Monthly Archives: Październik 2012

Pierwszy atak zimy na działce

Po raz pierwszy nasza działka wystroiła się na zimowo. Znaczy pierwszy raz my ją w takim wystroju mamy okazję oglądać. Obawiałam się, że podfoliowe uprawy podmarzną, że zobaczę wszystko przyklapłe i już nic z nich się nie da zrobić. Ale okazały się być zwarte i gotowe do dalszego wzrostu. Nawet truskawki zaczynają wypuszczać nowe listki.

Okazuje się, że przesadziłam z prędkością okrywania róż. Powinnam poczekać do czasu, aż stracą liście. No nic, mam nadzieję, że nic im nie będzie. W przyszłym roku będę już wiedzieć co i jak. Na wiosnę dowiem się też, co w ogóle rośnie na rabatach, bo na razie nie mam najmniejszego pojęcia, co jeszcze kryje się w ziemi.

Jak tylko śnieg sobie pójdzie i nie będzie tak bardzo zimno, musimy posprzątać trawnik do końca, bo opadłe liście już gnić zaczynają, a szkoda by było trawy. Miejsce na przyszły zielnik zostało zryte przez kreta. Chyba słyszał nasze rozmowy o tym, że będzie trzeba część trawnika przekopać i się zabrał za pomoc. Nie musiał jeszcze dodatkowo wykopywać róż i winobluszcza, ale się chyba rozpędził i aż o wejście na działkę zahaczył. Mam nadzieję, że piszczyki go wygonią. Albo je wszystkie. Włącznie z nornicą. Na razie nie widziałam śladów jej bytności. Może sobie poszła? W sumie pietruszkę wtruszczyła prawie w całości, zostały tylko niedobitki. Rośnie w sumie jeszcze koperek, który ostatnio też wciągnęła sobie pod ziemię. Mam nadzieję, że jej nie smakował i ma po nim ciężką niestrawność. Przynajmniej dla papużek więcej zostanie.

Koty nawiedzają stadnie naszą działkę. Nie wiem, czy mam się z tego cieszyć, czy smucić, ale nie bardzo by mi pasowało, gdyby kocury zaczęły znaczyć u nas teren. Póki co, nie śmierdzi. Może też wyłapią gryzonie, które pewnie stadnie zaszywają się w niewyżętych chaszczach na ugorze. No właśnie… na ugorze trawy położyły się pod ciężarem śniegu i teraz będzie dopiero mordęga, żeby to wyciąć… troszkę za wolno się za to zabrałam, trzeba było narzucić sobie bardziej ostre tempo. No cóż, teraz to już po ptokach… będziemy sobie radzić jakoś z obecną sytuacją.

Dzięki forom ogrodniczym doczytałam, co się dzieje z jabłonią. Ot, trafiła się jej srebrzystość liści i to już jest jej koniec. Grzyb rozrasta się w trybie szybszym niż natychmiastowy, a jeśli rozniesie się na inne drzewa (zwłaszcza śliwy i wiśnie są na niego podatne), to już cały sad będzie do wymiany. Szukamy teraz kogoś, kto byłby w stanie nam wyciąć ten nieszczęsny pień, bo nie ma nawet sensu czekać, aż gałązki podrosną, by je przeszczepić, bo grzyb przejdzie dalej… Jestem naprawdę załamana, bo widzę wielką wolę przeżycia u jabłoni: wypuszcza piękne, zielone i mocne liście. Chyba nie będę mogła patrzeć, jak ją wycinają, bo się rozryczę, a głupio przecież płakać po drzewie. Drzewo, to drzewo – je się tnie, pali lub przerabia na meble albo podłogi… wiem, głupia jestem i niedostosowana… ech…

Jeszcze Wam napiszę, że w miniony weekend przyszli do nas znajomi, żeby pogadać i świętować pierwszą w życiu wypłatę A. Przy okazji zostałam całkiem zaskoczona prezentem urodzinowym od A. i P. Czyli – mam nowe smoczysko w kolekcji! Teraz dzielnie pilnuje mojego e-papierosa, którego G. wygrał dla mnie w konkursie prowadzonym przez jedną z firm zajmującą się dystrybucją tych urządzeń. Bardzo dziękuję – za pamięć i prezent.

A teraz – standardowo – trochę zdjęć ilustrujących powyższy wpis:

         

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie, życie

Dżingle bels, dżingle bels…

Deszcz zaczął padać już w nocy. Stukał w parapet niczym głodny wróbel, domagający się porcji ziaren. Szumiał jednostajnie, to znów stukał, to pluskał w rynnie. Dziś kontynuował swoją działalność. Mżył, siąpił, by zmienić się w ulewę, a ostatecznie w śnieg. Mokry, lepiący się do jeszcze nieopadłych liści, wiszących wciąż na drzewach.

Wczoraj zdążyliśmy okryć prawie wszystkie róże. Na jedną nie starczyło, na tę najmniejszą z pnących. Owszem, dokupiliśmy włókninę z zamiarem okrycia jej dziś, ale padający od nocy deszcz skutecznie działkowanie wybił nam z głowy. Mam nadzieję, że się nie przemrozi i przeżyje tę chwilkę bez osłony.

Nasza „koza” otrzymała kawałek rury, który służy jej za komin. No, teraz dopiero ma prędkość w spalaniu wszelkiej maści śmiecia, który sukcesywnie znika z powierzchni działki w jej żarłocznym wnętrzu. Gdyby tak jeszcze się udało zrobić tak, by można było palić w Ruderce i ją nagrzewać, byłoby cudownie. Zwłaszcza teraz, kiedy zima nadchodzi wielkimi krokami. Tylko bardzo byśmy nie chcieli spalić Ruderki, jak zamieszkujący ją swego czasu bezdomny, który napalił w „kozie” i zamroczony alkoholem zapadł w głęboki sen. Szczęściem ktoś zauważył, ktoś ugasił i Ruderka stoi., trochę połatana, trochę niepełna i przysmędzona, ale stoi. Póki jej korniki nie zjedzą. Zobaczymy, co się uda wymyślić w tym temacie.

W piątek nie mieliśmy prądu na działce. Nie wiadomo czemu sobie poszedł, bo i przepisane już jest wszystko na nas, i zapłaciliśmy za zużytą od zakupu energię. Już widniała przed nami groźba przemarznięcia, ale okazało się, że mamy formę zastępczą. Skoro nie możemy zagotować wody w czajniku elektrycznym, to od czego jest „koza” i zwykły czajnik z gwizdkiem? Zatem rozpaliłam ogień tak, by buzował wręcz i buczał w kominie i szybko nagrzał fajerkę. Po czym postawiłam na nie czajnik. Nie trzeba było bardzo długo czekać na wrzątek. Czas, kiedy woda się podgrzewała, wykorzystaliśmy na oczyszczenie trawnika z liści, napełnienie wiadra i konewki wodą, by pod koniec prac podlać wszystko, co rośnie pod tunelem. Żeby herbata nie stygła za mocno na zimnie, kubki stawiamy na płycie „kozy”. Nawet zimna potrafi w parę chwil zmienić się we wrzątek. I to lubię.

Kiedy już ogrzaliśmy nieco nasze kości i wnętrzności, zabraliśmy się za owijanie włókniną róż pnących. Starczyło, tylko na dwa krzewy. Najmniejsza pozostała bez przykrycia. Mam nadzieję, że nie zamarznie tam teraz przez noc pod tym śniegiem. Zwykłą różę (bo taka też się gnieździ na rabacie, zasłonięta przez mieczykopodobne liście) obłożyłam liśćmi i obsypałam ziemią. Mam nadzieję, że przeżyje, bo dopiero dziś wyczytałam, że liście orzecha włoskiego (a tych właśnie użyłam) nie nadają się do takich zabiegów. Ewentualnie można ją odkopać i owinąć włókniną, która zostanie po osłonięciu małej pnącej. Cóż, następnym razem takiego błędu nie zrobię. Na pewno.

