Monthly Archives: Styczeń 2014

Jak to w lesie bywa…

Kiedyś tu był las. Duży, stary las. Teraz, po lasach ciągnących się tu, gdzie teraz mieszkamy, gdzie biegną ulice, gdzie po ścieżkach leśnych ludzie podążają z osiedla na osiedle w wielce przyjemnej aurze, jaką las nad owymi ścieżkami rozciąga, został jego skrawek. A jak jest las (*choćby i tylko w kawałku), to i cała menażeria w nim musi być również, prawda? Tak więc do karmnika na oknie przylatują nie tylko wróble i sikory, ale i mazurki, dzwońce, szczygły i grubodzioby. Czasem przyleci pozerkać na karmnik i do karmnika kowalik. Na teren osiedla zagonią się czasem lisy, kuny i inna zwierzyna drobniejsza, co ma więcej odwagi, niż pomyślunku. Z samego lasu nie wyściubiają za często nosa sarny i dziki. Te ostatnie trzymają się tak mocno swoich leśnych ostępów, że nie można ich zobaczyć za dnia, ale za to widać codziennie nowe miejsca żerowania: dziki doły głębokie nieraz kopią, że mogą konkurować z lejami po bombach, którymi las jest usiany od II Wojny Światowej.

I w takim to lesie codziennie odbywamy z Herą spacery, często spotykając innych właścicieli psów po drodze.

Jeszcze w pełni jesienne zdjęcie, kiedy zima kalendarzowa już u nas gościła.

Wiadomo, że ptactwa, zwierzyny mnóstwo się po takim terenie szwęda, przeto ciężko niekiedy Herę przywołać, kiedy się na jakimś tropie zafiksuje. W 99% się słucha i grzecznie wraca, pozostawiając nie pogonioną „zdobycz” za sobą. Bo ona najpierw patrzy, słucha i się zastanawia. Jeśli się w tym momencie ją przywoła – nie ma najmniejszego problemu. Zdarza się jednak, że człek się zamyśli… na chwilkę… za ptakiem spojrzy, na listki popatrzy…

Tropienie śladów, od których roi się w lesie.

Jeden raz pogoniła gdzieś za tropem, gdy była z G. na spacerze. Wróciła w pół drogi. Dziś pogoniła w las, bo znów złapała trop. Przy mnie. Czekałam na nią jakąś minutę. Gwiżdżąc, wołając jej imię. Coraz bardziej tracąc nadzieję, że wróci. Coraz bardziej obawiając się powrotu do domu dzierżąc w ręce pustą, smętnie zwisającą w ręku smycz. Wróciła. Cała szczęśliwa i radosna. Aż nie miałam siły jej opierniczyć, za ucieczkę. Za chwilę znów wypatrywała „towarzysza zabaw”. Tym razem zobaczyła dzięcioła, który przelatywał dość nisko od drzewa do drzewa. Przywołałam ją i grzecznie porzuciła plany gonienia za ptakiem. Zdecydowałam, że dziś koniec z bieganiem luzem i zapięłam ją na smycz, by kontynuować spacer już powoli, przy nodze.

Miałam bardzo duże opory, by ją prowadzić tak blisko (Hera, jak na mieszankę wilczaka i husky’ego przystało, jest wulkanem energii i w miejscu nie usiedzi, bo musi, ale to bardzo musi biegać), na krótkiej smyczy (innej nie mam), ale zdecydowałam tak, a nie inaczej. Wiele razy myśl mi się pojawiała, by odpiąć smycz, a za chwilę głuszyła ją inna, że jeszcze nie, że za wcześnie. Za wcześnie? Na co? I po chwili zrozumiałam, czemu za wcześnie. Oto usłyszałam szelest liści w oddali. Hera po chwili zaraz też nastawiła uszu. Wtedy już widziałam, co to za stwór czyni taki hałas: w naszą stronę od lewej ręki biegł dzik. O ciemnej sierści, łyskających nie za długich kłach, z uniesionym wysoko ogonem. Przeciął nam drogę jakieś pięć metrów dalej, niż stałyśmy. Hera, oczywiście, włączyła opcję „gonitwa!”, ale bez szczekania, jeżenia sierści na karku, czy warczenia – ot, czysta chęć zabawy z nowym „psem”. Trochę pracy jeszcze przed nami nad posłuszeństwem.

