Monthly Archives: Sierpień 2011

Trudy życia

Umarłam w weekend.
Przespałam całe dwa dni (sobotę i niedzielę) i kawałek poniedziałku. Wczoraj zaczęłam nieco dłużej utrzymywać się w pionie, a dziś też jakoś sobie radzę.
Ból głowy mnie wyłączył z życia.
To nie migrena, niestety. To tylko moje poprzestawiane kręgi w kręgosłupie. Chyba na każdym odcinku. Ćwiczenia mało dają wytchnienia. Chyba będę musiała nazbierać trochę pieniędzy i przejść się do „mojej” fizykoterapeutki na nastawianie i leczenie bólu bólem.
Póki co… muszę sobie jakoś z tym wszystkim radzić…

2 komentarze

Filed under życie

Czytadła – „Pieśń łuków – Azincourt”

Przeszłam, przebrnęłam, zakończyłam i odłożyłam z pewnym niesmakiem książkę Bernarda Cornwella pt. „Pieśń łuków- Azincourt”.
Kolejna publikacja (wcześniej z takim samym niesmakiem odłożyłam „Krzyżacką zawieruchę” Jacka Komudy), która utwierdza mnie w przekonaniu, że niektórzy naprawdę nie powinni pisać książek historycznych, bo wychodzi z tego jakiś dziwny zlepek historii i fantasy, choć nie jest to opisywanie świata równoległego, a opowieść oparta na solidnych wydarzeniach z naszej przeszłości.
Autor próbował, starał się przybliżyć czytelnikowi świat średniowiecza, ale pogubił się w szczegółach, które spokojnie można było pominąć i nikt by nie miał mu tego za złe, a tak tych szczegółów się czepiam. Co jednak zyskało u mnie uznanie? To, że nie wysilał się autor, by język konwersacji bohaterów stylizować na pseudo dawny, co niekiedy jest rażąco sztuczne i trudne do zrozumienia bez odsyłaczy i słowniczka na końcu książki. I to chyba jedyny plus.
Już pierwsze strony wprowadziły pewien niesmak, gdzie szanowny autor wypisuje bzdury dotyczące naciągania ciężkiego łuku angielskiego. Jakoby bez trudu można było taki naciągnąć, chwytając osadę strzały między kciuk i dwa palce: wskazujący i serdeczny. Owszem, łuk da się naciągnąć w ten sposób, ale najdalej o dwudziestokilogramowym naciągu, a bojowe łuki miały taki naciąg sięgający 70 kilogramów. Tego się po prostu nie da wykonać, bo strzała razem z cięciwą bez trudu się wysmyknie z takiego chwytu. I można zapomnieć o mierzeniu, celności, w ogóle porządnym używaniu takowej broni.
Doczepić się też muszę do sposobu konserwacji konopnej cięciwy za pomocą… kleju kostnego, żeby owa nie nałapała wilgoci. A potem, przy używaniu mamy ostre drobinki tego kleju w palcach… gratuluję pomysłu. Zrozumiałabym wosk, tłuszcz zwierzęcy, ale nie klej, na bogów!
Elementy uzbrojenia były dla mnie zastanawiające. Na przykład taka koszulka pancerna. Co to może być? T-shirt dla kibola? Naprawdę, nie wiem, czy  autor wiedział o czym pisze, czy pisał, o czym wie?
Jeszcze przeboleję opończę,  którą zbrojni zakładali na wierzch, a zdobiona była herbem, więc mogłam się domyślić, że chodzi o wapenrock. Ale przyłbicy, która ma być wg autora zasłoną, już mi nie przejdzie. Przyłbica, to z czeskiego (jeśli dobrze pamiętam) po prostu hełm. A to, co się opuszcza na czas walki, to po prostu zasłona. I kropka.
Gratuluję też pomysłu, żeby ze zbrojnych zrobić ślepe pierdoły, które nie widzą, gdzie lezą, bo zasłony mają dziurki, niczym hełmy gladiatorów. To ja się teraz w ogóle nie dziwię, dlaczego ponieśli klęskę pod Azincourt. No bo jak nic nie widzieli w tych swoich hełmach…?
Chcąc przybliżyć czasy średniowiecza autor nie skąpił przesyconych krwią, ekstrementami i mózgiem opisów bitew, mordowania i gwałcenia podczas zdobywania miast i fortec. Z początku powodowało u mnie to gęsią skórkę, ale potem, kiedy z każdej strony kapała krew pomieszana z mózgiem, resztkami pokruszonych w taki czy inny sposób kości, pod nogami walały się wnętrzności wypatroszonego wroga, zaczęło mnie to nudzić. No bo ileż można razy opisywać tak drastyczne sceny i nie zamęczyć tym czytelnika na śmierć? No nie da się.
Jeśli zatem ktoś nie ma co robić z wolnym czasem, dysponuje pieniędzmi lub ma dobrze zaopatrzoną miejską bibliotekę, może sobie to to wypożyczyć/kupić i poczytać. Moim zdaniem jest to książka dla ludzi, którzy lubują się w opisach niesienia śmierci na tysiąc możliwych i niemożliwych sposobów. A historia o bitwie pod Azincourt? No jest. Epizodem pomiędzy mordowaniem, gwałceniem i lataniem w krzaki ze sraczką.
Zatem polecam ją tylko czytelnikom o mocnych nerwach i silnym żołądku oraz niewielkiej wiedzy dotyczącej uzbrojenia i broni w wiekach średnich. I antyklerykałom. Bo Kościół i jego przedstawiciele są tam przedstawieni w bardzo niekorzystnym świetle.
 

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Żmij, czyli Smok?

Ci, co postudiowali trochę naszą rodzimą religię, tę, która panowała na ziemiach słowiańskich przed wprowadzeniem tej, jedynie nam obecnie panującej, czytali bądź słyszeli o Żmiju. A kto nie wie nic na ten temat, może sobie wiedzę uzupełnić o tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBmij
I lepiej stronę Wikipedii odwiedzić, bowiem rzecz będzie o Żmijach i Smokach. A jako że jedno z drugiego wynikło, i jedno z drugim walczyło, rzecz ostatnimi czasy stała się niesłychana: Smok powitał Żmiję w swoim leżu.
I z nieba lał się tylko żar. Nie waliły pioruny, nie trzęsła się ziemia, nie spadały gwiazdy z niebieskiego firmamentu.
Żar się lał, więc oba stworzenia nawiedziły pobliski akwen, by ochłodzić się w strugach wody, potocznie zwaną zupą, bowiem takie mrowie było w niej istot dwunogich a rozchichotanych i rozbawionych upałem powietrza i chłodem wody.
I tak siedziały potworne stworzenia, patrzyły na dwunogich i tylko rozmawiały. Żaden chyba nie nadawał się na przekąskę.
A gdy słońce zabarwiło krwiście niebo na zachodzie, oba gady, dosiadłszy płowego niedźwiadka, ruszyły do smoczego leża, by tam rozmowy swe dokończyć, bądź zacząć zgoła nowe.
Smok ugościł Żmiję własnoręcznie*) wyrobionym i wypieczonym chlebem prosto z piekarnika. Poczęstował jedną z wielu przepysznych zielonych herbat. I co chwilę przyrządzał ciepłą kawkę. Potem nadeszła noc i sen zmorzył gady i jednego Wilka, który pomieszkiwał ze Smokiem już od dłuższego czasu i żadna krzywda się nikomu z tego powodu nie działa.
A gdy świt powitały współzamieszkujące smocze leże ptaki o zakrzywionych dziobach i kolorowych piórach, Smok rozwarł swe oczy i grzecznie czekał, aż Żmija odpocznie. Co prawda nie omieszkał tego potrącić, a czegoś innego upuścić i narobić nieco rabanu, bo nie byłby wtedy Smokiem.
A gdy Żmija się zbudziła, nastąpiło spokojne leniuchowanie i dalsze rozmowy o wszystkim i niczym. Aż nadszedł przykry czas, kiedy należało się pożegnać.
Jeszcze Smok ugościł sutym obiadem, na jaki składały się brokuły i młode ziemniaki, a to wszystko polane zostało suto sosem serowym własnoręcznie**) zbełtanym. Smok nadal ma nadzieję, że Żmija się dobrze najadła przed podróżą na swoim płowym niedźwiadku.
I nie było żadnego Armagedonu. A byłby to taki wspaniały wstęp do całego tego opowiadania, no…
————————————–
*) własnoręcznie – czyt. za pomocą odpowiedniego urządzenia
**) jw.

2 komentarze

Filed under życie

Czytadła – cykl „Zwiadowcy”

Oprócz tego, że piszę, bazgrolę i wymyślam, to nie omieszkam czytać też tego, co napiszą i nabazgrolą inni.
Niedawno skończyłam ośmiotomowy cykl „Zwiadowcy” autorstwa Johna Flanagana. Książka przeznaczona jest dla młodych czytelników od lat dwunastu, co nie znaczy, że starsi nie mają czego w niej szukać.
Głównymi bohaterami są dzieci z arlueńskiego sierocińca, które stają przed wyborem swojej przyszłości, calutkiego życia. Nie zawsze ten wybór młodym się podoba, ale z czasem okazuje się, że pasują do narzuconych im ról, jakby się do nich urodzili.
Will, który nie zna swoich rodziców zostaje zwiadowcą. Szkoli się pod czujnym okiem doświadczonego i uznawanego w całym królestwie Halta. Poznaje tajniki sztuki zwiadowczej – krycia się, przemykania między cieniami, zastygania w bezruchu na wiele godzin, a także tropienia, strzelania z łuku, rzucania nożami.
Horace zostaje rycerzem. Dzięki swym naturalnym talentom szybko zyskuje poklask i sławę, gdy pokazuje, że nawet nie do końca wyszkolony potrafi pokonać mocniejszego od siebie przeciwnika fortelem. Słynie jako Rycerz Zielonego Liścia oraz Rycerz ze Wschodu. Jego prostolinijność i prostoduszność, ujmuje każdego.
Alyss, nieprzeciętnej urody: wysmukła, o włosach jasnych niczym łan pszenicy została wcielona do grona kurierów, którzy niekiedy działając pod przebraniem dostarczali wieści tam, gdzie miały dotrzeć.
Bohaterowie tego cyklu mają bez liku przygód. Każdy osobny tom aż nimi kapie. Dzięki temu ciężko jest się oderwać od lektury nawet na chwilę. Rzecz nie dzieje się tylko i wyłącznie w jednym królestwie, z którego nasi bohaterowie pochodzą. Odwiedzają oni skłóconą Gallię, mroźną Skandię, obrzeża Picty oraz Hibernię, gdzie zawsze mają ręce pełne roboty. A czytelnik podąża  ich tropem, starając się odkryć zawiłe ścieżki intryg i podstępów.
Polecam zatem wszystkim, którzy lubią śledzić losy dorastających na ich oczach bohaterów lekturę cyklu „Zwiadowcy”. Poniżej prezentuję okładki ośmiu tomów:
    

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Warsztaty Tkackie – relacja

Wieczorem wyruszyłam z pełną mocą PKP do Sosnowca, gdzie zostałam zabrana z dworca przez Sarenzir. Ugoszczona herbatkami o przeróżnych smakach i zapachach, okocona i opsiona – obowiązkowo – zaległam wreszcie spać. Sarenzir również. Miałyśmy bardzo ambitny plan powstania o piątej rano, by się szybko wygramolić, zapakować do samochodu i ruszyć do Lublina. No cóż… nasze plany przesunęły się o ponad godzinę. Naprawdę nie byłam w stanie otworzyć oczu – żadna siła nie mogła zmusić powiek do rozklejenia się.
Wyruszyłyśmy w okolicach ósmej rano. Tak jakoś dwie godziny później, niż zakładałyśmy. Ale droga była prosta, bez zbędnych objazdów, robót drogowych, to i się dobrze nam jechało. Pokiełbasiła mi się tylko droga w Kielcach i wyrzuciło nas (zamiast na Lublin) na Tarnów. Dobrze, że się w porę zorientowałam, że coś jest nie tak, bo byśmy jechały i jechały, bo droga szeroka i wygodna. Udało mi się pokierować nas tak, byśmy szybko wróciły na odpowiednią trasę. Niestety, to było kolejne opóźnienie w naszej podróży. A Warsztaty zaczynały się punkt dwunasta. W samo południe. I chyba z racji tego uciekającego czasu nie zauważyłyśmy ograniczenia prędkości i zostałyśmy złapane na „suszarkę”. Kolejne minuty… prawie godzina w plecy. A dwunasta tuż tuż. Trudno, spóźnimy się. Może wiele się nie straci…?
Zmęczone i głodne (nie jadłyśmy w ogóle śniadania, żeby szybciej ruszyć w trasę) zatrzymałyśmy się w Zajeździe Świętokrzyskim. Przekąsiłyśmy późne śniadanie i ruszyłyśmy dalej. Dotarłyśmy dwie godziny po rozpoczęciu Warsztatów, ale już bez niespodzianek. Dowiedziałyśmy się, że ominęło nas tylko snowanie. Tylko, albo aż… Może kiedyś mi się uda tę stratę nadrobić…
Z początku nie wiadomo było, co można, a co trzeba zrobić. Trochę się pokręciłam po dziedzińcu, popatrzyłam na to, to na tamto i przypadkiem zostałam wcielona do „armii” zakładającej osnowę na krosno. Warsztat świeżo poskładany, naprawiony i w ogóle – nówka sztuka nie śmigany. Okazało się, że nicienice ktoś spaprał – splecione ze śliskiej nici, która się zaciskała, przesuwała, układając się byle jak i gdziekolwiek. Brakowało paru części, przez co trzeba było uwiązać nicienice wprost do pedałów, czego się nie robi. Potem okazało się, że snowanie nie poszło tak, jak powinno i nici były poplątane, nierówno naciągnięte, przez co sama osnowa też nie wyglądała zbyt imponująco. Na tej pracy zeszły nam dwa dni.
Trzeciego dnia usiadłam do tego krosna, próbując nad nim zapanować.
 
Nie było w tej pracy nic nadzwyczajnego, bo niemal codziennie mam możliwość tkać proste wzory na swoim krosienku. Rozglądałam się, żeby wskoczyć na krosna, gdzie mogłabym się nauczyć tkać wzory, bo o to głównie mi chodziło, kiedy się tu wybierałam. Niestety, oba krosna były zajęte.
Przy takim rozglądaniu mój wzrok wyszukał pozostawiony sobie samemu kołowrotek. Co z tego, że z piórami lnianymi, czyli czymś, co jest okropnie trudne do uprzędzenia. Moje pokrętne myślenie przekonywało mnie, że jeśli nauczę się prząść len, to z wełną nie będę mieć najmniejszego problemu. Tak więc zaczęła się trudna nauka panowania nad kołowrotkiem, przędzą i odpowiednią współpracą obu dłoni.
 
Trudno było, nić się rwała, pióra uciekały, nauczycielka miała ubaw, a mnie było głupio, że nie potrafię się tego nauczyć, chociaż zewsząd dostawałam sygnały, że przecież to nie takie ciężkie, jak mi się wydaje. Trochę się sfrustrowałam, że do końca dnia nie byłam w stanie robić nic innego, jak tylko się snuć tam i sam…
Kolejny dzień spędziłam przy krośnie bardzo sympatycznej Białorusinki. Co prawda pogadać sobie wiele nie pogadałyśmy, bo mój rosyjski gdzieś się zapomniał przez te dwadzieścia lat z okładem, a pani po polsku mówić nie mówiła. Ale udało nam się dogadać w kwestiach technicznych i szybko zaskoczyłam, w jaki sposób naciskać cztery pedały, by poruszać czterema nicienicami i które wybierać nici osnowy, by powstawał odpowiedni wzór. Raz się machnęłam tak, że trzeba było spruć kawałeczek – raptem cztery nitki wątku – bo nie dopatrzyłam się powtórki wzoru. Szybko jednak wróciłam na odpowiednie tory i pozostawiona samopas cały dzień tkałam zdobny kilim.
 
Przy okazji jeszcze udzieliłam wywiadu opowiadając o swojej pracy, o której jeszcze nie miałam wielkiego pojęcia. Naściemniałam ile mogłam, a pan reporter i tak był zadowolony. Mam nadzieję, że nie posiałam tam jakichś strasznych herezji, bo starałam się mówić tylko to, o czym zostałam poinformowana.
Kolejny dzień zapowiadał się na stracony, ale okazało się, że znajdzie się dla mnie miejsce przy drugim czteronicienicowym krośnie, więc uczyłam się grzecznie nowego sposobu tkania wzorów.
 
Teraz wytkany bieżniczek zdobi starą ławę. Co prawda ma mnóstwo błędów, bo dokańczałam wzór po innych „uczniach” i sama przy okazji się uczyłam, ale wygląda przyjemnie. Zwłaszcza z daleka.
Tak oto minęły wesoło dni na pracy i nauce. Trzeba było zbierać się do drogi powrotnej. Pożegnałyśmy nasz domek nad Zalewem Zemborzyckim, gdzie miałyśmy wygodne noclegi i piękne widoki na wodę.
     
Cały ośrodek wyglądał, jako żywo wyciągnięty z lat osiemdziesiątych. Dla podkreślenia klimatu, królowała u nas (jeśli inni goście pozostałych domków nie starali się jej zagłuszyć) muzyka z tamtego okresu. Od razu wzięło nas na wspominki, jak to wyglądały nasze młode lata.
Woda w jeziorze była lodowata, lecz i tak zdobyłyśmy się na odwagę, by się w niej zanurzyć, kiedy jednego dnia spiekota była nie do zniesienia.
Tak oto dobiegł czas na wyjazd.
Spakowałyśmy się i pojechałyśmy w drogę powrotną z przystankami w Opatowie, by zwiedzić tamtejsze podziemia.
   
Oraz w Tokarni, gdzie przez dwie godziny z okładem błądziłyśmy pomiędzy starymi chatami w skansenie.
       
Niemal u celu zatrzymały nas okropne korki i dziwne objazdy. Próbując to wszystko ominąć, tylko straciłyśmy czas, bo okazało się, że roboty drogowe są dość szeroko zakrojone i chcąc nie chcąc musiałyśmy wrócić w korki. Patrzyłam tylko na mijające minuty… Jeden pociąg odjechał… drugi też… nastawiałam się na nocleg poza domem, ale koniec końców zdążyłam na ostatni pociąg z Sosnowca do domu.

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże

Kolejny wyjazd

Ale się ze mnie powsinoga zrobiła!
Teraz pakuję się i za godzinę biegnę na pociąg do Sosnowca. Do kumpeli jadę, żeby jutro o świcie ruszyć do Lublina na Warsztaty Tkackie. Wrócę dopiero w niedzielę.
Mam nadzieję nauczyć się tam dużo o tkaniu na krosnach z prawdziwego zdarzenia, jak się zakańcza utkany materiał, żeby się nie pruł…
No i mamy zaklepany nocleg w domku letniskowym nad jeziorem. Już czuję ten chłód ciągnący od wody… Mam nadzieję, że w domku na wyposażeniu będzie coś do dogrzewania. I tak biorę polarowy koc w razie czego.
Nic, lecę się pakować, szykować i w ogóle.
Do zobaczenia za kilka dni. No, chyba że na gniocie się wloguję i coś naskrobię na gorąco. Jeszcze zobaczę, czy będę miała na to czas i ochotę.
A przy okazji przypomnę, że wciąż są dostępne moje opowiadania na portalu Wydaje.pl.
Mój profil jest dostępny pod adresem: http://wydaje.pl/users/profile/885
Jak na razie są tylko trzy publikacje, ale serdecznie zapraszam do ich czytania i kupowania:
     

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże

Weekend poza światem…

… współczesnym. Bez prądu. W środku lasu. Z dala od cywilizacji. Z grupą znajomych.
 
Pogoda nam dopisała, choć wszelkie prognozy krzyczały, że będzie burza, że przez cały czas tylko deszcz i deszcz. A u nas było słońce. Nawet w cieniu siedząc, opaliłam sobie ramiona i nos…
Sobota przeminęła leniwie lecz szybko. Praca nad nową torbą pielgrzymią, przerywana była krótkimi wyskokami w las, by wyprowadzić psa na spacer. Wieczór i część nocy upłynęła n rozmowie i przy lucecie. Przy świetle z lamp naftowych nie potrafię szyć, a lucet nie wymaga ode mnie większej uwagi, więc plotłam sobie sznurek, rozprawiając o wszystkim i niczym z chłopakami. Pozostała część odpoczywających poległa już w okolicach 22giej.
Niedziela rozprażyła polanę tak, że podjęliśmy się wyprawy nad pobliskie (choć oddalone o jakieś 1,5 km) jezioro. Zimna woda, niemal studzienna ochłodziła nas. Mięśnie rozruszały się pływaniem.
Tuż przed podróżą powrotną jeszcze poszłam w las po jeżyny. Dla G. Bo jego z nami nie było, musiał zostać w ten weekend w pracy, niestety. Odnalazłam ścieżkę prowadzącą do ruiny starego domu, gdzie pamiętałam, iż wokół rosło mnóstwo dorodnych krzewów. Stoczyłam ciężką bitwę ze swoją arachnofobią, zostałam podrapana przez jeżyny i pogryziona przez czerwone mrówki. Jedna z jeżynowych gałęzi pochwyciła mnie mocno za włosy, gdy schylałam się po owoce. Długo męczyłam się, by wyplątać z kolców swój długi warkocz. Dobrze, że jeszcze jakiś pająk mi na kark nie zeskoczył, bo wtedy na pewno bym się tylko mocniej zaplątała. Koniec końców – z pełnym słoikiem jeżyn wróciłam do Niebieskiego Domku. Zapakowałam się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Od czasu do czasu napotykaliśmy drobny deszcz, lecz najgorszy złapał nas już w naszym mieście. Ledwo co było widać w strugach deszczu, które z trudem rozgarniały wycieraczki z przedniej szyby. Szczęśliwie jednak udało się dotrzeć do domu. Znaczy mnie na pewno. Chłopcy się nie odmeldowali jeszcze, ale myślę, że nic im nie przeszkodziło w spokojnym powrocie do domów.
Troszkę zazdroszczę tego domku…Miałam nadzieję, że Domek nad Uroczyskiem będzie własnie taką naszą enklawą ze stokrotkami na trawniku, z lilakami przy płocie i jabłkami w sadzie, i dobrymi sąsiadami za płotem i po drugiej stronie drogi… niestety, świat stwierdził, że losy poukłada inaczej.
Cóż, może kiedyś…

2 komentarze

Filed under podróże