Przed podlaniem roślin podtunelowych zebrałam nieco koperku dla papużek i znalazłam jeden wtruszczony przez nornicę. No tak, nie ma już dobrych pietruszek, to trzeba zmienić jadłospis. Wyrwałam też kilka sałat. Dla nas i dla papużek. Reszta jeszcze może trochę podrośnie jeszcze póki pod folią ciepło i mokro. Standardowo też wyrwałam pęczek rzodkiewek. znów będzie można się delektować pysznymi kanapkami z zieleniną. truskawki odbijają. Widać na wielu z nich (przeważającej większości) nowe, świeże listki. Myślę, że się przyjmą, choć na wiosnę, kiedy będziemy zmieniać folię na tunelu, będziemy je przesadzać na zewnątrz. Powinno im być tam lepiej.

Wciąż zbieram pomysły na działkę: na zielnik, warzywnik, sad, domek i altankę. Mam teraz tak wiele wzorników, że nie wiem, czego się trzymać. Ale nie ma się czym przejmować – finanse zawsze okroją odpowiednio wszystkie pomysły, które nie zdążą się rozbujać za mocno. Będę musiała wreszcie usiąść i przenieść pomysły na papier, zaplanować przestrzeń ogrodu, żeby dobrze wyglądał w każdym calu. I jak wreszcie wszystko zacznie rosnąć, rodzić plony, będziemy mogli być w końcu samowystarczalni choćby tylko pod względem warzyw, owoców i ziół. No i będziemy wiedzieć, co jemy, czym były żywione rośliny, które konsumujemy. I będziemy mieli też kawałek ziemi, na którym będzie można sobie spokojnie odpocząć. Póki co, wszystko jest na poziomie planów…

A za oknem zima… śnieg wciąż sypie i ani myśli przestać. Ale jedno w tym mnie cieszy – koniec z jednośladami, których dosiadają półmózgie „mielone”. Skończy się wycie motocyklowych silników na wysokich obrotach, bo dziecku się spieszy, a obwodnicę traktuje, jak autostradę. Będzie ciszej. Z drugiej strony… ciekawe, ile aut i ciężarówek poślizgnie się na feralnym rondzie. Miejmy nadzieję, że ani jedno.

Przy karmniku zaokiennym ciągły ruch. Jak tylko nie pada, żywi się tam stado wróbli, kilka sikorek i parę mazurków. Za to na działce odwiedził nas rudzik. W pierwszej chwili, jak go zobaczyłam, myślałam, ze to wielki, szaro-rudy motyl. Dopiero, jak pofrunął w krzaki żywopłotu, zobaczyłam, że to malutki ptaszek. Wracał jeszcze parę razy na nasz nieużytek, jakby na coś czekał. Zrobię karmniki, zrobię. Takie z butelek. Zawsze będą miały coś do przekąszenia w te zimowe dni.

A teraz uraczę Was garścią jesiennych jeszcze zdjęć z czwartkowego działkowania:

         

2 komentarze

Filed under hobbystycznie, papużki, zaokienne życie

Jesień zimą podszyta

Nie podoba mi się to, co dzieje się za oknem. A dzieje się tyle, że przez dwa dni trzymała się mgła. Dopiero dziś widzę jakieś dziury między chmurami, które z burego koloru powoli przybierają białe szatki. Podobno dziś ma jeszcze padać, a potem wróci słońce. Przynajmniej tak „mówi” pogodynka internetowa. I mam nadzieję, że ma rację.

Wczoraj nie miałam sił na nic konkretnego, dziś też za wiele ich nie mam, ale może coś spróbuję posprzątać, chociaż znaleźć miejsce na pudło z orzechami, bo dzięki niemu nabiłam sobie już co najmniej trzy siniaki. Skoro nie miałam sił na sprzątanie, to – żeby nie spędzić całego dnia bezproduktywnie – wzięłam się za krajkę w serduszka. Musze dokończyć ten nie udany do końca pomysł i za jakiś czas wrócić do niego, bo mam jeszcze chęć zdążyć przed pierwszym śniegiem i dołączyć do jesiennego wyzwania Prząśniczki.

