Monthly Archives: Listopad 2013

Coś o Motku

Szok popostrzyżynowy minął już bez śladu. Co prawda miało to miejsce już na drugi dzień po tym traumatycznym przeżyciu, ale teraz dopiero jakoś tak mnie nagrało, żeby o tym napisać.

Motek po pozbyciu się futra stał się bardziej komunikatywny, ruchliwszy, jakby weselszy i… zaczął produkować więcej nawozu. W sumie je niemal na okrągło, więc nie ma się co dziwić. A najbardziej wygodną pozycją do jedzenia jest „pozycja rzymska”:

Motek zajada się sianem po rzymsku.

Motek zajada się sianem po rzymsku.

Zadowolony, najedzony królik z parasolką nad głową.

Proszę wybaczyć za brak sterylnej czystości, ale czysto w jego klatce jest tylko parę minut po porannym sprzątaniu. Po okresie ochronnym dla czystości, następuje zerwanie banderoli i siano zostaje wywleczone z paśnika wszędzie, gdzie tylko się da. Ot, Motek ma inne pomysły na zagospodarowanie przestrzeni, niż ja. Przynajmniej nie przesuwa już kuwety po całej klatce i nie rzuca miskami, kiedy nie ma w nim najsmaczniejszych kąsków. Dorasta chyba i mądrzeje.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under króliki

Bożole nuwią

I nadejszła wielkopomna chwila, kiedy to po raz przedostatni wino z naszych własnych, działkowych winogron zostało przelane z jednego baniaka do drugiego, żeby sobie jeszcze popracowało na wolnych obrotach. Oczywiście nie omieszkaliśmy odlać nieco na spróbowanie. I wiecie co? Nie będę już kupować win w sklepie. Nie potrzebuję. Swojskie jest o niebo lepsze.

Wyraźnie czuć w smaku winogronowe pestki. Ale nie, nie przyprawia to goryczy, a dodaje wytrawności. Ma głęboki, czerwony kolor, wręcz bordowy. I teraz naprawdę parę łyków daje w czub i to w trybie natychmiastowym. Rozgrzewa i nieco osłabia zdolności motoryczne.

Aktualnie wygląda tak:

Wiem, powinno być w kieliszku, aleśmy się takowych nie dorobili ;) Za to smak, zapach i kolor eksponuje się równie dobrze w szklanym kubeczku :D

Wiem, powinno być w kieliszku, aleśmy się takowych nie dorobili 😉 Za to smak, zapach i kolor eksponuje się równie dobrze w szklanym kubeczku 😀

Za niedługo przyjdzie czas na przelanie jabłkowego, które też już zwalnia w produkcji gazów.

No to… kampai! 😉

2 Komentarze

Filed under kuchennie

Dziesięć dni minęło

Tak. Całe dziesięć dni, w których nie napisałam tyle słów, ile trzeba. Ze smutkiem i pewnym zirytowaniem skierowanym na siebie samą obserwuję, jak inni lecą ze swoimi opowiadaniami, a ja zostaję daleko w tyle.

Za dnia ciężko mi przysiąść do pisania, bo rozpraszajek wkoło mnóstwo, przy tym i robota sama się nie zrobi: zwierzaki trzeba codziennie oporządzić, ziemię przygotować jeszcze do zimy, przetwory porobić do końca, paski utkać, wełnę uprząść… Wieczorami coś przysiądę, coś napiszę, ale zawsze jest to za mało słów, żeby faktycznie zdążyć napisać te 50.000 do końca listopada… na razie na moim koncie widnieje niecałe 7 tysięcy słów. O tej porze powinno być ich ponad 18 tysięcy… chyba takiej ilości już nie nadrobię… Aczkolwiek nie poddając się depresji będę skrobać dalej… może jednak stanie się cud i nadgonię straty?

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, pisarstwo

Postrzyżyny

Wzięłam się w garść. Spięłam poślady i zrobiłam, co trzeba. Może nie do końca, jak trzeba, ale ogólny zamysł udało się wyciągnąć.

Oto dziś odbyły się Postrzyżyny Motka!

Wzięłam przeniosłam do łazienki wszystkie potrzebne przybory: szczotki, grzebienie, nożyce (takie do materiału, ale dobrze mi służą do cięcia również i moich włosów, więc i do motkowych się nadadzą), ręcznik i torby na strzyżę. Kiedy to wszystko zostało zamontowane, gdzie trzeba i tak, by było pod ręką, wtedy do łazienki wniósł się Motek. Wniósł się oczywiście na moich ramionach, bo jakże by inaczej?

