Monthly Archives: Luty 2014

Wszystko jest do… kitu

Kiedyś obiecałam sobie, że (wzorem S.) będę zamieszczać tu tylko pozytywne migawki z mojego życia, żeby potem czytając wpisy wstecz, można było się pośmiać, uśmiechnąć i pomarzyć, by znów było tak miło, przyjemnie, fajnie i ciekawie, jak kiedyś. W sumie, to cały czas wspominam dobre czasy, kiedy miałam pracę i nie musiałam się martwić, czy starczy nam na wszystko, na co musi starczyć.

Frustracja i złość rośnie we mnie cały czas. Zwłaszcza, kiedy przeglądając oferty pracy widzę dobrą dla siebie. Ot, parę dni temu: sekretarka od zaraz w G-ch. No super! Do miasta wymienionego w ofercie mam nie daleko, pociągi jeżdżą niemal co godzinę, więc dojazd jest (co najważniejsze). Otwieram zatem ofertę, by poczytać o szczegółach i czytam, czytam i już mi się morda śmieje, bo wszystko, co chcą, to mam i nagle dochodzę do podpunktu: „wymagane: oświadczenie o niepełnosprawności”. I to by było na tyle. Mam pecha. Jestem pełnosprawna tak ruchowo, jak i umysłowo.

Jeszcze wcześniej rozmawiałam ze znajomym, z którym spotykam się przy okazji psich spacerów. On kowal, po różnych stajniach i stadninach jeździ, więc informacje o pracy przy koniach ma z pierwszej ręki, że tak rzeknę. Okazało się, że jest praca w miejscowości oddalonej ledwo 20 km od miejsca zamieszkania. No cudo! Konie uwielbiam, roboty w stajni się nie boję, bo ją znam, a że trzeba fizycznie się narobić? Cóż, to też mnie nie przeraża. Z dawnych, normalnych czasów wiem, że do miejscowości Ż-a można dojechać z przesiadką (kiedyś z koleżanką się tam wybrałyśmy właśnie takim sposobem): najpierw pociągiem do Z-c, a potem PKSem do Ż-ej. Może z 15 minut podróży w jedną stronę. O ile pociągi kursują dość często, bo co godzinę mniej więcej na tej trasie, to już PKSy niekoniecznie. Niby od Z-c do Ż-ej są raptem 3 km i można je spokojnie pokonać pieszo, czy rowerem, to fakt. Jednak przy sprzyjającej aurze. A co, kiedy zima wróci? A podczas deszczu? I nie, nie chodzi o to, że jestem z cukru. Mam takie nieciekawe schorzenie, które powoduje, że przy wilgotnej, chłodnej pogodzie tracę zupełnie czucie w dłoniach i stopach – przez zaciśnięte naczynia włosowate nie dochodzi krew do kończyn i robi się z tego problem. Nawet mięśnie przestają dobrze działać. Nagle okazuje się, że zamiast własnych dłoni i stóp mam protezy kosmetyczne. I z takimi protezami zaczynałabym pracę przy koniach, które trzeba wyprowadzić na pastwiska, trzymając za kantar… ha ha ha… trzymając powiadasz? Albo zaczynałabym pracę od półgodzinnego moczenia choćby dłoni w gorącej wodzie, żeby w ogóle móc poruszać palcami. I nie, nie pomoże na to praca, bo nie da się pracować z kosmetycznymi protezami.

I tak oto praca, o której marzyłam będąc dzieckiem (z końmi, przy koniach, w stajniach etc.) przeszła mi koło nosa, bo weseli przewoźnicy polikwidowali połączenia. Bo nierentowne… a moja „niepełnosprawność” nie zezwala na pokonanie tych 3 km o własnych siłach przy niesprzyjającej aurze. Mimo to, nadal się zastanawiam, czy się mimo wszystko tej pracy nie podjąć. W końcu pieniędzy brakuje…

Innym razem zobaczyłam ogłoszenie, iż poszukują kogoś do pracy w kolekturze Lotto. No, wydawanie kuponów, to nie taka straszna robota. Zaczęłam się bliżej ogłoszeniem interesować i… cóż… znów nie spełniam wymogów: nie jestem na rencie ani nie pobieram (i chyba nigdy nie będę) emerytury.

Próbowałam też swoich sił w konkursie na pracownika, gdzie miałam i wykształcenie kierunkowe, i lata doświadczenia, więc niemal pewna byłam zdobycia zatrudnienia. Zwłaszcza, że kandydatek niewiele (pięć raptem nas było), a i ich kierunki wykształcenia były zgoła inne, a i doświadczenia żadnego na wskazanym miejscu pracy nie miały. Tak więc już pełna nadziei czekałam na informację od dyrekcji, niemal pewna wygranej. Niestety… przegrałam ze… studentką. Peszek…

