Monthly Archives: Kwiecień 2015

Mam trzy latka…

Tak zaczyna się znany wierszyk o dziecku, które sięga głową ponad stół i chodzi do przedszkola z workiem, prawda?

No, ale ja nie o tym… a o tym, że otwierając okno zawierające komentarze do zatwierdzenia, zobaczyłam życzenia „Happy anniversary” od WordPressa. Co się okazało? Ten blog już sobie wisi w sieci od trzech lat! Myślałam, że to pierwsza rocznica, a tu zaskoczenie: zanudzam Was swoimi wynurzeniami już tyle czasu!

Zatem… szczęśliwej rocznicy 😀

3lata-wordpress

4 komentarze

Filed under hobbystycznie

Do Przyjaciół (niekoniecznie Moskali) ;)

Chciałabym w osobnym wątku podziękować wszystkim, którzy pomogli mi się wygrzebać z czarnej rozpaczy i w bardzo krótkim (jak na moje możliwości) czasie stanąć na nogi i żyć dalej.

Będę żałować tej straconej szansy, ale nie będę rozpaczać. Tylko dzięki Waszym słowom: ostrym i miękkim w brzmieniu. Dzięki tym, którzy mnie głaskali wirtualnie po głowie i tym, którzy rozdawali mi kopniaki na rozpęd.

Dziękuję Wam:

  • Agnieszka Mokiejewska
  • Agnieszka Zielińska
  • Barbara Malczewska
  • Brzozowy Zakątek-Pracownia Rękodzieła

  • Cecille Rose
  • Dagmara Sarenzir Krawiec

  • Ewa Hasiak-Gliwa

  • Geralt Le Kantro
  • Justyna Żukowska-Piela
  • Kamila Gumiela
  • Katarzyna Sobczyk
  • Małgorzata Dumnicka

  • Marta Kuryś
  • Michał Teśluk
  • Paweł Stanisławek
  • Renata Szmit

Tylko dzięki temu, co napisaliście pozbierałam się w miarę do kupy i mogę dalej dążyć do spełnienia marzeń, choć wiara w ich spełnienie jest już bardzo zachwiana.

Dziękuję.

4 komentarze

Filed under życie

No i tydzień minął…

21-04

Dopiero się tydzień zaczął, a ja już czuję się zmęczona wszystkim wokół. Muszę szybko znaleźć sposób na podładowanie baterii na full, bo na pół gwizdka nie da się dużo zrobić. A mam co robić. I jeszcze zaległości mi rosną. Prawie lawinowo. No, nie ogarniam tego świata i wszystkiego wokół. Jak ktoś ma jakieś sposoby na szybki dopływ energii (prócz nielegalnych i zagrażających zdrowiu i życiu), to bardzo prosiłabym o podzielenie się pomysłami. Za co z góry bardzo dziękuję.

Dzisiejszy dzień zapowiada się ciężki i długi. Tak naprawdę wolna będę dopiero ok. 20. A miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała trochę luzu przy przerzucaniu worów z ciuchami.

Ach, ta praca, co pisałam o rozmowie jakiś czas temu, nie wyszła. Tylko dlatego, że soboty i niekiedy piątki muszę poświęcić na zajęcia, by się przekwalifikować i zdobyć nowy zawód. Smutno mi i przykro, ale rozumiem niedoszłego pracodawcę. Na jego miejscu pewnie zadecydowałabym tak samo, mając bardziej dyspozycyjne osoby pod ręką. Nic to. Szukam dalej.

 23 – 04

Mam już dość tego życia. Mam go dość. I mam też żal do siebie, że nie potrafię go zmienić. Bo gdy już się wydaje, że zrobiłam co najmniej krok na przód, że jestem bliżej sukcesu, jestem uświadamiana, że jednak mi się wydawało. Zero postępów, wręcz zacofanie. Znów spełnienie marzenia było w zasięgu ręki, już niemalże czułam je w dłoniach… została mi tylko garść piór z ogona. Kolejna szansa na zamieszkanie na wsi przeszła koło nosa. Cóż, jak się nie ma gotówki ani szans na kredyt, to się nie powinno napalać, jak szczerbaty na suchary. Ale ja się napaliłam. Staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Niestety, trwało to zbyt długo i ktoś, kogo stać na spełnianie marzeń już powoli je spełnia. W domu, który miał być nasz. W cudnej, czystej okolicy. Dom stary, ale wyremontowany – tylko wchodzić i mieszkać. Woda w kranach, ścieki w rurociągach, gaz w butli, ciepło w piecu. Na podłogach panele, na ścianach gładzie lub kafelki. Dom przeogromny: 180m2, gdzie znalazłoby się miejsce dla każdego mieszkańca i gościa bez wchodzenia sobie w drogę. I jeszcze wielki, przestronny strych, który można by wykorzystać na kolejne pomieszczenia. Dach nowiutki, błyszczący, niecieknący, komin naprawiony i uszczelniony. Do tego pół hektara czarnej, zdrowej i płodnej ziemi, na której rosły już drzewa stare i nowe oraz krzewy tak ozdobne, jak i owocujące. Wokół cisza, spokój, tylko lasy i pola. I konie za miedzą. Tylko wchodzić i mieszkać. Niestety, z racji, że kredytu nie było jak wziąć (a potrzeba było prawie 200 tys. złotych), umówiliśmy się, że dom kupimy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkań: naszego i teścia. Niestety, nim zainteresowanie przerodziło się w chęć kupna naszych „em-dwa”, znalazł się ktoś, kto od razu może pozwolić sobie na zakup domu, bez zbędnego kombinowania i ceregieli. I tak oto znów realizacja marzeń nie wyszła.

Gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam burzę emocjonalną. Wczoraj cały dzień byłam nieżywa wręcz. Mimo, że czułam się wykończona (spałam tylko niecałe dwie godziny), ledwo trzymałam się na nogach, a ból głowy okrutnie dokuczał, to jednak wybraliśmy się na działkę, żeby jednak zadbać o przyszłość. W wymiarze kulinarnym tylko, ale zawsze to jakaś przyszłość. Dałam radę przekopać motyką (w celu rozdrobnienia grud i brył) tylko połówkę mniejszego warzywnika, zrobić grządki i posadzić kilka warzyw z rozsad. Po takiej lekkiej pracy musiałam się położyć, bo tak mi było słabo. Po powrocie do domu, położyłam się spać i obudziłam się dopiero dziś rano. Już mi lepiej.

Staram się ułożyć wszystko na nowo w głowie. Od początku zaplanować czas, kolejność działań i przestawić priorytety. Niestety, wszystko potrzebuje czasu. A im dłużej będę się grzebać w tym, co było, co się nie udało, tym dłużej nie wypełznę z dołu, z tego zamulonego dna, w którym (w moim odczuciu) się znajduję.

A póki co, rośliny na działce, na naszym skrawku wsi w mieście rozkwitają radośnie, jak co roku:

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Początek życia na warzywniku.

Początek życia na warzywniku.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

Nowe krzewy w naszej "kolekcji". To aronia.

Nowe krzewy w naszej „kolekcji”. To aronia.

A tu drugi krzew: borówka.

A tu drugi krzew: borówka.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

 24-04

Miałam sprzątać mieszkanie, wykorzystując fakt, że G. pojechał na działkę spawać urwany zawias furtki, ale za długo babrałam się z przesadzaniem siewek. Chciałam najpierw nabrudzić ziemią, a potem wszystko kompleksowo posprzątać. Niby dzień się jeszcze nie skończył, ale za niedługo muszę iść na zajęcia i chcę się do nich choć trochę przygotować. Niby praktyczne zajęcia nie są trudne, ale trzeba sobie przypomnieć kolejność technik masażu i jakie można stosować na poszczególnych częściach ciała, żeby się nie zastanawiać co chwilę, co teraz trzeba zrobić? No i atlas anatomiczny muszę sobie przerzucić na papier, bo z ekranu komputera trochę niewygodnie się korzysta.

Jutro mieliśmy w planach wyjazd do O., bo skusiły nas targi pracy, ale kiedy dobrze poszukałam na necie, okazało się, że miałam błędne informacje. Targi nie odbędą się w sobotę i niedzielę, tylko już wczoraj się zaczęły, a dziś kończą. No cóż… wiele i tak nie straciłam, bo przeglądnęłam program i jedyne, co by mogło mnie zainteresować, to prelekcja o służbie w Policji. Skoro zatem nie ma po co wydawać pieniędzy na podróż, a wyjątkowo sobota wypadła wolna od zajęć, to będę się działkować. Mam nadzieję, że nie będę zdychać tak, jak przy okazji poprzednich na niej odwiedzin. No bo wstyd tak… dwa razy machnąć motyką i już się zasapać…

Nic, trzeba jeszcze anatomię wydrukować i choć przeglądnąć przed wyjściem obrazki…

25-04

Dzień wolny od nauki. Czyli należałoby coś zrobić pożytecznego. Bo siedzenie przed kompem do pożytecznych nie należy. Najgorsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Znaczy pomysły mam, ale jakoś tyłek za ciężki, żeby się przenieść do pracowni i coś w niej podziałać. A należałoby.

No i na działkę też należałoby się wybrać. Raz, że Zarząd jakieś zebranie organizuje, dwa – czas najwyższy nadgonić wszystkie prace, których wykonać się nie dało, bo było za zimno. Także na nudę narzekać nie mogę. Raczej ne to, że doba jest za krótka na wszystko, co należałoby i co chciałoby się zrobić.

Zna ktoś może sposób na doładowanie baterii? Bo moje jakoś w standardowej procedurze nie chcą się porządnie załadować. Sen nie daje wiele, ulubiona muzyka też jakoś nie działa… no do kitu jakoś tak… a bez doładowanych baterii nie jestem w stanie w 150% podołać wszystkim zajęciom i obowiązkom. Za wszystkie porady z góry serdecznie dziękuję.

No i się wydziałkowałam. Tak się przejęłam tym, że dziś jest zebranie RODu, że zapomniałam wziąć ze sobą rozpiskę płodozmianową i nici z siania. No to się zabrałam za plewienie. Przerobiłam truskawki i ćwiartkę Zielnika. Wydaje się, że to strasznie mało na jeden dzień, ale z zebrania wylazłam dopiero po godzinie piętnastej. No i odchwaszczane parcele były naprawdę mocno zarośnięte, bo na jesieni nie wyrywałam chwastów. Ćwiartkę Zielnika też przekopałam, żeby trochę ziemia odetchnę przez chwilkę, a i się spulchniła, bo była twarda od korzeni traw. G. przehakał drugi warzywnik i „pole” na ugorze, a teść skosił trawę w alejce. No i jeszcze chłopaki naprawiali furtkę, bo się zawias urwał i zapiekł na amen. Zrobili więc nowy i przyspawali go do ramy. I jeszcze furtka dostała świeżego, wiosennego, zielonego koloru! Ładne teraz mamy ogrodzenie. Pieseł zaczyna być uczony, że wąż ogrodowy, to nie to samo, co wąż w schronisku i na pewno nie zostanie przezeń polana wodą. Oczywiście patyczek zawsze najlepszą formą pokazywania, że mimo sikającego wodą potwora, znajdującego się na trasie rzucający – patyczek – rzucający, że nie ma się zupełnie czego bać. Pierwsze postępy poczynione zostały bardzo szybko: od podkulonego ogona i stulonych uszu oraz ugiętych łap i nisko zwieszonego łba do okrążania syczącego, mokrego zła minęło ledwo półtorej godziny. Tak na oko. Bo nie patrzyłam na zegarek. Ot, tyle czasu, co było potrzebne do podlania całej działki. Myślę, że za niedługo pieseł będzie mógł się delektować ochłodzeniem w lecie wprost z „sikawki”. Pokonaliśmy strach przed samochodami (zwłaszcza dużymi i warczącymi), pokonamy i strach przed wężem.

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem ;)

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem 😉

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem ;)

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem 😉

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą...

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą…

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko ;)

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko 😉

Praca wre.

Praca wre.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka...

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka…

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo ;)

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo 😉

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Nic, teraz należało by się udać pod prysznic i rzucić pod kołdrę, bo jutro trzeba dreptać na zajęcia…

26-04

Zajęcia okazały się być skrócone. Wcześniej się wykładowca zerwał z zajęć, przy tym skończył już przygotowany materiał, więc po co dłużej siedzieć? No i zarobiłam kolejną ocenę. Tym razem z aktywności. Mogę wpisać następną piątkę w swoim dzienniczku.

Teraz mogę spokojnie zająć się nastawianiem obiadu do wolnowaru. Nie zrobiłam tego rano, bo za długo spałam. I zapomniałam wczoraj wyciągnąć z zamrażalki wszystko, co potrzebne było do zrobienia jedzenia. Przy tym i tak na spokojnie może się gotować i to dłuższą chwilę, bo w planach mamy przygotowanie się do najbliższego turnieju, czyli powyciąganie zbroi i broni ze wszelkich zakamarków, wyczyszczenie jej, sprawdzenie i ewentualne naprawienie. No i położenie w jednym miejscu, by przy pakowaniu nie biegać po całej okolicy.

To miłej niedzieli życzę i  idę zająć się tym, co trzeba.

8 komentarzy

Filed under nauka, pieseł, rolniczo

I znów zima… :/

14-04

W niedzielę stłukłam sobie kubek, który przytargałam z Hamburga. No załamałam się już całkowicie, bo tak bardzo starałam się, żeby się nie stłukł przez pobyt w Niemczech i w drodze powrotnej, a w domu zrobiłam z niego prawie ceramiczny żwir. Długo się nim nacieszyłam…

Wczorajszy dzień w robocie też odczuwam. Mocno. We wszystkich gnatach. Albo się starzeję, albo całkowicie odzwyczaiłam się od roboty tego typu. Za godzinę znów zaczynam i nie wiem, kiedy skończę, bo jeszcze tyle worów zostało do posegregowania, a jeszcze wycena… a ja już mam dość. Byle by wytrzymać ten dzień, a potem niech będzie ładna pogoda, to rozruszam się na działce.

Strasznie marną ziemię w tym roku kupiłam do siewu i rozsad. To, co posiałam na starej, wyrosło ładnie i szybko, a to, co wsadziłam do nowej – ledwo zipie. Na jednej z grup działkowiczów czytałam, że właśnie ziemia z tej firmy jest jakaś niedorobiona i co wyrosło, to umarło. U mnie nawet nie zdążyło wyrosnąć. A komentarze i opinie poczytałam, jak już miałam wszystko posiane, więc było po ptokach. W przeciwnym wypadku szukałabym z innej firmy. No nic, będziemy kombinować z siewem wprost do ziemi. I zobaczymy, jak w tym roku wygląda populacja ślimaka pomrowa…

Nic, idę się powoli szykować na kolejny dzień przerzucania worków z ciuchami…

15-04

Obudziłam się zmęczona. Jakbym tony węgla przeładowała. A ja tylko goniłam demona… znaczy śniło mi się, że go goniłam. W takim starym domostwie, które przypominało bardziej stary zamek z wielkiej płyty, niż dom. I raz mnie skubaniec prawie dorwał. Jak się wystraszyłam, to się obudziłam. W środku nocy. Ciemno, cicho… a mnie serce chce przez gardło wyskoczyć. Dobrze, że udało mi się zmusić do spania i z powrotem zasnąć, bo udało mi się owego demona złapać i pokonać. Z pomocą pewnego mężczyzny, który nie przestawał się szeroko uśmiechać. Co mi się naśniło, to moje… a wymęczona wstałam, jakbym naprawdę za tym demonem po tym zamku biegała.

Mimo, że sił nie mam za wiele i nadal padam na pysk, to przesadziłam pomidorki. Maleństwa to jeszcze, ale zasłużyły na własne lokum, żeby dorastać w cieple kuchni.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach :) Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutkie pomidorki w nowych kwaterach 🙂 Druga część jest rozlokowana na parapecie.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Malutki pomidorek świeżo po przesadzeniu.

Za niedługo przyjdzie czas na pozostałe siewki. Tylko czy mi starczy kubeczków po śmietanie? I miejsca na parapetach? Trzeba będzie jakoś się pomieścić, nie ma innego wyjścia. Póki rośliny są jeszcze malutkie, nie mogę ich wysadzić na grządki. Nawet pod tunelem jest za zimno.

A Hera tak ostatnio spędza dnie w domu:

Takiej to dobrze, nie? ;)

Takiej to dobrze, nie? 😉

Ech, trza iść i zająć się tkaniem, bo szaliczek czeka na ukończenie. A potem kolejne zaległości trzeba będzie nadrabiać…

20-04

Notka przed pracą…

W weekend wcale mi się nie chciało nic robić. Obiad gotował się sam w wolnowarze, szalik się utkał, zajęcia zmęczyły. Fizycznie. Dwa dni praktyki po parę godzin z przerwami na podawanie się masażom równie niewprawnych, jak moje rękom.  Komputer dostał kilka nowych wnętrzności i nowy system. Wszystko trzeba instalować od nowa… i przypominać sobie hasła do stron, na których jakimś cudem się nie zapisały…

No i gry… przez to miałam okazję przypomnieć sobie te, w które dawno nie grałam, bo jakoś tak się człowiek zapomniał i co innego mu w głowie siedziało. Przy tym… musiałam trochę się odmóżdżyć i zająć myśli czym innym.

Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, a zwłaszcza, że zniknie to okrutne zimno, które obecnie panuje za oknem. Mimo słońca… wszak o ziemię trzeba zadbać, nasiać, nasadzić… w normalnych warunkach, już byśmy mogli cieszyć się pierwszymi rzodkiewkami… a tak… nic nie ma…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, nauka, pieseł, prace ręczne, rolniczo, rozrywka

Kwiecień plecień dał trochę lata po zimie

09-04

Niby ocieplenie miało się zacząć już od wtorku, jednak to dopiero dziś można mówić, że zrobiło się wiosennie. 15 stopni w słońcu, można się powoli rozgrzewać po zimie i deszczowym przedwiośniu. W lesie już coraz mocniej słychać wiosenne ożywienie. Widać też. Wszystkie drzewa trzęsą się od śpiewu większych i mniejszych ptaków, a gałęzie uginają pod skaczącymi wiewiórkami. Czarne kosy rozrzucają zbutwiałe liście pomarańczowymi dziobkami w poszukiwaniu smakołyków. Sikory dzwonią, zięby wyśpiewują trele zupełnie nie zwracając uwagi na łażącego pod nimi człowieka z psem. Cóż, teraz można powiedzieć, że jest wiosna.

11-04

Nie wyrabiam się na zakrętach… mam tyle roboty, że naprawdę nie wiem, za co się złapać i w konsekwencji zaległości robią się jeszcze większe. Nie pomaga pisanie planów na dany dzień, lista „do zrobienia” też ma coraz więcej punktów, zamiast coraz mniej. A być może jeszcze gorzej. Zależy, co wyjdzie z czwartkowych rozmów.

Dziś zaliczenie z praktyki w szkole. Denerwuję się strasznie, bo nie jestem pewna swoich umiejętności. Nadal błądzę i nie wiem, czy wszystko wykonuję tak, jak trzeba. Kilka technik w ogóle mi nie wychodzi. Zupełnie nie rozumiem ich idei, choć były mi one prezentowane w przeróżny sposób. No, nie trafia do mnie to w ogóle po prostu. I nie wiem zupełnie, jak ten stan zmienić. Za niecałą godzinę zaczynam. Mam okropnego stresa…

I po stresie. Zaliczyłam na piątkę. Znaczy w praktyce jestem lepsza, niż w teorii. Tylko po tym wszystkim jestem zmęczona. Wczoraj padłam, jak kawka w niedługi czas po powrocie z zajęć, choć miałam w planach jeszcze zrobić to, czy owo. Nie kiwnęłam nawet palcem. Potrzebuję jakiegoś sposobu na doładowanie się energią. Wsadzanie palców między druty w kontakcie skutkuje krótkotrwałą poprawą kondycji, wręcz sekundową, a potem jest tylko gorzej.

Ha! Zapomniałam napisać o najważniejszym! Mam nową zmywarkę! Od wczoraj. Poprzednia się spaliła – dosłownie. Trzy dni czuć było spaloną izolacją w domu. Niestety, nie opłacało się jej naprawić (a bardzo nie chciałam się rozstawać z tak dobrym i wytrzymałym sprzętem, który posłużył u nas prawie dziesięć lat), bo koszt części i robocizny był równy cenie zakupu nowej. Ale jest już na swoim miejscu. Już przetestowana. Ma o wiele więcej funkcji i możliwości dostosowania do warunków, niż poprzednia. I jest równie prosta w użyciu. Cieszę się, jak dziecko z nowej zabawki.

12-04

Jeszcze dziś mam zajęcia z teorii masażu. Nie będę musiała pisać sprawdzianu, bo już mam go z głowy. I tak, i tak muszę się poduczyć pewnych tematów, bo wiem, że mam w nich braki. No i praktykę uskutecznić, bo mimo piątki w dzienniku i tak mam jeszcze trochę problemów z prawidłowym wykonaniem np. wibracji. No, zupełnie mi to nie wychodzi. Nawet idei tej techniki załapać nie umiem. Ale chyba kiedyś mi się uda…?

Może uda mi się wyciągnąć z siebie jeszcze trochę sił po południu i G. i przejść się lajtowo na działkę? Coś trzeba by porobić, bo za chwilę lato z pustym ogrodem mnie zastanie i będzie wstyd. Zobaczymy…

Obiad na dziś już się wolnowarzy w nowym nabytku. Mam nadzieję, że wyjdzie równie smaczny, jak poprzedni. Też się cieszę z tego ustrojstwa, bo pozwala naprawdę lepiej się zorganizować, kiedy ma się mnóstwo zajęć w ciągu dnia, które nie pozwalają oderwać się choć na chwilę od siebie.

Ufff… za pół godziny zaczynam naukę. Trzeba się zdeczko ogarnąć…

2 komentarze

Filed under domowo, kuchennie, nauka, prace ręczne

Zima na wiosnę

02-04

Wiosny nie ma. Zgubiła się. Albo ktoś ją gdzieś zatrzymał, bo nadal jej nie widać nigdzie indziej, jak w kalendarzu. No bo kto to widział, żeby rano było zaledwie dwa stopnie na plusie? Toż to skandal! Ma być co najmniej dziesięć. I słońce. Dużo słońca! Inaczej się obrażę i zacznę kochać lato, a nie wiosnę.

Zmiana czasu mnie zawsze wybija z rytmu. Zwłaszcza ta, w której „kradnie” się godzinę. Dopiero teraz zaczynam się przystosowywać do nowych warunków, choć wcześniej już miałam wyrobiony sposób na dzień. Takich zmian nie lubię.

Za chwilę święta. Kolejne. Ciekawe, czy spadnie śnieg? Wolałabym zdecydowanie móc cieszyć się ciepłem, niż dalej grzać w puchowej kurtce… naprawdę, idzie zamarznąć o poranku.

Przez to zimno tez nie jestem w stanie nic zrobić na działce. Ręce w narciarskich rękawicach potrafią mi zgrabieć podczas godzinnego spaceru z psem po lesie, a przecież w ziemi nie będę grzebać w grubych rękawicach! Jak ja nawet w cienkich, ogrodniczych mam problem, żeby wydajnie pracować, bo mam ograniczone czucie. Zapewne forsycja już się rozkwitła, bo osiedlowe już się zażółciły ślicznie. Liści zielonych coraz więcej w około, a temperatura, jak w zimie. Siewki z wolna wyrastają w doniczkach. Będzie co sadzić, kiedy urosną na tyle i nadejdzie ich czas, by się przeniosły z wygodnej, ciepłej miejscówki do naturalnego środowiska. Mam nadzieję, że ślimaków nie będzie tak dużo, jak w zeszłym roku. Inaczej plony znów będą mizerne…

A w czasie więcej wolnym, niż zajętym zrobiłam ostatnio skrzynkę-szufladę, żeby po zamontowaniu trzech takich w szafce ogarnąć kuchnię do końca. Jeszcze dwie takie i mam wreszcie szafkę, którą miałam dostać w zestawie, ale inteligentne inaczej szefostwo firmy meblarskiej „Cabała” jakoś nie umiało dopatrzeć się jej na planie rozrysowanym na wyrwanej z zeszytu kartce papieru.

Nic to, zjadłam sobie śniadanie. Nieco odpoczęłam po porannym spacerze (a raczej odtajałam) z psem, to mogę zabrać się za codzienne obowiązki.

PS.

Pisałam o śniegu? No i wykrakałam… posypało lepiej, niż w zimie. Nie wierzycie, to patrzcie:

Śnieg w kwietniu

04-04

Imieniny miesiąca.

Przygotowania do świętowania idą pełną parą. Co prawda namęczyć się zbytnio nie muszę nigdy, bo zwykle wszystko dzielone jest na dwa domy, więc i szaleństwa przedświątecznego nie ma. W tym roku na Wielkanoc moim zadaniem jest/było upiec chleb i ciasta. Jako że cukiernik ze mnie żaden, a kucharka marna, nie spodziewałam się po sobie sukcesów na polu słodkości. I jedno ciasto w ogóle nie wyrosło. Cóż, dawno go nie robiłam, choć jest proste w wykonaniu i się nie udało. Taka zdolna jestem. Nawet wodę potrafię przypalić 😉

Dlatego potrzebuję wielu ulepszaczy i ułatwiaczy w kuchennych pracach. Ostatnio sprowadziliśmy do domu wolnowar. Póki co, po pierwszym teście, po którym mogliśmy się uraczyć pyszną potrawką z kaszy gryczanej, warzyw i kawałków indyka. Wyszło naprawdę super. Wszystko wrzuciłam rano do maszyny i po południu już był gotowy obiad. Bez pilnowania co chwilę, żeby się nie przypaliło, nie wykipiało. Pełen luz. Dzięki temu mogłam się na spokojnie zająć innymi rzeczami, które też musiałam zrobić. Naprawdę, wolnowar jest rewelacyjny. Co prawda jest bardzo mało jeszcze przepisów na to urządzenie, ale też nie jest to problemem, żeby samemu coś wymyślić. Nabyłam go głównie z myślą o dniach, w których jestem poza domem przez większą część dnia i nie mam jak przygotować obiadu, bo na mrożonkach i gotowych daniach nie chce mi się tak naprawdę bazować. Rano przed wyjściem np. na zajęcia wrzucę wszystko, co trzeba do wolnowara, włączę i mogę iść się uczyć, a po powrocie będę mogła spokojnie zjeść coś gorącego i pożywnego. Od razu. Bez stania przy garach. I to właśnie był główny powód, dla którego dałam nieco ponad 80 zł ciężko zarobionych pieniędzy na kolejny sprzęt.

Wewnątrz się gotuje nasz obiad :)

Wewnątrz się gotuje nasz obiad 🙂

Nic, trza dokończyć, co do dokończenia i się szykować do wyjścia na święta.

05-04

Wesołych Świąt życzę wszystkim. Niechaj odradzająca się przyroda tchnie w nas życie i energię, by móc sprostać wymaganiom dnia codziennego.

Dodaj komentarz

Filed under domowo, kuchennie