczej już mocno w nocy po północy, jeszcze raz powtórzyłam w myślach każde działanie. I zalała mnie fala gorąca. Nie mogłam sobie za nic przypomnieć, czy zgasiłam ostatnie ze świateł. Nie pozostawało nic innego, jak się ubrać i podjechać na miejsce, żeby sprawdzić, czy aby prądu nie zżera niepotrzebnie pozostawiona włączona żarówka. Dzięki kochanemu G. sprawę załatwiłam wszystko w krótkim czasie i nie zdążyłam zmarznąć, bo się zaoferował, że ze mną pojedzie. Kalarepa nie była na chodzie, bo akumulator się ładował, a Szkapą jeździć nie odważyłabym się.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku: światła pogaszone, drzwi pozamykane… Cóż, w poniedziałek się okaże, czy to ja zgasiłam światło, nie pamiętając tej czynności, czy Szefostwo przyjechało mnie sprawdzić i wyłączyło pozostawioną lampę. No i mam nadzieję nie powtarzać tego typu akcji. Dobrze, że to była noc z piątku na sobotę, więc wycieczka między północą a pierwszą rano nie byłą dużym problemem. W sobotę odespaliśmy z nawiązką, budząc się dopiero przed dziesiątą.
Podsumowując – muszę wiele rzeczy sobie w głowie ułożyć, żeby się nie mylić i nieco przyspieszyć swoje codzienne działania, ale jestem zadowolona z pracy. Szefowa wprost mówi mi, że właśnie kogoś takiego szukała. Tylko, żeby nie chorować – to najważniejsze. A potem się wszystko samo pokula.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Pierwszy dzień w pracy

Bałam się, że będę mieć przestoje, bo nie wszystko jeszcze umiem i wiem. Że czegoś nie dopilnuję, przeoczę i w ogóle. No i na każdym kroku staram się, żeby Szefostwo było ze mnie zadowolone. I dostaję sygnały (całkiem wyraźne, werbalne) od Szefowej, że jest ze mnie zadowolona.
Nie było jednak różowo, bo się pomyliłam w jednym miejscu i tego już nie da się naprawić. Zaliczyłam pierwsze manko. Na szczęście szefowa nie zaczęła krzyczeć na mnie, nie zrobiła awantury, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. Kazała tylko się lepiej pilnować w tym miejscu, żeby pomyłka nigdy więcej się już nie powtórzyła. No i będę się pilnować. Nie chciałabym powtórzyć tej wpadki.
Dziś będę robić to, co druga dziewczyna miała zrobić w przeszłym tygodniu. Będzie trochę roboty, bo trzeba uzupełnić pięć dni. No i trzeba to zrobić „na piechotę”, więc na nudę narzekać na pewno nie zdążę.
Jestem trochę zmęczona po wczorajszym dniu. Wróciłam do domu dopiero o dwudziestej pierwszej. Zanim porobiłam wszystko, co jeszcze zostało do zrobienia, to się zrobiła dwudziesta trzecia. Padłam, jak kawka. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Nad ranem i tak obudziła mnie (chyba) Totoro, której się przypomniało, że w środku nocy trzeba coś przekąsić. Za chwilę G. wychodził do pracy, więc budzik zaczął się odzywać. I cham nie dał się tak łatwo wyłączyć. Widocznie chciał obudzić wszystkich wokół, nie tylko samego zainteresowanego, ale i sąsiadów.
Chwilę temu stado złożone z wróbli i mazurków okupowało karmnik zaokienny i okolicę. Jako że mam uchylone okno, to dobrze słyszałam, jak się przekrzykują i przeganiają. Zwykle jedna z wróbliczek anektuje cały karmnik dla siebie, a reszta stada musi się zadowolić ty, co wypadło na dach i parapet i wpadło do rynny. Za to, kiedy w karmniku jest wróbel, to inne ptaki mają swobodny dostęp do ziaren. No cóż, widocznie samice, to wredoty.
Rano jeszcze wrzucę pranie, bo się hałda zrobiła, trzeba zmienić pościel i ręczniki i załadować zmywarkę. A tak po prawdzie, to mi się nic nie chce. Odzwyczaiłam się od chodzenia do pracy. Kwestia wyrobienia sobie nawyków…
Nic, trzeba odkleić się od kompa i iść coś zrobić.

2 komentarze

Filed under praca zawodowa

Pierwsze koty za płoty

Wiecie co?
Chyba znalazłam TO miejsce.
Już mi się podoba ten porządek i ustalone, mocne zasady. Działam podobnie i nie znoszę bajzlu w papierach, drukach i braku informacji. A tam jest wszystko, co trzeba! Każda rzecz ma swoje miejsce, każdy druk ma swoje miejsce, a foldery swoje dyski. No cud, miód, malina!
I mimo że to jest kolejna szkołą (a zarzekałam się, że do szkoły, to ja już nigdy-przenigdy), to jest to placówka poukładana. Mogę ją porównać do podstawówki, która była moją ostatnią placówką typowo oświatową. Tam też wszystko jest poukładane (przynajmniej było w moim otoczeniu), a dyrektorka, to osoba o złotym charakterze i wysokich umiejętnościach zarządzania takim specyficznym pracownikiem, jakim jest nauczyciel.
Dziś dzień króciutki, jutro zapewne też nie będę jeszcze do końca siedzieć w pracy, bo mam to obiecane przez Szefową. Bo w sobotę mam być na szkoleniu, co zostanie zaliczone, jako godziny pracy.
No i przestałam się tak mocno denerwować.
Teraz tylko muszę nauczyć się programów, których używa się w sekretariacie, podążyć za tokiem myślenia Szefowej (a nie jest i nie będzie to trudne, bo głośno i szczerze formułuje swoje oczekiwania) i można się już o nic nie bać.
Tak, zdecydowanie mi się lepiej zrobiło.
No i trzeba zacząć znów jeździć samochodem. Bo może to być potrzebne w nowej pracy. A ja na razie straszny wypłosz jestem za kierownicą. No, nie chce mi się poprawić po wypadku. No ale… się pożyje, się zobaczy.
Chyba w nagrodę pogram w Gothica.

2 komentarze

Filed under praca zawodowa

Być na szczycie

Rozmowę można zaliczyć do przeszłości.
Nie wiem, czy będę mieć pracę, ale jakoś za mocno o to nie zabiegam. Na razie naprawdę nie czuję się na siłach, żeby pracować.
Zaliczyłam wpadkę u przyszłej szefowej – spóźniłam się 2 minuty. No, wybierałam się, jak sójka za morze, to i się spóźniłam. Moja wina.
Pogawędka potoczyła się gładko i w miarę bezboleśnie, choć nie brak było trudnych pytań. Najtrudniejsze było: „Dlaczego mam panią zatrudnić?”. Choroba, nie wiem. Bo tak? Jak mam się reklamować, kiedy tak naprawdę jeszcze nie jestem pewna, czy faktycznie chcę pracować? Czy właśnie to jest moje miejsce? Póki co, nie wiem. Z jednej strony chcę, bo… bo przyda się wrócić do pracy, do ludzi, by nie zdziczeć. Ale się boję… Strach blokuje rozsądną ocenę sytuacji. Gdzieś tam tli się nadzieja, że to jednak wreszcie jest to, o czym marzę: wymagająca, uczciwa i szczera szefowa, mili współpracownicy… Tylko naprawdę, boję się tę nadzieję rozpalać…
Dowiedziałam się, że jestem „Top of the list”. Z ponad 250 kandydatów wybrano 4 kandydatki. Wśród nich mnie. Nie wiem, naprawdę, czy się cieszyć (choć nie powiem, że ta wiadomość mile połechtała moje niedoceniane ego), czy zacząć martwić. Chyba boję się, że sobie nie poradzę tak, jakbym chciała i ja, i przyszły pracodawca.
I jeszcze informacja, że mogę w przyszłości przejąć prowadzenie instytucji… owszem, nie powiem, byłoby to cudowne zwieńczenie mojej wyboistej kariery, ale… chyba nie byłby to dobry pomysł. Przynajmniej na dzień dzisiejszy.
***
Właśnie odebrałam wiadomość, że zaczynam pracę od jutra. O 10 mam się zgłosić na szkolenie. Chyba dziś nie zasnę.
Najlepszy sposób na stres, to się czymś zająć, co wymaga myślenia. Wtedy trzeba się skupić na pracy, a nie na gdybaniu.
Kurde. I tak się denerwuję. Bo jeśli znów zawiodę? Innych? Siebie?

5 komentarzy

Filed under praca zawodowa

Praca…

No i mam znów się zgłosić na dalsze rozmowy w sprawie zatrudnienia. Jutro. O 11:30. Będę musiała poprzerzucać sterty papierzysk i poukładać te, które są związane z pracą, żeby je ładnie dostarczyć nowemu pracodawcy.
Nadal nie wiem, czy chcę tej pracy. Boję się trafienia na piekielnych współpracowników i powtórzenia całego cyrku po raz kolejny. Nie wiem, jak sobie poradzę. Głównie chodzi o moją pokiereszowaną i popapraną psychikę, która jeszcze się nie zaleczyła do końca po przygodzie z Towarzystwem Ubezpieczeniowym.
Nic… zobaczymy, jak to będzie.
Może właśnie będzie lepiej…?

4 komentarze

Filed under praca zawodowa

Przemyślenia luźne

Rozmowę zaliczam do odbytych. Czy wyniknie z tego zatrudnienie – to się zobaczy.  Co prawda godziny pracy mnie przerażają (od 12 do 20), bo to nie mój czas aktywności, ale nie ma co na razie dzielić skóry na niedźwiedziu, kiedy biega jeszcze po lesie. Może będę tam pracować, a może  i nie. Nie będę rozdzierać szat. Na razie po prostu nie czuję się na siłach, żeby zacząć znów pracować na etacie.
Muszę sobie poustawiać grafik prac w domu (póki w nim siedzę), żeby zrobić jak najwięcej, bo na razie trochę ten czas przepuszczam między palcami. No, ale ja leniwiec pospolity jestem, więc przepuszczanie czasu na pierdoły jest dla mnie czymś normalnym.
Wczoraj myszka komputerowa zakończyła definitywnie swój żywot. Jeszcze w ostatnich tchnieniach dawała radę, przytrzymywana drugą ręką za kabel, ale to była męczarnia. Tak dla mnie, jak i dla niej. Teraz służy mi nowa: zielona, z motywem liści. Ta przynajmniej nie świeci po nocy, jak lampka nocna. No i ma osobny przycisk do dwukliku, co bardzo ułatwia poruszanie się pomiędzy folderami i stronami internetowymi. Klawiatura pozostaje na razie ta sama. Dziś nie dała znaku jeszcze, jaki klawisz sponsoruje dzisiejszy dzień. Na pewno nie każe mi na to długo czekać.
Jeśli chodzi o Domek, to możemy definitywnie o nim zapomnieć. Kiedy byliśmy na Hubertusie, widziałam jego nowych właścicieli, a z tablicy ogłoszeń biura handlu nieruchomościami znikło ogłoszenie z „naszym” Domkiem. Cóż, widocznie nie był nam pisany. Dziękuję wszystkim, którzy nam pomogli prowadzić sprawę zakupu i dopingowali nam głośno lub po cichu. Trzymajcie kciuki, byśmy wypatrzyli gdzieś coś równie urokliwego i tam w końcu się osiedlili.
Babci-Sąsiadki już od dłuższego czasu nie ma. Jej mieszkanie kupiła młoda para bardzo miłych i przyjaznych ludzi. A ja wciąż mam drgawki przy wychodzeniu z domu. Przecież nie będę już narażona na oszczercze zarzuty o rzekome zakłócanie spokoju. Przebywając w domu nadal staram się lewitować, zachowywać się tak, jakby mnie nie było, chociaż każdego dnia tłumaczę sobie, że przecież nie ma po co. Nowi sąsiedzi się nie patyczkują – jak robili remont, to robili go, a nie biegali na paluszkach. Teraz Sąsiadka ćwiczy się w śpiewie niekiedy i całymi dniami. Kurczę, nie mogę powiedzieć, że ma głos do tego… ale od czego jest wiecznie włączony komputer i zapas muzyki na dysku? Jakoś sobie radzić trzeba, a nie można przecież stawać między człowiekiem, a jego marzeniami, czyż nie?
Od dłuższego czasu cierpię na uwiąd weny. Przebłyski historii gdzieś tam się pojawiają od czasu do czasu, ale jakoś nie potrafią zagrzać miejsca na dłużej tak, żeby zostać spisanymi. Męczy mnie to, bo czuję się taka pusta, niedorobiona i w ogóle bzie. Strasznie mi brakuje nocy spędzonych nad zeszytami, w których powstawały nowe światy i rodzili się bohaterowie. Niby teraz już mam biurko, mam na czym pisać, bo jest wygodne (co prawda trochę zawalone różnymi szpargałami, które muszą być pod ręką), ale po wypadku z bronią parę lat temu, trudno mi jest pisać ręcznie dłużej niż parę minut. Potem zaczyna boleć palec (ten najmniejszy), a po chwili boli cała zewnętrzna część dłoni. Na komputerze nie umiem tak do końca pisać, bo muszę się skupiać na odpowiednim naciśnięciu klawiszy. Zacinają się po prostu, a to wybija z rytmu. Taaa… złej baletnicy i rąbek przy spódnicy…? Być może, ale do pisania muszę mieć spełnione odpowiednie elementy, bo inaczej uwaga się rozprasza niepotrzebnie. To tak samo, jak pracować na głodnego. Myśli są zajęte tylko tym, że jest się głodnym, że przydałoby się coś zjeść, a praca jest odpychana na dalszy plan. To samo dzieje się u mnie przy pisaniu – nie ma idealnego środowiska, nie ma możliwości odpowiedniego skupienia. I koniec…
A chciałam coś wrzucić na Wydaje.pl, żeby troszkę jeszcze się pochwalić i może i troszkę zarobić. Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak sposiłkować się po raz kolejny starymi wytworami mojej wyobraźni.
Się pożyje, się zobaczy…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, praca zawodowa