Takich „odbić” jest mnóstwo. Tu jestem za stara (bo szukają 18letniej siksy idiotki, której wmówią wszystko), tam za młoda (bo nie mam lat 50+), nie mam orzeczenia o niepełnosprawności ani nie popiszę się grupą inwalidzką, nie pobieram ani renty, ani emerytury, nie mam podstawowego lub zawodowego wykształcenia (bo mam – peszek – wyższe), nie jestem studentką (bo już byłam), nie mam 20 letniego doświadczenia na każdym możliwym stanowisku pracy (przepraszam, że przez prawie 10 lat pracowałam na stanowisku, do którego się wyuczyłam na studiach). Więcej grzechów nie pamiętam… Ach… i nie mam znajomości wśród ludzi na odpowiednich szczeblach…

Niestety, jak widać osoba przeciętna, pełnosprawna, w produkcyjnym wieku, bezdzietna, bez nałogów i zobowiązań nie może znaleźć pracy w tym kraju. Na żadnym stanowisku.

Dlatego wszystko jest do kitu…

2 komentarze

Filed under ogólnie, praca zawodowa, życie

Wiosna w lutym

O temperaturze na tzw. „minusie” na razie można zapomnieć. O śniegu – tym bardziej. Na razie mamy słońce, trochę chmur i iście wiosenne ciepełko. Od niedzieli ma być mniej przyjemnie, bo zaczną się deszcze.

Skoro aura robi sobie takie „anomalie”, a kolano nadal nie domaga, postanowiłam to wykorzystać. Wyciągnęłam z piwnicy rower, Herę ubrałam w szelki (a raczej uprząż) i hajda w las! Z tego wynikł dwojaki pożytek, bo nogi się nie męczą, jak podczas marszu, czy biegu, a psisko się wylata, a i jeszcze rower od czasu do czasu pociągnie, więc dla mnie to już w ogóle frajda. Oczywiście nie biję Hery batem, nie zmuszam do wyścigów i pracy ponad siły: pod górkę pedałuję; jak widzę, że na chwilę obecną ma dość, to też jej pomogę i nieco odciążę. Bardziej traktuję to jako zabawę, a nie faktyczne przygotowanie do zawodów psich zaprzęgów. Na drobnicę ptasio- gryzoniową już mało co reaguje, na szczęście, więc jazda rowerem nie prowadzi do gwałtownych skrętów na boki. Przy tym rower też nie bardzo dobrze znosi takie psie wyprawy. Wczoraj stracił jeden z hamulców. Dobrze, że mam jeszcze ten drugi z tyłu, bo serwis rowerowy czynny jest co drugi dzień, więc będę musiała poczekać do piątku albo i dłużej (kwestia finansowa), by tą usterkę naprawić. Póki jeszcze działa drugi hamulec, można jeździć. Wolniej, bez wariactw i szaleństw.

Niestety, filmów i zdjęć na chwilę obecną nie będzie, bo aparatu, telefonu, czy kamery ze sobą nie zabieram.

A po lesie fruwa, skacze i biega cała masa żyjątek: ptasia drobnica, wiewiórki itp. stwory, które są, a za chwilę znikają gdzieś w poszyciu, na drzewach, między stertami suchych konarów. Przyszły i dziki, sarny i inne jelenie, nęcąc zapachem i swoją obecnością. W sobotę dwa psy już puściły się w gon. Dlatego też Herę prowadzamy na specjalnie na tę okazję wyciągniętej długiej smyczy. Bieganie i ciąganie roweru to też w sumie pomysł z potrzeby chwili. Wolę, by się wyszalała i zmęczyła w taki sposób, niżby miała zagonić jakieś zwierzę, bo jej nie upilnuję i nie odwołam, jak poprzednim razem, kiedy poszła – jedynie! – za tropem.

A pomiędzy spacerami i wycieczkami po lesie rowerem? Ano, krosno cały czas osnute: jak skończę tkać jedno, zaraz zaczynam drugie. Będę się chwalić na swoim rzemieślniczym blogu, to macie, jak w banku!

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, pieseł, prace ręczne

Coś zrobić trzeba…

No, trzeba coś zrobić, bo inaczej będzie, jak jest, a tego nie chcemy. Dlatego też za namową mojej najlepsiejszej koleżanki B., założyłam sobie konto na Etsy. Jakby ktoś chciał popatrzeć, to daję link do profilu: -> o tutaj <-. Postaram się pokazać tam moje prace, jakie w najbliższym czasie wykonam. Póki co siedzę od wczoraj nad nowym szalikiem. Ten będzie dla mnie. Nie będę już zatem pasować do przysłowia: „Szewc bez butów chodzi”.

Takie siedzenie dobrze zrobiło na moje kolano. Opuchlizna ładnie schodzi, siniak jest, ale się nie rozszerza, a ból jest na tyle mały, że nawet mogłam się wyspać bez podkładania pod kolano zagłówka, by utrzymać je w jednej, zgiętej pozycji. Myślę, że za niedługo będzie już na tyle dobrze, że i biegać będę mogła.

Zatem jeszcze raz zapraszam na Etsy, bo można tam znaleźć naprawdę mnóstwo pięknych rzeczy, a i od groma inspiracji.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne