Category Archives: ogólnie

Takie tam zawiadomienie

Wszyscy, a przynajmniej większość z Was już wie, że ledwo się trzymam na nogach, ale jeszcze daję radę… Pragnę jednak zawiadomić, że przez najbliższe trzy tygodnie (od 29 lutego do 20 marca br.) będę odbywać praktyki zawodowe, nie zaniedbując pracy i szkoły, co łączy się z tym, iż całe dnie będę poza domem. Jak po siódmej rano wyjdę na praktyki, tak po dwudziestej drugiej wrócę z pracy.

Dlatego zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość, bo mogę być marudna, irytująca, nieosiągalna (telefonicznie, mejlowo, fejsbukowo etc.) i w ogóle nie ogarniać rzeczywistości.

Jestem pomiędzy zajęciami właśnie… ręce mnie bolą, mięśnie karku próbują się boleśnie skurczyć, ograniczając mi możliwość ruchu… a tu tyle do zrobienia! Ale zamiast zabrać się za robotę siedzę i piję herbatę, przeglądam fejsika i myślę, że się lenię. I mam z tego powodu wyrzuty sumienia… może jutro uda mi się trochę robotę nadgonić…? W czasie „pomiędzy”…

Nic, nie będę po próżnicy siedzieć przy komputerze, pójdę upleść trochę sznurków…

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, nauka, ogólnie, życie

Wiosenne porządki

Wiosenne porządki, choć do wiosny jeszcze trochę czasu zostało, mam na ukończeniu. Lekko przemeblowaliśmy mieszkanie, żeby zmieściło się w nim to, co powinno się zmieścić, a co się nie zmieściło poszło do piwnicy lub na śmietnik. Dzięki temu mamy wygodny warsztacik (koniec z robotą w dużym pokoju i jego zawalaniem sprzętem mało potrzebnym i zaśmiecaniem resztkami wszelakimi). Znalazło się miejsce na krosna, na kołowrotek, na maszyny, skrzynie, skóry, strzały itp. przedmioty rzemiosła codziennego. Kuchnia wzbogaciła się o stół, przy którym można wygodnie usiąść, coś zjeść lub wypić, a także znaleźliśmy miejsce dla zamrażalki, która wreszcie może spełniać swoją mrożącą funkcję. Duży pokój dostał więcej przestrzeni, choć wolierka z papugami wciąż stoi w tym samym miejscu. Za to moje biurko powędrowało pod okno. I naprawdę było to dobre posunięcie.

Od soboty zaczynam się szkolić. Wreszcie. Po takim długim okresie czekania. Utworzyli „mój” kierunek i mogę spokojnie się przekwalifikowywać. Aczkolwiek boję się, że sobie nie dam rady, bo umiejętność zapamiętywania u mnie coś ostatnio siadła i wstać nie chce. Zobaczymy, jak przyjdzie do egzaminów. Najwyżej po prostu nie zdam i się skończy nauka. Choć bardzo bym tego nie chciała.

01-03

Jestem na świeżo po zajęciach. Czuję się głupsza, niż przed nimi. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Może ogromem wiedzy, z jaką zderzyłam się na początek? Wczoraj mieliśmy zajęcia z teorii masażu, gdzie poznałam tyle nowych definicji, dostałam tyle nowych informacji, że naprawdę nie wiem, jak je usystematyzować. Chyba czas zacząć czytać polecane przez wykładowcę książki, żeby się z wiedzą nowo przyswojoną oswoić.
Dziś mieliśmy zajęcia z psychologi i socjologii, które uświadomiły mi, że niewiele pamiętam ze studiów. Ale znalazłam większość książek, które mi wtedy pomagały opanować materiał, więc sobie tylko definicje pozaznaczam, żeby się przygotować na egzamin kończący semestr. Do czerwca jeszcze trochę czasu, ale wolę zacząć ogarniać to już teraz, bo nie ufam swoim możliwościom uczenia się. Ostatnio – wydaje mi się – że się nieco pogorszyły. Nic, zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Póki co, jestem przerażona i boję się, że sobie nie poradzę.

