Monthly Archives: Maj 2015

Wind of Change

28-05

Odpoczywam między egzaminami. Za chwilę będzie nowy, a potem kolejny. No i sobotni, drugi dzień Wystawy stoi pod znakiem zapytania, bo wsadzili – oczywiście – kolejny egzamin. Wszyscy mi mówili, że po czwartkowym święcie na pewno nie będzie zajęć, a tu – niespodzianka. Nic, jakoś postaram się to tak załatwić, żeby być w dwóch miejscach (prawie) na raz. Bo ani z egzaminu, ani z Wystawy zrezygnować nie chcę i nie mogę.

Zimno nadal. Zmarzłam wczoraj strasznie. W robocie, gdyby nie gorąca herbata, umarłabym z zimna. Do wieczora się rozgrzewałam, siedząc w ciepłych, grubych ciuchach i skarpetkach na nogach. Dzisiejszy dzień też nie wygląda zachęcająco, a wyjść z domu trzeba i pozałatwiać trochę ważnych spraw. Szarówka za oknem nie pomaga w pracach tak domowych, jak i działkowych. Irytuje mnie to, bo na ten przykład wczoraj po robocie chciałam sobie na spokojnie zasiąść do prac rzemieślniczych, a padłam twarzą na pysk. Zasnęłam w dzień, jak nigdy, bo chora nie jestem, a takie rzeczy zdarzają mi się tylko, kiedy podupada moje zdrowie.

29-05

Wróciła słoneczna i ciepła pogoda. Szkoda tylko, że nie mam czasu na roboty „polowe”, bo czas biegnie nieubłaganie i nie chce na nic poczekać. No ale… musiałam odbyć kolejną rozmowę kwalifikacyjną i pójść na popołudniowe zajęcia, a pomiędzy tym wszystkim zdążyłam jeszcze poskładać wysuszone pranie i zrobić wiązadełko. A miałam dziś posprzątać mieszkanie…

Cóż, z rozmowy kwalifikacyjnej wyszło to, że… bendem ochroniarkom! Praca wzięła i znalazła się sama wręcz i bardzo szybko wszystko poszło, bo jeszcze wczoraj rano nie miałam nawet nadziei na jakąkolwiek pracę, niż ta w ciuchach. Wieczorem przeszłam się do znajomej Z., żeby dotrzymać jej nieco towarzystwa, bo się pochorowała niefajnie i potrzebowała rozmowy o wszystkim i niczym, więc nie odmówiłam. Przy okazji, całkowicie przypadkiem dowiedziałam się, że w jednym z marketów potrzebują do roboty w ochronie na wczoraj wręcz. Stwierdziłam – co mi szkodzi spróbować? Podałam swój numer telefonu i zupełnie bez emocji czekałam na odzew. W końcu w takiej pracy nie mam żadnego doświadczenia, więc mogą nie chcieć kogoś takiego, kogo trzeba uczyć od podstaw. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Rano dzwonił sobie telefon, a jakże. Po pierwsze głos wyciszony do zera (była psiapsiółka dzwoniąca często o drugiej, trzeciej nad ranem z niebywale „ważną” sprawą mnie tego nauczyła), a po drugie na spacer z piesełem nie zabieram komórki, bo mimo, że staroć, to jej utrata zabolałaby bardzo. Ale jak oddzwoniłam, to się umówiłam na rozmowę. Na rozmowie zostałam przemaglowana z każdej strony i wyszłam obronną ręką, bo w poniedziałek mam jechać podpisywać umowę, a od sobotniego popołudnia zaczynam szkolenie. I znów „pole” będzie stać odłogiem… jedzenia nie będzie na zimę… ech… i tak źle, i tak niedobrze…

30-05

Dzień zaczyna się trochę nieprzyjemnie: głowa chce zacząć boleć. Już podejmuję odpowiednie kroki, żeby do tego nie dopuścić. W końcu dziś długi dzień, jutro zajęcia w terenie, na które tak bardzo czekam od długiego czasu. Nie ma przebacz – trzeba być na nogach.

