Category Archives: króliki

Nie ma już nic

Zaliczam znów nawrót totalnego zdołowania i tumiwisizmu. Czemu? Bo ponownie moje marzenia o własnej przyszłości mogę odłożyć na półkę. Chciałam się kształcić na masażystę, łącząc z tym swoją zawodową przyszłość, bo jako bibliotekarz, czy nauczyciel informatyk, to daleko nie zajdę. Podjęłam zatem decyzję o przebranżowieniu. Nadarzyła się okazja, na początku wakacji zapisałam się do szkoły. Całe lato czekałam na rozpoczęcie zajęć i… dowiaduję się, że nie ma odpowiedniej ilości chętnych. Na „mój” kierunek zgłosiły się raptem 2 osoby (łącznie ze mną), a do otworzenia kierunku potrzeba 12. Cudnie. Do tego pierwsze zajęcia miały być organizacyjnymi, zamiast tego uraczono nas (bo z takich „niedobitków” zrobili na prędce klasę, żeby ludzie stratni niby nie byli) lekcją języka angielskiego z tak nieposkładanym lektorem, że mi się słabo zrobiło. Przez ponad połowę czasu trzeba było wysłuchiwać, jaki to on biedny jest, bo ma firmę i dwa etaty, a tu mu nie chcą zwrócić za dojazdy. No, chamstwo i wyzysk normalnie. Kiedy wreszcie zaczął prowadzić zajęcia pieprzył tak bardzo, że i mnie, choć z angielskim mi po drodze, ciężko było nadążyć – słowotok, chaos i brak przemyślenia co do toku lekcji… dziękuję, ale temu panu wolałabym serdecznie podziękować i więcej się z nim nie spotykać. Ach! Jeśli ktoś ma skończoną anglistykę, a nie ma pracy, to się w tej szkole może załapać, bo szukają trzech takich do pracy. Jakby ktoś chciał coś więcej, to szczegóły podam w wiadomości prywatnej. Nie chce mi się reklamować tu nikogo i niczego.

Nasz drapieżca skrzydlaty jest głodomorem. Żre za trzech i jeszcze mu mało. Cieszę się, że ma apetyt, bo znaczy to, że nie jest poważnie chory. Mam nadzieję, że skrzydło się zrasta dobrze i na wiosnę będzie mógł się cieszyć wolnością i długimi lotami za komarami.

Reszta zwierzaków zdrowa: ptasiory wrzeszczą całymi dniami ile sił w płucach i workach powietrznych, Motek zarasta wełną, a Hera zrzuca sierść.

Na działce z wolna szykuję ziemię do zimowego snu. Drzewa przygotowują się same: wiśnie pozrzucały już liście i zawiązały pączki. Śliwa jeszcze chce pozorować lato, a orzech rzuca orzechami. Dziś zebraliśmy tylko winogrona. Nie, nie wynikło to z naszego lenistwa, zmęczenia, czy tez innych, zależych od nas samych czynników. Ot, powód prozaiczny: zabrakło wiader i miejsca na wózku / dwókółce, by wszystko, co już jest do zebrania przywieźć do domu. Teraz będę musiała poszukać przepisów na na przykład konfitury z winogron. Na razie mam tylko przepis na ciasto winogronowe. I wiem, jak zrobić rodzynki. A G. wie, jak zrobić wino. Tylko na to starczy ułamek tej ilości owoców, któreśmy dziś zebrali. Czetry solidne wiadra. Z górką. Niestety, nie wzięłam ze sobą aparatu i zdjęć nie było czym zrobić. Niestety, brzoskwinia nie dożyła zimy. Nie dała żadnych owocw, choć miała dużo zawiązków, to pozrzucała większość, a to, co zostało, pogniło wprost na gałęziach. Dziś została wykarczowana. Okazało się, że korzenie też miała słabe, obumarłe. Cóż, dała nam nieco owoców, którymi mogliśmy wzbogacić przez chwilę naszą dietę i jestem jej za to wdzięczna. Mimo choroby, która ją toczyła, dała nam tyle, ile mogła.

To już wszsytko na dziś w tym tygodniu. Dobrej nocy życzę.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, zaokienne życie

Trzy kruki

Wiele w tym tygodniu się ciekawych rzeczy nie działo. Ot, burze przeszły i poszły, na działce wszystko rośnie, włącznie ze szkodnikami i chwastami, a w spiżarce półki zapełniają się kolejnymi konfiturami, Motek zarasta, papużki ćwierkają, Hera dorasta. Ot, zwykłe życie.

W sobotę zostaliśmy zaproszeni na film do kina. Na „Strażników galaktyki”. Gdyby osoby zatrudnione do dubbingu postarały się o parę lekcji dykcji i poprawnej wymowy, a część z nich odbyłoby co najmniej roczny staż z logopedą, można by było się pośmiać z tekstów. A tak… cóż, efekt się wziął i rozpłynął. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chciałam przesunąć myszkę i zobaczyć pasek stanu, by przekonać się ile jeszcze zostało czasu do końca. Nie jestem fanką tworów Marvella, ale jestem w stanie docenić dobry film, nawet taki, który nie idzie w parze z moimi zainteresowaniami. A ten taki nie był. Właśnie przez ten dubbing… szkoda… Przed seansem jeszcze zaglądnęliśmy do Restauracji „Panda”, gdzie za niewielkie pieniądze można ucztować w chińsko-japońskim stylu. Proponowana tam opcja „bufet” daje możliwość skosztowania każdej, wyłożonej na ladach potrawy: na gorąco i na zimno. I bardzo ciężko się zdecydować, czego sobie na talerz nałożyć, bo wszystko jest nieziemsko pyszne.

A co mają z tym wspólnego tytułowe trzy kruki? Otóż, w lesie pojawiły się zagadkowe, czarne ptaszyska, które podfruwają z pnia na pień (nie z gałęzi na gałąź). W całkowitej ciszy. No, prawie całkowitej, bo słychać tylko skrobanie pazurów po korze. Ptaki są całkowicie czarne, maja proste, długie dzioby i trzymają się z dala od ludzi. Nie widzę ich codziennie, a ich pojawienie się jest zaskakujące i nie związane z jakimkolwiek przykrym zdarzeniem. Nie są więc żadnym omenem, jakby się chciało pomyśleć. Ot, lata takie czarne, skrobie pazurami i ludzi zadziwia.

Wybaczcie krótką i nieco zdawkową notkę… przez cały tydzień i nadal ledwo się ruszam. Spać mi się chce, sił na wszystko brakuje, choć chęci są. Całe dnie z chęcią bym przeleżała i przespała. Chyba czas na przetwory z buraczków…

2 Komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, paranormal, pieseł, recenzje, rolniczo, życie

Deszcze niespokojne…

Na szczęście nie potargały sadu ani nie zrobiły niczego, co by można było zakwalifikować do problemów. Ot, polało, pogrzmiało i znów wróciło słońce wraz z upałami.

Co przez ten tydzień się działo? Ano mnóstwo rzeczy, chociaż były to raczej powtarzające się czynności, niż wciąż coś nowego i zaskakującego. To mi akurat też nie przeszkadza.

Mały pokój z wolna dostaje wyglądu pokoju. Została jeszcze jedna szafa do przytargania na nasz „dach świata”. Ta najcięższa. I największa. Potem zacznę porządkować warsztat, znajdując miejsca dla wszystkich potrzebnych szpargałów, które jeszcze zalegają w stosach, czekając na przydział kwatery. Już za chwileczkę, już za momencik, będzie wszystko pochowane i łatwiej będzie się sprzątać. 🙂

Motek został wreszcie pozbawiony futra, co mu wyszło na dobre, bo i się ożywił, i większy apetyt ma, i nie sapie, kiedy w pokoju robi się gorąco, co się zdarzało, nawet mimo włożonej butelki z zamrożoną wodą, owiniętej w ręcznik, do której się lubo przytulał, żeby się schłodzić. Odkryłam też, że maszynka do golenia dla zwierząt, na którą już postawiłam krzyżyk, bo nie chciała działać, jednak da się użyć. Trzeba było tylko odpowiednio ją ustawić. Trochę „na chama”, ale bez powodowania uszkodzeń. I teraz będę mogła odłożyć nożyczki i z jej pomocą szybko i sprawnie pozbawić Motka nadmiaru futra. Będzie łatwiej, szybciej i przyjemniej.

Papużki objadają się świeżymi kłosami traw, które na działce rosną szybciej niż wszystkie inne rośliny. Zwłaszcza te pożądane. Nie dość, że ślimaki wyjadają wszystko, do czego są w stanie się dostać, to jeszcze trawy zagłuszają, co tylko mogą… Godziny spędzone na wycinaniu, wyrywaniu, pieleniu, motykowaniu wydają się być bezcelowe. Po pierwszym lepszym deszczu rośnie tego tyle samo, jak przed pracami czyszczącymi… takie syzyfowe prace…

Jednakowoż prace ogrodnicze przynoszą spodziewany skutek. Co prawda nie w takiej ilości plonów, jakbym chciała, ale zawsze będzie coś do przekąszenia. Ogóry wyrosły nam nad podziw urodziwe: są wielkie niczym małe cukinie. Cukinie za to powoli osiągają odpowiednie rozmiary, więc za niedługo będzie można znów zakosztować bigosu, z którym przepadamy oboje. Jestem już po pierwszych zbiorach śliwek, którymi obdarzyła nas śliwka węgierka. W poprzednim roku miała raptem trzy owoce, które i tak dostały się osom, ptakom i ślimakom wespół. Teraz, po pierwszym zbiorze mam już pół wiadra owoców. Będą wreszcie konfitury śliwkowe. Może część uda mi się wysuszyć, jak winogrona w tamtym roku? Będą jak znalazł do świątecznego bigosu. A jeśli już jesteśmy przy śliwkach… G. naznosił mnóstwo mirabelek. Po wypestkowaniu wyszło tego prawie 9kg. Zajęło to dwa gary i poszło do gotowania. Już się zrobiły konfitury, teraz je powoli przekładam do słoików, bo wyparzać muszę je na raty. Cóż, urok małego zlewu. Będzie dużo jedzenia na zimę. Zapas na śniadania już jest spory, bo stoją słoje z konfiturami wiśniowymi w liczbie 8, a słoików mirabelkowych wyszło kilkanaście. Marchewki robią się coraz dorodniejsze, jarmuż pięknie rośnie, pomidory obsypują owocami, papryczki powoli też. Buraczki rosną, jak na drożdżach, będzie ćwikła, jak znalazł. Mirabelka działkowa z wolna zaczyna dojrzewać owocowo. Taka niespodzianka nam się trafiła. A już mieliśmy przycinać krzew do równego z żywopłotem. Dobrze, że nam się to nie udało, bo chyba nie wiedzielibyśmy do tej pory, że rośnie nam mirabelka przy płocie. W żywopłocie.

Z niespodziewanych i niecodziennych sytuacji… cóż, zdarzyło mi się widzieć przemoc domową, tylko na odwrót: ojciec prawdopodobnie dostał od dziecka. Natknęłam się na człowieka leżącego na chodniku i krwawiącego. I posikanego. O dziwo, kontaktował, odpowiadał składnie na pytania. Nie wzięłam ze sobą telefonu, bo szłam tylko na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu, więc nie mogłam zadzwonić po pogotowie. Po chwili zauważyłam kobietę idącą kawałek dalej. W jej ręce widziałam komórkę, ale nim zdążyłam poprosić o zadzwonienie pod numer alarmowy, dostałam informację, iż na miejsce zdarzenia została wezwana Policja, a owa kobieta, to córka leżącego na chodniku. Skoro wszystko było załatwione, stwierdziłam, że nie powinnam pytać o więcej i interesować się sprawą. Co mogłam, to zrobiłam.

Druga rzecz, która mnie zasmuciła bardziej niż zszokowała, miała zdarzenie również na naszym „wesołym” osiedlu. Idąc na działkę, przechodzę w okolicy śmietnika. Zauważyłam klatkę dla gryzoni wystawioną przy altanie. Klatka była w pełni wyposażona, co widziałam już z daleka. Zaintrygowana ciemnym kształtem w środku, podeszłam bliżej. Jak się spodziewałam, wewnątrz był gryzoń w postaci dorodnej świnki morskiej. Niestety, nie była już żywa, bo bym ją przygarnęła na chwilę, by poszukać jej nowy dom. Cóż, kiedy zaczęły ją ją gęsto obsiadać muchy? Nie rozumiem, jak można zwierzę, które było przez dłuższy czas lokatorem, członkiem rodziny wyrzucić na śmietnik? Smutne to…

A na poprawę humoru, garstka ostatnich zdjęć:

Ogórasy :D

Ogórasy 😀

Winogrona. W tym roku jest gron więcej i z większą ilością owoców na każdym z nich.

Winogrona. W tym roku jest gron więcej i z większą ilością owoców na każdym z nich.

Talerz słonecznika. Ma ok. 30 cm średnicy.

