Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarzy

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

Rocznica

Dziś mija równo rok, jak po czteroletnich poszukiwaniach udało mi się wreszcie, dzięki niespodziewanym koneksjom, wynikającym z czystego przypadku, znaleźć zatrudnienie. Tak oto były bibliotekarz i nauczyciel oraz rzemieślnik stał się ochroniarzem.

ochroniarz2

2 komentarzy

Filed under praca zawodowa

A czas sobie płynie…

Że płynie, to wiadomo. Widać gołym okiem. Ale na pewno nie „wolniutkim tik-tak”. Ledwo się człowiek obróci, a tu już noc i koniec zabawy. A potem uświadamia sobie, że nie zrobił jeszcze tysiąca rzeczy, które sobie założył. I to nie z lenistwa, tylko z braku tytułowego bohatera…

W weekend majowy spotkały mnie dwie niespodzianki: jedna mało przyjemna, druga była osłodą po tej pierwszej. Nieprzyjemną niespodzianką było to, że mój poniedziałkowy zmiennik bardzo wziął sobie do serca świętowanie pierwszomajowe i przyszedł bardzo wczorajszy do pracy. Został wykopany natychmiastowo z marketu, a ja zostałam na posterunku na kolejnych siedem godzin po wyrobionych ustawowo swoich ośmiu. Cała, pełna dniówka piętnastogodzinna, to jednak nie jest szczyt moich marzeń. Na dodatek przepadła mi wizyta u specjalisty, na którą trochę czekałam. Żeby było śmieszniej, Koordynator „zapomniał” zadzwonić do mnie z informacją, że mogę spokojnie opuścić miejsce pracy o godzinie szesnastej, bo już wszystko ugadał z dyrekcją marketu. Och, przecież jestem telepatką i jasnowidzem, więc powinnam była wiedzieć, o czym i z kim rozmawia, prawda? Nic to… było, minęło, niech im ziemia lekką będzie, a korzonki słodko pachną😉

Przyjemną, a nawet okropnie radosną niespodzianką taką nie do końca było to, że przyjechała w odwiedziny do nas S., której nie widziałam od ostatniego turnieju w Będzinie, na jakim udało mi się być. Hera od razu przyniosła sznurek do zabawy i trykając ją nosem, zachęcała do zabawy – znaczy, że akceptacja nowego „domownika” przebiegła nader pomyślnie. Wybraliśmy się też na działkę (większą grupą, bo na miejscu dołączyli do nas A. i P.), by przetestować możliwości nowego, własnoręcznie przez G. skonstruowanego grilla. Niestety, pogoda stwierdziła, że nie będzie nas rozpieszczać i piknik przebiegł pod znakiem strugi deszczu i przejmującego zimna. Ale za to na grillu smacznie upiekły się pyszności: kiełbaski, karkóweczki, cukinie, ziemniaczki i papryczki – czysta rozkosz! Ze względu jednak na okrutne zimno i wszechobecną wilgoć nasza majówka nie trwała zbyt długo. Zawinęliśmy się do domu i przy ciastkach i jabłeczniku domowej roboty, popijając gorącą, zieloną herbatkę spędziliśmy miło czas aż do wieczora, kiedy to trzeba było z żalem się rozstać…

This slideshow requires JavaScript.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. starczyło parę ciepłych dni, by nasiona wreszcie zaczęły kiełkować. Na drzewach zawiązują się powoli owoce. Być może będziemy mogli się pochwalić pierwszymi jabłkami z naszej jabłonki? Śliwek węgierek i wiśni, jak zwykle, będzie zatrzęsienie. Mirabelki też dopiszą, co widać po ilości już rumieniących się owoców. Owoce agrestu już rosną, nabierając słodyczy. Porzeczki w wielkich kiściach się zielenią jeszcze i pęcznieją z wolna, ale już widać, że będzie ich więcej, niż w ubiegłym roku. Może nie będzie to klęska urodzaju, ale powinno się dać z nich zrobić trochę konfitur. Przemarznięte pomidory i papryki zostają powoli zastępowane nowymi sadzonkami, a tunel z wolna się zapełnia zielenią i zapachami tak dla niego typowymi. Nawet wyrosła nam w nim jedna truskawka, znaczy jeden krzaczek truskawkowy, który już ma zawiązane owoce. A jedna truskaweczka zaczęła się czerwienić. W każdej wolnej chwili staram się zrobić jak najwięcej. Gdy tylko jest dobra pogoda (nie pada i nie jest zimno), a w szkole nie mam nic zadane, zaraz po pracy idę w „pole” i do wieczora, póki sił starczy staram się wszystko ogarnąć. Perz rośnie jeszcze lepiej, niż wszystkie warzywa i owoce razem wzięte. Jak jednego dnia ogarnę daną część ziemi, to na drugi dzień mogłabym zacząć wszystko od nowa. Taka syzyfowa praca… Póki co nie widać ślimaków. To znaczy są, ale gajowe, z muszelkami. Pomrowów ani widu, ani słychu. Tyle dobrze. Trutka profilaktycznie wysypana została wokół ogrodzenia całej działki, zwłaszcza w miejscu graniczenia z rzeką, żeby nie nalazły stamtąd, bo nie wierzę, że tak po prostu wyginęły, czy też się wyprowadziły. Problemem natomiast są w tym roku mszyce i mrówki. Oba szkodniki nie potrafią bez siebie żyć, a szkód potrafią sporych narobić, więc trzeba je wytępić do nogi. Mrówki są na działce od początku, bo dobrze się czuły na ugorze, ziemi nie ruszanej od wielu lat łopatą, widłami, czy inną glebogryzarką i miały się świetnie. Mamy do wyboru czarne mrówy i czerwone, które gryzą tak wściekle, że nogi puchną, a skóra piecze, jakby ją kto przypiekał. Cóż, pozbyliśmy się pomrowów, pozbędziemy się i mrówek. Innego wyjścia nie ma.

This slideshow requires JavaScript.

W szkole wciąż to samo: lekcje, prace zaliczeniowe i egzaminy. Raz częściej, raz rzadziej te dwie ostatnie opcje występują, ale dają popalić. Staram się nie mieć zaległości i przygotowywać zlecone zadania, jak najlepiej potrafię, często spędzając noce przed komputerem lub wstaję bladym świtem, nim pierwsza papużka się odezwie i próbuję ogarnąć wszystko, co trzeba. Jak na razie udaje mi się osiągać najlepsze wyniki w grupie. Mam nadzieję, że to samo będzie i na ostatnim, końcowym, państwowym egzaminie, którego bardzo się obawiam. Od niego zależy wszystko: nowy zawód, nowe, szersze możliwości, może nowa praca…? Ale do tego czasu jeszcze muszę skończyć ten i przyszły semestr, a także dokończyć praktyki zawodowe z masażu sportowego i wodnego. Z tym ostatnim podejrzewam, że będzie największy kłopot. Coś się wymyśli. Może przez wakacje uda mi się załapać na praktyki, bo wtedy odejdą zajęcia co weekend i będę mogła ten zyskany czas poświęcić na dalsze kształcenie.

Ostatnio, za namową koleżanki z pracy… albo inaczej: spodobał mi się jej gadżet i nabyłam sobie taki sam. Czemu wydałam ciężko zarobione pieniądze na jakąś popierdółkę? Ano dlatego, żeby zobaczyć wreszcie, ileż to kilometrów w pracy nabijam, łażąc w pracy w tę i nazad, pilnując, czy bramki nie będą piszczeć😉 Otóż owym gadżetem jest smartwatch. Dość dobrze trzyma się ręki i nie przeszkadza w żadnych codziennych czynnościach, choć swoje gabaryty ma. I ma coś, co zwie się podometr, czyli takie ustrojstwo, co liczy kroki, które się zrobi w jego obecności. Oczywiście nie jest to najdokładniejszy pomiar, ale już daje jako taki pogląd na to, ile się człowiek nachodzi, żeby tę jałmużnę na koniec miesiąca dostać. Dziennie wyrabiam się bez problemu ponad normę 1000 kroków, którą podometr ustawioną „fabrycznie”. Chyba trzeba będzie ustawić inną średnią, bo takie przekraczanie (dosłownie) tej granicy i to bez wkładania większego trudu nie jest zabawą. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki „dzień, jak co dzień” w robocie.

Z przyjemniejszych rzeczy jeszcze dostałam prezent z życzeniem powodzenia w nauce. Znaczy się stół dostałam do masażu z przydatkami do niego: jak wałki i prześcieradła. Na razie nie miałam okazji go porządnie przetestować, ale pierwsze wrażenie po rozłożeniu jest bardzo dobre. Stół jest wygodny dla każdego z uczestników zabiegu: masowanemu wygodnie się leży, a masującemu wygodnie się masuje. Choć w pierwszej chwili wystraszyłam się, że 60 cm szerokości, to jednak za wiele, jak na moje gabaryty, ale jednak szybko okazało się, że to żadna przeszkoda, jeśli dobierze się odpowiednio wysokość stołu. Mogę sięgać wszędzie tam, gdzie trzeba bez jakiejkolwiek specjalnej gimnastyki. Ach, niech no ja tylko będę miała więcej wolnego czasu i sił! Bym już z chęcią wypróbowywała na wszystkich nowy sprzęt😉

Nie będę Was już dłużej zanudzać, bo i późno już (prawie dwudziesta druga na zegarze), i mózg już zaczyna przysypiać po tym, jak od godziny piątej rano musiał pracować na wysokich obrotach, bym mogła napisać pracę zaliczeniową jeszcze raz, bo poprzednia została odrzucona przez wykładowczynię. Nie miałam pomysłu na zagospodarowanie zadanego tematu, ale już mi się udało na szczęście wszystko ogarnąć w stopniu zadowalającym.

Żegnam się zatem, pisząc dobranoc.

4 komentarzy

Filed under masaż, nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo

Niech się święci!

Od ostatniego wpisu zdarzyło się tak wiele, że czuję się, jakby przez ledwie miesiąc upłynęło pół mojego życia. Kolejne pół.

Praktyki skończyłam z wynikiem mocno pozytywnym i z satysfakcją, bo wielu pacjentów, którzy wyszli spod moich niewprawnych rąk potwierdzali poprawę ruchomości stawów kończyn i kręgosłupa. Jedna starsza pani sama była zaskoczona, że piątego dnia zabiegów sama, niczym kozica wskoczyła na łóżko do masażu. Wmówić mi chciała, że na pewno obniżyłam stół, żeby jej było łatwiej. Problem w tym, że nie mogę go podnosić z kimś na nim leżącym, bo się zepsuje mechanizm od takich praktyk. Po drugie, jeśli obniżyłabym stół, nie mogłabym wygodnie i skutecznie wykonać masażu. Po trzecie, w ostatnim tygodniu praktyk zostałam sama, więc na mojej głowie było zapisywanie pacjentów, wypytanie o przyczynę odwiedzin i ewentualne problemy współdziałające lub po prostu występujące niekoniecznie przy okazji schorzenia oraz ustalenie godziny zabiegu. Z tego też powodu łóżko nie było ruszane: jak je pod siebie ustawiłam, tak już zostało. Zatem łatwość w skorzystaniu ze stołu musiała wyniknąć z polepszenia sprawności ruchowej. Obie byłyśmy z tego bardzo zadziwione i zadowolone. Nie raz też słyszałam pochwały, że należę do wyselekcjonowanego grona dobrych masażystów (oczywiście w opiniach mocno subiektywnych samych pacjentów).

Jako że zima nie chciała sobie pójść i wrócić dopiero pod koniec listopada, nie pożegnałam się jeszcze z zimowymi ubraniami. Owszem, w dzień, kiedy słońce nagrzeje powietrze, można w krótkim rękawku biegać, ale rano i wieczorem ciągnie chłodem.

Z tego powodu po raz pierwszy doznaliśmy skutków nocnych przymrozków. Do tej pory w naszym tunelu nic, ale to nic nie przymarzło, zamarzło, czy się mrozem nie zwarzyło. W tym roku mróz musiał być solidny, bo wymroził tunelowe pomidory i papryki. Nie tylko nam. Nawet ogacone styropianem tunele nie dały rady. Chyba by musiały być podgrzewane, wtedy zimno nie weszłoby do środka.

Robi się coraz cieplej. Trzeba ruszyć w końcu z sianiem i sadzeniem, bo to już maj, a grządki nadal puste. Bo zimno, bo deszcz, bo parszywie… będziemy nadrabiać, bo dużo siewek już urosło do rangi sadzonek, więc najwyższy czas, by wreszcie trafiły na pole i w spokoju rosły dalej. Drzewa (najpierw mirabelka, teraz śliwka węgierka i wiśnie) obsypały się kwieciem, aż miło. Miejmy nadzieję, że choć część z tego zostanie zapylona, bo przy takim chłodzie, to pszczoły i trzmiele nie „chodzą”. I nie ma się czemu dziwić, bo ja też nie mam ochoty wyłazić z domu, kiedy jest zimno i deszcz pada.

Nie będę Was zanudzać dłużej i zmuszać do czytania. Obejrzyjcie sobie trochę zdjęć. Dla relaksu.

 

This slideshow requires JavaScript.

2 komentarzy

Filed under masaż, nauka, rolniczo

Dwa tygodnie praktyk

Dziś minął ostatni dzień drugiego tygodnia praktyk zawodowych. Jeszcze jeden tydzień przede mną. Pięć dni. Dwadzieścia godzin.

Jakie wrażenia? Jest mi tam cudownie! Ja wiem, że praktyki wypaczają nieco światopogląd, że niosą ze sobą pewien rodzaj zakłamania rzeczywistości, bo zwykle pracownicy zakładu traktują praktykanta pobłażliwie, z przymrużeniem oka, machając ręką na pewne niedociągnięcia, bo wszak to tylko praktykant: jest, za chwilę go nie będzie i pewnie nigdy nie wróci. A ja chciałabym wrócić. I nie obchodzi mnie, że dzień pracy jest po brzegi (a nawet ponad nie) wypełniony ciężką, fizyczną pracą, bo pacjentów na NFZ obsługuje się taśmowo: piętnaście minut masażu i kolejny na swój kwadrans już się kładzie na stole. Bez przerwy, bez chwili wytchnienia… chyba że ktoś się spóźni lub nie przyjdzie. Wtedy mamy kwadrans dla siebie. Można coś przekąsić, można wypić wystygłą kawę. I czekać na następną falę ludzi spragnionych pozbycia się bólu i oczekujących ulgi, a nawet wyzdrowienia. Moja opiekunka, niewidoma Pani A. jest świetną nauczycielką. I to ja musiałam się nauczyć z nią rozmawiać, a nie ona ze mną. Cóż, jej było łatwiej, bo codziennie spotyka się z ludźmi, którzy widzą. Mnie spotkanie (nieprzelotne) z niewidomą osobą przypada w udziale drugi raz w życiu. Do tego niewidomą od zawsze. Największym wyzwaniem jest opisywanie obrazów i zdjęć. Ja operuję nie tylko kształtem, ale również kolorem. Pani A. kolorów nie zna tak naprawdę. Jeśli na przykład opisuję zdjęcie czarnych kul na białym tle, w których odbijają się światła i inne kule leżące obok, to właśnie tak je opisuję. I co taka osoba może z takiego opisu wyciągnąć? Tylko to, że są na zdjęciu kule, bo ich kształt zna, jej dłonie go znają doskonale. W ogóle jej dłonie są zaskakująco delikatne i wyczulone. Wyczuwa tak niewielkie napięcie mięśni, że ja się zastanawiam, czy w ogóle są one napięte… i gdzie dokładnie. To mi daje do myślenia, jak wiele muszę jeszcze się nauczyć.

Jednakże po tych dwóch tygodniach czuję zmęczenie. Nie jestem w stanie już zasnąć wcześniej niż o drugiej – trzeciej nad ranem, a o szóstej rano już budzik dzwoni, wyrywając mnie z przykrótkiego snu, by zacząć kolejny pracowity dzień, rozpoczynający się od czterech godzin praktyk, przedzielony przerwą wynoszącą półtorej godziny, w której to muszę zdążyć dotrzeć do domu, na szybko przekąsić coś, co zapełni żołądek na dłużej i dostać się na czas do pracy, gdzie muszę wystać swoje osiem godzin, by z niej wrócić przedostatnim autobusem o 22:15 do domu… Zaczynają się bóle przesilonych mięśni i stawów oraz nerwowy kaszel, od którego zaczyna boleć gardło i płuca. Irytujący, buntujący się organizm. Nie może zrozumieć, że jeszcze nie czas na luz? Nie ma jeszcze możliwości odpoczynku? Przecież jeszcze muszę napisać pracę zaliczeniową i referat na najbliższe zajęcia, a wszystko tak boli, że nawet pisanie bloga jest okrutnie męczące. Za chwilę muszę się wykokosić na zajęcia, zebrać się w sobie, zagryźć zęby i mimo wszystko ruszyć i zachować na tyle wysoką przytomność umysłu, by czas lekcji wykorzystać najefektowniej, jak tylko się da… może się ktoś zapytać: „Po co się tak męczysz? Zrezygnuj z jednej rzeczy, nie łap kilku srok za ogon, odpocznij, odetchnij, wrzuć na luz. Nie trzeba przecież się zajeżdżać w imię wyższych celów.” Odpowiem wtedy: „Właśnie teraz nie mogę zrezygnować z żadnego obowiązku, bo i tak – z braku czasu – nie jestem w stanie podołać wszystkim, które życie na mnie nałożyło, co nieustannie mnie irytuje i frustruje, bo chciałabym móc ogarnąć wszystko i jeszcze mieć czas na sen. Chciałabym móc wypełnić wszystkie obietnice, które złożyłam. Nawet te wypowiedziane lata temu, kiedy jeszcze nawet nie przyszłoby mi do głowy, że będę robić to, co robię obecnie. I zwłaszcza te, które usłyszeli najbliżsi…” Czy ktoś zna sposób (może być magiczny, jak z Harry’ego Pottera) na rozciągnięcie doby? Tak do czterdziestu ośmiu godzin co najmniej?

Co jeszcze przekonuje mnie i daje siłę na kolejny, wypełniony pracą dzień? Wdzięczność pacjentów, którzy wyrażają mi swoje uznanie. Wiem, że to też może być przekłamanie, bo nie chcą zaszkodzić praktykantce, która wygląda, jak faktyczna uczennica technikum, a nie podstarzała kobieta na półmetku życia. Jednak słowa traktujące o tym, że moje ręce komuś uśmierzyły ból, że mój nieudolny jeszcze masaż pomógł komuś się wyprostować, rozruszał mięśnie, stawy i kości, by mógł bez przeszkód wrócić do swoich obowiązków, jest chyba najlepszym podziękowaniem, jakie usłyszałam w swojej króciutkiej karierze masażysty.

A oto prezenty, jakie otrzymałam na Dzień Kobiet od panów, którzy poddali się bez strachu zabiegom moich niewprawnych dłoni:

kwiaty8marca01

3 komentarzy

Filed under domowo, hobbystycznie, masaż, nauka, praca zawodowa, prace ręczne, życie

Takie tam zawiadomienie

Wszyscy, a przynajmniej większość z Was już wie, że ledwo się trzymam na nogach, ale jeszcze daję radę… Pragnę jednak zawiadomić, że przez najbliższe trzy tygodnie (od 29 lutego do 20 marca br.) będę odbywać praktyki zawodowe, nie zaniedbując pracy i szkoły, co łączy się z tym, iż całe dnie będę poza domem. Jak po siódmej rano wyjdę na praktyki, tak po dwudziestej drugiej wrócę z pracy.

Dlatego zwracam się z prośbą o wyrozumiałość i cierpliwość, bo mogę być marudna, irytująca, nieosiągalna (telefonicznie, mejlowo, fejsbukowo etc.) i w ogóle nie ogarniać rzeczywistości.

Jestem pomiędzy zajęciami właśnie… ręce mnie bolą, mięśnie karku próbują się boleśnie skurczyć, ograniczając mi możliwość ruchu… a tu tyle do zrobienia! Ale zamiast zabrać się za robotę siedzę i piję herbatę, przeglądam fejsika i myślę, że się lenię. I mam z tego powodu wyrzuty sumienia… może jutro uda mi się trochę robotę nadgonić…? W czasie „pomiędzy”…

Nic, nie będę po próżnicy siedzieć przy komputerze, pójdę upleść trochę sznurków…

6 komentarzy

Filed under hobbystycznie, nauka, ogólnie, życie

Jak mnie tu dawno nie było!

Aż muszę uprzątnąć pajęczyny na blogu, bo się pająki rozmnożyły.

Praca zabiera mi naprawdę sporo czasu. Dodatkowo nauka w szkole, by przyswoić sobie nowy, całkiem odmienny zawód wysysa ze mnie resztkę energii. Moje dni często wyglądają tak, że zwlekam się rano z łóżka, szykuję na szybko do wyjścia, pełznę na autobus, w którym czytam kilka stron książki, wysiadam na właściwym przystanku, idę do budynku, w którym pracuję, próbuję przez osiem godzin wykonać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafię, nie patrząc na to, jaką jałmużną za to mnie wynagrodzą (zbyt demotywujące), po czym znów wsiadam w autobus, czytam parę stron książki i wracam do domu. Nie mam sił, żeby zrobić porządny obiad, więc jem cokolwiek. Często zasypiam na siedząco, a jeśli nie zasypiam, to nie jestem w stanie zrobić niczego konstruktywnego.

W weekendy jest jeszcze lepiej: w takie piątki zwlekam się z łóżka przed świtem, szykuję do wyjścia (szybkie mycie, minimalny makijaż, długie czesanie, bo i włosy są długie), pełznę na przystanek, wsiadam w autobus, czytam parę stron książki, wysiadam, gdzie powinnam, robię, co powinnam zrobić w pracy i po jej zakończeniu wsiadam w autobus, czytam parę stron, wysiadam przystanek wcześniej (niekiedy zdążam jeszcze wskoczyć do domu, żeby wymienić plecak na torbę z notatkami i książkami) i pełznę na zajęcia, gdzie siedzę do wieczora. W sobotę wstaję trochę później niż zwykle, szykuję się na zajęcia, często jeszcze powtarzam zagadnienia, sprawdzam, czy mam wszystkie prace i referaty potrzebne na dziś i idę się uczyć. Po lekcjach (a niekiedy i w trakcie) idę na autobus i jadę do pracy, gdzie zostaję aż do godziny dwudziestej drugiej. W niedzielę mam powtórkę. A w poniedziałek zaczynam pierwszą zmianę.

Powyższe piszę nie po to, by się skarżyć, ale po to, by wyjaśnić co niektórym, że naprawdę nie mam sił na spotkania, na rozmowy nawet, czy pisanie przez Internet. Tęsknię za czasami, kiedy praca nie zabierała mi wszystkiego (sił, energii, czasu), a była po prostu jednym z obowiązków, które należało wykonać najlepiej, jak się potrafi.

Teraz jest dla mnie najgorszy czas, bo sesja egzaminacyjna ciągnie się już chyba półtorej miesiąca. W każdy weekend kilka egzaminów, z każdego przedmiotu należy napisać pracę zaliczeniową i sporządzić po parę referatów oraz być aktywnym na zajęciach, by zdobyć jak najwięcej ocen. Nie dosypiam i ledwo trzymam się na nogach. Czuję jednak, że poświęcenie da pozytywne skutki, bo póki co w moim indeksię nie ma „trójek”, przeważają natomiast piątki. Na razie. Zobaczymy, jak to będzie dalej, bo przedmioty coraz trudniejsze nam dają, coraz więcej materiału jest do opracowania… mieliśmy mieć wolny nadchodzący weekend, który miał być swoistą przerwą międzysemestralną, takimi pseudo feriami. Niestety, okazało się, że mamy za mało godzin wyrobionych w jednym przedmiocie (i to nie dlatego, że wykładowca, czy my, uczniowie sobie zbagatelizowaliśmy problem, ale szkoła dała ciała i zaczęliśmy jeden z ważniejszych dla nas przedmiotów tuż przed zakończeniem semestru. I teraz ni dość, że trzeba nadrabiać godziny, to jeszcze na szybko przygotowywać się do egzaminu. A tak liczyłam, że będę mogła odpocząć już od „rycia”. A tu nie ma tak lekko…

Muszę się jednak pochwalić Wam czymś jeszcze… Otóż z dumą zawiadamiam, iż zaliczyłam kurs antycelulitowego masażu bańkami chińskimi, otrzymałam certyfikat i mogę taki masaż wykonywać pełnoprawnie. Tylko brakuje mi stołu (muszę uzbierać na niego trochę pieniędzy) i samych baniek (te akurat są dość tanie). Oto rzeczony certyfikat:

Certyfikat01

Wymazałam nazwiska, żeby nie było mowy o kryptoreklamie. No i mamy w końcu ustawę o danych osobowych. Oryginał jest zawsze do wglądu dla każdego, kto chciałby zweryfikować, czy to na pewno moje nazwisko widnieje na rzeczonym dokumencie.

Tak na zakończenie, zmieniając nieco temat, chciałabym zareklamować Wam nasze niekomercyjne radyjko: AROL (Amatorskie Radio On Line), które można posłuchać w internecie w tym miejscu: KLIK. Staramy się tam umieszczać utwory niekomercyjnych i mało znanych wykonawców. Zaskoczyła nas mnogość takich ludzi, którzy tworzą naprawdę świetne kawałki i pozwalają je odtwarzać całkowicie za darmo (jeśli nie czerpie się z odtwarzania korzyści majątkowych). Muzyka jest naprawdę wysokiej jakości i jest tak różnorodna, że można jej słuchać bez przerwy. I nie piszę tego, bo jestem emocjonalnie związana z projektem, ale słucham tych utworów nawet poza czasem antenowym i póki co nie nudzi mi się ona. Nawet przypadła do gustu na zajęciach praktycznych masażu koleżankom i wykładowcy, więc nie jest to tylko moje subiektywne zdanie. W tygodniu nadajemy od 17 do 21, w weekendy – do 22. Króluje w nim muzyka elektro dance, trance, folk, metal, new age, celtic, country, a także muzyka filmowa. I na tym nie przestajemy, bo wciąż szukamy nowych zespołów i nowych stylów muzycznych, by trafić w gusta, jak najszerszej społeczności. Jeśli macie jakieś pomysły, propozycje, czy też chcielibyście się podzielić swoimi utworami, które skomponowaliście i leżą sobie w szufladzie, też możecie do nas podsyłać. Wszystko na pewno będzie wzięte pod uwagę i wyemitowane na antenie.

Uciekam już spać, bo jutro na rano do pracy, a organizm domaga się snu i odpoczynku…

Dodaj komentarz

Filed under domowo, hobbystycznie, praca zawodowa, rozrywka, życie