Za chwilę zaczynam zajęcia. Mózg nie chce się ruszyć i trochę zacząć pracować, mimo tego, że wstałam tuż po szóstej rano. Nadal nie mogę się dobudzić. I tak jest od dłuższego czasu: zasypiam prawie od razu, jak się położę tak pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem, a budzę się nadal zmęczona o szóstej rano. I budzę się nie za sprawą budzika, na siłę. Chyba potrzebuję chwilę odpoczynku, a jak na razie na to się nie chce zapowiedzieć. Tak po prawdzie, to bym się z chęcią poturlała na działkę i tam przesiedziała cały dzień. Bo nawet jak robię tam coś fizycznie, zmęczę się, to jakoś tak mi zdecydowanie lżej jest później. Może w tygodniu, po pracy pójdę od razu coś tam podziałać, bo bliżej będę mieć na działkę, niż do domu. Się zobaczy się…

31-05

Dzisiejszy dzień zapowiadał się tragicznie. Nie mogłam się zwlec z łóżka, bo było mi strasznie niedobrze, do tego dochodził ból głowy, problemy z oddychaniem i ogólnie osłabienie. No po prostu zdychałam. Ale się zawzięłam, zebrałam w garść i poszłam na dzisiejsze zajęcia pod chmurką, bo dziś uczestniczyliśmy w charakterze personelu pomocniczego w Biegu im. Powstańców Śląskich. Masażem pomagaliśmy przed wysiłkiem, by rozgrzać mięśnie, a po nim – by nie zrobiły się tzw. zakwasy. Masowaliśmy wszystkich chętnych, a wielu z nich było ozdobionych medalami. Zabawy mieliśmy co niemiara, ale i mnóstwo pracy. Na koniec, po biegu mieliśmy pełne ręce roboty, tyle osób decydowało się oddać w nasze ręce. Skończyliśmy po godzinie piętnastej. Do domu wróciłam naprawdę wykończona, ale zadowolona. Nauczyłam się więcej, dowiedziałam się też nieco o pracy masażysty i zrozumiałam, że się na razie nadaję do masowania osób gruboskórnych.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

A tak tatsu ciężko pracuje na zajęciach praktycznych. W parze z koleżanką z klasy.

Na działce udało się wysadzić i posiać wszystkie warzywa, jakie mieliśmy w planie. Hurra! Mogę teraz zająć się Zielnikiem, a potem zaraz przeskakuję w kwiatki. Dobrze by było jeszcze Ruderkę nieco naprawić: dach położyć, który by nie przeciekał, naprawić ścianę spaloną przez Pana Żula, a załataną na odpiernik, odmalować na zewnątrz, wymienić szybę, co nam kura bażancia rozbiła i wtedy już będzie ładnie i schludnie. A na razie wygląda to tak:

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Z niewykopanych, ubiegłorocznych bulw wyrosły nowe ziemniaki na ugorze.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Przekopane grzędy, jeszcze puste, ale już nie długo.

Malutki jeszcze słonecznik.

Malutki jeszcze słonecznik.

Fasolka już też rośnie.

Fasolka już też rośnie.

I fasolka solo.

I fasolka solo.

Malutki groszek.

Malutki groszek.

I kwiat brokuła.

I kwiat brokuła.

Cukinie też już rosną.

Cukinie też już rosną.

Ogórki nie zostają w tyle.

Ogórki nie zostają w tyle.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

I jeszcze jedno poletko cukinii.

Zagonik kapuściany.

Zagonik kapuściany.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Siedmiolatka, jak zwykle, ma się dobrze.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł... znaczy liści.

Kalarepki, kiedy ślimaki nie mają do niej dostępu dostaje skrzydeł… znaczy liści.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I kalafiorek zaczyna kwitnąć.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

I już parcele obsiane i obsadzone, teraz tylko patrzeć, jak ładnie rośnie.

Grządka z selerami.

Grządka z selerami.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

Mirabelka chce dać w tym roku mnóstwo owoców.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

A dzika różyczka rośnie w oczach.

Jeszcze dziś się wybieram na szkolenie, żeby zaliczyć zamknięcie dnia. Tak bardzo już nie mam sił. Zwłaszcza, że jutro zapowiada się dość długi dzień, wypełniony po brzegi załatwianiem spraw przeróżnych.

Reklamy

6 Komentarzy

Filed under nauka, praca zawodowa, rolniczo

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 Komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

Wiosna w pełni, prace polowe ruszyły

13-05

Kijowy dzień. Taki do kitu. Najpierw ledwo się wywlekłam z łóżka, bo mięśnie się buntowały po dwóch dniach wytężonej pracy fizycznej i po nieruchomo spędzonej nocy (jak zasnęłam, tak się obudziłam – w tej samej pozycji). Przeglądając strony w zakładkach, jak co dzień zerknęłam na ogłoszenie o Domu, łudząc się wciąż nadzieją, że znów będzie dostępny i będziemy mieć drugą szansę. Niestety, stało się inaczej. Dziś ogłoszenia na stronie już nie było. Ktoś ma prezepiękne miejsce do życia… Potem poszłyśmy z Piesą zwiedzić las. No i przy powrocie żółta karteczka przypomniała mi, że dziś będą łazić kominiarze i gazownicy. Cóż pozostało? Zjadłam śniadanie i nieco ogarnęłam mieszkanie, żeby wstydu nie było przed obcymi. Nastawiłam pranie w pralce i zmywarce, żeby zapełnić czas oczekiwania na wizytę specjalistów. Mieli się pojawić między 9 a 10:30. Nie pojawili się. Niestety, nie mogłam dłużej na nich czekać, bo miałam kila spraw do załatwienia na mieście, a które chciałam załatwić jak najszybciej, żeby się przeturlać jeszcze na działkę, póki pogoda słoneczna, choć chłodna i wietrzna. Zirytowałam się nieco takim traktowaniem ludzi. Skoro umawiam się na daną godzinę, czy powiadamiam, że się pojawię w takim a nie innym przedziale godzinowym, to się stawiam, a nie robię sobie jaja. Z domu wyszłam ok. 10:45 – 10:50 i nadal nikoguśieńko nie było widać w okolicy, a kominiarze są charakterystyczni w swoim wyglądzie, więc na pewno bym nie przegapiła kogoś takiego. Gotowa byłam poczekać, zawrócić nawet, żeby mieć to już z głowy, ale nie było dla kogo się poświęcać…

Na szczęście wszystko, co miałam do załatwienia udało się załatwić i spokojnie mogę czekać, aż się pranie dokończy. A jak je rozwieszę, to się wybiorę trochę na działce popracować nad lepszym wyglądem i zapleczem kulinarnym.

14-05

Dowiedziałam się, czemu wczoraj nikogo od gazu nie było. Podobno nikt nie chciał bidokom drzwi od klatki schodowej otworzyć. Kij im w oko. Jakoś ich mi nie żal.

Na działce wczoraj nie zrobiłam nic. Mimo że słońce świeciło, było w miarę ciepło, to nie miałam sił po maratonie poniedziałkowo-wtorkowym. Oj, muszę koniecznie znaleźć coś na doenergetyzowanie się, bo to nie jest fajne tak zdychać i być bez sił po dwóch dniach wytężonej pracy… ciekawe, jak ja dałam radę ponad miesiąc zapinkalać w Hamburgu?

Planuję wciąż wyjść dziś i popracować w „polu”, bo sił mam już trochę nazbieranych i chęci też są… tylko to zimno na dworze i to, że na deszcz się zanosi… patrzę w okno, na termometr i myślę, że chyba się wybiorę na działkę jutro, bo ma być słonecznie i o wiele cieplej. A dziś posprzątam trochę w mieszkaniu i zrobię parę rzemieślniczych popierdółek. Mam kilka małych notatniczków do wykończenia i chciałabym zrobić parę krajek.

Zaczęło padać… cóż, zabieram się za sprzątanie zatem. A wieczorem za naukę i pisanie prac, bo to już powoli się robi koniec semestru i idą zaliczenia, egzaminy i inne takie…

16-05

Część planu wykonana. Warzywa posiane i podlane pieczołowicie. Dziś druga runda. Przytargaliśmy wózek-dwukółkę, więc spokojnie załaduję na nią sadzonki, by je zawieźć na działkę i posadzić w miejsca docelowe, żeby sobie już spokojnie rosły. Trzeba też pogonić kota ślimakom, bo się pojawiły tłumnie i zżerają rośliny. Znowu. W tym roku nie zamierzam im oddać niczego bez walki. Co to, to nie. To będzie prawdziwa bitwa na miarę Grunwaldu. A co? Kto mi zabroni? 😉

A tak się prezentuje skrawek działki. Resztę pokażę też, jak już będzie miała wygląd do pokazania.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

Truskawki jeszcze zielone, ale już pokazują, na co je stać.

A tu zielona parka.

A tu zielona parka.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Obsypały się kwieciem, jak jeszcze nigdy. A to ich ostatni rok. Na jesieni muszą pójść do karczowania.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Bujnie rozrośnięta cebulka siedmiolatka. Daje naprawdę przepyszny szczypior.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Jeszcze łyso na grządkach, ale zaręczam, że już każda parcela ma swojego lokatora, a że nie widać na razie? Za niedługo się to zmieni.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Dynia rośnie i za chwilę będzie kwitnąć. Już widać malutkie zawiązki kwiatów.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Wiśnia nie zawiodła i tym razem. Nawet jak część zielonych owoców spadnie przed dojrzeniem, to i tak zostanie ich mnóstwo do zebrania i przerobienia.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zakwitły znowu moje ulubione kwiatki.

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. ;)

Zawsze i niezmiennie mi się podobały i będą podobać. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. 😉

Pieseł oczywiście był ze mną, bo dlaczego miałby się nudzić sam w domu, jak może się ponudzić ze mną na działce?

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Spojrzenie spod byka, mówiące wszystko.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Skoro nikt nie chce się bawić z piesełem w patyczek, to pieseł musi się bawić sam ze sobą.

Po powrocie (a wróciliśmy dopiero ok. 19) i zjedzeniu obiadu chciałam siąść i dokończyć nowe notatniczki-wisiorki, ale skutecznie przeszkodził mi w tym  pan sąsiad, który ostatnio po spożyciu alkoholu dostaje małpiego rozumu i drze się na wszystkich nie przebierając w słowach. Jego wypowiedzi zawierają się w stwierdzeniu: ja jestem idealny, reszta to śmiecie. Jego coraz agresywniejsze zachowanie zaczyna mnie nieco niepokoić. Nawet nie „nieco”, a „bardzo”. Czy już wspominałam, że chciałabym się wyprowadzić? Jeśli nie, to piszę: chciałabym się  stąd wyprowadzić. Najlepiej na wieś, na pustkowie, żeby nie mieć codziennie do czynienia z takimi istotami. Zatem, dzięki panu sąsiadowi i jego groźbom podchodzącym już pod groźby karalne trochę mnie roztrzęsło, bo czego, jak czego, ale nie chciałabym stracić zębów, bo podbite oko jeszcze jakoś by szło znieść, a na nowe zęby nie mam funduszy, a szczerbatkiem jakoś nie chce mi się być.

Wieczór natomiast i pół nocy spędziliśmy na przyjemnej rozmowie nad dobrym piwkiem z naszą znajomą zza miedzy. Taki bardzo miły akcent na zakończenie jednego dnia, a rozpoczęcie nowego. Rzadko kiedy mam możliwość spotkać osobę, która nadaje na tych samych falach, a rozmowa płynnie przechodzi z tematu na temat, a te ostatnie nigdy się nie kończą. Podejrzewam, że gdyby nie to, że trochę zaczynał nas sen morzyć, prowadzilibyśmy to spotkanie do białego rana. A może i dłużej.

Nic to, Inka wypita, trza zrobić herbatę i zacząć kolejny dzień.

17-05

I po zajęciach…

Wczoraj nie dałam rady nic napisać, bo calutki dzień spędziłam pracując w „polu”. Piesa bardzo pomagała, zwłaszcza przy transporcie rozsad na działkę. Jest świetnym psem pociągowym. Dodatkowo reaguje na komendy, niczym konik, więc jej pomoc przy ciągnięciu wózka-dwukółki była niezastąpiona. Ona sama miała przy tym zabawę i odrobinkę się zmęczyła, że aż po dotarciu do celu i uzupełnieniu płynów, położyła się w cieniu, zamiast obiec i obwąchać całą działkę. Co prawda po pięciu minutach przytargała patyczek i niemalże wybijając mi oko zachęcała do zabawy w aportowanie. Taki z niej niezniszczalny Pieseł.

Bardzo dużo udało mi się nadrobić prac koniecznych, związanych z sadzeniem warzyw z rozsad do gruntu. Skupiłam się głównie na tunelu foliowym, w którym musiałam najpierw wykarczować perz, który się rozrósł okrutnie, rozkłączył szeroko. A kurzyło się! Aż mi kurzowe wąsy wyrosły, a w nosie miałam kopalnię odkrywkową. Pokonałam też straszną duchotę, jaka zawsze panuje w tunelu. Zwłaszcza w słoneczne dni, takie, jakim była sobota. Bardzo trudno się oddychało, a co dopiero karczowało motyką zielsko. Ale pokonałam wszelkie przeciwności losu i już pięknie zielenią się pomidorki z jednej i papryczki z drugiej strony chodnika.

Ugór też odchwaściłam. Tam było trudniej, bo ziemia mocno jeszcze zbita i trawy inne. Też – jak perz – puszczają kłącza, ale są one o wiele mocniejsze i bardzo trudne do wyrwania. Liście tych traw są twardsze i bardziej ostre. Nie raz udało mi się naciąć skórę dłoni, gdy chwyciwszy taką roślinę za lekko, przejechałam źdźbłem po skórze. Oczywiście rękawiczki mam, ale w domu. Zawsze zapominam je zabrać ze sobą na działkę. Ale udało mi się i tu przywrócić względny porządek i posadzić mnóstwo selera.

Mamy nowe drzewka i krzewy z tegorocznych nasadzeń: dziką różę, morwę, jabłonie, śliwkę, cytrynowce chińskie i morelę. Jak dorosną do wydawania owoców, będzie co jeść i z czego kompoty (i nalewki) zrobić. I konfitury. Tylko pod warunkiem, że będą dawać dużo owoców, a nie tyle, co kot napłakał.

A tak się prezentuje obecnie nasz skrawek wsi w środku miasta:

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Mała konwalijka w leśnym zakątku.

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział :P

Orliki, moje ulubione, jakby ktoś nie wiedział 😛

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

Mirabelka obsypała się gęsto owocami. Jest ich naprawdę zatrzęsienie.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

I jeszcze raz ta sama mirabelka.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

Nasz nowy lokator na działce: morwa biała.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

A tu rośnie nam krzew dzikiej róży.

Świeżo posadzone selerki.

Świeżo posadzone selerki.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Uprawa pod tunelem foliowym rozpoczęta. Za niedługo będzie tu taki busz, jak w tropikach.

Widok z kartofliska na pole.

Widok z kartofliska na pole.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

Kwiatuszki, które doprowadzają matrycę aparatu do wariacji.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

A tu taj taki trzmielik spóźniony i samotny.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Poletko truskawek. Wiem, zarośnięte. Będę odchwaszczać je za niedługo. Za to proszę zwrócić uwagę na to, jak gęsto się obsypały kwiatami. Wyglądają niczym łąka pełna stokrotek.

Nowe krzewiki pod płotem.

Nowe krzewiki pod płotem.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

Czerwona porzeczka pokazuje na co ją stać.

W naszej dzielnicy przyszedł pomór na psy. Szaleje parwowiroza, która zbiera dość spore żniwo. Nasza Piesa też się temu nie oparła. Diagnoza brzmiała, jak wyrok śmierci. Okazało się jednak, że dzięki szczepionkom Piesa ma odporność i spokojnie zwalcza wirusa. Nic nie wskazywało na to, że choruje. Od czasu do czasu zdarzało się, że była trochę spokojniejsza (co miało miejsce i wcześniej), mniej jadła, zostawiała chrupki na potem, co też nie było niczym nowym. Raz się zdarzyło, że miała nos ciepły i suchy, ale po drugim spacerze już było wszystko w porządku. Bawiła się jak zawsze, za patyczkiem biegała, zachęcała do zabawy sama, przynosząc sznurki. Burczała i sniufała, jak ma we zwyczaju. Dopiero, kiedy pojawiły się luźne kupy (wybaczcie za te wynurzenia), zostaliśmy zaalarmowani, że coś nie do końca jest w porządku. Na szczęście Piesa jest silna i dała sobie doskonale radę z chorobą i już wraca do zdrowia. Inne psy, zwłaszcza te, które nie zostały zaszczepione, nie miały tyle szczęścia.

Zatem pozwolę sobie tutaj wyjechać z apelem do właścicieli psów, a nawet kotów, czy królików, którzy mieszkają w mojej okolicy, czy też w jej okolicy się kręcą, by co najmniej uważnie obserwowali swoje zwierzaki, bo choróbsko przenieść można na butach i odzieży, jak i przez kontakt z zarażonym zwierzęciem. A najlepiej będzie, jak każdy zaszczepi swojego zwierza na parwowirozę, bo – jak widać na powyższym przykładzie – jest to najlepszy sposób na to, by pokonać wirusa.

