Wszystko jest do… kitu

Kiedyś obiecałam sobie, że (wzorem S.) będę zamieszczać tu tylko pozytywne migawki z mojego życia, żeby potem czytając wpisy wstecz, można było się pośmiać, uśmiechnąć i pomarzyć, by znów było tak miło, przyjemnie, fajnie i ciekawie, jak kiedyś. W sumie, to cały czas wspominam dobre czasy, kiedy miałam pracę i nie musiałam się martwić, czy starczy nam na wszystko, na co musi starczyć.

Frustracja i złość rośnie we mnie cały czas. Zwłaszcza, kiedy przeglądając oferty pracy widzę dobrą dla siebie. Ot, parę dni temu: sekretarka od zaraz w G-ch. No super! Do miasta wymienionego w ofercie mam nie daleko, pociągi jeżdżą niemal co godzinę, więc dojazd jest (co najważniejsze). Otwieram zatem ofertę, by poczytać o szczegółach i czytam, czytam i już mi się morda śmieje, bo wszystko, co chcą, to mam i nagle dochodzę do podpunktu: „wymagane: oświadczenie o niepełnosprawności”. I to by było na tyle. Mam pecha. Jestem pełnosprawna tak ruchowo, jak i umysłowo.

Jeszcze wcześniej rozmawiałam ze znajomym, z którym spotykam się przy okazji psich spacerów. On kowal, po różnych stajniach i stadninach jeździ, więc informacje o pracy przy koniach ma z pierwszej ręki, że tak rzeknę. Okazało się, że jest praca w miejscowości oddalonej ledwo 20 km od miejsca zamieszkania. No cudo! Konie uwielbiam, roboty w stajni się nie boję, bo ją znam, a że trzeba fizycznie się narobić? Cóż, to też mnie nie przeraża. Z dawnych, normalnych czasów wiem, że do miejscowości Ż-a można dojechać z przesiadką (kiedyś z koleżanką się tam wybrałyśmy właśnie takim sposobem): najpierw pociągiem do Z-c, a potem PKSem do Ż-ej. Może z 15 minut podróży w jedną stronę. O ile pociągi kursują dość często, bo co godzinę mniej więcej na tej trasie, to już PKSy niekoniecznie. Niby od Z-c do Ż-ej są raptem 3 km i można je spokojnie pokonać pieszo, czy rowerem, to fakt. Jednak przy sprzyjającej aurze. A co, kiedy zima wróci? A podczas deszczu? I nie, nie chodzi o to, że jestem z cukru. Mam takie nieciekawe schorzenie, które powoduje, że przy wilgotnej, chłodnej pogodzie tracę zupełnie czucie w dłoniach i stopach – przez zaciśnięte naczynia włosowate nie dochodzi krew do kończyn i robi się z tego problem. Nawet mięśnie przestają dobrze działać. Nagle okazuje się, że zamiast własnych dłoni i stóp mam protezy kosmetyczne. I z takimi protezami zaczynałabym pracę przy koniach, które trzeba wyprowadzić na pastwiska, trzymając za kantar… ha ha ha… trzymając powiadasz? Albo zaczynałabym pracę od półgodzinnego moczenia choćby dłoni w gorącej wodzie, żeby w ogóle móc poruszać palcami. I nie, nie pomoże na to praca, bo nie da się pracować z kosmetycznymi protezami.

I tak oto praca, o której marzyłam będąc dzieckiem (z końmi, przy koniach, w stajniach etc.) przeszła mi koło nosa, bo weseli przewoźnicy polikwidowali połączenia. Bo nierentowne… a moja „niepełnosprawność” nie zezwala na pokonanie tych 3 km o własnych siłach przy niesprzyjającej aurze. Mimo to, nadal się zastanawiam, czy się mimo wszystko tej pracy nie podjąć. W końcu pieniędzy brakuje…

Innym razem zobaczyłam ogłoszenie, iż poszukują kogoś do pracy w kolekturze Lotto. No, wydawanie kuponów, to nie taka straszna robota. Zaczęłam się bliżej ogłoszeniem interesować i… cóż… znów nie spełniam wymogów: nie jestem na rencie ani nie pobieram (i chyba nigdy nie będę) emerytury.

Próbowałam też swoich sił w konkursie na pracownika, gdzie miałam i wykształcenie kierunkowe, i lata doświadczenia, więc niemal pewna byłam zdobycia zatrudnienia. Zwłaszcza, że kandydatek niewiele (pięć raptem nas było), a i ich kierunki wykształcenia były zgoła inne, a i doświadczenia żadnego na wskazanym miejscu pracy nie miały. Tak więc już pełna nadziei czekałam na informację od dyrekcji, niemal pewna wygranej. Niestety… przegrałam ze… studentką. Peszek…

Takich „odbić” jest mnóstwo. Tu jestem za stara (bo szukają 18letniej siksy idiotki, której wmówią wszystko), tam za młoda (bo nie mam lat 50+), nie mam orzeczenia o niepełnosprawności ani nie popiszę się grupą inwalidzką, nie pobieram ani renty, ani emerytury, nie mam podstawowego lub zawodowego wykształcenia (bo mam – peszek – wyższe), nie jestem studentką (bo już byłam), nie mam 20 letniego doświadczenia na każdym możliwym stanowisku pracy (przepraszam, że przez prawie 10 lat pracowałam na stanowisku, do którego się wyuczyłam na studiach). Więcej grzechów nie pamiętam… Ach… i nie mam znajomości wśród ludzi na odpowiednich szczeblach…

Niestety, jak widać osoba przeciętna, pełnosprawna, w produkcyjnym wieku, bezdzietna, bez nałogów i zobowiązań nie może znaleźć pracy w tym kraju. Na żadnym stanowisku.

Dlatego wszystko jest do kitu…

Reklamy

2 komentarze

Filed under ogólnie, praca zawodowa, życie

2 responses to “Wszystko jest do… kitu

  1. współczuję katuszy poszukiwania roboty 🙂

    • Gdybym mogła wyżyć z pracy swoich rąk, miałabym to dawno w nosie. Ale moje manualne umiejętności nie są odpowiednie do obecnych czasów. Ups… nie ten wiek 😉

Drapnij

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s