Monthly Archives: Marzec 2011

Krwiodawstwo zakazane

Nosiłam się z tym zamiarem od dawna. Zawsze jednak coś przeszkadzało w zrealizowaniu podjętej już dawno decyzji. Dziś wzięłam się za fraki i po raz któryś z kolei mijając autobus z RCKiK stwierdziłam, że mam czas i chcę go poświęcić na utoczenie sobie trochę krwi. Zwłaszcza, że mam tą najbardziej pożądaną grupę: 0.
Niestety… odpadłam w przedbiegach…
Okazało się, że moja waga (która zupełnie nie koliduje z moim podłym wzrostem) zamyka mi drogę do podzielenia się tym, czego mi zbywa, a innym może uratować życie.
Kazano mi przyjść, jak osiągnę wagę co najmniej 50 kg.
Niewykonalne.
Od ponad 10 lat utrzymuje się u mnie ta sama waga. Dla wyjaśnienia dodam, że nie stosuję żadnych diet.
No cóż…
Moja kariera krwiodawcy był doprawdy rekordowo szybka.
Reklamy

2 Komentarze

Filed under życie

Drobnostki

Nawet nie podejrzewałam, jak małe drobne zdarzenia mogą wpłynąć na moje samopoczucie. Zwykle na takie rzeczy się nie patrzy, głównie dlatego, że znajdują się pod naszymi nogami. A wystarczy spojrzeć w dół, by zobaczyć naprawdę niesamowite i zaskakujące często widoki.
Oto, jaki prezent znalazłam, choć od świąt dzieliło nas sporo czasu:
 
Wśród szarego, zupełnie pozbawionego kolorów osiedla wykwitł nagle skrawek lata:
 
Dzięki tym drobnym elementom naruszającym szarą rzeczywistość, odzyskuję dobry humor.
Czego i Wam serdecznie życzę.

Dodaj komentarz

Filed under podróże, życie

W drodze…

Znów w dojazdach.
Natknęłam się na paradoks PKP. I nie chodzi tu zupełnie o ich „punktualność”. Otóż okazuje się, że podróżując pociągami Regio (dawne osobowe) muszę zapłacić więcej za bilet niż w pociągach TLK! A jakość podróżowania jest tak diametralnie różna, że bez namysłu wybieram te ostatnie.
Dla mnie to jakieś naprawdę dziwne rozwiązania, ale będę z nich korzystać, dopóki różnica będzie zdecydowanie opłacalna.
Krótsze trasy pokonuję głównie na piechotę, zdzierając obcasy i zelówki. I tak podróżując na własnych, nieco wysłużonych nogach, mijam przeróżnych ludzi. Zwykle smutnych, wrogich, najeżonych. Mój wzrok padł na chwilę na kikuty nóg u pewnego pana jadącego na wózku. Odwróciłam głowę i wpatrzyłam się w witryny sklepów, które mijałam. No bo przecież nie będę się gapić na kalectwo, jakbym nigdy nie widziała ludzi bez kończyn. Przecież to niestosowne – co najmniej. Ale mój wredny wzrok wrócił za chwilę do owego pana i… niemal przystanęłam zaskoczona jego promiennym, radosnym uśmiechem. Oczywiście odwzajemniłam grymas, no bo ciężko się takiemu oprzeć przecież. Dzięki niemu na cały dzień miałam odrobinkę dobrego humoru, drzemiącego grzecznie i promieniującego na całe ciało aż do nocy.
Co z tego, że w pracy zaliczyłam dwa rzuty słuchawką na odległość (nie, nie ja rzucałam, tylko ci, do których dzwoniłam), co z tego, że niemal cały dzień przedzwoniłam zupełnie bezproduktywnie? Ten jeden, jedyny uśmiech był moim motorem na resztę poniedziałku.
Poproszę o więcej takich przypadkowych uśmiechów.

Dodaj komentarz

Filed under praca zawodowa, życie