Wiosenne porządki ogarnęły i G., który zadecydował, że koniecznie musimy odświeżyć mały pokój. To co, że wszystko już jest tam poustawiane, uporządkowane i ciężko będzie się dostać na przykład do ścian. Nic nie odstraszyło go przed realizacją zamysłu i tak oto nasz mały pokój został pozbawiony marnych, podziobanych przez papużki tapet i straszy gołymi, zagruntowanymi ścianami. Dzięki A. i P. G. nie musiał się męczyć sam i jeszcze ze mną przy tej demolce. Dziś został pomalowany na nowo sufit, a nowe tapety czekają na przyklejenie do ścian. Nie wiem, czy dziś zrobimy choć część ściany. Się zobaczy.

Póki co okrutnie chce mi się spać. Zajmować się szkołą będę jutro, bo mam już zadanie domowe do zrobienia…

8 komentarzy

Filed under ogólnie

Zawirowania… kurzu

Patrzę się na pustkę ziejącą na blogu i nie mogę… nie mogę i muszę coś napisać.

A czemu nie piszę? Nie piszę, bo nie mam czasu. Ganiam kurzyki. Znaczy się sprzątam. Gruntownie. Świątecznie. Na błysk. Co w moim przypadku znaczy: odgruzowywanie wszelkich półek, szaf i miejsc z wszelkich nagromadzonych latami dóbr. W sumie to nie takie dobre te dobra, bo już mi zajechały niszczarkę do dokumentów. A ileż jeszcze papierzysk opatrzonych poufnymi danymi, chronionymi przez prawo zostało do utylizacji!

Uchylając rąbka tajemnicy: szykują się duże zmiany w moim (i nie tylko) dotychczasowym życiu. Wciąż mam nadzieję, że na lepsze. Więcej odsłonię, jak już zmiany będą zatwierdzone i pewne. A teraz… cicho – sza…

A w sobotę powstali trzej muszkieterowie 😀

chleb04

4 komentarze

Filed under ogólnie, życie

Winogronowe marzenia

Ciężki, pracowity tydzień mi się trafił. Nie, nie narzekam. W końcu nie jestem stworzona do codziennego rozpłaszczania tyłka przed monitorem komputera, nuży mnie to na dłuższą metę. Owszem, mam takie dni, w których nic więcej nie chce mi się robić niż tylko siedzieć, ale wolę siedzieć i coś zrobić konstruktywnego, a nie tylko siedzieć i klikać.

I tak oto w pracy moje przydzielone dwa dni upłynęły pod znakiem wzmożonej pracy: mnóstwo noszenia, przerzucania, sortowania, przesuwania, biegania, chodzenia w tę i nazad. Wszystko to sprawiło, że moje siły zostały poważnie uszczuplone. Naprawdę miałam ochotę tylko siedzieć. No i z tego siedzenia i tak wyszło coś konstruktywnego, bo i sznurek się uplótł, i komin zrobił (o taki: klik). No, po prostu nie mogę siedzieć całymi dniami i klikać. Zła bym była na siebie za zmarnowanie czasu.

Winogrona z wolna przerabiam na soki i konfitury, a G. jeden gąsior znów nastawi na wino. Cztery wiadra… gdybym miała większe gary, albo po prostu więcej takich dużych saganów, to by to szło szybciej, a tak – 3 kg dziennie jestem w stanie przerobić na raz… W każdym bądź razie pierwsza tura konfitur liczy sobie siedem słoi, a soki zmieściłu się chyba w dwóch litrach. Chyba, bo ciężko mi przelitrażować odpowiednie butelki, które udało mi się znaleźć. Dobrze, że nie wyrzucałam ich do śmieci. Teraz się przydały. Może te dwa litry wydaje się mało, ale jest tak gęsty i skondensowany, że i tak, żeby go wypić w większej ilości, potrzeba będzie rozcieńczyć go nieco wodą. Spróbowałam sobie, kiedy przepuszczałam winogrona przez sokowirówkę – pycha! Kwaśny, słodki i lekko pestkowy. Bo pestki też zmielone zostały. Cóż, jakoś nie wyobrażam sobie z takich malutkich gronek wyciągać pestki i tak już swoje odstałam przy zlewie, gdy je czyściłam i sortowałam. Konfitury też zrobiłam na leniwca: z pestkami i skórkami. Samo zdrowie!

I tak sobie stojąc nad tymi winogronami w zlewie lub mieszając konfitury rozmyślam sobie, jak to by było pięknie i cudownie, gdybym za oknem miała własny ogród i sad, za drzwiami sień, a za sienią podwórze. I na tym podwórzu parę kurek w zagrodzie, pies (nie na łańcuchu) i króliki na trawie, a w pięknej, wielkiej wolierze – papużki. A na pastwisku być może koń, kozy lub owieczka. I tak móc wyjść na powietrze, posłuchać ciszy przeplecionej ze zwykłymi, wiejskimi odgłosami i czuć, że się żyje, że jest dobrze, że praca daje wymierne korzyści, że dzięki niej ma się wikt i opierunek, że naprawdę się opłaca. Nie w sensie finansowym, ale takim wewnętrznym. I tak myślę i kombinuję, jak dokonać tego cudu i się wynieść z miasta na zupełne odludzie, kiedy pracy sensownej nie ma, portfel zwykle świeci pustkami, a za wszystko żądają pieniędzy. I to wysokich kwot. Na wygraną w Lotto nie liczę, bo szczęście mam w miłości, a nie w forsie, co widać na pierwszy rzut oka. Kredyty? Nie, dziękuję. Kradzież? Owrzodziłoby mi się po tym tak sumienie, że sama bym poszła na najbliższy posterunek Policji i jak na spowiedzi wyznałabym wszystko, co do ostatniego szczegółu. Chyba pozostało tylko trwać w sferze marzeń albo pójść na żebry… Ech, móc cofnąć się o te 13-14 lat…

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, ogólnie, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Wiosenne porządki

Pękłam. Po prostu pękłam. No, już strzymać nie mogłam i pękłam. Pękłam i posprzątałam. I jak to zrobiłam, to się przyzwyczaić nie mogę do tego, że jest tak dużo miejsca, że nie trzeba przeskakiwać przez leżące na podłodze szpargały, że nie trzeba uważać i patrzeć od nogi, żeby się nie potknąć. Nawet mam ładnie udekorowaną szafkę w przedpokoju. Jak nigdy jeszcze! No szok po prostu.

Tydzień roboty od rana niemal do wieczora, ale – mówię Wam – opłacało się. Jeszcze może nie do końca jest tak, jakbym chciała, jeszcze trochę szpargałów stoi na widoku (ale nie pod nogami), jednak brak na nie miejsca w szafach, a do piwnicy są za dobre i za potrzebne tak o, pod ręką. Chyba zainwestuję w dodatkowe szafki wiszące. Miejsca na ścianach jeszcze trochę jest, więc czemu nie?

Teraz łapiemy się na tym, że wchodząc do mieszkania, drzwi otwieramy powoli i delikatnie – jak zwykle, kiedy za nimi przy ścianie stały rzeczy, które przy uderzeniu mogły się przewrócić – głównie wielki karton, w którym przysłano mi kołowrotek. Potem w przedpokoju uważamy na to, gdzie stawiamy stopy, by nie nadepnąć na coś, co leżało sobie kiedyś, a czego już nie ma. W kuchni też stajemy z dala od szaf i lodówki, sięgając i wyciągając się do szuflad i blatów – z przyzwyczajenia. Mamy z tego niezły ubaw.

Cóż, perfekcyjną Panią Domu, to ja nigdy nie byłam i nie będę. Ale się staram. 😉

4 komentarze

Filed under ogólnie, życie

Wszystko jest do… kitu

Kiedyś obiecałam sobie, że (wzorem S.) będę zamieszczać tu tylko pozytywne migawki z mojego życia, żeby potem czytając wpisy wstecz, można było się pośmiać, uśmiechnąć i pomarzyć, by znów było tak miło, przyjemnie, fajnie i ciekawie, jak kiedyś. W sumie, to cały czas wspominam dobre czasy, kiedy miałam pracę i nie musiałam się martwić, czy starczy nam na wszystko, na co musi starczyć.

