Monthly Archives: Czerwiec 2017

Odpoczynek? A co to?

Serio. Serio…

Nie wiem już, co robić, żeby wypocząć. Długie spanie nie pomaga, drzemki w ciągu dnia odpadają, bo jak jest jasno, to nie zasnę. Chyba że jestem chora. Albo mocno idzie na deszcz…

Do pracy nie mogę się wykokosić, bo chce mi się spać. W pracy – zasypiam, czy coś się dzieje, czy nie dzieje. Po pracy najchętniej by już nic nie robiła. Jak trafi się wolny dzień, to ledwo mam siłę, żeby ogarnąć, co najpotrzebniejsze. Wkurza mnie to okrutnie, ale nie wiem, jak zamienić chroniczne przemęczenie na odrobinę więcej energii…? Oprócz ostatnio odkrytej we mnie sarkoidozy (ładnie wchodzącej w regres, jak orzekł pan doktor) nic więcej mi nie dolega. Nawet to, że robię sobie przebieżkę do lub z pracy na piechotę, też nic nie daje. Niby marsz ma pobudzić ciało do działania i umysł do lepszej pracy, a u mnie – nic z tego… ani jedno, ani drugie nie chce działać lepiej po takim spacerku. Pozytywem w tym jest to, że taki spacer zajmuje mi już tylko 20 minut, a nie 40 i nie sapię, jak lokomotywa, po postawieniu paru kroków. Także ten… idzie ku lepszemu. Chociaż tyle…

Strasznie po grudzie idzie nam znalezienie nowego miejsca we wszechświecie… nikt się nie chce zamienić na mieszkania, a żeby sprzedać choć jedno, to musimy mieć zaklepany dom, żeby mieć gdzie się przenieść. Sama jeszcze jakoś na działce bym przewegetowała w Ruderce póki nie przyszłaby słota jesienna i zimowe mrozy. Może się by wynajęło garaż, czy inny magazyn do upchnięcia gratów, żeby się ze wszystkiego na już nie wyprzedawać… ale co z papugami? Nie sprzedam ich i nie oddam nikomu, bo nie po to je przygarniałam, żeby teraz komuś innemu podrzucić. Nie są przyzwyczajone do bycia w zimnie, bo to domowe papużki. Przy tym na działce nie wolno mieszkać…

I tak właśnie w tej czarnej studni rozpaczy naszła mnie myśl, że przecież można „pożebrać” o datki na szczytny cel wykupienia siedliska i zamiany go w malutki skansenik, w którym będzie można i zobaczyć zwierzaki i stare maszyny, urządzenia w użyciu, a nie leżące i zbierające kurz na ekspozycji w muzeum. Moglibyśmy uczyć dzieciaki starych zawodów, pokazywać im, jak długo trzeba pracować, by coś zrobić, co nadaje się do użytku. I takie dzieci, jak nadejdzie apokalipsa zombie poradzą sobie śpiewająco w nowej rzeczywistości, gdzie już wszystkiego nie da się kupić w sklepie. I tak sobie myślę, jakby to wszystko zrobić, żeby nie było żadnego potknięcia większego i nikt do niczego się nie doczepił, że coś robię nie tak…

A tak a propos działki… przez zimę, która grasowała jeszcze w maju mamy ubytki w uprawach… nie będzie pietruchy, marchew też jakoś nie bardzo chce rosnąć. Fasoli i grochu wyrosło kilka krzaczków na parę zagonów… owoce? Tylko na spróbowanie. Trudno. Będziemy się w tym roku cieszyć bobem, kukurydzą i kalarepami, które rosną naprawdę pięknie. No i truskawki… narosło tego dość sporo. Już stoją słoiczki z konfiturami i kompotem. No i mamy nowy tunel. Znaczy nową folię na tunelu i już część pomidorów i papryk sobie pod nim rośnie. Na pewno będą z nich plony. Nie wierzę, że nie, bo już się pojawiają zawiązki owoców. A własne pomidorki, potem domowy przecier, to jest coś, co lubię.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Co to był za tydzień…?

Łomatko, co to był za tydzień…? Jeszcze teraz w głowie mi się kręci. Ze zmęczenia. A to jeszcze nie koniec maratonu i zastanawiam się, czy w ogóle dotrwam do jakiegoś wolnego weekendu? Bo praca po 10 – 11 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu (wolne było w święto, bo market zamknęli) jest jeszcze ponad moje nadwątlone siły…

Wieści z działki – tylko z drugiej ręki. Słabo rośnie. Część warzyw nie wykiełkowała w ogóle, folię na tunel z ledwością udało się zamówić po normalnej cenie, na drzewach owoców ledwo na spróbowanie… przemroziło się wszystko w tym roku okropnie. Truskawki jednak dopisały, mamy już z pierwszych zbiorów prawie 7 kg. Już są zrobione kompoty, konfitury „dochodzą”, sok, ciasto i jeszcze litr napoju mleczno-truskawkowo-bananowego na dokładkę.

W domu…. bajzel… wiecie, jaki problem dostać worki do naszego nowego odkurzacza? Całe miasto zleźliśmy i… nie ma… a bez odkurzacza nie ma jak ogarnąć ptasich i psich resztek. Jak próbuję ogarnąć miotłą, to mam śnieżycę… przy tym i tak nie mam sił, żeby zrobić po pracy coś więcej niż tylko położyć się spać.

Jeśli chodzi o szukanie nowego miejsca we wszechświecie, to znów zaliczyliśmy porażkę… na OLXie znalazłam ogłoszenie o akuratnym domku na małej parceli w wiosce oddalonej od miasta o jedną stację PKP, czyli – rzut beretem. Umówiliśmy się na spotkanie z właścicielami na sobotę. Tak, na wczoraj. Nie pojechaliśmy. Nie było już po co… ktoś nas ubiegł i znów coś, co było na wyciągnięcie ręki poleciało w kosmos… nie wiem, ile takich roznieceń nadziei i kubła wody porażki jeszcze będę w stanie znieść, by jednak zrealizować marzenie o opuszczeniu tego wymierającego miasta, w którym oddycha się czystym, świeżym benzenem. Zwłaszcza nocami.

Powoli przestaję mieć ochotę na walkę z wiatrakami, która i tak niczego nie zmienia… pracy zmienić nie mogę, bo tu tylko monopolowy miałby rację bytu, a nie masażysta z umiejętnościami, czy rękodzielnik z nawet zapierającymi dech w piersiach dziełami. Miejsca zamieszkania zmienić też nie można, bo to takie zajefajne miasto do zamieszkania, że nikt kupować mieszkań tu nie chce. Ewentualnie może z łaski wynajmie… ratunku…?

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, papużki, pieseł, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Konkursy…

Na FB  pojawia się mnóstwo różnych konkursów, które organizują mnie lub bardziej udanie strony znajdujące się w gronie polubionych przeze mnie lub też moich znajomych. Kilka razy udało mi się wygrać parę naprawdę przydatnych i ślicznych rzeczy (np. chustę, której z powodzeniem używam, gdy jest mi zimno – jako okrycie i jako szalik, gdy wychodzę na zewnątrz w chłodne i zimne miesiące. Albo taka wczesnośredniowieczna kieca, której jeszcze nie pokazałam na żadnym turnieju, bo nie miałam okazji odwiedzić wczesnej imprezy).

Ostatnia wygrana, jaka przypadła mi w udziale, to spinka do włosów. Nie jakaś tam pierwsza lepsza. Solidna, skórzana zapona do włosów. Obowiązkowo w kształcie smoka. Wykonana została ręcznie w pracowni 2Towers.

Niestety, moje włosy znów pokazały na co je stać i wymykają się wszelkim próbom ich ujarzmienia i osadzenia na nich rzeczonego smoka. Wczoraj, po półgodzinnych próbach, wreszcie udało mi się wszystko ogarnąć i wyjść ze smokiem do ludzi i go zaprezentować. Oczywiście że przyciągał uwagę. Jakby nie przyciągał, byłabym mocno zawiedziona ślepotą ludzi na takie cudo. Jednie jedna osoba zdobyła się na odwagę i zapytała skąd mam taką spinkę? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że z pracowni 2Towers i dodatkowo zaprezentowałam na ekranie telefonu komórkowego inne cudności, jakie można tam znaleźć. Też powinniście tam zaglądną, moi drodzy czytacze, bo warto. Nawet tylko dla pozachwycania się nietuzinkowymi ozdobami, jakie tam robią.

A mój smok wygląda tak:

Na pierwszym zdjęciu jest zaraz po wypakowaniu z koperty, a na drugi po całym dniu lansowania. Przed wyjściem nie zdążyłam zrobić sobie fotki, bo nie było czasu. Rano musiałam wskoczyć na zastępstwo w pracy, a zaraz po niej gnać do domu i przyszykować się do wyjścia na zakładową imprezę, w zakładzie pracy G. Postaram się jeszcze kiedyś, przy okazji innej możliwości polansowania się ze smokiem zrobić zdjęcie, gdzie i on, i ja nie będziemy wykończeni po całym dniu intensywnych przeżyć. O samej imprezie też napiszę. Jak G. ogarnie dość zaskakujący filmik ze mną w roli głównej 😉

A ja serdecznie (i ponownie) zapraszam do odwiedzenia pracowni, w której powstał mój smok, czyli 2Towers.

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, rozrywka, smoki

Wszystko nabiera tempa…

Strasznie dużo się zdarzyło od ostatniego wpisu. Tak dużo, że nawet nie wiem, od czego zacząć…

Może zacznę od tego, że choróbsko odpuściło na tyle, że na pół gwizdka mogę pracować zawodowo, więc już wróciłam do pracy i nadal ochraniam jeden z lokalnych marketów wspólnie z koleżanką i kolegami zatrudnionymi w tym samym, co ja celu. Dzięki temu mam znów odrobinę mniej czasu na sprawy poza zarabianiem pieniędzy, ale… nie jest źle.

Część z Was już wie, że nie zdałam egzaminu zawodowego. Tak, to prawda. Wymarzona praca w gabinecie rehabilitacyjnym musi jeszcze chwilę poczekać, bo egzamin poprawkowy pozwolą mi zdawać dopiero w styczniu przyszłego roku. Niestety, wcześniej nie ma na to najmniejszych szans. Z racji tego, że prawie ugadana praca jest na razie przeszłością, staram się mimo wszystko rozwijać w kierunku masaży. Z tego powodu zainwestowałam niemalże ostatnie pieniądze w kurs Terapeuty SPA, który odbywał się w Warszawie. I to były chyba dobrze zainwestowane pieniądze. W Akademii SPA odkryłam nowe możliwości i techniki, dzięki którym będę nadal mogła przynosić pomoc ludziom, niekoniecznie w gabinecie rehabilitacyjnym. Atmosfera była cudna! Naprawdę. Prowadzący oraz dziewczyny, które przyjechały, by uczyć się tak, jak ja byli (i nadal są) wspaniali. Poznałam nowe techniki w masażu relaksacyjnym i do swoich umiejętności mogę dopisać: masaż bambusem, stemplami ziołowymi (co obiecano nam jeszcze w szkole, ale prowadzący zajęcia jakoś nie pociągnął tego tematu dalej), miodem, a także rozwinęłam nieco wiedzę o masażu kamieniami gorącymi. Doprawdy, na poprzednim kursie nauczyłam się układać kamienie na ciele klienta, a teraz wiem, jak zrobić za pomocą rozgrzanego bazaltu naprawdę relaksacyjny masaż. Dodatkowo jeszcze prowadzący zaprezentował nam zabiegi typowe dla SPA, czyli peeling i okłady. Cały czas raczył nas też wiedzą wypływającą z doświadczenia, wypływającego z jego wieloletniej pracy w zawodzie w różnych miejscach i środowiskach, a także tych związanych z prowadzeniem własnej działalności. Wróciłam do domu z głową pełną pomysłów i wiedzy…

Sama podróż też była zaskakująca… Największym zaskoczeniem było kupno biletów na pociągi ekspresowe. Na tydzień przed podróżą wykupiłam ostatnie bilety na podróż do i ze stolicy. Ostatnie. Za ciężkie pieniądze… W piątkowy poranek udało mi się wsiąść do Pendolino.

 

001

Tym razem nie spie… rniczyło, jak przed zdjęciem, które próbowałam mu zrobić na stacji w Gliwicach. Och, jakby mi takiego psikusa zrobiło, to nie miałabym dziś certyfikatu i nowych umiejętności, a tylko stracone pieniądze. Mnóstwo straconych pieniędzy… Ale – udało się. Bez większego trudu odnalazłam swoje zarezerwowane miejsce i już mogłam się cieszyć urokami podróżowania w tak ekskluzywnym środku transportu.

 

002

Nawet poczęstowano mnie herbatką (Lipton, zielona… w smaku nie za cudna, ale przynajmniej nie było mi po niej tak niedobrze, jakbym zażyczyła sobie czarnej).

 

003

Do wyboru była jeszcze kawa, ale tej wolę nie tykać, jeśli nie jest kawą zbożową. Na tym ekskluzywność, niestety, się skończyła. W rozwieszonych wszędzie telewizorkach puszczono jedynie zapętloną, jedną i tę samą reklamę Strażników Galaktyki 2. Owszem, pierwsza część bardzo mi się spodobała i bardzo chcę obejrzeć drugą, ale oglądanie non stop jednej i tej samej reklamy było nużące. I tak, starałam się nie patrzeć na te minitelewizorki, ale nie dało rady. Były tak ustawione, że musiałabym patrzeć się bez przerwy w okno albo na własne stopy, by ich nie widzieć. A widoki za oknem nie zawsze były warte oglądania.

Skoro zatem obsługa tego luksusowego pociągu nie miała zamiaru dostarczyć pasażerom rozrywki wizualnej, stwierdziłam, że trzeba tę rozrywkę samemu sobie zorganizować. Tak więc na półeczce rozstawiłam sobie tablet, po czym rozpoczęłam poszukiwanie Wi-Fi. Jakież było moje rozczarowanie, gdy sieci nie znalazłam. Nawet w zwykłych szynobusach… ba! W naszych miejskich autobusach jest dostęp do darmowego Internetu! Ale nie w Pierdolino… za dobrze by było. Starczy herbatka/kawka wliczona w cenę biletu (i już wiadomo, czemu tak się cenią 😉 ). Podróż umilana rozrywką ciągniętą z własnego, komórkowego Internetu minęła dość spokojnie. Mimo, że wykupiłam ostatni bilet, miejsce koło mnie przez całą podróż pozostawała puste i nietknięte. Tak samo cztery inne, będące w zasięgu mojego wzroku.

 

004

Ludzie zrezygnowali z możliwości podróżowania tym pięknym, włoskim cudem techniki, czy jak? Albo przeczuwali, że będzie to niezbyt miła podróż ze sporym opóźnieniem. Bo pociąg utknął na stacji Warszawa Zachód z powodu jakiegoś szumiącego jegomościa, do którego zawezwano specjalnych gości, którzy mieli go odszumieć.

 

008

I tak, dzięki szumiącemu oraz patrolowi Policji, który docierał na miejsce zdarzenia przez ponad pół godziny, na dworzec Warszawa Wschodnia dotarłam później, niż planowałam. Na szczęście zaczepiony pan na postoju autobusów miejskich raczył wytłumaczyć istotę podróżowania tego typu komunikacją. Jego wiedza wynikała z racji zajmowanego stanowiska pracy. Pan bowiem okazał się być kierowcą autobusu. Niestety, nie tej linii, której potrzebowałam, by dotrzeć na miejsce szkolenia. Z jego wskazówkami dotyczącymi rodzajów biletów, ich ceny oraz techniki kasowania poradziłam sobie bez trudu w autobusie linii 140. Potem tylko trzeba było pilnować się, by wysiąść na właściwym przystanku, a tu już sprawę ułatwiły szczegółowe instrukcje od koleżanki warszawianki.

 

010

Spóźniona i zziajana dotarłam na miejsce, by od razu rzucić się w wir nowych wiadomości.

Pierwszego dnia poznałam współkursantki oraz prowadzącego, którego nazwisko, po zmianie dwóch liter, przekształca się w nazwisko mego lubego. Imienia nie trzeba zmieniać w ogóle. Taka ciekawostka, która wprawiła mnie w wesoły nastrój. Dziewczyny, które zechciały się uczyć razem ze mną mieszkały raczej w okolicach Warszawy. Zaskoczeniem była jedna z nich, która przyleciała z zupełnie innego kontynentu, gdzie wyemigrowała za mężem. Po prezentacji zaczęliśmy uczyć się masażu gorącymi kamieniami, poznając wszelkie jego tajniki… a było czego się uczyć! Naprawdę to był masaż, a nie układanie kamieni na ciele klienta. Doświadczając tego rodzaju przyjemności na własnej skórze czułam wyraźną różnicę, między tym, co wcześniej mnie uczyli, a co przyswajam sobie obecnie. Niebo a ziemia. Naprawdę.

Drugi dzień zaczęliśmy od powtórki z lekcji pierwszej. Znów kamienie bazaltowe poszły w ruch, po czym gładko przeszliśmy do nauki masażu bambusami.

 

011

Cóż za cudowny masaż! Tak od strony masowanego, jak i masującego. Wspaniale rozciąga mięśnie, rozluźnia je i powoduje uczucie odprężenia. Cieszę się, że poznałam ten rodzaj masażu, bo mogę go stosować zamiennie z masażem klasycznym, a zużywam na niego mniej energii, niż przy masażu klasycznym, co obecnie jest sprawą bardzo ważną, gdyż czego, jak czego, ale energii brakuje mi codziennie. Bez przerwy na deficycie… pod koniec zajęć zapoznałyśmy się jeszcze z ruchami wymaganymi podczas masażu miodem. Tak, żebyśmy już wiedziały, jak go wykonać dnia następnego, bo masaż miodem nie lubi powtórek. Czemu? Bo miód może zbytnio podrażnić delikatniejszą skórę.

Trzeciego dnia znów zaczęliśmy powtórką, co mnie niezmiernie ucieszyło, bowiem masować bambusem i być nim masowana zaczęłam uwielbiać. Po odświeżeniu wiadomości z dnia poprzedniego, rozpoczęliśmy naukę masażu miodem. Starczy jedna łyżeczka, by rozpocząć lepiący i klejący masaż.

 

016

I wiecie co? Siłą pokonała niechęć do lepiących się do mojej skóry rzeczy i wcale tego nie żałuję. Po spróbowaniu tego rodzaju terapii na własnej skórze byłam równie mocno zaskoczona jego działaniem, jak w przypadku kinesiotapingu. Gdybym sama nie spróbowała, nie uwierzyłabym, że dziesięć minut szybkiego, energicznego masażu z lepkim „olejkiem” może tak niesamowicie rozluźnić mięśnie grzbietu! Coś niesamowitego. Naprawdę! Masaż miodem, zaraz po masażu bambusem będzie jednym z moich ulubionych zabiegów. Jako masażysta i jako masowany.

 

014

Po tej części rozpoczęłyśmy przygotowywania stempli do masażu Pantai Luar. Trzeba gałganki dobrze powiązać i porządnie wypchać ziołami, żeby nie rozpadały się w trakcie masażu, a powodowały zamierzone (w zależności od rodzaju mieszanki ziół) efekty u masowanego klienta. Po przygotowaniu przez każdą z nas dwóch stempli, rozpoczęłyśmy naukę sekwencji ruchów, jakich wymaga ten rodzaj masażu. Po jego zakończeniu, każda z nas wręcz ociekała olejkiem. A jaka skóra się gładka zrobiła! No, poezja… z racji braku dostępu do pryszniców musiałyśmy cały olej wetrzeć w ręczniki. Głupio byłoby wracać autobusem z „mokrymi” spodniami lub T-shirtem. Na koniec dnia dowiedziałyśmy się jeszcze, jak stosować peelingi i jakie do czego służą ich rodzaje, a także w jaki sposób zastosować okłady. Wiele też otrzymałyśmy wiedzy i sekretów dotyczących pracy w SPA, współpracy z hotelami, jak pracować na własny rachunek i jakie jeszcze zabiegi SPA są popularne. Jak promować się, swoje umiejętności i gabinet i jakie narzędzia do tego najlepiej wykorzystać.

Kiedy się pożegnaliśmy, wykonaliśmy ostatnie zdjęcia na pamiątkę, ruszyłam w drogę powrotną.

 

017

Odprowadzona przez H., która mnie ugościła iście po królewsku w swoim warszawskim mieszkanku,

 

018

za co jej niezmiernie dziękuję, bo w innym przypadku mogłabym nie dać rady uczestniczyć w wyżej opisanym kursie, trafiłam na dworzec Warszawa Wschodnia.

 

019

Pociąg do Katowic przyjechał i odjechał punktualnie. Tym razem wszystkie miejsca były pozajmowane. Nie było to Pendolino, a znany każdemu typowy, „staroświecki” ekspres z kuszetkami. Ale bez Warsu. Podróż minęła szybko. Musiałam walczyć z sennością, by nie zasnąć i nie przespać stacji w Katowicach, a była to realna groźba. Byłam tak wykończona aktywnie spędzonym weekendem, że gdybym pozwoliła sobie na drzemkę, obudziłabym się w Budapeszcie, który był stacją końcową tego pociągu. Na szczęście nie tylko ja wysiadałam w Katowicach, więc ruch w przedziale trochę mnie otrzeźwił. Na dworcu spędziłam – o dziwo – spokojnie prawie godzinę (pociąg zaliczył opóźnienie) w czynnej całodobowo kafejce „So! Coffee” niedaleko kas biletowych przy gorącej, zielonej herbacie, uzupełnionej o świeże owoce: truskawkę, rabarbar i cytrynę.

 

020

Gdy pociąg nadjechał, wsiadłam do niego razem z tłumem innych podróżnych i znalazłszy swoje zarezerwowane miejsce (w pierwszej klasie… nie było już wolnych miejsc w drugiej), zajęłam się walką z wszechogarniającą sennością. Przez chwilę pomagał mi w tym współpodróżny: starszy, bardzo dystyngowany pan, udający się do Wrocławia, lecz po niedługim czasie sen go zmorzył, a mnie pozostało utrzymywać się w półśnie czujnym, by nie przegapić swojej stacji docelowej. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce i wróciłam do domu było już mocno po drugiej nad ranem. Szybki prysznic i ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, już zasnęłam… a tego samego dnia musiałam stawić się w pracy…

To był morderczy weekend… rzekłabym, że morderczymi były oba tygodnie okalające owy weekend spędzony na kursie. Na szczęście jakoś odżyłam i pozbierałam resztki energii, by móc stanąć na wysokości zadania.

Podsumowując: był to wyjazd pełen niesamowitych wrażeń. Chciałabym móc powtórzyć podobny w niedalekiej przyszłości. I wiecie co? Aż mnie świerzbi, by na kimś już wypróbować swoją wiedzę i niedoskonałe jeszcze ruchy… Wariatka ze mnie 😉

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, masaż, nauka, podróże, praca zawodowa