W poniedziałek posprzątałam trawnik z ogromu liści, jakie się na nim zgromadziły. Nie paliliśmy ich w „kozie”, bo  były zdecydowanie zbyt wilgotne, by się szybko i w miarę bezdymnie spaliły. Napaliliśmy w niej tylko tyle, by się móc zagrzać. Pan Wojtek (bezdomny, o którym już wspominałam) musi się pospieszyć, jeśli chce skorzystać z drewna, które zalega pod żywopłotem, bo dogrzewając się niemal codziennie, szybko tę stertę przerobimy na popiół. Dzięki „kozie” nie stygnie nam też zaparzona wcześniej herbata. I to jest w tym najlepsze.

Kwiaty wciąż jeszcze kwitną, przymrozek na razie się nie pokazał, więc wszystko pięknie ładnie żyje i cieszy oko. Tak po prawdzie, to nie wiem, jakie do końca rośliny posiadamy i które w ogóle będą się do czegokolwiek nadawać. Agrest i porzeczki nie wyglądają za ciekawie, niestety. Chyba okres zaniedbania mocno dał im się we znaki. Ciekawe, które odbiją na wiosnę i wypuszczą listki? Stawiam na dwie, może trzy czerwone porzeczki, czarną (bo do tej pory ma liście) i nic więcej. Agrest nie wygląda najciekawiej, a z malin ugorowych nie wiadomo, co będzie. Tak samo z tymi malutkimi krzaczkami porzeczek odkrytymi spod trawy. Zobaczymy…

Zobaczymy też, czym dziś zaskoczy nasz ugorek z nieużytkiem.

A oto kilka migawek z mglistego zakątka:

   

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

Przetwory z pigwy

Odziedziczyliśmy wraz z innymi drzewami i krzewami małą pigwę. W tym roku wydała na świat parę owoców, ale nie jest to nic nadzwyczajnego. Ot, kupka malutkich, żółtych kuleczek:

 

Zostały pozbawione gniazd nasiennych i pokrojone w małe kosteczki. Zmieściły się w małej misce. Po zważeniu było tego raptem 164 gramy, więc ilość nie powala na kolana.

 

W wyparzonym słoiku zostały zamknięte z cukrową posypką w stosunku 1:1 i pozostawione sobie na dwie godziny. Po tym czasie okazało się, że jednak jakiś sok ten owoc w sobie ma:

 

Szybko się jednak okazało, że wiele się z niej nie wyciśnie, mimo wielu prób:

 

Może na dodatek do paru herbat wystarczy…

Zobaczymy, jak pójdzie z puszczaniem soku na syrop, bo teraz pigwa leżakuje sobie przez pół doby. Poczekamy – zobaczymy.

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie

Dni uciekające pomiędzy palcami

Dni płyną powoli, ale jakoś zawsze tak, że nie mam czasu na wszystko, co bym zrobić chciała. A niekiedy po prostu nie mam ochoty na cokolwiek.

Na działce zrobiłam grzybobranie i wyrwałam wszystkie grzybki, które wyrosły na trawniku. Wyczesałam trawę, by można było ją po raz ostatni w tym roku wykosić. Po raz pierwszy też nasza nowa kosiarka elektryczna za bezcen została przetestowana na większym areale, niż za pierwszym razem. Spisała się wyjątkowo świetnie i trawka jest już przygotowana na sen zimowy.

Orzechy już wszystkie opadły. Więcej ich w tym roku nie będzie. A uzbieraliśmy… ponad 20 kg. Z czego 4 kg już znalazły chętnego na łuskanie. Teraz z drzewa będą spadać już tylko liście. Z innych drzew również tylko liście zbierzemy. Cóż, jesień…

W weenkend nie miałam siły na nic. Jakoś tak mnie dopadł nicniechcieizm i nawet liści nie zgrabiłam, choć pod drzewami leży ich naprawdę sporo. Nawet nie miałam ochoty na żęcie, choć chcę zdążyć z tym przed zimą, żeby już na wiosnę można było tam robić generalne porządki pod kątem zabudowy i obsadzenia roślinami. Znalazłam jedną kartkę z bloku milimetrowego, to trzeba ją wykorzystać do przeniesienia wymiarów działki i rozpocząć planowanie ogrodu. Tylko naprawdę nie wiem, jak się do tego zabrać… Wiem, co bym chciała, mam w głowie ogólny zarys gdzie, co umieścić, ale jak przyjdzie do szczegółów, to już zaczyna się problem. Potrzebuję dobrych inspiracji…

W niedzielę zjedliśmy sobie obiad na działce. „Koza” naprawdę jest świetna. Nie tylko do spalania śmieci, ale i do gotowania. Na dwóch (tak, na dwóch) średniej wielkości deskach wysmażyłam trzy patelnie potrawki z warzyw i kiełbasy (wersja dla G.). Także wszelkie przetwory, na które trzeba wiele godzin gotowania, będziemy robić na „kozie”. Zaoszczędzimy mnóstwo gazu.

Rośliny się przygotowują już do zimy ewidentnie. Widać to w coraz mniejszej ilości liści na gałęziach, przekwitających coraz bardziej kwiatach. I zmieniających się kolorach. Mazurki przylatują stadnie na pozostałości ziaren w kłosach, sikorki przeglądają dziury w płocie w poszukiwaniu kalorycznego jedzenia – ot, sielanka. Za chwilę wszystko to przysypie śnieg i zacznie się okres ciężki, obfitujący w mróz, ale nie jedzenie. Zastanawiam się czy nie powiesić im czegoś do przekąszenia, jak już się skończy naturalne jedzenie… ale obawiam się, że się nauczą jeść na działce i będą wydziobywać to, czego nie powinny. No i mam dylemat – karmić i pomóc przetrwać zimę, czy nie karmić…

No i na koniec ciutkę zdjęć:

                   

9 komentarzy

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

O szyby deszcz dzwoni….

Tak melancholijnie, jesiennie, ciemno, mrocznie i sennie…

Musiałam zapalić lampę, żeby się lekko doświetlić, bo aurę w domu mam taką, jak pod wieczór. Nawet ptakom nie chce już się hałasować, choć rano jeszcze darły dzioby, choć też bez normalnego entuzjazmu. A mieliśmy w planach wreszcie pokosić dziś trawnik przed chłodem i zimą, bo przeczytałam, że długa trawa łatwiej gnije pod śniegiem. A tu znów deszcz. I znów plany można sobie wrzucić do kosza.

Co zrobiliśmy na działce do tej pory? Ano, za każdym razem trzeba usunąć opadłe z orzecha liście i pozbierać już resztki jego owoców. Właśnie – ponawiam pytanie – kto jest chętny na trochę orzechów? Odbiór osobisty lub mogę to wysłać (opłatę pokrywa chętny) pod wskazany adres. Mamy zebranych ok. 14 – 15 kg, więc jest się czym dzielić. Póki co, jakieś 4 kg już obrałam z łupinek, a rezultat mojej pracy zmieścił się w glinianej misie. I chyba zrobiłam sobie odcisk na palcu od mojego smoka do orzechów. A tu jeszcze tyle do przerobienia… Liście już spalamy na bieżąco. Razem z drewnianymi resztkami (chyba) gołębnika, leżącymi na stercie pod żywopłotem. Miał je sobie też wziąć nasz znajomy mieszkający parę działek dalej, ale jakoś do tej pory się nie pokazuje. Swego czasu widzieliśmy go w stanie bardzo wskazującym na spożycie, więc obawiam się, że poszedł w ciąg. Smutno mi z tej przyczyny, bo myślałam, że jest inny niż pozostali bezdomni, że jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, ale nadzieje znów okazały się płonne. Szkoda. Bo teraz mój stosunek do niego jest już inny. Nie negatywny, ale inny.

Dobrym pomysłem było palenie tych śmieci w „kozie”, bo przy okazji można się ogrzać przy piecu, a i kubek z herbatą postawiony na płycie nie pozwala płynowi wystygnąć, mimo chłodu na zewnątrz. A śmieci jest coraz mniej. Jeszcze zostało ich sporo, ale powoli zrobimy z nimi porządek.

Nie wiem, czy do wiosny doprowadzimy ugór do takiego stanu, żeby móc zacząć coś tam sadzić, ale i tak nie mamy się co spieszyć. Zdążymy ze wszystkim. Muszę przenieść prowizoryczny szkic działki (bez ugoru) na papier milimetrowy i zaplanować wszystko dokładnie. Trzeba też na wiosnę poprzestawiać kwietniki, a dokładniej rośliny tam rosnące, bo to, co tam jest, jest mało logiczne, nawet, jak na nielogiczność kwietnika przystało. No bo jak można posiać małe kwiaty tuż przy Ruderce, by za chwilę, przed nimi, posadzić o wiele wyższe od nich krzewy. Moim zdaniem powinno być na odwrót: większe rośliny przy ścianie, małe – przy ścieżce. Wtedy można cieszyć oko wszystkimi bez względu na ich wielkość. Jedna z wiśni potrzebuje przycięcia odrostów od korzeni, bo się robi z niej powoli krzew. No i trzeba ją też ukształtować nieco, by rozłożyć jej koronę – po pierwsze da to lepszy dostęp do owoców, a po drugie – doświetli też odpowiednio kwiatostany, liście i owoce. Śliwka też się prosi o strzyżenie, bo ma mnóstwo gałązek, które blokują dostęp światła niższym partiom korony drzewa. Orzech musi zostać pozbawiony starych gałęzi, żeby mu jakaś choroba nie nalazła i grzyb się nie zalągł. No i od wiosny trzeba zacząć zabliźniać wielką dziurę na pniu: ktoś coś zrobił i z pnia zeszła kora, odsłaniając wewnętrzne warstwy drzewa.

Na ugorze wycięliśmy chwasty aż do górującej nad chaszczami wierzby. Czyli jesteśmy jakoś tak w połowie żęcia. Pozostanie nam potem wyczyszczenie ziemi ze śmieci (gruz, dywany, stare okna, stare meble etc.) i zaoranie tego wszystkiego po uprzednim wysypaniu wszystkiego solidną warstwą wapnia. Nie mogę się doczekać, kiedy wszystko będzie wyglądało tak bajecznie, jak na zdjęciach ogrodów i sadów, które widzę w Internecie.

Na dodatek zadomowiła się nam nornica i wtruszcza radośnie nasza pietruszkę, wciągając ją pod ziemię. Na korzeniu mi za mocno nie zależy, ale gryzoń swoją działalnością skutecznie zmniejsza ilość zieleniny, którą powinny zagryzać papużki i ewentualnie my. Już jednak podjęliśmy kroki przeciwko takiemu karygodnemu złodziejstwu: zakupiliśmy straszak elektryczny i zainstalowaliśmy w niedalekiej odległości od naszych biednych pietruszek. Mam nadzieję, że nic innego nie uszkodziła od strony korzeni.

Zaczęłam już dokarmiać zaokienniuszki. Przylatują sikory (bogatki i modraszki) na słonecznik, a prosem zajmują się wróble. Na razie nie dostrzegłam wśród nich żadnego mazurka, ale podejrzewam,  że za niedługo i one będą zaglądać do karmnika. A zaczęłam je podkarmiać, bo już same zaczęły zaglądać, czy czegoś nie znajdą do jedzenia. Wiem też, że trawy są puste, wyjedzone, więc naturalnego pokarmu mają już coraz mniej. A niech mają resztki popapuzie, nikt od tego nie zbiednieje.

A jak już mowa o papużkach… Wczoraj dostały koperek zerwany spod tunelu. Dałam go im z pewna taka nieśmiałością, bo są świetnymi testerami, co dobre. Testy wypadły nad podziw dobrze: koperek został zadziobany na śmierć, a za dowód, że był w ogóle w wolierce mogą posłużyć malutkie resztki walające się po podłodze.

Kilka zdjęć z naszego ogródka:

            

7 komentarzy

Filed under papużki, zaokienne życie

I po co komu ten deszcz?

Na co komu ten deszcz? Denerwuje tylko, przeszkadza, demotywuje. Nie mógłby sobie padać w nocy? Wtedy by nikomu nie przeszkadzał, a przynajmniej nie przeszkadzałby większości. Czemu tak narzekam na deszcz? Bo niedzielę planowaliśmy spędzić na działce, a przez deszcz przesiedzieliśmy ją przed komputerem i telewizorem. Straszne nudy. Wyszyłam kolejny kawałek sakiewki, co było dużym wyzwaniem, bo przy sztucznym świetle mało co widzę. Udało mi się jednak nie narobić błędów i jestem coraz bliżej zakończenia tego etapu prac nad sakiewką. Potem tylko zszyć, ozdobić sznurkami i frędzlami i gotowe. Ach, i nie zapominajmy o dziurkach!

Dziś udało się cały dzień spędzić na działce. Co prawda przed południem co chwilę padał deszcz, ale potem już tylko świeciło słońce. Trzeba było zagrabić trawnik, by usunąć opadłe liście, ale najpierw trzeba było przeczekać deszcz. Czekaliśmy więc pod dachem, rozpalając grilla na obiad i kozę do pozbywania się kolejnej części śmieci.

Bardzo się zmartwiłam, kiedy zobaczyłam, że nasza pokiereszowana jabłoń oblazła grzybem. Nie chcę jej wycinać, ale chyba będzie trzeba ją wykarczować, jeśli nic nie pomoże. Dostałam już instrukcje wstępne od taty. Trzeba będzie zaopatrzyć się w odgrzybiacz i pomóc drzewku.

Tak w ogóle, to mamy totalny wysyp grzybów po tej ulewie niedzielnej. Zagrzybiła się martwa brzoskwinia, która straszyła bezlistnymi  gałęziami i stanowiła siedlisko wszelkiej maści pająków. Poszła pod piłę i siekierę. Została pocięta na mniejsze kawałki, które w większości pożarł ogień. Inne grzyby wysypało na trawniku. Rude kapelusze błyszczą wśród zielonych źdźbeł. Nie wiem, czy powinnam się ich pozbywać, bo grzybów jest teraz niezmierny wysyp. Szkoda tylko, że nie są jadalne.

Na ugorze odkryłam (dosłownie i w przenośni) krzaczki malin, jedną porzeczkę i nieznany krzew. Jeszcze jeden pas starczy wyżąć i będzie można obejrzeć wierzbę, która rośnie prawie na środku nieużytku. Ją też trzeba będzie poprzycinać, żeby się nie rozkrzewiała za mocno, a więcej przypominała drzewo. No i papużki będą miały zabawę ze świeżymi witkami.

Folia na tunelu nam się rozpada już zupełnie. Po zimie musimy ją koniecznie wymienić. Na razie nie możemy jej ruszyć, bo rosną tam jeszcze rzodkiewki, sałata, koper i truskawki. A rzodkiewek pęczek znów urwałam. Teraz chyba zrobię je z jajkiem i śmietaną. Pietruszki też sporo obrodziło. W naci głównie, ale to się papużki będą cieszyć. Dziś już dostały porcję zieleniny i nią nie pogardziły. Draśka musiała spróbować się w niej wykąpać, jak to Draśka. Koperek jeszcze zostawiam, żeby lepiej podrósł, by ptasiaste miały go więcej na jesienne miesiące. A może i do wczesnej zimy starczy?

Namachałam się dziś siekierą, naczesałam trawy, nazbierałam liści, nażęłam chwastów i mam już serdecznie dość. Szkoda, ze nie można się przyzwyczaić do pracy fizycznej tak od razu – pstryk i już. I żeby nic nie bolało. Zwłaszcza kark. Ale co jest w tym dobre? Jak się położę spać, to szybko zasnę. No i to, że Wiceprezes widząc naszą pracę i wkład nie ma żadnych zastrzeżeń co do prowadzenia działki. Za to już zapowiedział, że kilka osób straci swoją własność, bo się w ogóle swoimi parcelami nie zajmują, pozwalając im zarastać chwastami. A my? My się cieszymy pierwszymi plonami z naszej własnej działki.

Garść dzisiejszych zdjęć:

     

Dodaj komentarz

Filed under prace ręczne, zaokienne życie