Frustracja i złość rośnie we mnie cały czas. Zwłaszcza, kiedy przeglądając oferty pracy widzę dobrą dla siebie. Ot, parę dni temu: sekretarka od zaraz w G-ch. No super! Do miasta wymienionego w ofercie mam nie daleko, pociągi jeżdżą niemal co godzinę, więc dojazd jest (co najważniejsze). Otwieram zatem ofertę, by poczytać o szczegółach i czytam, czytam i już mi się morda śmieje, bo wszystko, co chcą, to mam i nagle dochodzę do podpunktu: „wymagane: oświadczenie o niepełnosprawności”. I to by było na tyle. Mam pecha. Jestem pełnosprawna tak ruchowo, jak i umysłowo.

Jeszcze wcześniej rozmawiałam ze znajomym, z którym spotykam się przy okazji psich spacerów. On kowal, po różnych stajniach i stadninach jeździ, więc informacje o pracy przy koniach ma z pierwszej ręki, że tak rzeknę. Okazało się, że jest praca w miejscowości oddalonej ledwo 20 km od miejsca zamieszkania. No cudo! Konie uwielbiam, roboty w stajni się nie boję, bo ją znam, a że trzeba fizycznie się narobić? Cóż, to też mnie nie przeraża. Z dawnych, normalnych czasów wiem, że do miejscowości Ż-a można dojechać z przesiadką (kiedyś z koleżanką się tam wybrałyśmy właśnie takim sposobem): najpierw pociągiem do Z-c, a potem PKSem do Ż-ej. Może z 15 minut podróży w jedną stronę. O ile pociągi kursują dość często, bo co godzinę mniej więcej na tej trasie, to już PKSy niekoniecznie. Niby od Z-c do Ż-ej są raptem 3 km i można je spokojnie pokonać pieszo, czy rowerem, to fakt. Jednak przy sprzyjającej aurze. A co, kiedy zima wróci? A podczas deszczu? I nie, nie chodzi o to, że jestem z cukru. Mam takie nieciekawe schorzenie, które powoduje, że przy wilgotnej, chłodnej pogodzie tracę zupełnie czucie w dłoniach i stopach – przez zaciśnięte naczynia włosowate nie dochodzi krew do kończyn i robi się z tego problem. Nawet mięśnie przestają dobrze działać. Nagle okazuje się, że zamiast własnych dłoni i stóp mam protezy kosmetyczne. I z takimi protezami zaczynałabym pracę przy koniach, które trzeba wyprowadzić na pastwiska, trzymając za kantar… ha ha ha… trzymając powiadasz? Albo zaczynałabym pracę od półgodzinnego moczenia choćby dłoni w gorącej wodzie, żeby w ogóle móc poruszać palcami. I nie, nie pomoże na to praca, bo nie da się pracować z kosmetycznymi protezami.

I tak oto praca, o której marzyłam będąc dzieckiem (z końmi, przy koniach, w stajniach etc.) przeszła mi koło nosa, bo weseli przewoźnicy polikwidowali połączenia. Bo nierentowne… a moja „niepełnosprawność” nie zezwala na pokonanie tych 3 km o własnych siłach przy niesprzyjającej aurze. Mimo to, nadal się zastanawiam, czy się mimo wszystko tej pracy nie podjąć. W końcu pieniędzy brakuje…

Innym razem zobaczyłam ogłoszenie, iż poszukują kogoś do pracy w kolekturze Lotto. No, wydawanie kuponów, to nie taka straszna robota. Zaczęłam się bliżej ogłoszeniem interesować i… cóż… znów nie spełniam wymogów: nie jestem na rencie ani nie pobieram (i chyba nigdy nie będę) emerytury.

Próbowałam też swoich sił w konkursie na pracownika, gdzie miałam i wykształcenie kierunkowe, i lata doświadczenia, więc niemal pewna byłam zdobycia zatrudnienia. Zwłaszcza, że kandydatek niewiele (pięć raptem nas było), a i ich kierunki wykształcenia były zgoła inne, a i doświadczenia żadnego na wskazanym miejscu pracy nie miały. Tak więc już pełna nadziei czekałam na informację od dyrekcji, niemal pewna wygranej. Niestety… przegrałam ze… studentką. Peszek…

Takich „odbić” jest mnóstwo. Tu jestem za stara (bo szukają 18letniej siksy idiotki, której wmówią wszystko), tam za młoda (bo nie mam lat 50+), nie mam orzeczenia o niepełnosprawności ani nie popiszę się grupą inwalidzką, nie pobieram ani renty, ani emerytury, nie mam podstawowego lub zawodowego wykształcenia (bo mam – peszek – wyższe), nie jestem studentką (bo już byłam), nie mam 20 letniego doświadczenia na każdym możliwym stanowisku pracy (przepraszam, że przez prawie 10 lat pracowałam na stanowisku, do którego się wyuczyłam na studiach). Więcej grzechów nie pamiętam… Ach… i nie mam znajomości wśród ludzi na odpowiednich szczeblach…

Niestety, jak widać osoba przeciętna, pełnosprawna, w produkcyjnym wieku, bezdzietna, bez nałogów i zobowiązań nie może znaleźć pracy w tym kraju. Na żadnym stanowisku.

Dlatego wszystko jest do kitu…

2 komentarze

Filed under ogólnie, praca zawodowa, życie

Daj się zaskoczyć…

Nie, nie. Nie będzie to reklama popularnego dyskontu. Będzie to opowieść o naszym zaskoczeniu, jakie przeżyliśmy wczoraj.

Otóż tu, gdzie mieszkamy, wprowadziliśmy się jakieś 13 lat temu. Zagraciliśmy się do tego czasu odpowiednio, by poczuć, że osiedliśmy na stałe. Piwnicę odwiedzaliśmy nader rzadko, tylko po to, by dorzucić do niej parę kolejnych, potrzebnych na potem szpargałów. W końcu i te szpargały nie chciały się mieścić, więc zaczęły żyć poza wytyczonymi granicami własności. W sumie nikomu to nie przeszkadzało, bo piwnica nasza na szarym końcu korytarza piwnicznego się mieści. Gdyby nie to, że administracja (za poduszczeniem mieszkańców) umyśliła wymienić piwniczne okna, stan powyższy trwałby nadal niezmiennie zapewne jeszcze przez dekady.

Wymiana starych, piwnicznych okienek szła sprawnie i szybko do przodu, gdy nagle zostałam „złapana” w locie w drodze powrotnej do domu po spacerze z Herą. Panowie Budowlańcy stwierdzili z pełną i niezachwianą pewnością, że musimy udostępnić im swoją piwnicę, bowiem… jest w niej okno do wymiany. Moja reakcja: okno? Jakie okno?  Tam nigdy nie było żadnego okna! Ale zgodziłam się dnia następnego piwnicę odgruzować na tyle, by można było sprawdzić, kto ma rację w tym sporze.

Dzień drugi upłynął zatem pod znakiem wesołego czyszczenia naszej graciarni. Co tam się nie znalazło!? Stare, przestrzelane do cna słomianki łucznicze, które nadawałyby się chyba tylko na rozpałkę. Wór starych ubrań, który miał trafić do kontenera (i w końcu trafił), książki, czasopisma (o których pamiętałam, że są, ale nie do końca jakie), stare kartony, które trzeba było zostawić, bo gwarancja by przepadła. Gwarancja się skończyła, sprzęt już został zutylizowany lub podarowany dalej, a kartony zostały. Teraz już znalazły nowe miejsce przeznaczenia: kontener na papier. Nawet stara wykładzina dywanowa się znalazła po poprzednich właścicielach mieszkania i zestaw trzech solidnych, drewnianych drzwi oraz gustowny, duży, wiklinowy kosz. A także spora ilość, sporych, okarmionych (na myszach zapewne) pająków – kątników. Większość z tych szpargałów poszła na śmietnik. Część została, bo na pewno się przyda. Kątniki się wyprowadziły.

Panowie Budowlańcy stare okno wyszarpali z muru. Przegniłe deski łatwo się nie poddawały, rozłażąc się pod dotknięciem łomu, a ledwo trzymające się kupy cegły sypały się, niczym górskie osuwisko. Ale nowe okienko zostało zamocowane za pomocą pianki montażowej oraz niewielkiej ilości zaprawy murarskiej. I nagle stała się jasność. I przestronność. Teraz pomieściliśmy wszystkie szpargały tak, że jest jeszcze dość spore przejście pomiędzy. No i mnóstwo miejsca zostało do zagospodarowania w szafach.

I tak oto nasza piwnica po trzynastu latach zdołała nas zaskoczyć zupełnie. Nikt nie spodziewał się w niej okna!

Dodaj komentarz

Filed under ogólnie, życie