Na zajęciach było spokojnie – jak zwykle zresztą. Nie cisną nas bardzo na samych lekcjach, bo tu chodzi głównie o przekazanie wiedzy, a nie o jej egzekwowanie przy każdej sposobności. I taka nauka mi się podoba. Bez stresu, ciśnienia, niezdrowej rywalizacji. Na egzaminach i tak wyjdzie kto ile sobie przyswoił. A egzaminy nas czekają już w najbliższej przyszłości. Cóż, trzeba zakasać rękawy i zacząć powoli przyswajać wiedzę, która w trakcie semestru jeszcze się nie przyswoiła.

22 Komentarze

Filed under nauka, pieseł, rolniczo, życie

Lepsze jutro było wczoraj?

08-05

Chwila odpoczynku pomiędzy sprzątaniem, a sprzątaniem. Nic nie robiłam przez długi czas w tym zakresie, to trzeba odrobinkę nadrobić. Jeszcze kark mam sztywny, jeszcze obracanie głową boli przy gwałtowniejszych ruchach, jeszcze zakres ruchu nie jest taki, jaki być powinien, ale już mogę pracować w domu.

Cały tydzień spędziłam w łóżku, niestety. Ale się nie leniłam. Znalazłszy dogodną pozycję dla ciała i laptopa plotłam sznurki na lucecie, oglądając NCIS na iitv.info. Jednakowoż cała reszta leżała i kwiczała i wylewała się z koszy, zlewów i innych pojemników. Cóż, kiedy nie dało rady się swobodnie obrócić, pochylić, sięgnąć po coś, podnieść coś z podłogi? Zrobiłam sobie niespodziewane wakacje.

Z miłą chęcią podzieliłabym się wrażeniami z Jarmarku Cysterskiego w Jemielnicy, ale aparat się schował w czeluście garażowe i na razie nie jestem w stanie go wyciągnąć. Jak tylko dostanę go w łapy, będę pisać wspomnienia na najemnym blogu i po obróbce wrzucę zdjęcia do najemnego albumu. Oczywiście nie omieszkam podrzucić linków do obu miejsc w Internecie 😉

Ufff… posprzątane. Jeszcze w międzyczasie zdążyłam CV zanieść na złom, bo szukają kogoś do ogarnięcia kasy i internetowych portali nie tylko aukcyjnych. Zapewne będzie to kolejny niewypał, ale… zobaczymy, co z tego wyniknie.

Na iitv.info już nie ma po co wchodzić. Dziś zamknęli ten portal z serialami. Bo niby prali pieniądze. Mam nieco inną teorię na ten temat, ale nie będę jej upubliczniać. Można o tym poczytać m. in. w Wyborczej. Tylko gdzie teraz będę mogła sobie oglądać spokojnie seriale podczas prac rzemieślniczych? No bo sznurki najlepiej się plecie, kiedy można zająć czymś wzrok i myśli, bo inaczej można po prostu zasnąć. Ech… nic już nie można. Żadnej rozrywki. Niedługo i Internet nie będzie mi do niczego potrzebny, bo nic w nim ciekawego nie będzie. Z tego powodu zrezygnowaliśmy właśnie z telewizji. Nic to, przynajmniej jakieś oszczędności będą…

09-05

Po wczorajszej wycieczce z CVkiem mam wielkie bąble na palcach u stóp i samych stopach. Dobrze, że na zajęciach z masażu mogłam sobie pochodzić na bosaka lub w klapkach, bo inaczej nie byłabym zadowolona. No i na pewno ciężko byłoby mi się skupić. Na ćwiczeniach. A jest co ćwiczyć, bo na koniec maja mamy już zapowiedziane zajęcia w plenerze, gdzie będziemy pomagać biegaczom zmęczonym biegiem swoimi umiejętnościami. Już się nie mogę doczekać. Serio, serio. Do tej pory nie dostałam od nikogo informacji, że wykonuję swoją pracę źle. Niekiedy zdarzyło mi się trochę za mocno przycisnąć, nadusić, ale po pierwszym syknięciu od razu zmieniałam siłę wykonywanego chwytu. Jeszcze jutro cały dzień w ławce mnie czeka. Nie wiem, jak wytrzymam, bo dziś trochę trudno było wysiedzieć w ławce i skupić się na robieniu notatek. Sztywność karku i „nęcenie” w mięśniach i stawach jest co najmniej irytujące…

10-05

Jakoś przeżyłam zajęcia. Dzięki siedzeniu i słuchaniu, co wykładowcy (bo mieliśmy zajęcia łączone) mają nam do powiedzenia, wieczorem czułam już skutki tego typu aktywności: kark znów zesztywniał, ramiona (tym razem oba) zaczęły znów boleć. Maści już nie działają. Będę musiała uskładać na serię masaży z akupresurą, bo inaczej się wykończę. A nie mogę sobie pozwolić na dalsze siedzenie w domu. Działka sama się nie obrobi, niestety. A i zarobić trochę grosza trzeba przy przerzucaniu worów z ubraniami, więc… w górę serca i do pracy, drodzy rodacy.

Wieczorem spełniłam… spełniliśmy swoje obowiązki obywatelskie i przeszliśmy się zagłosować na nadzieję na lepsze jutro w postaci nowego Prezydenta RP. Na temat wyboru kandydata zmilczę, bo nie chcę robić ze swojego bloga agitacji politycznej. Zobaczymy jutro, kto wygra, czy będzie druga tura, czy sukces jednego z kandydatów będzie miażdżący. Idę spać z nadzieją na lepsze…

2 Komentarze

Filed under nauka, prace ręczne, życie

Niczym majowy deszcz

30-04

Nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo na to czasu. Teraz też siedzę przy kompie, żeby wypić herbatę, a za chwilę już uciekam do przygotowań przedwyjazdowych. Czeka na mnie pierwszy (i zapewne ostatni) turniej rycerski w tym roku. Mam nadzieję się dobrze bawić i odpocząć na nim, żeby się doładować pozytywną energią na najbliższy czas.

A co do moich nieszczęść… tak mi przyszło do głowy (po przeczytaniu wpisu na blogu Kamphory z Podlasia), że może właśnie coś lub ktoś zaoszczędził nam tego samego rozczarowania z jakim spotkała się ona? Wszak dookoła Domu są pola. Nie odłogi, nie ugory, nie łąki, a pola, które ktoś uprawia. A żeby mieć dobre plony, będzie stosował opryski. I to tuż za miedzą!

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

Widok z okna na piętrze: po prawej przeorane pole, przed domem parcela chwilowo robiąca za łąkę. Po lewej (czego nie widać) kolejne pola czekające na siew.

I wtedy nasza sielska, czysta okolica mogła by się nagle stać komorą gazową. A wtedy co? Szukać nowego miejsca? Znów się przeprowadzać? Ponosić kolejne koszta?

Dobrze, że jeszcze nie weszliśmy w to finansowo, że nie wzięliśmy kredytu, nie zapożyczyliśmy się na poczet nowego miejsca zamieszkania, nie sprzedaliśmy naszego mieszkania, by pokryć wstępne zobowiązania… Ech, głupi, to ma chyba zawsze szczęście.

Nic, uciekam, bo krajka czeka na dokończenie, sznurki też się same nie uplotą ani rzeczy nie przygotują na wyjazd…

04-05

Turniej się udał. Przywieźliśmy (tu piszę, jako Najemna) ze sobą nagrodę za trzecie miejsce w turnieju łuczniczym, choć zupełnie się tego nie spodziewaliśmy ani nie liczyliśmy na takie wyróżnienie. A jednak – udało się! Gratulacje dla P.! Bo to on zajął owo miejsce na podium. Ja nie startowałam w żadnym turnieju. Miałam za zadanie siedzieć przy krośnie i ludzi dziwować. No i siedziałam i dziwowałam, dopóki nie zaczął padać rzęsisty deszcz, który zmusił nas do schowania wszystkich dziwów do namiotu. Za to na drugi dzień – ani kropli deszczu. I ani jednego ludzia, bo Jarmark trwa tylko 1 maja. Obiecuję, ze szerszą relację zamieszczę. Wraz ze zdjęciami. Jak tylko aparat wróci z banicji do domu, a ja się trochę doprowadzę do porządku.

Z turnieju za to przywlokłam sobie jakieś coś w mięśniach, co nie pozwala obrócić swobodnie głową ani podnieść prawej ręki. Nie jest już tak, jak na początku w sobotę, ale nadal nie jestem na tle mobilna, żeby wszystko poturniejowo ogarnąć. W robocie tez mnie nie uświadczą, niestety…

Nic, odklejam się od kompa, bo siedzenie mi trochę nie służy…

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, podróże, prace ręczne, turnieje, życie