Najpierw nastąpiło gruntowne rozczesanie wszystkich kudłów, których Motek jeszcze tak niedawno miał na sobie całą gęstwę, by usunąć spomiędzy włosów resztki śniadania króliczego. Bo po co mi one przy przędzeniu? Starczy, że owce mają patyczki we włosach potargał wiatr… aaa… przepraszam, to z tych nerwów, co mi jeszcze nie zeszły…

No i jak już po pół godzinie sierść wyglądała imponująco, o tak:

No, wyczesałaś, to teraz smakołyk i do domu, nie?

No, wyczesałaś, to teraz smakołyk i do domu, nie?

Ej! Wypuście mnie stąd!

Ej! Wypuście mnie stąd!

to się wzięłam za ciachanie nożycami.

Cóż, na obsłudze grzebieni i szczotek się znam. Problem w tym, że niczego innego nie strzygłam, tylko swoją grzywkę, a i to wygląda tragicznie. Ciotka – fryzjerka, kuzynki – fryzjerki, a ja jakiś taki odszczepieniec i nożyczek w rękach trzymać nie umiem. Nawet ojciec potrafi dobrze się posłużyć ostrzami i ładnie przyciąć nie tylko żywopłot i trawnik. No, taka melepeta ze mnie, że hej.

Ale wracając do meritum: Motek powinien zostać obwołany króliczym świętym! Bał się nożyc, bo szczękały złowrogo, ale siedział, jak trusia i ani się nie ruszył. Jak mu powiedziałam „stój”, to stał, jak „leżeć”, to leżał i ani nie kicnął. Niemal ze stoickim spokojem poddawał się pielęgnacji moim nie wyrobionym rękom. Obcięłam grzbiet, potem ostrożnie zajęłam się brzuchem, ogonem i łapami na końcu. Gratisem Motek dostał delikatne pedicure i manicure, bo trochę białych pazurków się pokazało, jak się sierść wycięło. Może teraz nie będzie tak drapał i nie będę wyglądać, jak Emo?

Teraz on wygląda, jak hipster. Albo baran:

I co żeś ze mnie zrobiła? Chlip?

I co żeś ze mnie zrobiła? Chlip?

A ja zostałam z małą reklamówką dobrej, długiej strzyży i drugą takiej króciutkiej, puchatej… chyba na poduszeczki do igieł będę przerabiać… albo poduszki dla lalek…? Bo szkoda, żeby taki puch się zmarnował.

4 Komentarze

Filed under króliki

Jesienne porządki

Ufff…

Zmęczyłam się. Naprawdę.

Czym?

Noszeniem worków. Z ubraniami. Nie z cementem.

Wczoraj dostałam upragnione worki próżniowe i zrobiłam z nich dziś użytek. Zapakowałam w nie wszystkie materiały, jakie nagromadziłam przez cały okres zajmowania się odtwórstwem. Do worów poszły też wszystkie stroje średniowieczne, które nie dość, że zajmują tylko 1/3 szafy, w której się nie mieściły do tej pory, to jeszcze mole nie powinny wejść i wpierniczyć wełny. Chociaż raczej tego nie robiły. Wolały wełnę z dużą ilością domieszek sztucznizny. Takie dziwne te nasze mole.

Jeden komplet pościeli (nie poszewek, a kołdra z poduszkami) też się zmieścił w wór i powędrował do szafy. W końcu. Bo do tej pory radośnie zagracał jeden z kątów w dużym pokoju.

Został mi tylko jeden worek (no, dwa, ale ten drugi rozleciał mi się w dłoniach przy pakowaniu rzeczy), ale na dziś kończę sprzątanie ubrań. Jeszcze trochę chcę posiedzieć nad krosnem i skończyć krajkę, żeby założyć nową, szerszą, na paski.

2 Komentarze

Filed under ogólnie, życie

Wpis, nowy wpis w międzyczasie

W tak zwanym międzyczasie, kiedy naczynia się myją automatycznie, pranie dosusza, Motek wyleguje objedzony i wyczesany, a papugi szaleją po wolierce z pełnymi wolami, postanowiłam, że sobie zrobię wpis. No, długo nic tu nie było wpisywane, to trzeba jakoś to nadrobić. Zwłaszcza, że po komentarzach widzę, że jednak (!) ktoś moje wynurzenia (i wynaturzenia) podczytuje od czasu do czasu. Lub regularnie.

Na działce niewiele już roślin zdatnych do spożycia zostało w ziemi. Jeszcze pod folią dojrzewają pomidory, które przegapiłam, kiedy były zielone. Zostało jeszcze spalić liście, przekopać warzywniak, przygotować truskawki do zimy i…. może spaść już śnieg. Czyli tak gdzieś w drugiej połowie grudnia już może zacząć się zastanawiać, czy już powinien się pojawić.

Krótsze dni nie napawają mnie radością, a mało słoneczna ostatnio pogoda nie chce dawać takiej energii, jakiej bym potrzebowała, żeby się wziąć szybko za robotę i ją szybko skończyć. Tak po prawdzie, to mnie robota w rękach się pali, jak się już za nią wezmę. Problem w tym, że ciężko mi się za nią zabrać. To jedyna przeszkoda. Jeszcze została resztka jabłek do przetworzenia, jeszcze cukinie, kapusty… półka na przetwory zaczyna już trzeszczeć w szwach i boję się, że mi się wszystkie słoiki na niej nie pomieszczą. Ale to akurat powód do radości, bo będzie dużo jedzenia, kiedy będziemy czekać na wiosnę. No i będziemy mieć też co pić, bo dwa gąsiory z nastawionym winem winogronowym i jabłkowym pracują pełną parą. Będzie z tego łącznie jakieś ponad 20 litrów. Winogronowe, czerwone zapatruje się na bycie wytrawnym, zaś jabłkowe, białe na pewno zechce być słodkim. Dla każdego coś dobrego.

No ale… to zupełnie przyziemne sprawy, o których tu czytacie co chwilę, zatem nie będę zanudzać i się pochwalę, że jakieś szczęście ostatnio mnie kopnęło i… wygrałam chustę ręcznie dzierganą i kieckę wczesnośredniowieczną. Chustę dostałam od Yardis, gdyż pozwoliłam sobie uczestniczyć w konkursie, który zorganizowała z okazji pięciolecia swojego bloga. Wygrana była dla mnie totalnym zaskoczeniem, bo… zupełnie zapomniałam, że w czymś takim wzięłam udział! Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć jedynie to, że od lat niczego nie wygrałam nawet w zdrapkę, więc i teraz się nie spodziewałam żadnych rewelacji. A tu taka niespodzianka!

A kieca wczesnośredniowieczna już się uszyła i za niedługo będę mogła i nią się pochwalić.  Zrobiła ją dla mnie Katarzyna ze Slav Medieval Shop. I tak po prawdzie nie mogę się jej doczekać. Może będzie ona dla mnie inspiracją do obszycia się na wczesne wieki? Może dzięki temu odwiedzimy wreszcie Wolin? Któż to wie?

A na warsztacie kolejna krajka. Miała być szersza, żeby zrobić z niej pasek mało średniowieczny, ale wyszła wąziutka, że nadałaby się tylko do ozdoby. Może do czegoś ją doszyję…? Tylko jeszcze nie ma tego czegoś, do czego by można było ją przyszyć. Na razie. Za niedługo chyba wezmę się znów za szycie toreb lnianych. Jedynie muszę soczewkę zmienić, bo sobie kupiłam za słabą, bo źle sobie wytyczne od okulisty przeczytałam.. ach, ta ślepota!

Nic, idę dać upust głodowi tkania (cały weekend poza domem i bez żadnych robótek potrafi wypościć), a Was zostawiam z garstką zdjęć.

Płody ziemi naszej. Wiem, nie wyglądają, jak ze sklepu, ale pod ogryzionymi liśćmi i warstwą ziemi kryje się niepowtarzalny smak, którego w sklepie się nie znajdzie. No, chyba że w takim z eko żywnością.

Płody ziemi naszej. Wiem, nie wyglądają, jak ze sklepu, ale pod ogryzionymi liśćmi i warstwą ziemi kryje się niepowtarzalny smak, którego w sklepie się nie znajdzie. No, chyba że w takim z eko żywnością.

Brokułki :)

Brokułki 🙂

Marchewki. Poszły w ilość, a nie na wielkość.

Marchewki. Poszły w ilość, a nie na wielkość.

Czarna rzodkiew. Ostrzejsza niż zwykłe rzodkiewki.

Czarna rzodkiew. Ostrzejsza niż zwykłe rzodkiewki.

Ostatnie papryczki (ostre i słodkie) i ciut dojrzałych pomidorów.

Ostatnie papryczki (ostre i słodkie) i ciut dojrzałych pomidorów.

Trawa długa, wyrośnięta, trzeba ją przyciąć. Szkoda, że Motek z niej już nie skorzysta, bo jest dość mocno podgniła.

Trawa długa, wyrośnięta, trzeba ją przyciąć. Szkoda, że Motek z niej już nie skorzysta, bo jest dość mocno podgniła.

Dym się snuje po działkach...

Dym się snuje po działkach…

A oto czyja to sprawka ;)

A oto czyja to sprawka 😉

I taki mały bonusik: zachód słońca nad osiedlem.

I taki mały bonusik: zachód słońca nad osiedlem.

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie