Tag Archives: praca

Jak mnie tu dawno nie było!

Nie było, bo nie wiem, w co najpierw ręce włożyć: w gliniastą, mokrą od deszczów ziemię na działce, w garnki i słoiki w kuchni, by zrobić przetwory, w wełnę, by wykonać wszelkie zlecenia, które pokutują od bardzo długiego czasu, czy w pchanie na przód remontu gruntownego dużego pokoju? Nie wiem, naprawdę…

Na działce oczywiście wszystko bujnie rośnie. Jeśli pod pojęciem „wszystko” umieścić „chwasty”. No nie, trochę przesadzam, bo warzyw i owoców naprawdę sporo nam się udało zebrać, mimo że czasu jest bardzo mało na prace w polu. Naprawdę, jak na takie zaniedbanie, jestem pełna podziwu dla roślin, które dają naprawdę spory plon… To wszystko sukcesywnie przekładam do słoików robiąc ogórki kiszone, przeciery pomidorowe, konfitury, kompoty i inne takie… Naprawdę, jest przy tym mnóstwo roboty…

Robimy też remoncik dużego pokoju. Cóż, sufit domaga się wyczyszczenia i wymalowania już od dawna. Teraz nareszcie mamy możliwość odłożenia pieniędzy na ten cel. Wolierka papużek składa się już sama, łatana, naprawiana już naprawdę powinna zostać wymieniona na nową, lepszą, lepiej przemyślaną i przyjaźniejszą dla ptaszorów. Stara tapet jest naprawdę przyjemna we wzorze, ale należałoby już ją zmienić. Po piętnastu latach wiszenia na ścianach już się zużyła i wybrudziła. Co prawda nie odłazi od ściany, ale… no wybaczcie, ale i tak długo wytrzymaliśmy patrząc wciąż na tę samą tapetę… Meble wymieniamy na coś nowego. Stara meblościanka pójdzie do chętnych lub na śmietnik. Zależy jak szybko zgłosi się nowy właściciel. Na razie do odebrania za całkiem darmo jest szafka typu „ołtarzyk”. Można ją pooglądać na portalu OLX. Także zapraszam. Szafy, na których do tej pory stały książki i segregatory, przeniosły się do piwnicy i otrzymały zaszczytną funkcję szaf na przetwory. Spełniają się w tej roli idealnie. W zamian za meblościankę (gdzie nic się nie chciało zmieścić) i szafy, postawimy szafę z przesuwnym systemem drzwi. Będzie pojemniejsza i pomieści więcej szpargałów, bo sięgać będzie aż do sufitu. Dużo szpargałów poszło do śmieci. Wiele jeszcze pójdzie. Trochę się nagromadziło rzeczy, które „przydadzą się później”, to później nadejdzie dla nich za późno, bo zdążą zetleć, zżółknąć i rozsypać się w pył. Wykładzina, na którą nie mogę się już patrzeć, bo żadną miarą odkąd jest z nami Hera nie da się jej wyczyścić. Nie działa paromyjka, nie daje rady środek do czyszczenia dywanów (pianka) ani proszek, który ma (wedle reklamy) działać cuda. Nie ma cudów. Nie będzie wykładziny. I tak była położona tylko po to, by Babcia Sąsiadka nie płakał, że jej tupiemy nad głową tak, że aż tynk jej na głowę się sypie… Okna wymieniać nie będziemy, ale drewniane drzwi „harmonijki” planujemy wstawić w każdym z pomieszczeń (oprócz łazienki). W dużym pokoju wymienimy też roletę. Obecna trochę się zabrudziła, wyblakła i nie wygląda najciekawiej. W końcu ma już piętnaście lat! Czeka nas dużo pracy. Zwłaszcza, że oboje musimy pracować zarobkowo, żeby na ten remont zarobić. Mam nadzieję, że remont nie będzie przez najbliższe pół roku…

Ostatnio się dowiedziałam, że moje lewe oko niestety jest już w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Zmętniała w nim soczewka i już wiele nim nie jestem w stanie zobaczyć… Owszem widzę, czy jest jasno, czy ciemno, od biedy rozróżnić kształty, bo głównie pamiętam co jak wygląda i gdzie się znajduje, ale przy spotkaniu z czymś nowym – nie mam szans na rozpoznanie… Pod koniec listopada tego roku będą mi tę zepsutą część wymieniać. Póki co praca rękodzielnicza jest mocno utrudniona… nawet nawleczenie igły z wspomagaczem dla starszych osób nadal jest prawie niewykonalne, gdy ma się do dyspozycji jedno oko… Naprawdę, bardzo ciężko jest trafić nawet w tak duże oczko… Cóż, trzymajcie w listopadzie kciuki, żeby wymiana części poszła bez problemów i komplikacji.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałam napisać… dziś otrzymałam pocztę lotniczą. Było to zupełne zaskoczenie, bo nie korespondowałam od dawna z nikim zza granicy za pomocą tradycyjnych metod. Okazał się być to list od dawnego znajomego, którego poznałam na jednym z turniejów rycerskich (nazwijmy go Pan W.). Ostatni mój list wysłany do niego został bez odpowiedzi. Bardzo dawno wysłany list. Dziś okazało się dlaczego tak się stało… List, na który właśnie patrzę został wysłany 27 grudnia… 2004 roku! Poczta lotnicza! Chyba gołębiem go posłali. A gołębia puścili na piechotę. I sam musiał przepłynąć ocean, bo list turlał się z USA… chyba że puścili go na latawcach… cóż, dostałam spóźnione, ale szczere życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2005… fajnie…

To by było na tyle na dziś. Zdjęcia z działki i remontu, i innych spraw wrzucę, gdy tylko uporam się z mirabelkami, ogórkami, pomidorami i innymi płodami naszej ziemi…

2 komentarze

Filed under domowo, hobbystycznie, kuchennie, papużki, praca zawodowa, prace ręczne, rolniczo, życie

A czas sobie płynie…

Że płynie, to wiadomo. Widać gołym okiem. Ale na pewno nie „wolniutkim tik-tak”. Ledwo się człowiek obróci, a tu już noc i koniec zabawy. A potem uświadamia sobie, że nie zrobił jeszcze tysiąca rzeczy, które sobie założył. I to nie z lenistwa, tylko z braku tytułowego bohatera…

W weekend majowy spotkały mnie dwie niespodzianki: jedna mało przyjemna, druga była osłodą po tej pierwszej. Nieprzyjemną niespodzianką było to, że mój poniedziałkowy zmiennik bardzo wziął sobie do serca świętowanie pierwszomajowe i przyszedł bardzo wczorajszy do pracy. Został wykopany natychmiastowo z marketu, a ja zostałam na posterunku na kolejnych siedem godzin po wyrobionych ustawowo swoich ośmiu. Cała, pełna dniówka piętnastogodzinna, to jednak nie jest szczyt moich marzeń. Na dodatek przepadła mi wizyta u specjalisty, na którą trochę czekałam. Żeby było śmieszniej, Koordynator „zapomniał” zadzwonić do mnie z informacją, że mogę spokojnie opuścić miejsce pracy o godzinie szesnastej, bo już wszystko ugadał z dyrekcją marketu. Och, przecież jestem telepatką i jasnowidzem, więc powinnam była wiedzieć, o czym i z kim rozmawia, prawda? Nic to… było, minęło, niech im ziemia lekką będzie, a korzonki słodko pachną 😉

Przyjemną, a nawet okropnie radosną niespodzianką taką nie do końca było to, że przyjechała w odwiedziny do nas S., której nie widziałam od ostatniego turnieju w Będzinie, na jakim udało mi się być. Hera od razu przyniosła sznurek do zabawy i trykając ją nosem, zachęcała do zabawy – znaczy, że akceptacja nowego „domownika” przebiegła nader pomyślnie. Wybraliśmy się też na działkę (większą grupą, bo na miejscu dołączyli do nas A. i P.), by przetestować możliwości nowego, własnoręcznie przez G. skonstruowanego grilla. Niestety, pogoda stwierdziła, że nie będzie nas rozpieszczać i piknik przebiegł pod znakiem strugi deszczu i przejmującego zimna. Ale za to na grillu smacznie upiekły się pyszności: kiełbaski, karkóweczki, cukinie, ziemniaczki i papryczki – czysta rozkosz! Ze względu jednak na okrutne zimno i wszechobecną wilgoć nasza majówka nie trwała zbyt długo. Zawinęliśmy się do domu i przy ciastkach i jabłeczniku domowej roboty, popijając gorącą, zieloną herbatkę spędziliśmy miło czas aż do wieczora, kiedy to trzeba było z żalem się rozstać…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Na działce wszystko rośnie, jak na drożdżach. starczyło parę ciepłych dni, by nasiona wreszcie zaczęły kiełkować. Na drzewach zawiązują się powoli owoce. Być może będziemy mogli się pochwalić pierwszymi jabłkami z naszej jabłonki? Śliwek węgierek i wiśni, jak zwykle, będzie zatrzęsienie. Mirabelki też dopiszą, co widać po ilości już rumieniących się owoców. Owoce agrestu już rosną, nabierając słodyczy. Porzeczki w wielkich kiściach się zielenią jeszcze i pęcznieją z wolna, ale już widać, że będzie ich więcej, niż w ubiegłym roku. Może nie będzie to klęska urodzaju, ale powinno się dać z nich zrobić trochę konfitur. Przemarznięte pomidory i papryki zostają powoli zastępowane nowymi sadzonkami, a tunel z wolna się zapełnia zielenią i zapachami tak dla niego typowymi. Nawet wyrosła nam w nim jedna truskawka, znaczy jeden krzaczek truskawkowy, który już ma zawiązane owoce. A jedna truskaweczka zaczęła się czerwienić. W każdej wolnej chwili staram się zrobić jak najwięcej. Gdy tylko jest dobra pogoda (nie pada i nie jest zimno), a w szkole nie mam nic zadane, zaraz po pracy idę w „pole” i do wieczora, póki sił starczy staram się wszystko ogarnąć. Perz rośnie jeszcze lepiej, niż wszystkie warzywa i owoce razem wzięte. Jak jednego dnia ogarnę daną część ziemi, to na drugi dzień mogłabym zacząć wszystko od nowa. Taka syzyfowa praca… Póki co nie widać ślimaków. To znaczy są, ale gajowe, z muszelkami. Pomrowów ani widu, ani słychu. Tyle dobrze. Trutka profilaktycznie wysypana została wokół ogrodzenia całej działki, zwłaszcza w miejscu graniczenia z rzeką, żeby nie nalazły stamtąd, bo nie wierzę, że tak po prostu wyginęły, czy też się wyprowadziły. Problemem natomiast są w tym roku mszyce i mrówki. Oba szkodniki nie potrafią bez siebie żyć, a szkód potrafią sporych narobić, więc trzeba je wytępić do nogi. Mrówki są na działce od początku, bo dobrze się czuły na ugorze, ziemi nie ruszanej od wielu lat łopatą, widłami, czy inną glebogryzarką i miały się świetnie. Mamy do wyboru czarne mrówy i czerwone, które gryzą tak wściekle, że nogi puchną, a skóra piecze, jakby ją kto przypiekał. Cóż, pozbyliśmy się pomrowów, pozbędziemy się i mrówek. Innego wyjścia nie ma.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W szkole wciąż to samo: lekcje, prace zaliczeniowe i egzaminy. Raz częściej, raz rzadziej te dwie ostatnie opcje występują, ale dają popalić. Staram się nie mieć zaległości i przygotowywać zlecone zadania, jak najlepiej potrafię, często spędzając noce przed komputerem lub wstaję bladym świtem, nim pierwsza papużka się odezwie i próbuję ogarnąć wszystko, co trzeba. Jak na razie udaje mi się osiągać najlepsze wyniki w grupie. Mam nadzieję, że to samo będzie i na ostatnim, końcowym, państwowym egzaminie, którego bardzo się obawiam. Od niego zależy wszystko: nowy zawód, nowe, szersze możliwości, może nowa praca…? Ale do tego czasu jeszcze muszę skończyć ten i przyszły semestr, a także dokończyć praktyki zawodowe z masażu sportowego i wodnego. Z tym ostatnim podejrzewam, że będzie największy kłopot. Coś się wymyśli. Może przez wakacje uda mi się załapać na praktyki, bo wtedy odejdą zajęcia co weekend i będę mogła ten zyskany czas poświęcić na dalsze kształcenie.

Ostatnio, za namową koleżanki z pracy… albo inaczej: spodobał mi się jej gadżet i nabyłam sobie taki sam. Czemu wydałam ciężko zarobione pieniądze na jakąś popierdółkę? Ano dlatego, żeby zobaczyć wreszcie, ileż to kilometrów w pracy nabijam, łażąc w pracy w tę i nazad, pilnując, czy bramki nie będą piszczeć 😉 Otóż owym gadżetem jest smartwatch. Dość dobrze trzyma się ręki i nie przeszkadza w żadnych codziennych czynnościach, choć swoje gabaryty ma. I ma coś, co zwie się podometr, czyli takie ustrojstwo, co liczy kroki, które się zrobi w jego obecności. Oczywiście nie jest to najdokładniejszy pomiar, ale już daje jako taki pogląd na to, ile się człowiek nachodzi, żeby tę jałmużnę na koniec miesiąca dostać. Dziennie wyrabiam się bez problemu ponad normę 1000 kroków, którą podometr ustawioną „fabrycznie”. Chyba trzeba będzie ustawić inną średnią, bo takie przekraczanie (dosłownie) tej granicy i to bez wkładania większego trudu nie jest zabawą. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki „dzień, jak co dzień” w robocie.

Z przyjemniejszych rzeczy jeszcze dostałam prezent z życzeniem powodzenia w nauce. Znaczy się stół dostałam do masażu z przydatkami do niego: jak wałki i prześcieradła. Na razie nie miałam okazji go porządnie przetestować, ale pierwsze wrażenie po rozłożeniu jest bardzo dobre. Stół jest wygodny dla każdego z uczestników zabiegu: masowanemu wygodnie się leży, a masującemu wygodnie się masuje. Choć w pierwszej chwili wystraszyłam się, że 60 cm szerokości, to jednak za wiele, jak na moje gabaryty, ale jednak szybko okazało się, że to żadna przeszkoda, jeśli dobierze się odpowiednio wysokość stołu. Mogę sięgać wszędzie tam, gdzie trzeba bez jakiejkolwiek specjalnej gimnastyki. Ach, niech no ja tylko będę miała więcej wolnego czasu i sił! Bym już z chęcią wypróbowywała na wszystkich nowy sprzęt 😉

Nie będę Was już dłużej zanudzać, bo i późno już (prawie dwudziesta druga na zegarze), i mózg już zaczyna przysypiać po tym, jak od godziny piątej rano musiał pracować na wysokich obrotach, bym mogła napisać pracę zaliczeniową jeszcze raz, bo poprzednia została odrzucona przez wykładowczynię. Nie miałam pomysłu na zagospodarowanie zadanego tematu, ale już mi się udało na szczęście wszystko ogarnąć w stopniu zadowalającym.

Żegnam się zatem, pisząc dobranoc.

4 komentarze

Filed under masaż, nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo

I znów zaległości

Tak to jest, jak się pracuje przez siedem dni w tygodniu, marząc o jakimś dniu wolnym, który to dzień pozostanie tylko w sferze marzeń. Tak sobie klient zażyczył, a my musimy do tego klienta otworem…

Co się wydarzyło? No to tak w telegraficznym skrócie, póki mirabelki się pławią, żeby robale z nich wyszły… bo kompot z dodatkiem białka jakoś mi nie pasuje…

Pamiętacie moją wygraną? Tę kartę podarunkową do księgarni Matras? To już jej nie mam. Mam za to książkę, która pomoże mi lepiej się wyszkolić w nowym zawodem. Dopłaciłam do niej jedynie dwadzieścia dziewięć złotych i jestem wniebowzięta. O, a oto rzeczona książka:

Mój pierwszy, porządny podręcznik do anatomii :D

Mój pierwszy, porządny podręcznik do anatomii 😀

Na działce wszystko pięknie rośnie. Czego nie zdążymy zebrać, ukradnie Pan Żul. Ostatnio zagustował w pietruszce, selerze i kapuście oraz burakach… oczywiście musiał poniszczyć siatkę, bo nie można było użyć furtek do przejścia przez ogrodzenie. Nadmiar alkoholu niszczy komórki mózgowe…

W kuchni nadal wąsko i bogato w przetwory. A także warzywa i owoce, które czekają na swoją kolej w zasłoikowaniu. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli w uzupełnianiu zapasów słoików: jestem Wam niezmiernie wdzięczna. Mam też nadzieję, że to, co ode mnie otrzymaliście w zamian, Wam zasmakowało. A tak się zmieniły pomidory:

Jeszcze przed skrojeniem połowy działkowych pomidorów...

Jeszcze przed skrojeniem połowy działkowych pomidorów…

Pomidorki już pociachane. To ta już pokrojona połowa ;)

Pomidorki już pociachane. To ta już pokrojona połowa 😉

W jednym garze jest przecier, w drugim - sok.

W jednym garze jest przecier, w drugim – sok.

I na koniec jeszcze zdjęcie wczorajszej pełni:

Księżyc w pełni nad dachami domów naszego osiedla

Księżyc w pełni nad dachami domów naszego osiedla.

A ja się żegnam i uciekam do kuchni przerabiać mirabelki na kompoty.

2 komentarze

Filed under kuchennie, nauka, rolniczo, zaokienne życie

Między pracą, działką, kuchnią a masażami…

Życie płynie dość szybko, zwłaszcza, jak się ma mnóstwo pracy do wykonania, a zaległości wciąż rosną. Naprawdę nie umiem się szybko ogarnąć z robotą, wszystko zajmuje mi tak dużo czasu, że jestem zła na siebie, bo nie potrafię zrobić wszystkiego raz-dwa i po sprawie…

Wczoraj po pracy od razu prawie poszłam udzielić bezpłatnego masażu znajomej, której dokuczał ból w plecach. Wieczorem dostałam piękne podziękowania:

Zawsze cieszy taka pochwała :D  Zwłaszcza dla takiego początkującego masażysty, jak ja ;)

Zawsze cieszy taka pochwała 😀
Zwłaszcza dla takiego początkującego masażysty, jak ja 😉

Na działkę wybrałam się dopiero dziś. Nazbierałam fasolki szparagowej, sałaty, ogórków (nadal rosną i kwitną), pomidorów i do tego 12 kg cukinii… Muszę się spieszyć ze zbiorami (z ich przerabianiem też, bo szkoda, by to wszystko zmarniało), bo nam działkowy żulik kradnie dobra z działki. Już poszła dynia i trzy cukinie. Przy okazji zepsuł nam ogrodzenie i podeptał cebulę siedmiolatkę… u Prezesa RODu zniszczył pięknie owocujące borówki, podlewając je Roundupem w koncentracie. A starszej pani ukradł wszystkie wyhodowane przez nią z trudem ogórki… a żulik zamiast zabrać się za uprawę własnych warzyw i owoców (mieszka na opuszczonej działce niedaleko, więc ziemia tam też płodna), całymi dniami wystaje pod marketem i piwko popija… mam nadzieję, że skończy się jego sielanka, bo nie po to wszyscy wkładają w uprawy siły i pieniądze, by potem taki… (nie będę się wyrażać niecenzuralnie)… miał darmową wyżerkę. Starczy już, że nam poniszczył w Ruderce wszystko, kiedy szarpał kable…

Nic to… lecę zanieść obiecane główki sałaty znajomej z pracy! Niech ma coś dobrego na jutrzejszy obiad 😉

Dodaj komentarz

Filed under kuchennie, praca zawodowa, rolniczo, zaokienne życie

Lato…

03-06

Dwa dni pracy za mną. Kończenie szychty o godzinie dwudziestej drugiej, nie będzie moim ulubionym zajęciem. Po południu i wieczorem moja wydajność spada na łeb na szyję, obojętnie jak bardzo mogłabym się wyspać rano. Nie jest to zdecydowanie mój rytm tygodnia. Ale cóż, nie buntuję się, bo nie ma po co. Za chwilę nowy tydzień i będę miała inny system zmian. Na razie wszystko jest dla mnie nowe. Pierwszy raz spotykam się z tego typu zadaniami i muszę sobie wiele przyswoić, ale nie jest to nie do opanowania. Myślę, że za niedługo już będę się bez problemów wywiązywać z nałożonych na mnie obowiązków. Tylko muszę nieco okrzepnąć. To wszystko.

Na działce ponoć wszystko rośnie, ma się dobrze i kiełkuje. Jutro, korzystając z wolnego dnia, się przejdę i popatrzę, ocenię „wytrawnym okiem znawcy”, czy to, co kiełkuje, to nie przypadkiem chwasty. Miejmy nadzieję, że pogoda pozostanie wciąż taka, jak obecnie: słoneczna i gorąca.

Pranie się kotłuje w pralce, zwierzaki napojone i nakarmione. Trzeba zatem te dwie godziny, które zostały do wymarszu do pracy jakoś twórczo spędzić, choć czuję się strasznie senna i opuchnięta. Może by się tak zabrać za książeczki-wisiorki? W sumie siedzieć będę, wiele myśleć nad tym nie trzeba… No nic… coś zrobić trzeba, bo szkoda marnować taki piękny dzień.

05-06

Na Wystawę definitywnie nie jadę. Smutno mi, ale z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie musieć się klonować. Przy tym nie miałabym jak tam dojechać, bo Skody na razie stoją uszkodzone i zbieramy kasę na ich ponowne uruchomienie. To tzw. grosze, ale i te trzeba mieć, żeby mechanikowi móc zapłacić. Po drugie praca. Mimo, że dostałam sobotę wolną, to jednak dziwnie bym się czuła zostawiając współpracowników w jeden z najgorszych dni samych, by pracowali po piętnaście godzin. No i egzamin. Na który jeszcze nic nie umiem.

Wczoraj cały dzień wybyczyliśmy się na działce. Pogoda przyjemna, bo nie było duszno, gorąco i upalnie. W pewnym momencie nawet zrobiło mi się zimno do tego stopnia, że wparowałam pod tunel, gdzie zawsze jest najgoręcej i zaczęłam plewić i wiązać pomidory do palików, by się zagrzać choć trochę. Jeszcze wytrzebiłam perz z jednego z kwietników (robiąc sobie pęcherze na palcach, bo u nas perz jest pancerny), G. oczyścił malinowy chróśniak, a Z. niszczył chaszcze za płotem, nad rzeczką. A tak po prawdzie, to chaszcze niszczyły żyłkę w podkaszarce. Szkoda, że pan Dziadek już nie żyje, bo byśmy od niego kosę pożyczyli i szłoby to o niebo lepiej. Na zasuwanie po tych zaroślach z sierpem ani sama się nie piszę, ani innych do tego zmuszać nie będę.

W przerwie, gdy głód dał o sobie znać, zrobiliśmy sobie grilla. Było i mięsko, i tosty z żółtym serem, a także szczypior prosto z zagonu. Do smaku. Na drewnie pięknie się wszystko opiekało. Ba! Nawet i przysmędzało na czarno, jeśli tylko odeszłam na chwilę za daleko od grilla. Ale wszystko było zjadliwe i smakowite.

Działkowe grillowanie :) Dla każdego coś dobrego :)

Działkowe grillowanie 🙂 Dla każdego coś dobrego 🙂

Młode rośliny kiełkują i rosną wręcz w oczach. Czekam z nadzieją, że fasolka jeszcze wybije, bo na razie tylko jedno poletko się zazieleniło, a na drugim tylko jeden rządek wzeszedł. Jeśli nic nie wybije w najbliższym czasie, to chyba po prostu dosieję. Nie po to przeznaczałam na fasolę dwa zagonki, by mieć tylko jeden.

A tak wszystko rośnie:

Działkowy, kwietny pająk.

Działkowy, kwietny pająk.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Prawie, jak róża. Tylko bez kolców.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pszczoły się zabrały za cebulę siedmiolatkę.

Pierwsze truskawki.

Pierwsze truskawki.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Porzeczki zaczynają się czerwienić. Dużo ich w tym roku.

Kalarepki się powoli robią.

Kalarepki się powoli robią.

Kwiaty winogronowe.

Kwiaty winogronowe.

Samotny irysek.

Samotny irysek.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Pierwsze działkowe plony: truskawki, brokuły, szpinak i szczypior.

Bonus: burek podwórkowy ;)

Bonus: burek podwórkowy 😉

Wróciliśmy po ósmej wieczorem do domu. Jeszcze chciałam się pouczyć, ale byłam tak zmęczona, że nie byłam w stanie nawet czytać, a co dopiero rozumieć, co czytam. Już nie wspomnę o zapamiętywaniu…

Nic, zatem teraz, przed pracą jeszcze posiedzę i się pouczę. A patrząc na plan zaczynam się mocno obawiać ostatniego tygodnia czerwca… cztery egzaminy pod rząd. Jeden z przedmiotu, z którego zajęcia zostały przeprowadzone raz i polegały na zadaniu tematu pracy zaliczeniowej. Ach, alem się dowiedziała z niego! Normalnie mogę być teraz w tym temacie ekspertem…

Ech, odklejam się od monitora i zajmę się trochę nauką…

07-06

Za chwilkę pierwszy tydzień w pracy będzie można uznać za zakończony. No, może nie za taką chwilkę, bo dopiero po dwudziestej drugiej, kiedy już będę się turlać do domu, ale zawsze to prawie koniec. Nie powiem, że mi się w tej pracy nie podoba. Jest ciekawie. Wszystko jest dla mnie zupełnie nowe, a ekipa fajna, wesoła i zgrana. No i praca prawie zupełnie bezstresowa. Jedyne, czym się mogę denerwować, to to, że nie do końca jeszcze wiem co, z czym i jak. I to jedyne źródło stresu.

Egzamin zdałam. Jestem kujonem. I nic tego nie zmieni. Kolejna piątka wędruje na moje konto. Z pracy zaliczeniowej wykładowca chciał mi dać aż szóstkę, ale chyba szkoła nie przewiduje takich wysokich ocen. Jestem kujonem. Teraz tydzień odsapki, a ostatni weekend czerwca będzie strasznie stresujący: cztery egzaminy w trzy dni. Z czego dwa z przedmiotów, które odbyły się raz lub w ogóle. Zupełnie nie rozumiem polityki szkoły w tym zakresie. Gdybym miała zagadnienia do egzaminu, to spokojnie bym postarała się opanować materiał, ale tak bez niczego? Nawet nie wiem, jaką wiedzę muszę posiąść, żeby wszystko pozaliczać, choćby na marną trójkę. Dziwne to trochę.

Wystawa w Prudniku trwa na dobre. W tym roku żal mi, że mnie ominęła, ale myślę, że za rok już spokojnie będę mogła w niej uczestniczyć od początku do końca. Będę też miała więcej rzeczy do pokazania, bo teraz naprawdę, wszystko jest na wariackich papierach: działka, praca, szkoła, dom… wszystko działa, ale chyba tylko siłą rozpędu.

Dodaj komentarz

Filed under nauka, pieseł, praca zawodowa, rolniczo, życie

Wind of Change

28-05

Odpoczywam między egzaminami. Za chwilę będzie nowy, a potem kolejny. No i sobotni, drugi dzień Wystawy stoi pod znakiem zapytania, bo wsadzili – oczywiście – kolejny egzamin. Wszyscy mi mówili, że po czwartkowym święcie na pewno nie będzie zajęć, a tu – niespodzianka. Nic, jakoś postaram się to tak załatwić, żeby być w dwóch miejscach (prawie) na raz. Bo ani z egzaminu, ani z Wystawy zrezygnować nie chcę i nie mogę.

Zimno nadal. Zmarzłam wczoraj strasznie. W robocie, gdyby nie gorąca herbata, umarłabym z zimna. Do wieczora się rozgrzewałam, siedząc w ciepłych, grubych ciuchach i skarpetkach na nogach. Dzisiejszy dzień też nie wygląda zachęcająco, a wyjść z domu trzeba i pozałatwiać trochę ważnych spraw. Szarówka za oknem nie pomaga w pracach tak domowych, jak i działkowych. Irytuje mnie to, bo na ten przykład wczoraj po robocie chciałam sobie na spokojnie zasiąść do prac rzemieślniczych, a padłam twarzą na pysk. Zasnęłam w dzień, jak nigdy, bo chora nie jestem, a takie rzeczy zdarzają mi się tylko, kiedy podupada moje zdrowie.

29-05

Wróciła słoneczna i ciepła pogoda. Szkoda tylko, że nie mam czasu na roboty „polowe”, bo czas biegnie nieubłaganie i nie chce na nic poczekać. No ale… musiałam odbyć kolejną rozmowę kwalifikacyjną i pójść na popołudniowe zajęcia, a pomiędzy tym wszystkim zdążyłam jeszcze poskładać wysuszone pranie i zrobić wiązadełko. A miałam dziś posprzątać mieszkanie…

Cóż, z rozmowy kwalifikacyjnej wyszło to, że… bendem ochroniarkom! Praca wzięła i znalazła się sama wręcz i bardzo szybko wszystko poszło, bo jeszcze wczoraj rano nie miałam nawet nadziei na jakąkolwiek pracę, niż ta w ciuchach. Wieczorem przeszłam się do znajomej Z., żeby dotrzymać jej nieco towarzystwa, bo się pochorowała niefajnie i potrzebowała rozmowy o wszystkim i niczym, więc nie odmówiłam. Przy okazji, całkowicie przypadkiem dowiedziałam się, że w jednym z marketów potrzebują do roboty w ochronie na wczoraj wręcz. Stwierdziłam – co mi szkodzi spróbować? Podałam swój numer telefonu i zupełnie bez emocji czekałam na odzew. W końcu w takiej pracy nie mam żadnego doświadczenia, więc mogą nie chcieć kogoś takiego, kogo trzeba uczyć od podstaw. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Rano dzwonił sobie telefon, a jakże. Po pierwsze głos wyciszony do zera (była psiapsiółka dzwoniąca często o drugiej, trzeciej nad ranem z niebywale „ważną” sprawą mnie tego nauczyła), a po drugie na spacer z piesełem nie zabieram komórki, bo mimo, że staroć, to jej utrata zabolałaby bardzo. Ale jak oddzwoniłam, to się umówiłam na rozmowę. Na rozmowie zostałam przemaglowana z każdej strony i wyszłam obronną ręką, bo w poniedziałek mam jechać podpisywać umowę, a od sobotniego popołudnia zaczynam szkolenie. I znów „pole” będzie stać odłogiem… jedzenia nie będzie na zimę… ech… i tak źle, i tak niedobrze…

30-05

Dzień zaczyna się trochę nieprzyjemnie: głowa chce zacząć boleć. Już podejmuję odpowiednie kroki, żeby do tego nie dopuścić. W końcu dziś długi dzień, jutro zajęcia w terenie, na które tak bardzo czekam od długiego czasu. Nie ma przebacz – trzeba być na nogach.

Za chwilę zaczynam zajęcia. Mózg nie chce się ruszyć i trochę zacząć pracować, mimo tego, że wstałam tuż po szóstej rano. Nadal nie mogę się dobudzić. I tak jest od dłuższego czasu: zasypiam prawie od razu, jak się położę tak pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem, a budzę się nadal zmęczona o szóstej rano. I budzę się nie za sprawą budzika, na siłę. Chyba potrzebuję chwilę odpoczynku, a jak na razie na to się nie chce zapowiedzieć. Tak po prawdzie, to bym się z chęcią poturlała na działkę i tam przesiedziała cały dzień. Bo nawet jak robię tam coś fizycznie, zmęczę się, to jakoś tak mi zdecydowanie lżej jest później. Może w tygodniu, po pracy pójdę od razu coś tam podziałać, bo bliżej będę mieć na działkę, niż do domu. Się zobaczy się…

31-05

Dzisiejszy dzień zapowiadał się tragicznie. Nie mogłam się zwlec z łóżka, bo było mi strasznie niedobrze, do tego dochodził ból głowy, problemy z oddychaniem i ogólnie osłabienie. No po prostu zdychałam. Ale się zawzięłam, zebrałam w garść i poszłam na dzisiejsze zajęcia pod chmurką, bo dziś uczestniczyliśmy w charakterze personelu pomocniczego w Biegu im. Powstańców Śląskich. Masażem pomagaliśmy przed wysiłkiem, by rozgrzać mięśnie, a po nim – by nie zrobiły się tzw. zakwasy. Masowaliśmy wszystkich chętnych, a wielu z nich było ozdobionych medalami. Zabawy mieliśmy co niemiara, ale i mnóstwo pracy. Na koniec, po biegu mieliśmy pełne ręce roboty, tyle osób decydowało się oddać w nasze ręce. Skończyliśmy po godzinie piętnastej. Do domu wróciłam naprawdę wykończona, ale zadowolona. Nauczyłam się więcej, dowiedziałam się też nieco o pracy masażysty i zrozumiałam, że się na razie nadaję do masowania osób gruboskórnych.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

Na działce udało się wysadzić i posiać wszystkie warzywa, jakie mieliśmy w planie. Hurra! Mogę teraz zająć się Zielnikiem, a potem zaraz przeskakuję w kwiatki. Dobrze by było jeszcze Ruderkę nieco naprawić: dach położyć, który by nie przeciekał, naprawić ścianę spaloną przez Pana Żula, a załataną na odpiernik, odmalować na zewnątrz, wymienić szybę, co nam kura bażancia rozbiła i wtedy już będzie ładnie i schludnie. A na razie wygląda to tak:

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Malutki jeszcze słonecznik.

Malutki jeszcze słonecznik.

Fasolka już też rośnie.

Fasolka już też rośnie.

I fasolka solo.

I fasolka solo.

Malutki groszek.

Malutki groszek.

I kwiat brokuła.

I kwiat brokuła.

Cukinie też już rosną.

Cukinie też już rosną.

Ogórki nie zostają w tyle.

Ogórki nie zostają w tyle.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

Zagonik kapuściany.

Zagonik kapuściany.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł... znaczy liści.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł… znaczy liści.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

Grządka z selerami.

Grządka z selerami.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

Jeszcze dziś się wybieram na szkolenie, żeby zaliczyć zamknięcie dnia. Tak bardzo już nie mam sił. Zwłaszcza, że jutro zapowiada się dość długi dzień, wypełniony po brzegi załatwianiem spraw przeróżnych.

6 komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa, rolniczo

No i tydzień minął…

21-04

Dopiero się tydzień zaczął, a ja już czuję się zmęczona wszystkim wokół. Muszę szybko znaleźć sposób na podładowanie baterii na full, bo na pół gwizdka nie da się dużo zrobić. A mam co robić. I jeszcze zaległości mi rosną. Prawie lawinowo. No, nie ogarniam tego świata i wszystkiego wokół. Jak ktoś ma jakieś sposoby na szybki dopływ energii (prócz nielegalnych i zagrażających zdrowiu i życiu), to bardzo prosiłabym o podzielenie się pomysłami. Za co z góry bardzo dziękuję.

Dzisiejszy dzień zapowiada się ciężki i długi. Tak naprawdę wolna będę dopiero ok. 20. A miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała trochę luzu przy przerzucaniu worów z ciuchami.

Ach, ta praca, co pisałam o rozmowie jakiś czas temu, nie wyszła. Tylko dlatego, że soboty i niekiedy piątki muszę poświęcić na zajęcia, by się przekwalifikować i zdobyć nowy zawód. Smutno mi i przykro, ale rozumiem niedoszłego pracodawcę. Na jego miejscu pewnie zadecydowałabym tak samo, mając bardziej dyspozycyjne osoby pod ręką. Nic to. Szukam dalej.

 23 – 04

Mam już dość tego życia. Mam go dość. I mam też żal do siebie, że nie potrafię go zmienić. Bo gdy już się wydaje, że zrobiłam co najmniej krok na przód, że jestem bliżej sukcesu, jestem uświadamiana, że jednak mi się wydawało. Zero postępów, wręcz zacofanie. Znów spełnienie marzenia było w zasięgu ręki, już niemalże czułam je w dłoniach… została mi tylko garść piór z ogona. Kolejna szansa na zamieszkanie na wsi przeszła koło nosa. Cóż, jak się nie ma gotówki ani szans na kredyt, to się nie powinno napalać, jak szczerbaty na suchary. Ale ja się napaliłam. Staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Niestety, trwało to zbyt długo i ktoś, kogo stać na spełnianie marzeń już powoli je spełnia. W domu, który miał być nasz. W cudnej, czystej okolicy. Dom stary, ale wyremontowany – tylko wchodzić i mieszkać. Woda w kranach, ścieki w rurociągach, gaz w butli, ciepło w piecu. Na podłogach panele, na ścianach gładzie lub kafelki. Dom przeogromny: 180m2, gdzie znalazłoby się miejsce dla każdego mieszkańca i gościa bez wchodzenia sobie w drogę. I jeszcze wielki, przestronny strych, który można by wykorzystać na kolejne pomieszczenia. Dach nowiutki, błyszczący, niecieknący, komin naprawiony i uszczelniony. Do tego pół hektara czarnej, zdrowej i płodnej ziemi, na której rosły już drzewa stare i nowe oraz krzewy tak ozdobne, jak i owocujące. Wokół cisza, spokój, tylko lasy i pola. I konie za miedzą. Tylko wchodzić i mieszkać. Niestety, z racji, że kredytu nie było jak wziąć (a potrzeba było prawie 200 tys. złotych), umówiliśmy się, że dom kupimy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży mieszkań: naszego i teścia. Niestety, nim zainteresowanie przerodziło się w chęć kupna naszych „em-dwa”, znalazł się ktoś, kto od razu może pozwolić sobie na zakup domu, bez zbędnego kombinowania i ceregieli. I tak oto znów realizacja marzeń nie wyszła.

Gdy się o tym dowiedziałam, przeżyłam burzę emocjonalną. Wczoraj cały dzień byłam nieżywa wręcz. Mimo, że czułam się wykończona (spałam tylko niecałe dwie godziny), ledwo trzymałam się na nogach, a ból głowy okrutnie dokuczał, to jednak wybraliśmy się na działkę, żeby jednak zadbać o przyszłość. W wymiarze kulinarnym tylko, ale zawsze to jakaś przyszłość. Dałam radę przekopać motyką (w celu rozdrobnienia grud i brył) tylko połówkę mniejszego warzywnika, zrobić grządki i posadzić kilka warzyw z rozsad. Po takiej lekkiej pracy musiałam się położyć, bo tak mi było słabo. Po powrocie do domu, położyłam się spać i obudziłam się dopiero dziś rano. Już mi lepiej.

Staram się ułożyć wszystko na nowo w głowie. Od początku zaplanować czas, kolejność działań i przestawić priorytety. Niestety, wszystko potrzebuje czasu. A im dłużej będę się grzebać w tym, co było, co się nie udało, tym dłużej nie wypełznę z dołu, z tego zamulonego dna, w którym (w moim odczuciu) się znajduję.

A póki co, rośliny na działce, na naszym skrawku wsi w mieście rozkwitają radośnie, jak co roku:

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Kwitnąca wiśnia z pszczółką i pajączkiem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Drzewo jest całe obsypane kwieciem.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Pszczoła się szykuje do zbierania nektaru i pyłku.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Forsycja jeszcze nigdy nie była tak gęsto obsypana kwieciem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Wręcz ugina się pod ilością kwiatów. Jest jednym, wielkim żółtym kwiatem.

Początek życia na warzywniku.

Początek życia na warzywniku.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Grusza ponawia próbę wydania owoców. Na razie zawiązała pąki.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Mirabelka, która w tamtym roku nas zaskoczyła owocami już przekwita. Na słowo musicie uwierzyć, że była równie mocno obsypana, jak prezentowana wcześniej wiśnia i forsycja.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

Śliwa też się już szykuje do kwitnięcia.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

A siedmiolatka pięknie się prezentuje po zimie.

Nowe krzewy w naszej "kolekcji". To aronia.

Nowe krzewy w naszej „kolekcji”. To aronia.

A tu drugi krzew: borówka.

A tu drugi krzew: borówka.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

Czarna porzeczka, jak zwykle nie zawiodła i również zakwitła solidnie. I solidarnie.

 24-04

Miałam sprzątać mieszkanie, wykorzystując fakt, że G. pojechał na działkę spawać urwany zawias furtki, ale za długo babrałam się z przesadzaniem siewek. Chciałam najpierw nabrudzić ziemią, a potem wszystko kompleksowo posprzątać. Niby dzień się jeszcze nie skończył, ale za niedługo muszę iść na zajęcia i chcę się do nich choć trochę przygotować. Niby praktyczne zajęcia nie są trudne, ale trzeba sobie przypomnieć kolejność technik masażu i jakie można stosować na poszczególnych częściach ciała, żeby się nie zastanawiać co chwilę, co teraz trzeba zrobić? No i atlas anatomiczny muszę sobie przerzucić na papier, bo z ekranu komputera trochę niewygodnie się korzysta.

Jutro mieliśmy w planach wyjazd do O., bo skusiły nas targi pracy, ale kiedy dobrze poszukałam na necie, okazało się, że miałam błędne informacje. Targi nie odbędą się w sobotę i niedzielę, tylko już wczoraj się zaczęły, a dziś kończą. No cóż… wiele i tak nie straciłam, bo przeglądnęłam program i jedyne, co by mogło mnie zainteresować, to prelekcja o służbie w Policji. Skoro zatem nie ma po co wydawać pieniędzy na podróż, a wyjątkowo sobota wypadła wolna od zajęć, to będę się działkować. Mam nadzieję, że nie będę zdychać tak, jak przy okazji poprzednich na niej odwiedzin. No bo wstyd tak… dwa razy machnąć motyką i już się zasapać…

Nic, trzeba jeszcze anatomię wydrukować i choć przeglądnąć przed wyjściem obrazki…

25-04

Dzień wolny od nauki. Czyli należałoby coś zrobić pożytecznego. Bo siedzenie przed kompem do pożytecznych nie należy. Najgorsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Znaczy pomysły mam, ale jakoś tyłek za ciężki, żeby się przenieść do pracowni i coś w niej podziałać. A należałoby.

No i na działkę też należałoby się wybrać. Raz, że Zarząd jakieś zebranie organizuje, dwa – czas najwyższy nadgonić wszystkie prace, których wykonać się nie dało, bo było za zimno. Także na nudę narzekać nie mogę. Raczej ne to, że doba jest za krótka na wszystko, co należałoby i co chciałoby się zrobić.

Zna ktoś może sposób na doładowanie baterii? Bo moje jakoś w standardowej procedurze nie chcą się porządnie załadować. Sen nie daje wiele, ulubiona muzyka też jakoś nie działa… no do kitu jakoś tak… a bez doładowanych baterii nie jestem w stanie w 150% podołać wszystkim zajęciom i obowiązkom. Za wszystkie porady z góry serdecznie dziękuję.

No i się wydziałkowałam. Tak się przejęłam tym, że dziś jest zebranie RODu, że zapomniałam wziąć ze sobą rozpiskę płodozmianową i nici z siania. No to się zabrałam za plewienie. Przerobiłam truskawki i ćwiartkę Zielnika. Wydaje się, że to strasznie mało na jeden dzień, ale z zebrania wylazłam dopiero po godzinie piętnastej. No i odchwaszczane parcele były naprawdę mocno zarośnięte, bo na jesieni nie wyrywałam chwastów. Ćwiartkę Zielnika też przekopałam, żeby trochę ziemia odetchnę przez chwilkę, a i się spulchniła, bo była twarda od korzeni traw. G. przehakał drugi warzywnik i „pole” na ugorze, a teść skosił trawę w alejce. No i jeszcze chłopaki naprawiali furtkę, bo się zawias urwał i zapiekł na amen. Zrobili więc nowy i przyspawali go do ramy. I jeszcze furtka dostała świeżego, wiosennego, zielonego koloru! Ładne teraz mamy ogrodzenie. Pieseł zaczyna być uczony, że wąż ogrodowy, to nie to samo, co wąż w schronisku i na pewno nie zostanie przezeń polana wodą. Oczywiście patyczek zawsze najlepszą formą pokazywania, że mimo sikającego wodą potwora, znajdującego się na trasie rzucający – patyczek – rzucający, że nie ma się zupełnie czego bać. Pierwsze postępy poczynione zostały bardzo szybko: od podkulonego ogona i stulonych uszu oraz ugiętych łap i nisko zwieszonego łba do okrążania syczącego, mokrego zła minęło ledwo półtorej godziny. Tak na oko. Bo nie patrzyłam na zegarek. Ot, tyle czasu, co było potrzebne do podlania całej działki. Myślę, że za niedługo pieseł będzie mógł się delektować ochłodzeniem w lecie wprost z „sikawki”. Pokonaliśmy strach przed samochodami (zwłaszcza dużymi i warczącymi), pokonamy i strach przed wężem.

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem ;)

Pieseł dostaje instrukcje co do przyszłych prac ogrodowych. Przyjmuje je, jak widać, z entuzjazmem 😉

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem ;)

Oczywiście przeszkadzanie nie było na liście. Sama sobie ten punkt dopisała. Jako sniufanie z przytulaniem 😉

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

No i śliwka również pokazała ile w stanie jest kwiatów wydać.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze śliwkowymi kwiatkami.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Jako kobieta (mało) pracująca, żadnej pracy się nie boję, więc i Zielniczek po wyplewieniu, przekopałam.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Co prawda jeszcze nic konkretnego na Ugorze nie rośnie, ale maliny i trawę dobrze podlać.

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą...

Jako że piedeł ma problemy emocjonalne z wężem sikającym wodą (pozostałość po schronisku), minę tu ma dość nietęgą…

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Na warzywniku brakuje jeszcze grządek, ale już niedługo się to zmieni.

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko ;)

Śliwa w całej swej okazałości, fragment Ruderki i galeria handlowa w tle. Na zakupy blisko 😉

Praca wre.

Praca wre.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

Nasz krzaczek pigwowca znów obsypał się suto kwiatami.

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka...

A po drugiej stronie rzeczki spacerował sobie kaczorek. Zdjęcie niewyraźne, bo z bardzo daleka…

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

Pieseł odpoczywa po całym dniu na działce.

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo ;)

W tunelu też na razie pusto i cicho. Ale już niedługo 😉

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Wnikliwa obserwacja zagrożenia, by ocenić szybko możliwości ewakuacji.

Nic, teraz należało by się udać pod prysznic i rzucić pod kołdrę, bo jutro trzeba dreptać na zajęcia…

26-04

Zajęcia okazały się być skrócone. Wcześniej się wykładowca zerwał z zajęć, przy tym skończył już przygotowany materiał, więc po co dłużej siedzieć? No i zarobiłam kolejną ocenę. Tym razem z aktywności. Mogę wpisać następną piątkę w swoim dzienniczku.

Teraz mogę spokojnie zająć się nastawianiem obiadu do wolnowaru. Nie zrobiłam tego rano, bo za długo spałam. I zapomniałam wczoraj wyciągnąć z zamrażalki wszystko, co potrzebne było do zrobienia jedzenia. Przy tym i tak na spokojnie może się gotować i to dłuższą chwilę, bo w planach mamy przygotowanie się do najbliższego turnieju, czyli powyciąganie zbroi i broni ze wszelkich zakamarków, wyczyszczenie jej, sprawdzenie i ewentualne naprawienie. No i położenie w jednym miejscu, by przy pakowaniu nie biegać po całej okolicy.

To miłej niedzieli życzę i  idę zająć się tym, co trzeba.

8 komentarzy

Filed under nauka, pieseł, rolniczo