Dzik nawet na nas nie spojrzał. Ja stałam, trzymając chętną do zabawy z dzikiem Herę i patrzyłam, jak ten znika w oddali, między drzewami. Pierwszy raz widziałam dzika na żywo i z tak bliska! I bardzo cieszę się, że on po prostu biegł przed siebie. Na sosny raczej nie umiem się wspinać. Hera tym bardziej.

Kiedy spacer już się miał ku końcowi, spotkałyśmy P., jego córkę J. i labradora Adara. A że Adar jest najlepsiejszym kumplem Hery, tedy nie odmówiłam jej przyjemności wyszalenia się w jego towarzystwie. Do szaleństw należą: gonitwa cwałem po wykrotach, gryzienie się po karkach i łapach, wyrywanie sobie patyków. W tym ostatnim Adar jest zawsze po stronie wygrywającej, a Hera oddaje mu patyki bez warknięcia, a potem nie odważy się mu ich zabrać. Ot, widać, kto jest górą w tym „związku”.

I jak zaczyna się zabawa z patyczkami, to Hera nie weźmie pierwszego lepszego, o nie. To MUSI być największy i najdłuższy konar w okolicy. Innej opcji nie ma.

To akurat jest jeden z najkrótszych patyków, jakie zwykła targać za sobą.

I takim długim, ciężkim i grubym drągiem dostałam (wczoraj) w zewnętrzną stronę lewego kolana. Oczywiście kolano opuchło, posiniało i boli. Cóż, trochę pojęczę, pokuleję, ale przejdzie. Następnym razem nie pozwolę sobie już na najmniejszą nawet chwilę nieuwagi.

Wszystkie zdjęcia użyte w niniejszym wpisie są własnością G. i można je obejrzeć w jego galerii na Picassie.

2 komentarze

Filed under pieseł, zaokienne życie

Daj się zaskoczyć…

Nie, nie. Nie będzie to reklama popularnego dyskontu. Będzie to opowieść o naszym zaskoczeniu, jakie przeżyliśmy wczoraj.

Otóż tu, gdzie mieszkamy, wprowadziliśmy się jakieś 13 lat temu. Zagraciliśmy się do tego czasu odpowiednio, by poczuć, że osiedliśmy na stałe. Piwnicę odwiedzaliśmy nader rzadko, tylko po to, by dorzucić do niej parę kolejnych, potrzebnych na potem szpargałów. W końcu i te szpargały nie chciały się mieścić, więc zaczęły żyć poza wytyczonymi granicami własności. W sumie nikomu to nie przeszkadzało, bo piwnica nasza na szarym końcu korytarza piwnicznego się mieści. Gdyby nie to, że administracja (za poduszczeniem mieszkańców) umyśliła wymienić piwniczne okna, stan powyższy trwałby nadal niezmiennie zapewne jeszcze przez dekady.

Wymiana starych, piwnicznych okienek szła sprawnie i szybko do przodu, gdy nagle zostałam „złapana” w locie w drodze powrotnej do domu po spacerze z Herą. Panowie Budowlańcy stwierdzili z pełną i niezachwianą pewnością, że musimy udostępnić im swoją piwnicę, bowiem… jest w niej okno do wymiany. Moja reakcja: okno? Jakie okno?  Tam nigdy nie było żadnego okna! Ale zgodziłam się dnia następnego piwnicę odgruzować na tyle, by można było sprawdzić, kto ma rację w tym sporze.

Dzień drugi upłynął zatem pod znakiem wesołego czyszczenia naszej graciarni. Co tam się nie znalazło!? Stare, przestrzelane do cna słomianki łucznicze, które nadawałyby się chyba tylko na rozpałkę. Wór starych ubrań, który miał trafić do kontenera (i w końcu trafił), książki, czasopisma (o których pamiętałam, że są, ale nie do końca jakie), stare kartony, które trzeba było zostawić, bo gwarancja by przepadła. Gwarancja się skończyła, sprzęt już został zutylizowany lub podarowany dalej, a kartony zostały. Teraz już znalazły nowe miejsce przeznaczenia: kontener na papier. Nawet stara wykładzina dywanowa się znalazła po poprzednich właścicielach mieszkania i zestaw trzech solidnych, drewnianych drzwi oraz gustowny, duży, wiklinowy kosz. A także spora ilość, sporych, okarmionych (na myszach zapewne) pająków – kątników. Większość z tych szpargałów poszła na śmietnik. Część została, bo na pewno się przyda. Kątniki się wyprowadziły.

Panowie Budowlańcy stare okno wyszarpali z muru. Przegniłe deski łatwo się nie poddawały, rozłażąc się pod dotknięciem łomu, a ledwo trzymające się kupy cegły sypały się, niczym górskie osuwisko. Ale nowe okienko zostało zamocowane za pomocą pianki montażowej oraz niewielkiej ilości zaprawy murarskiej. I nagle stała się jasność. I przestronność. Teraz pomieściliśmy wszystkie szpargały tak, że jest jeszcze dość spore przejście pomiędzy. No i mnóstwo miejsca zostało do zagospodarowania w szafach.

I tak oto nasza piwnica po trzynastu latach zdołała nas zaskoczyć zupełnie. Nikt nie spodziewał się w niej okna!

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie, życie

Przypadłości część druga i na razie ostatnia

Mydło z „Białego Jelenia”  z kasztanowcem i lnem,

Takim mydłem aktualnie zaleczam strupy 🙂

może nie jest mydłem potasowym, a sodowym (jak wynika ze składu na opakowaniu), ale strupy zanikają. Ba! Całkiem już zanikły z najbardziej widocznych miejsc i na razie nie przejawiają ochoty na powrót. Patent z płukaniem rozcieńczonym octem po umyciu – jedynka! Dziękuję za przypomnienie o tej ważnej czynności, dzięki której włosy tuż po wyschnięciu nie są sztywne i klejące, a ich rozczesywanie nie stwarza już wielkiego problemu. Dobrodziejską moc octu czuć już przy płukaniu: wyraźnie włosy stają się bardziej delikatne i miękkie. Używam octu jabłkowego. Wspominam, bo ocet octowi nie równy.

Dziękuję wszystkim za porady, z których na pewno w najbliższym możliwym czasie skorzystam.

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie

Nieciekawa przypadłość

Z przypadłością ową męczę się od szóstego roku życia, czyli (nie róbmy tu tajemnicy) od trzech dekad. Najpierw nie było to nic nadzwyczajnego i uciążliwego, jednakże ostatnimi czasy objawy na tyle przybrały na sile, że stało się do dla mnie dość żenujące. Zwłaszcza, kiedy zauważy to ktoś z towarzystwa.

O czym piszę? Ano, piszę o łupieżu. Wstrętne paskudztwo przylepiło się do mojej głowy i odlepić od tylu lat nie chce, a ostatnio, to już w ogóle zaczął mocno przesadzać. Porobiły mi się okropne, krwawe strupy. Dobrze, że włosy mam gęste, to tego paskudztwa nie widać, póki się ich nie odgarnie. Ale pielęgnacja włosów jest utrudniona: nawet zwykłe czesanie jest torturą, bowiem skóra głowy boli, niczym sparzona i przypalona żywym ogniem.

Czego już nie stosowałam: Nizoral, Head&Shoulder’s i wszystkie inne możliwe przeciwłupieżowe szampony, jakie tylko zdołałam odnaleźć na półkach w sklepach i aptekach. I nic. Zupełnie. Część z nich nawet pogorszyła stan zastany. Jedynie wywar z ziół, który sama (w oparciu o właściwości poszczególnych roślin zielnych) sobie przygotowywałam coś tam łagodził delikatnie.

To własnie naprowadziło mnie, by odwiedzić mydlarnię i tam nabyć szampon zawierający aż siedemnaście różnych ziół i dziegiedź. Zapach był niezbyt przyjemny, ale… stał się cud! Naprawdę wszystko z wolna zaczęło znikać: strupy, skorupa martwej tkanki, a i włosy jakieś takie ładniejsze się zrobiły. Owszem, zaczęło się ze mnie sypać, ale wraz z długością stosowania owego szamponu, „śnieg” lecący z mojej głowy również malał. Byłam wniebowzięta! Naprawdę. Oto znalazłam kosmetyk, który naprawdę, ale to naprawdę działał. I kij z tym, że 500ml kosztowało mnie 50 zł. Opłacało się. Postanowiłam zatem, że będę od teraz stosować tylko i wyłącznie ten właśnie szampon. Tylko ten, żaden inny.

Niestety, sielanka nie trwała długo. Kiedy pierwsza butelka się skończyła, zamówiłam nową. Od razu rzucił mi się w nos zapach. Zdecydowanie inny, niż w przypadku pierwszego szamponu. Teraz, zamiast zapachu dziegdziowego, pachniało mi miętą. Taką ostrą, orzeźwiającą i świeżą. Cóż, widocznie nie każdemu pasowały walory zapachowe, to dodali więcej olejków. I jak je dodali, skończył się cudotwórczy wpływ tego kosmetyku na moją głowę. Znów pojawiła się skorupa martwej tkanki, zaczął się świąd, a po niedługim czasie wróciły strupy. Tragedia.

Nie zostało mi nic innego, jak szukać dalej. Wypróbowałam wszystkie szampony z dziegdziem (idąc tropem, bo dziegiedź pomógł raz, pomoże i drugi) i… nic. Strupy, jak były, tak radośnie zostały i – o zgrozo – mnożyły się. Szczęściem jeszcze włosy mi nie zaczęły wypadać garściami, bo wtedy, to już w ogóle bym się chyba powiesiła z „radości”.

Nagle na rynku zaczęły się pojawiać produkty sygnowane nazwą „Biały Jeleń” i opisywane, jako antyalergiczne. Cóż szkodziło spróbować? Podeszłam do szamponów z tej serii/firmy dość sceptycznie. Faktycznie, efekt nie urywał. Ot, jedyne, co mogłam zanotować na plus, to zahamowanie „rozmnażania” strupów i łatwiejsze rozczesywanie włosów. Nic więcej, niestety.

W końcu, któregoś dnia wpadłam na pomysł, żeby porzucić próby z szamponami, za to spróbować z…. mydłem. Tak, zwykłym, szarym, nie perfumowanym mydłem. Z początku efekt nie był zadowalający. Ba! Rzekłabym, że fatalny. Włosy zaraz po umyciu i wysuszeniu (bez suszarki – suszyły się naturalnie całą noc) były matowe, posklejane, tłuste. Rozczesanie ich – istna droga przez mękę. A ile ich straciłam! Aż mi się słabo zrobiło, jak zobaczyłam ile tego zostało na szczotce. No, tragedia. Na drugi dzień już było lepiej – włosy stały się puszyste, gładkie, mniej ich sobie wyrwałam przy czesaniu, ale… strupy nadal były. Łupież też. Cóż, po pierwszym myciu nie zawsze może stać się cud i od razu wszystko weźmie i zniknie, prawda? Stwierdziłam, że dam mydłu szansę.

Dość pozytywnym zaskoczeniem przy stosowaniu mydlanej kuracji było to, że włosy przestały mi się przetłuszczać. Jak wcześniej trzy dni bez mycia już dawało się we znaki ( strąki zamiast włosów, wyczuwalny łój na palcach, kiedy się je przeczesało etc.), tak teraz bez mycia szło wytrzymać tydzień. I naprawdę nie było widać, że tyle czasu włosy nie widziały wody i detergentu. Grzywka (mimo odgarniania palcami, bo pod nią czaił się jeden ze strupów) wciąż wyglądała, jak świeżo po umyciu, reszta włosów, też nie przylegała do głowy, jak tłusty, sztywny hełm. Miłe zaskoczenie.

Po trzech umyciach (czyli trzech tygodniach) strupy zaczęły się zasklepiać (mimo ich nagminnego rozdrapywania – wiem, nie powinnam, ale nie szło się powstrzymać) i z wolna zanikać. Z wolna znika też skorupa martwej tkanki, co powoduje, że zaczyna się ze mnie sypać „śnieg”. Czyli – powolutku wracamy do stanu, który udało mi się wcześniej uzyskać za pomocą ziołowo-dziegdziowego szamponu. Przy najbliższym myciu dołożę jeszcze płukankę z miksu ziół, które stosowałam kiedyś-kiedyś. Powinno wracać ku lepszemu jeszcze szybciej.

Czemu napisałam to, co napisałam? Ano, może komuś, kto męczy się z podobnym problemem wpis pomoże bez zbędnego błądzenia po sklepach i aptekach i bezsensownego wydawania pieniędzy na specyfiki, które nie pomogą, a mogą jeszcze zaszkodzić, pogłębiając patologiczny stan skóry głowy.

Polecam zatem szczerze szare mydło z firmy „Biały Jeleń”. Wybrałam dla siebie mydło z wyciągiem z bzu, który ma (wedle tego, co napisane było na opakowaniu) poprawiać stan i ukrwienie skóry. Czy poprawia? Mogę rzec, że tak. Zatem polecam z czystym sercem wypróbowanie mydła w zamian za szampon. U mnie to zadziałało.

10 komentarzy

Filed under ogólnie, życie

Poranny dżoging

Motek potrzebuje ruchu. Nie, wcale nie jest gruby i należy mu się odchudzanie. Po prostu, jeśli się nie wybiega, roznosi klatkę na drobne. Dlatego codziennie rano, po sprzątaniu klatki, robimy wielką pardubicką przez cały pokój i przedpokój w pełnej, króliczej prędkości. Dziś stało się coś miłego podczas tych porannych szaleństw.

Otóż Hera odpoczywała sobie wygodnie pod drzwiami wejściowymi i patrzyła leniwie na motkowe wyczyny, od czasu do czasu merdając delikatnie ogonem. Ani się nie zerwała, co zwykła robić zazwyczaj, ani nie piszczała, widząc, jak biały futrzak biegnie wzdłuż przedpokoju. Nagle Motek tak się rozpędził, że się znalazł tuż przed psim nosem. Oczywiście włączył mu się standardowy „scanning”, ja gotowa i zwarta do reakcji (nie byłam daleko od zwierzaków, wręcz stałam nad nimi), a Hera? Machnęła raz ogonem, popatrzyła na Motka, potem na mnie i wróciła do drzemki.

Cóż, mam nadzieję, że ten stan będzie się utrzymywał już zawsze. Nie będzie stresu przy wypuszczaniu Motka na biegi. A sam królik? Ach, on znów zaczyna się zmieniać w wielką, puchatą kulę białego futra.

4 komentarze

Filed under króliki, pieseł

Mokro, kurka, mokro…

Się postanowiłam i się wybrałam na działkę. Miałam – głupia – nadzieję, że, kiedy dojdę na miejsce, przestanie padać z chmur to mokre paskudztwo zwane deszczem i pseudośniegiem (popularnie deszcz ze śniegiem). Niestety, nadzieja zawsze jest matką głupich i akurat mnie nie kocha, zatem lało przez całą drogę, a i wcale nie przestało, kiedy już przemoczona otworzyłam furtkę. Zapomniałam dodać, że towarzyszyła mi Hera. Bez niej chyba bym nie odważyła się pójść. Taki uraz mi się zrobił, niestety, że przebywając na działce bez towarzystwa, czuję się co najmniej niekomfortowo.

Zmoknięte wypiłyśmy sobie co nie co: Hera wodę z miski, a ja ciepłą herbatę. Dobrze, że była woda i prąd, i przedostatnia saszetka. Po obejściu całości najżałośniej wyglądał tunel. Oj, Ksawery nie zostawił na nim wielu spłachetków nierozerwanej folii. Cóż, w tym roku musimy już zakupić nową, bo tego załatać się już nie da. Zresztą, zobaczcie sami:

Zniszczenia, jakich dopuścił się pan Ksawery Orkan klasyfikują się na kryminał ;)

Zniszczenia, jakich dopuścił się pan Ksawery Orkan klasyfikują się na kryminał 😉

Tego się już nie da posklejać… nawet amerykańska, srebrna taśma, z której „Pogromcy mitów” zrobili sobie łódź nie dałaby sobie z tym rady. Stelaż też nadaje się do renowacji. Myślę, że druciana szczotka, nowa warstwa farby da sobie z tym radę.

Grządki już okopane, czekają na nowy sezon, by móc wykarmić kolejne pokolenie roślin. W sumie, to sama też nie mogę się doczekać, kiedy będzie ciepło, wiosennie lub letnio i będę mogła siedzieć sobie wśród przyrody (i ryku silników motocykli, których dosiadają tzw. „mielone”), skubać grządki z chwastów i patrzeć, jak sobie to wszystko na nowo rośnie. A potem zbierać, zbierać, robić przetwory i dania ze świeżutkich warzyw i owoców. Ależ się rozmarzyłam!

