Monthly Archives: Październik 2009

Nieśmiertelność…

Od miesiąca mieszkały z nami dwie muchy. Leniwym bzyczeniem ożywiały jeszcze nie do końca martwe wspomnienia letnich dni.
Od miesiąca. Co jest wielce zaskakujące, bo te stworzenia nie przeżywały zwykle tygodnia.Te wiodły zaskakująco długi i aktywny żywot, mimo wszędzie czyhających niebezpieczeństw.
Jedna z nich specjalizowała się w pływaniu. Wpadała do pozostawionych resztek herbaty, zalanych wodą naczyń w zlewie i zawsze wychodziła z tego cało. Nie mam pojęcia jak.
Druga igrała z elektrycznością, przelatując pomiędzy drutami w lampce owadobójczej. Nie było w stanie ją to zabić.
Pierwsza wreszcie się doigrała. Próbowała swego szczęścia w dzbanku, w którym chłodziła się woda dla papug. Tu spotkała swoje przeznaczenia, a ptaki musiały poczekać, aż przestygnie kolejna porcja.
Druga zakończyła swój żywot w misce, w której zebrała się woda z płynem do naczyń. Zatruła się. Na pewno nie utopiła, bo dość szybko wylazła na brzeg.
Trochę chyba będę tęsknić za ich bzyczeniem. To był ostatni supełek wiążący mnie z przeszłym latem.
Trzeba pomarznąć czekając na następne ciepłe miesiące…

4 komentarze

Filed under życie

Coś dla siebie, cz. 2

Uff…
Umieram.
Nie dosłownie, bo jestem naładowana, choć zmęczona.
Kondycja już nie ta, co parę lat temu, bo i praca wymusza takie, a nie inne zwyczaje zachowań.
Nie dałam się jednak. Nie poddałam się kolce, która próbowała mnie rozproszyć na szczęście z dość mizernym skutkiem.
Nie dałam się drzemiącej we mnie jeszcze chorobie, która próbowała blokować mi oddech.
Ale oddałam się tańcowi i muzyce. Z radością.
Dwie godziny forsownych ćwiczeń. Dwie godziny zabawy z rytmem, przeskakiwania z nogi na nogę i samej siebie. Dwie godziny… temu…
Teraz siedzę przy kompie i odpoczywam. Nogi swoje już zrobiły, już wytańczyły, co mogły. Z głośników jeszcze, tak na wyhamowanie chyba, sączy się irlandzka muzyka.
Może jeszcze będzie możliwość poskakania, poćwiczenia – nikt nie powiedział „nie”. Ale nie padło też „tak”.
Może…

2 komentarze

Filed under hobbystycznie

Zimna zima

Rozpadało się.
Rozpadało się deszczem. Potem śniegiem.
Pokazują zimę na samym początku jesieni. Nawet drzewa nie zdążyły zżółknąć i sczerwienieć, jak drzewom na jesień przystało, a już się pobieliły mokrym, zimnym, śniegowym wapnem.
Tak by się chciało oglądać to wszystko w telewizji, w serwisach informacyjnych, ewentualnie przez szybę. Nie doświadczać.
Kiedy wróci lato?

Dodaj komentarz

Filed under zaokienne życie

DEN

Wszystkim nauczycielom:
– tym, którzy mieli nieprzyjemność wtłaczać mi do głowy wiedzę;
– tym, którzy mieli nieprzyjemność ze mną współpracować;
– tym, którzy będą mieli nieprzyjemność się ze mną spotkać;
– tym, z którymi spotykam się dziś na poziomie współpracownika i ucznia
życzę:
– pensji wynagradzającej ich wkład i wysiłek;
– końskiego zdrowia;
– anielskiej cierpliwości;
– siły tura;
– urzekającego uśmiechu mimo przeszkód.
Obyśmy wszyscy wreszcie poczuli się docenieni. Nie tylko finansowo.
 

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa

Pomniejszone stadko…

Rano ją znalazłam…
Chorowała, więc jej śmierć nie była aż takim szokiem.
Malutka, jaskrawo zielona kupka pierza.
Nightwish.
Od 6 lat mieszkała z nami.
Uwielbiała być karmiona przez wszystkich samców, dzięki czemu nabierała szybko na wadze aż do takich stanów, iż nie potrafiła wzlecieć wyżej niż na parę centymetrów. Sama rzadko jadła. Liczyła na karmienie. Szeroka w piersi niczym nimfa. Zielona kulka z żółciutkim łebkiem…
 
Była, a teraz jej nie ma…
I żadna inna jej nie zastąpi…

Dodaj komentarz

Filed under papużki

Coś dla siebie

Pokonując niechęć do zimna i wczesnego wstawania w weekend, ruszyłam ku mało znanym (wręcz nieznanym) stronom. Działania podjęłam za zaproszeniem i namową bardzo dobrej znajomej, niemal przyjaciółki, z którą nie dane mi się było widzieć ładnych parę lat.
W towarzystwie dwu kotów i jednego psa nadrabiałyśmy zaległości w rozmowach. Dzięki temu również pogubiłyśmy się nieco w drodze, kiedy jechałyśmy ku nieznanej wioseczce, gdzie miałyśmy wzbogacić swoją wiedzę na temat tkactwa i wszelkich rzeczy z tym związanych.
 
Impreza pod nazwą „Dzień Tkaczki” nie zgromadziła wielu uczestników. W moim odczuciu była bardzo kameralna, ale za to bardzo przyjemna. Uśmiałam się okrutnie z przedstawienia, jak to drzewiej na wsi było, jak to się kobiety spotykały, by razem prząść, tkać, śpiewać i plotkować. Wielkie  brawa dla tego, który wymyślał teksty – były przednie!
Wystąpiły też dzieci, by pokazać swoje umiejętności muzyczne z użyciem cymbałków (choć mówiono na to dzwonki polifoniczne), wręczono nagrody najstarszym i zasłużonym dla gminy tkaczkom, a po skończonej części artystycznej zaproszono na poczęstunek.
Ach, cóż to były za pyszności! Pierogi z kapustą, łazanki z grzybami, groch z kapustą i skwarkami, pyzy, ciast pełne tace i… herbata. Gorąca, parująca herbata, która rozgrzała moje biedne wymarznięte ciało. W remizie, gdzie wszystko to się działo, nie było ogrzewania.
Dostąpiłam niesamowitego zaszczytu, gdyż pierwszą porcję nałożył mi sam wójt gminy! Przypadek. Nic nadzwyczajnego, ale za to, jak brzmi! 😉
Najadłam się po uszy, a i tak wszystkiego nie byłam w stanie spróbować.
Jeszcze chwil parę na rozmowę z babcią-tkaczką, na popatrzenie na warsztat tkacki łakomym wzrokiem i z uczuciem tęsknoty w sercu, parę ostatnich fotek i w drogę powrotną…
Potem noc w połowie przegadana, prześmiana, przedyskutowana… I dzień następny, gdzie czas odjazdu przesuwało się sukcesywnie aż wreszcie więcej się nie dało.
Typowy babski weekend. Niekiedy trzeba dać sobie chwilę oddechu, przyjemności, żeby zapomnieć o kłopotach… a tego właśnie mi chyba trzeba było…

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, podróże