Talerz słonecznika. Ma ok. 30 cm średnicy.

Największa cukinia. Za niedługo będzie można ją przerobić na jedzenie.

Największa cukinia. Za niedługo będzie można ją przerobić na jedzenie.

Jeszcze zielona papryczka.

Jeszcze zielona papryczka.

Kwitnąca ciecierzyca - eksperyment ogrodniczy.

Kwitnąca ciecierzyca – eksperyment ogrodniczy.

Pierwsze pomidorki dojrzały.

Pierwsze pomidorki dojrzały.

Malutkie, koktailowe pomidorki.

Malutkie, koktailowe pomidorki.

I duże, jeszcze zielone... mają czas na rośnięcie i czerwienienie.

I duże, jeszcze zielone… mają czas na rośnięcie i czerwienienie.

Pierwszy zbiór śliwek węgierek.

Pierwszy zbiór śliwek węgierek.

Dwa gary konfitur mirabelkowych w pierwszej fazie gotowania.

Dwa gary konfitur mirabelkowych w pierwszej fazie gotowania.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, kuchennie, papużki, rolniczo

Postanowienie

Tak sobie pomyślałam i postanowiłam, że będę wrzucać jedną notkę tygodniowo, żeby nie mieć takich miesięcznych zaległości, jak ostatnio. W niedzielę trochę mniej się powinno pracować, więc mogę potracić czas na „głupoty”.

Krosno na razie leży w częściach, jak je tydzień temu przywieźliśmy. Za to meble już w większości stoją w małym pokoju i się z wolna zapełniają wszystkim, co do tej pory leżało w stosach. Z naciskiem na rzeczy warsztatowe: wszystkie narzędzia, włóczki, pudła, kartony, worki – mają wreszcie swoje miejsce. A ja mogę sobie spokojnie pracować w swoim kąciku.

Na działce szaleństwo: nierówna walka ze ślimakami, busz wyrastający, jak po serum Panoramixa po każdym deszczu, który potem trzeba przez wiele godzin karczować – dosłownie. Pomidory się już zaczynają czerwienić, śliwki fioletowić, marchewki pogrubiać i pomarańczowić, pojawiają się pierwsze papryczki i cukinie rosną ślicznie, no i ogórki się już wyciągają pod liśćmi. Oby tylko ich ślimaki ni pożarły… rozpryskiwana na rośliny kawa zdaje się je odstraszać w większości przypadków. Po deszczach trzeba będzie poprawić oprysk. Może nie ruszą i plony jednak będą zadowalające? Oczywiście z mnogości przeróżnych zdrowych i zapomnianych warzyw zostały popłuczyny, ale chociaż trochę będzie na spróbowanie. Strasznie mnie dołuje to, że się człowiek stara, że chodzi koło tego, że robi przy tym wręcz bokami, a tu przyjdzie taka plaga i nie masz nic. W tamtym roku mieliśmy ledwo co owoców, bo wczesnowiosenne burze obtłukły wszystkie prawie kwiaty z drzew. W tym roku zdaje się być lepiej. Samych wiśni udało się zebrać około 7 kg. Większość przerobiłam na konfitury – będą jak znalazł na zimę, jak ubiegłoroczne konfitury z jabłek i zielonych pomidorów. Jeszcze zapas stoi na szafce spiżarnej. A za chwilę nowe będą się pojawiać. No i winorośl nam się pokazuje z coraz lepszej strony: kiście większe, więcej ich w ogóle na pędach. Będzie mnóstwo owoców do przerobienia. Niekoniecznie na wino, bo trunek z ubiegłorocznych zbiorów ładnie dojrzewa do skosztowania i to w ilości zapasów na apokalipsę. Zatem – będą kolejne konfitury. I rodzynki. W tamtym roku trochę zrobiłam na próbę i wyszły rewelacyjnie. W tym roku będzie ich cały zapas do ciast.

Motek został wczoraj pozbawiony futra. W sam raz na upały. Teraz wygląda, jak malutki króliczek, a nie jak wielka kula (kiedy siedzi) lub dywanik pod łóżko (kiedy się wyciągnie na całą długość). Aż się dziwnie na niego patrzy, kiedy tak sobie kica po klatce, czy mieszkaniu. No, przez większą część czasu widzę go w pełnej, angorowej klasie. On naprawdę bardzo szybko porasta włosiem. Od wczoraj, przez noc już ma co najmniej milimetr włosa dłuższego niż zaraz po strzyżeniu. A zebrałam z niego pełną miskę strzyży. Jak zwykle zresztą. Wybaczcie, ale nie zważyłam, ile jest mi w stanie dać jednorazowo „wełny”. Spieszyłam się, bo kolejna robota upominała się o uwagę. Następnym razem postaram się zamieścić więcej informacji i zdjęć z postrzyżyn.

G. zrobił podsumowanie wyglądu Hery, jak się zmieniała przez te osiem miesięcy, kiedy się u nas zadomowiła. Wychodzi na to, że wcale nie miała tych 2 lat, kiedyśmy ją brali. Dostaliśmy szczeniaka najdalej 7 miesięcznego. Widać to po kształcie jej głowy na pierwszych, jeszcze schroniskowych zdjęciach i po tym, że urosła w kłębie jakieś 10 cm. Cóż, ja się tam nie gniewam. Szczeniaka łatwiej wychować niż dorosłego psa, czyż nie? A Hera jest psem w miarę wychowanym. W miarę, bo zdarza jej się zapomnieć, że komenda „noga” nadal obowiązuje. Zwłaszcza, jak coś zaszeleści w krzakach albo na horyzoncie pojawi się psi kumpel.

Stadko papuzie ma się dobrze. Dokazuje i jest zarzucane hałdami różnych zieloności do przegryzania. W końcu działka daje, to trzeba korzystać. W zimie będą miały dostęp raczej do korzeniowych warzyw, które jestem w stanie przechować, niż do zieleniny. Będą dostawać kiełki, o! Będę musiała nazbierać fundusze na nową wolierkę. Stara naprawdę ledwo się opiera ich dziobom. A że mały pokój z wolna zaczyna się przeczyszczać, to i miejsce na nowy domek papuzi będzie za chwilę wolne od szpargałów wszelakich. Tylko te finanse… nic, nazbieram.

A teraz idę trochę popracować z lucetem.

Miłej niedzieli.

Dodaj komentarz

Filed under króliki, papużki, pieseł, prace ręczne, rolniczo, życie

Poranny dżoging

Motek potrzebuje ruchu. Nie, wcale nie jest gruby i należy mu się odchudzanie. Po prostu, jeśli się nie wybiega, roznosi klatkę na drobne. Dlatego codziennie rano, po sprzątaniu klatki, robimy wielką pardubicką przez cały pokój i przedpokój w pełnej, króliczej prędkości. Dziś stało się coś miłego podczas tych porannych szaleństw.

Otóż Hera odpoczywała sobie wygodnie pod drzwiami wejściowymi i patrzyła leniwie na motkowe wyczyny, od czasu do czasu merdając delikatnie ogonem. Ani się nie zerwała, co zwykła robić zazwyczaj, ani nie piszczała, widząc, jak biały futrzak biegnie wzdłuż przedpokoju. Nagle Motek tak się rozpędził, że się znalazł tuż przed psim nosem. Oczywiście włączył mu się standardowy „scanning”, ja gotowa i zwarta do reakcji (nie byłam daleko od zwierzaków, wręcz stałam nad nimi), a Hera? Machnęła raz ogonem, popatrzyła na Motka, potem na mnie i wróciła do drzemki.

Cóż, mam nadzieję, że ten stan będzie się utrzymywał już zawsze. Nie będzie stresu przy wypuszczaniu Motka na biegi. A sam królik? Ach, on znów zaczyna się zmieniać w wielką, puchatą kulę białego futra.

4 Komentarze

Filed under króliki, pieseł

Dzieje się, dzieje

Tyle się dzieje wokół, że nie mam czasu na robienie wpisów.

Najpierw przez półtora tygodnia robiłam rewolucję. Najpierw w piwnicy, a potem w małym pokoju. Po kiego grzyba? Bo przez dwa tygodnie (pokrywające się z rewolucją) przygotowywaliśmy w schronisku psiaka, który miał u nas zamieszkać. Trzeba było zrobić miejsce dla nowego lokatora. I tak, gdyby nie pomoc Najemnej, a w szczególności: A., F. i P., bez których zapewne nadal tkwiłabym pod zwałem nagromadzonych przez dekadę rzeczy, które „kiedyś się przydadzą”. A tak już jest w miarę wysprzątane, jest o wiele więcej miejsca w mieszkaniu. Kolejny etap, to przenosiny papug do nowej wolierki. Stara pójdzie na opał. Do niczego innego się nie nadaje.

A co do psa… a raczej suki… w schronisku na imię dostała Hera. I tak już zostało. Skoro na imię reaguje, to po co je zmieniać? Jest w typie wilczaka, ale ma za to bardzo łagodny charakter. Do schroniska trafiła z ulicy. Wg. weterynarza ma ok. 1,5-2 lat. Musiała u kogoś być, bo zna komendy: „daj łapę”, „siad”, „leżeć” i „na swoje”. Oto Hera:

Jeszcze na schroniskowej smyczy. Jeden z pierwszych spacerów.

Jeszcze na schroniskowej smyczy. Jeden z pierwszych spacerów.

Mieliśmy ostatnio też trochę problemów, bo przestała jeść, a zaczęła wymiotować. Okazało się, że pojawiła się mała komplikacja po sterylizacji, ale już niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Psina zaczyna wracać do zdrowia. Bez leków, niestety się nie obyło.

W NaNoWriMo nie udało mi się „dobiec” do mety w związku z poświęcaniem wszystkich sił i czasu na porządki. Kiedy kończyłam sprzątać, było już po 21szej. Chwilę później już spałam. Oczywiście wcześniej robiąc sobie szybki prysznic. Cóż, zawsze w listopadzie, kiedy chcę pisać, ktoś zawsze znajdzie dla mnie inne, ważniejsze zajęcie. Nic to… do trzech razy sztuka – może w przyszłym roku uda mi się napisać całe 50 tysięcy słów i dotrzeć do mety NaNo. Zobaczymy.

Za niedługo święta. Powoli szykuję prezenty dla najbliższych, mając nadzieję, że im choć się spodobają. 

Działka już szykuje się do zimy. W sumie najwyższy czas po temu. Warzywniki zostały przekopane, by były gotowe na przyszłoroczny siew. W bardziej wolnej chwili muszę zrobić płodozmian, żeby nie nasiać tego, co nie trzeba tam, gdzie nie trzeba. Bo liczę na większe plony w przyszłym roku. Liczyć zawsze mogę, prawda? Jeszcze parę rzeczy musiałabym do słoików powsadzać, ale – jak chyba każdemu wiadomo – nie pałam miłością do kuchni i spraw z niż związanych i wszystko, co związane z pracami przy garach odkładam „na kiedyś”. Wiem, ze nie powinnam tego robić, ale cóż… prokastynacja… ona mnie kiedyś wykończy…

Papużki mają się dobrze. Drą dzioby całymi dniami, ganiając się po wolierce. Motek obżarty, wylatany (codziennie zażywa ograniczonej wolności, kiedy Hera jest na popołudniowym spacerze) wyleguje się całymi dniami, wtruszczając źdźbła, chrupki i resztki zieleniny (pietruszka i seler), jaka jeszcze pozostała na działce. No i obrasta futrem na nowo. Będzie za jakiś czas znów taki wielki, jak im był przed strzyżeniem.

Oto, co się u nas dzieje w bardzo skrótowym skrócie. Wracam do obowiązków.

6 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, króliki, kuchennie, papużki, prace ręczne, rolniczo

Coś o Motku

Szok popostrzyżynowy minął już bez śladu. Co prawda miało to miejsce już na drugi dzień po tym traumatycznym przeżyciu, ale teraz dopiero jakoś tak mnie nagrało, żeby o tym napisać.

Motek po pozbyciu się futra stał się bardziej komunikatywny, ruchliwszy, jakby weselszy i… zaczął produkować więcej nawozu. W sumie je niemal na okrągło, więc nie ma się co dziwić. A najbardziej wygodną pozycją do jedzenia jest „pozycja rzymska”:

Motek zajada się sianem po rzymsku.

Motek zajada się sianem po rzymsku.

Zadowolony, najedzony królik z parasolką nad głową.

Proszę wybaczyć za brak sterylnej czystości, ale czysto w jego klatce jest tylko parę minut po porannym sprzątaniu. Po okresie ochronnym dla czystości, następuje zerwanie banderoli i siano zostaje wywleczone z paśnika wszędzie, gdzie tylko się da. Ot, Motek ma inne pomysły na zagospodarowanie przestrzeni, niż ja. Przynajmniej nie przesuwa już kuwety po całej klatce i nie rzuca miskami, kiedy nie ma w nim najsmaczniejszych kąsków. Dorasta chyba i mądrzeje.

Dodaj komentarz

Filed under króliki