Ziemia odpoczywa przed kolejnym zasiewem.

Ziemia odpoczywa przed kolejnym zasiewem.

Na zimę zostawiłam w gruncie nadwyżkę pietruszki i pory.

Na zimę zostawiłam w gruncie nadwyżkę pietruszki i pory.

Na powyższym zdjęciu widać, jak bardzo zniszczona została folia. W sumie… liczyłam się z tym już rok temu, bo plastik stary, twardy już i sztywny. Szczęściem jeszcze przez rok wytrzymała: poklejona, połatana. Ale czas na emeryturę, a raczej na wieczny spoczynek. Następnym razem zdejmę ją całkiem z rusztowania, bo lepiej wygląda sam szkielet, niż takie smętne resztki wiszące i furgoczące na wietrze.

Nie tak dawno posadzona maliny na razie śpią. I dobrze. Cieszę się, że nie obudziła ich ta pseudowiosenna pogoda, bo byłoby źle. Za chwilę będzie noc na minusie (już jutro zapowiadają -1*C, może nie dużo, ale to początek zimy), a pod koniec stycznia (czyli już za chwilę) przyjdzie śnieg i ujemna temperatura nawet w dzień. A tak się prezentują malinowe patyczki:

Takie malutkie... sztuk ponad pięćdziesiąt. Jeśli wszystkie odbiją...

Takie malutkie… sztuk ponad pięćdziesiąt. Jeśli wszystkie odbiją…

Widząc to, co się dzieje na osiedlu (wiosna w pełni niemalże) obawiałam się, że i na działce drzewa i krzewy zaczęły rozwijać pąki. Na szczęście obawy okazały się płonne, a działkowe drzewa i krzewy mądrzejsze od miastowych i spokojnie czekają na prawdziwą wiosnę:

Śpiąca w najlepsze wisienka.

Śpiąca w najlepsze wisienka.

Okazało się, że tunel, to nie koniec zniszczeń. Jedno z okien prawie straciło szybę, więc czeka nas szybkie łatanie dyktą lub kartonem, żeby zimą nie nasypało śniegu do środka, a gdy się ociepli – wymiana szyby.

Pęknięcie przez całość i dziura w prawym górnym rogu. Ot, się spsuło... będzie trza naprawić...

Pęknięcie przez całość i dziura w prawym górnym rogu. Ot, się spsuło… będzie trza naprawić…

Ogólnie jestem wkurzona, bo poszłam z zamiarem zrobienia wiele, a nie zrobiłam w sumie  nic… próbowałam nieco ogarnąć tunel (który tunelem już nie jest), ale dłonie bardzo szybko mi zgrabiały przez zimno i deszcz.

Wróciłam z chlupiącymi butami, a Hera wyglądała, jak wyjęta spod prysznica. Siedzimy teraz w cieple i się suszymy. Ech, zakończę pozytywnie ten dzień i choć trochę uprzędę wełny…

 

4 komentarze

Filed under rolniczo

Moja wygrana

Się pochwalę, bo jakże by to mogło być inaczej?

Pochwalę się, że wygrana na fejsie kieca jest już u mnie i się nie mogę nią nacieszyć. Zrobiła ją dla mnie Katarzyna Głowacka z Rzepkowego Pola. Sukienka jest tak niebieska, jak lubię. Nieco za długa wyszła, ale to norma, bo ja nie umiem się porządnie wymierzyć. Taka ze mnie krawcowa, że aż się płakać chce. Trochę ją podwinę i będzie idealna. Teraz muszę tylko poszukać dobrych źródeł o strojach wczesnych, najlepiej słowiańskich, żeby sobie zrobić do niej fartuch, czy też wierzchnie suknie, żeby mi grzbiet nie marzł, jak się wreszcie na wczesny turniej wybiorę. A i dla G. musiałabym wyczarować jakieś wdzianko. Cóż, trzeba będzie się dokształcić w nowej dziedzinie mody średniowiecznej.

A tak wyglądam w kiecy ja:

Wstęp do wcześniakowania już jest ;)

Wstęp do wcześniakowania już jest 😉

Nie patrzeć na marną jakość zdjęcia. Ciemno było, deszcz padał, samowyzwalacz działał, zdjęcie samo się zrobiło 😛

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie