Category Archives: recenzje

Żyję egzaminami i nauką… i wsią…

20-05

Zarobiona jestem po same ślepia… zwłaszcza, że egzaminy mam dwa już w ten weekend. A na razie jestem zielona, jak trawka. Pamiętam tylko to, co było na zajęciach i co mam w notatkach, a muszę jeszcze sięgnąć głębiej w podaną „literaturę”. Strasznie się obawiam, że nie podołam temu i zawalę po całości…

W poniedziałek ostatni raz widzieli mnie na działce. Udało mi się wykarczować jeden rząd drugiego warzywnika z perzu. Czemu tak mało? Ano, bo polazłam po południu, po robocie i perzu jest w ziemi od zakitrania. Kłącze na kłączu, kłączem poganiane. Miałam nadzieję, że w tym roku będzie tego tałatajstwa mniej, ale gdzie tam! Mnoży się to to wykładniczo chyba, a na pewno na potęgę. I to nie Posępnego Czerpu… if you know what I mean 😉 Zaraz po karczowaniu posiałam skorzonerę, cukinię i pasternak. Ten ostatni staje się powoli moim ulubionym warzywem. Bardzo pasuje mi jego smak, aż się zastanawiam, co ja jadłam, kiedy pasternaka nie znałam?

Wtorek spędziłam w połowie w pracy i w połowie nad notatkami i materiałami, i książkami. Kiedy się jest zmęczonym, wiedza nie chce włazić do łba tak szybko, jakby się tego chciało. A potrzebuję, żeby szybko tam właziła i się mocno zagnieździła, bo zależy mi na dobrych, a nawet bardzo dobrych ocenach. Trzeba w końcu stanąć na wysokości zadania i skoro uważają mnie za kujona, to trzeba tę opinię utrzymać, czyż nie? 😉 A tak po prawdzie, to chcę, by to wszystko, czego się uczę trzymało się w mojej głowie od początku nauki po kres moich dni. Po prostu zależy mi na jak najlepszym przygotowaniu się do tego zawodu. Bo to takie moje małe marzenie móc pomagać ludziom i mieć wiedzę oraz umiejętności, by pomoc nie zaszkodziła.

Dzisiejszy dzień w robocie miał być (wg grafiku) spokojny, lekki i krótki. Niestety, zmieniono plan w ostatniej chwili i wylądowałam znów przy ciężkiej, fizycznej pracy na siedem godzin. Na zarobek nie narzekam, bo jest najwyższy, na jaki mogę liczyć w obecnej sytuacji, a że robota ciężka, to już insza inszość. No i udało mi się trafić okazję: kieckę do Belly Dance w idealnym stanie (zdeczko za długa, ale nie przeszkadza to w ogóle w ruchach, już próbowałam) i angielsko języczną wersję Wolnych Ciutludzi!

A w domu? Ot, zrobiłam o wiele mniej, niż miałam w planach. Na szczęście udało mi się jeszcze napisać jedną pracę zaliczeniową. Nad drugą posiedzę jutro. Chyba nikt nie będzie mnie gdziekolwiek wyciągał? Pogoda jest typowo barowa, więc nie mam wyrzutów sumienia, że mnie na działce nie widać, że nie robię dalej tego, co powinno być już dawno zrobione, a przez zimno stało sobie i czekało na lepsze czasy. Plony będą spóźnione, ale będą. A skoro dorobiliśmy się zamrażalki, to teraz nie muszę się przejmować, gdzie ja to wszystko powciskam. A tak papużki reagują na porcję zieleniny, którą im z działki przytacham:

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Część stadka podczas posiłku. Mniszka podano!

Ech, najwyższy czas iść spać.

22-05

Zapomniałam napisać, że we wtorek kochany, naprawdę kochany Pan Kurier wtargał mi na samą górę, do mieszkania pakę ze środkami czystości, jaką zamówiłam sobie w firmie Clovin. Będę testować, czy opinie, jakie czytałam o tych proszkach, mydłach i płynach nie są przesadzone. Bo jeśli nie są, to mam nieograniczony dostęp do tanich, a dobrych środków. Na przykład takie piętnasto-kilogramowe opakowanie proszku do prania kosztowało mnie ledwo 35 zł, a pięć litrów mydła w płynie – zaledwie 10 zł.

Mydło ma bardzo przyjemny, niezbyt intensywny zapach, co mi odpowiada, bo nie lubię przeperfumowanych. Dłonie nie są tak wysuszone po nim, jak po mydle w kostce. Co prawda nie można z niego narobić mnóstwa piany, ale jest bardzo wydajne, mimo, że konsystencja nie jest gęsta, jak w przypadku mydeł dostępnych w sklepach. Co do reszty produktów (a nakupiłam ich trochę, bo chodziło mi o darmową przesyłkę, którą kupujący otrzymuje po przekroczeniu 65 zł w zamówieniu) będę pisać, kiedy już je wypróbuję.

G. kupił w prezencie przeszkadzajkę. Dla mnie. Wiedźmina kupił. Tego z Dzikim Gonem. Nie dość, że Skyrim mnie ciągnie, że ciągną świeżo zakupione książki, o których wspomniałam wcześniej, to jeszcze Wiedźmin. Wczoraj po nauce siadłam na jakąś godzinkę, żeby zobaczyć, czy w ogóle się da w to grać. Wcześniej G. doglądał instalacji, bo ja chciałam zrobić wszystko, co zaplanowałam przy nauce, bez odrywania się i tracenia koncentracji. Dostałam na zachętę płytę z muzyką do posłuchania i robiłam swoje. A potem, w nagrodę, mogłam przejść kawałek świata. Jak na razie, to wygląda to, bardziej dla mnie, jak Gothic niż Skyrim – jeśli chodzi o rodzaj gry. W Skyrimie mogę sobie robić, co chcę, błądzić po wszelkich lokacjach, odnajdywać ukryte skarby i jaskinie, za to w Wiedźminie na razie idę, jak po sznurku. Dokładnie tak samo grało mi się w Gothica. I nie, jest to dla mnie gorsze lub lepsze. Stwierdzam tylko fakt, że na razie Wiedźmin z otwartym światem ma mało wspólnego, jeśli przyrównać go do Skyrima. W sumie wiele nie pograłam, bo co to jest godzina spędzona w nierealnym świecie? Ledwo się samouczek skończyło i rozpoczęło pierwszą misję główną. Będę wrzucać swoje odczucia co do Wiedźmina, jak sobie na niego pozwolę po wykonaniu zaplanowanych zadań.

Dostałam też potwierdzenie zgłoszenia na 18. Wystawę Twórców Ludowych i Rzemiosła Artystycznego Pogranicza Polsko – Czeskiego. Byłam na ubiegłorocznej edycji na tzw. doczepkę z (wtedy jeszcze) Made by Hands (obecnie Łaszki) i bardzo mi się tam spodobało. Dlatego w tym roku jadę jako ja. Będę pokazywać przędzenie, tkanie i występować w średniowiecznym stroju. O, tak sobie wymyśliłam. Relację z długiego weekendu rzemieślniczego na Wystawie zapewne zamieszczę na blogu rzemieślniczym. Tak będzie bardziej tematycznie.

Jeszcze spotkałam się z Różową Mamcią Miesiąca na poczcie. Naprawdę, niektórym ludziom powinni zakazać rozmnażania się i zakaz ten poprzeć permanentną sterylizacją, żeby nie pogłębiać bezmózgowia i pustactwa w społeczeństwie. Otóż RMM rozmawia sobie z jakimś „menem”. Wewnątrz urzędu pocztowego. Nie załatwiała żadnych spraw. Stoi i gada. Młodsze dziecko grzecznie śpi w wózeczku (za co mu chwała i cześć niechaj będzie), a starsze, płci żeńskiej pozostawione samopas grzecznie przyssało się do maszynki robiącej… nie, nie „ping”, a karteczki z numerkami. Nabrało tego śmiecia już w dwie piąstki, automat informujący o kolejnych wolnych numerach, jakie mogą udać się do danego okienka już zachrypł od ilości powiadomień następujących jedno po drugim, ale RMM ani myśli cokolwiek z tym zrobić. Ona ROZMAWIA. Grzecznie więc zwróciłam małej uwagę, że ta maszynka, to nie zabawka i nie powinna się nią bawić, a raczej w łapki wziąć swoją lalę, a nie stertę papierków z nadrukiem. Na co RMM się poczuła do roli kwoki i naskoczyła na mnie ze słowami: „Czy masz jakiś problem?”. No pacz, znamy się? Oj, moja słaba pamięć! Na co z progu odparłam: „Tak, z panią”. RMM coś tam jeszcze pomarudziła, ale nie mam pojęcia, co bo przez zamknięte drzwi nie było słychać, a z ruchu ubabranych różową szmineczką ust nie chciało mi się czytać. Co ciekawe, RMM i jej „men” oraz parka pomniejszych kopii ewakuowali się z urzędu pocztowego zaraz po tym zajściu. Być może do mojej reakcji dołączyły się panie z okienek, którym już głowy puchły od komunikatów „Numer sto dwadzieścia trzy, okienko de”, „Numer sto dwadzieścia cztery, okienko a” i tak w koło Macieju… Naprawdę, ludzie mają problemy z ogarnięciem rzeczywistości. I to tej najbliższej…

A co poza tym? Ano siedzę i się uczę. Wiedza trochę opornie idzie do głowy, ale mam nadzieję, że uda mi się zdać oba egzaminy na jak najwyższą ocenę. Boję się, że nie podołam, że dostanę takie pytania, o których nie będę mogła się w ogóle wypowiedzieć… najgorszy będzie dla mnie zawód. Bo zawiodę samą siebie, bliskich, znajomych i samych wykładowców. Nic to, czas porzucić komputer i zająć się przyswajaniem wiedzy…

24-05

Egzaminy zaliczone na 5 i 4. Czekam na wieści, czy dorzucą nam następne na koniec tego semestru. Zobaczymy. Na razie mam trochę wolnego od intensywnej nauki.

Wczoraj (w sobotę) pojechaliśmy popatrzeć na kolejny domek, w którym moglibyśmy się osiedlić. Niestety, pierwszy zgrzyt to to, że tuż przy nim biegnie dość ruchliwa, główna droga. Drugi zgrzyt – miniaturowe podwórko (choć ziemi 24 ary). Trzeci – wścibskie i chamskie sąsiedztwo. Co na plus? Ano, wyremontowany dom wewnątrz, od razu można się wprowadzić i mieszkać, a potem zrobić dachówki. Jest prąd, woda, łącze telefoniczne, kanalizacja. Na posesji stoi wielgachna stodoła, zajmująca całą szerokość wąskiej parceli, przez którą można przejść na drugą stronę, gdzie jest reszta gruntów. Sama trawa i trawa, a przy drugiej drodze, na samym końcu parę jabłonek. Przy zwiedzaniu strychu dostałam solidnie belką stropową w łeb… myślałam, ze schyliłam się wystarczająco nisko. Niestety… aż zadzwoniły zęby, a w oczach pojawiły mi się świeczki. Teraz mogę grać żeńską wersję Harry’ego Pottera. Gdybyśmy się na niego zdecydowali, mielibyśmy do zrobienia dach, bo dachówki się sypią, jak płatki wiśni w czasie jej święta i izolację murów i fundamentów od gruntu, bo strasznie mokro w piwniczce, a i mury wyglądają na lekko podsiąknięte. Aleśmy się nie zdecydowali. Nie po to chcę się wynieść na wieś, by mieć więcej ruchu kołowego (włącznie z lawetami, ciężarówkami, autobusami i stadem samochodów) tuż pod oknami niż mam obecnie, mieszkając w mieście. A gdybym chciała podglądać sąsiadów i być przez nich podglądaną, to bym szukała domku na osiedlu domów jednorodzinnych. Mnie się marzy spokój i odludzie, a nie środek wsi. A domek wygląda mniej więcej tak:

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka...

Jeden z pokoi. Atrakcją jest coś w stylu kominka…

Część kuchni

Część kuchni

Ogrooomna łazienka

Ogrooomna łazienka

Sypialnia

Sypialnia

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Podwórko. Zdjęcie robiłam przyklejona do ściany domu.

Komórka na coś tam :P

Komórka na coś tam 😛

Wnętrze stodoły

Wnętrze stodoły

Widok na "włości" od strony stodoły.

Widok na „włości” od strony stodoły.

Widok od strony końca parceli.

Widok od strony końca parceli.

Jedna z kilku jabłonek.

Jedna z kilku jabłonek.

4 komentarze

Filed under nauka, recenzje, rolniczo, życie

Trzy kruki

Wiele w tym tygodniu się ciekawych rzeczy nie działo. Ot, burze przeszły i poszły, na działce wszystko rośnie, włącznie ze szkodnikami i chwastami, a w spiżarce półki zapełniają się kolejnymi konfiturami, Motek zarasta, papużki ćwierkają, Hera dorasta. Ot, zwykłe życie.

W sobotę zostaliśmy zaproszeni na film do kina. Na „Strażników galaktyki”. Gdyby osoby zatrudnione do dubbingu postarały się o parę lekcji dykcji i poprawnej wymowy, a część z nich odbyłoby co najmniej roczny staż z logopedą, można by było się pośmiać z tekstów. A tak… cóż, efekt się wziął i rozpłynął. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że chciałam przesunąć myszkę i zobaczyć pasek stanu, by przekonać się ile jeszcze zostało czasu do końca. Nie jestem fanką tworów Marvella, ale jestem w stanie docenić dobry film, nawet taki, który nie idzie w parze z moimi zainteresowaniami. A ten taki nie był. Właśnie przez ten dubbing… szkoda… Przed seansem jeszcze zaglądnęliśmy do Restauracji „Panda”, gdzie za niewielkie pieniądze można ucztować w chińsko-japońskim stylu. Proponowana tam opcja „bufet” daje możliwość skosztowania każdej, wyłożonej na ladach potrawy: na gorąco i na zimno. I bardzo ciężko się zdecydować, czego sobie na talerz nałożyć, bo wszystko jest nieziemsko pyszne.

A co mają z tym wspólnego tytułowe trzy kruki? Otóż, w lesie pojawiły się zagadkowe, czarne ptaszyska, które podfruwają z pnia na pień (nie z gałęzi na gałąź). W całkowitej ciszy. No, prawie całkowitej, bo słychać tylko skrobanie pazurów po korze. Ptaki są całkowicie czarne, maja proste, długie dzioby i trzymają się z dala od ludzi. Nie widzę ich codziennie, a ich pojawienie się jest zaskakujące i nie związane z jakimkolwiek przykrym zdarzeniem. Nie są więc żadnym omenem, jakby się chciało pomyśleć. Ot, lata takie czarne, skrobie pazurami i ludzi zadziwia.

Wybaczcie krótką i nieco zdawkową notkę… przez cały tydzień i nadal ledwo się ruszam. Spać mi się chce, sił na wszystko brakuje, choć chęci są. Całe dnie z chęcią bym przeleżała i przespała. Chyba czas na przetwory z buraczków…

2 komentarze

Filed under króliki, kuchennie, papużki, paranormal, pieseł, recenzje, rolniczo, życie

Odrzańskie Ogrody

Wczoraj nadjeszła wielkopomna chwila i otworzyli z wielką pompą galerię handlową. Jako że do niej mamy z działki przez rzekę i drogę, tośmy się tam wybrali. Szczególnie zaciekawiła mnie nazwa sieciówki/stoiska – „Stradivalius”. Myślałam, że to może jakiś sklep muzyczny i będę miała gdzie kupować struny i pastę do gęśli i kanteli.

Ludzie wewnątrz było multum – normalne, spodziewałam się nawet jeszcze większych tłumów, ale chyba pierwszy szał minął rano i do popołudnia trochę się rozluźniło. Na honorowym miejscu posadzili jakieś dziunie z cielenoweli polskich. Wybaczcie, ale jakoś nie bardzo chciało mi się zapamiętywać ich nazwisk, bo dla mnie żadnymi znanymi i lubianymi osobistościami nie są. Dzieci podchodziły, dostawały autografy, wyświetlało się to wszystko na wielgachnym telebimie… No, jakąś atrakcję musieli wymyślić.

Obeszliśmy całą galerię dookoła. I wiecie co? To jest market odzieżowo-obuwniczy, a nie galeria handlowa. Wszystkie niemal stoiska to jakieś Niujorkery, Rezervdy, Ceendejki, Dajszmany itp. sklepiszcza, w których ceny są wykopane w kosmos, co przeczy jakości magazynowanych tam rzeczy (to moje prywatne zdanie, możecie się z tym nie zgadzać). No i wszędzie wszystko zrobione na jedno kopyto. Ubrania i buty różnią się tylko i wyłącznie nazwami na metkach.

Oprócz powyższego w galerii zaszportało się kilka innych w charakterze stoisk: cukiernia w pasażu, księgarnia Matras, mini salonik prasowy, kino Helios i chiński market. No i jeszcze została nieśmierdząca jeszcze (bo nowa) Biedronka i Media Center, gdzie ceny promocyjne były wyższe niż w innych sklepach na terenie miasta. Boję się, jakie tam będą ceny, kiedy promocje się skończą. A co ze Stradivaliusem? To kolejna odzieżówka z równie wykopanymi w kosmos cenami, jak cała reszta… no i jeszcze jest maciupeńki kantor wymiany walut wciśnięty w ścianę pomiędzy sklepiszczami. Na piętrze panom majstrom popitoliła się góra z dołem i jedna ściana została pokryta tapetą do góry nogami. Gratuluję.

Podsumowując: według mnie równie dobrze mogło by tego hangaru nie być. Wszystkie sklepy, które są na terenie galerii mają swoje placówki na terenie miasta. Jedyne, co mi się podobało, to wzór na ścianie na parterze – podciągnięty pod ludowe wycinanki. I to jedyny pozytywny aspekt tej galerii.

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Roman Barbarzyńca – recenzja

Wczoraj wybraliśmy się do kina na film pt. „Roman Barbarzyńca” (oryg. „Ronal the Barbarian”). Jest to animacja komputerowa, opowiadająca o losach barbarzyńskiego plemienia, które według legend powstało z krwi bohatera Crone’a. Mimo, iż owi Barbarzyńcy są niepokonani i podbili każde plemię w okolicy, to jednak znalazł się ktoś, kto zdołał ich pokonać, wykorzystując fatalny zbieg okoliczności. Wielki i niepokonany książę Zamordor wyłapał wszystkich Barbarzyńców… a nie, chwileczkę… pozostawił jednego: Romana, który na Barbarzyńcę zupełnie nie wyglądał. Na barkach owego chuderlaka spoczęła odpowiedzialność za uwolnienie pobratymców. Do pomocy zyskał barda Wrzaskiera, wojowniczkę Ksenię i przewodnika Lamerasa.

Niby historia płaska i bez polotu, bo wszak większość RPGów na tym schemacie działa, więc co takiego ciekawego w filmie, który nawet grafiką nie grzeszy? Otóż sednem tej produkcji jest żartobliwe podejście do znanych i lubianych filmów tj.: Władcy Pierścieni, Star Wars, Holly Grail Monty Pythona, czy nawet polskiej Seksmisji. O innych, mniej znanych produkcjach nie wspomnę, sami je znajdziecie wśród niedomówień i gagów. Żarty sytuacyjne i słowne sypia się na potęgę. Często posiadają one podteksty mocno seksualne, ale nie wulgarne i niesmaczne. Autorzy tej animacji wyśmiewają się z każdego, kogo tylko wezmą pod lupę: dostało się Elfom, wojownikom, Barbarzyńcom, Amazonkom i bardom wszelkiej maści. Na nikim nie zostawili suchej nitki. Ten istny tygiel żartów nie pozwala ani na chwilę nudy podczas trwania seansu, a łzy same ciekną po policzkach ze śmiechu. To też wielka zasługa dubbingu na wysokim poziomie i świetnie przetłumaczonych i „spolszczonych” tekstów. Człowiek nawet się nie obejrzy, a już zapalają się światła na sali, a na ekranie pojawiają się napisy końcowe. W głowie rodzi się wtedy pytanie: „To na pewno było 90 minut filmu?”.

Polecam film wszystkim, którzy kochają skandynawski i angielski humor – znajdą w nim całą esencję takich żartów.

Nie polecam dzieciom, choć film jest dostępny dla osób od 15 roku życia i jest animacją. Jest tam wiele podtekstów seksualnych, które niekoniecznie muszą oglądać małoletni. I niekoniecznie je zrozumieją.

Poniżej daję próbkę zawartą w zwiastunach i – wierzcie mi – jest to wierzchołek góry lodowej w porównaniu z tym, co dzieje się w całym filmie.

Zwiastun na Onet.pl

2 komentarze

Filed under recenzje

Pan Lodowego Ogrodu – recenzja

„Pan Lodowego Ogrodu” autorstwa Jarosława Grzędowicza został mi wypożyczony przez znajomego z życzeniem, by po tej lekturze wróciły mi pomysły. Na moje ręce trafiły trzy tomy owego cyklu. Z zaciekawieniem i odrobiną obawy rozpoczęłam czytanie i… wpadłam, jak śliwka w kompot.

Co prawda temat cyklu może jest niezbyt nowatorski, gdyż główny bohater trafia z misją ratunkową na planetę zamieszkaną przez humanoidalne istoty, gdzie nie działa żadna elektronika, a cywilizacja jest na poziomie wczesnego średniowiecza i dalej ani drgnie. Zadaniem naszego Vuko jest odnalezienie i odesłanie na Ziemię naukowców, z którymi baza straciła kontakt. Niby rzecz prosta i łatwa, ale kiedy nasz bohater trafia na wyznaczone miejsce, do chaty, w której rzeczeni naukowcy mieszkali i działali, okazuje się, że rzeczy przybrały zły obrót. Naukowców nie ma nigdzie, wokół stacji badawczej walają się ludzkie kości, a na dodatek Vuko zostaje zaatakowany przez dziwnego i piekielnie szybkiego stwora, który nie ma zamiaru szybko umrzeć.

Bohater robi porządki w stacji, zabiera najpotrzebniejsze rzeczy, po czym podkłada ogień, by żaden zabłąkany wędrowiec nie natknął się na ślady innej cywilizacji, po czym rusza w mało znany sobie świat w poszukiwaniu innych Ziemian. Po drodze dowiaduje się, że trafił akurat w sam środek Wojny Bogów, gdzie nic nie jest pewne i wszytko może cię zabić. Gdzie mgła przybiera realne kształty, a magia jest niemal naturalną umiejętnością. Podczas poszukiwań Vuko odnajduje przyjaciół i wrogów, zmaga się z żelazem mieczy i ezoteryką magii, przeciwnościami przyrody i pogody oraz losu, wpada w pułapki teoretycznie bez wyjścia, ryzykuje życie i zdrowie, by wykonać misję – uratować naukowców z opuszczonej bazy badawczej. Towarzyszą mu koń, kruk i zgraja wiernych przyjaciół po mieczu, którzy niczym ziemscy Wikingowie pokonują na swych statkach morskie i rzeczne przestrzenie.

W książkach tych (bo wciąż piszę o wszystkich trzech tomach) znajdziecie mnóstwo akcji, gagów i żartów, które zrozumie każdy, kto przegląda Internet. Nawet najbardziej zawiłe sprawy są opisane prostym, łatwym do zrozumienia językiem. Nigdy nie ma czasu na nudę, nawet wtedy, kiedy sam bohater umiera z nudów i patrzy w niebo gryząc słomkę, coś się dzieje. Bądź za chwilę zacznie się dziać.

Nikt, kto lubi takie średniowieczno-kosmiczne klimaty nie będzie rozczarowany „Panem Lodowego Ogrodu”. Każdy tom kończy się w taki sposób, że czytelnik musi, po prostu musi sięgnąć po tom kolejny, by zaspokoić swoją ciekawość, rozbuchaną przez niesamowity pisarski talent Jarosława Grzędowicza.

Z Hitalijskim pozdrowieniem… Keshe 😉

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Czytadła – „Pieśń łuków – Azincourt”

Przeszłam, przebrnęłam, zakończyłam i odłożyłam z pewnym niesmakiem książkę Bernarda Cornwella pt. „Pieśń łuków- Azincourt”.
Kolejna publikacja (wcześniej z takim samym niesmakiem odłożyłam „Krzyżacką zawieruchę” Jacka Komudy), która utwierdza mnie w przekonaniu, że niektórzy naprawdę nie powinni pisać książek historycznych, bo wychodzi z tego jakiś dziwny zlepek historii i fantasy, choć nie jest to opisywanie świata równoległego, a opowieść oparta na solidnych wydarzeniach z naszej przeszłości.
Autor próbował, starał się przybliżyć czytelnikowi świat średniowiecza, ale pogubił się w szczegółach, które spokojnie można było pominąć i nikt by nie miał mu tego za złe, a tak tych szczegółów się czepiam. Co jednak zyskało u mnie uznanie? To, że nie wysilał się autor, by język konwersacji bohaterów stylizować na pseudo dawny, co niekiedy jest rażąco sztuczne i trudne do zrozumienia bez odsyłaczy i słowniczka na końcu książki. I to chyba jedyny plus.
Już pierwsze strony wprowadziły pewien niesmak, gdzie szanowny autor wypisuje bzdury dotyczące naciągania ciężkiego łuku angielskiego. Jakoby bez trudu można było taki naciągnąć, chwytając osadę strzały między kciuk i dwa palce: wskazujący i serdeczny. Owszem, łuk da się naciągnąć w ten sposób, ale najdalej o dwudziestokilogramowym naciągu, a bojowe łuki miały taki naciąg sięgający 70 kilogramów. Tego się po prostu nie da wykonać, bo strzała razem z cięciwą bez trudu się wysmyknie z takiego chwytu. I można zapomnieć o mierzeniu, celności, w ogóle porządnym używaniu takowej broni.
Doczepić się też muszę do sposobu konserwacji konopnej cięciwy za pomocą… kleju kostnego, żeby owa nie nałapała wilgoci. A potem, przy używaniu mamy ostre drobinki tego kleju w palcach… gratuluję pomysłu. Zrozumiałabym wosk, tłuszcz zwierzęcy, ale nie klej, na bogów!
Elementy uzbrojenia były dla mnie zastanawiające. Na przykład taka koszulka pancerna. Co to może być? T-shirt dla kibola? Naprawdę, nie wiem, czy  autor wiedział o czym pisze, czy pisał, o czym wie?
Jeszcze przeboleję opończę,  którą zbrojni zakładali na wierzch, a zdobiona była herbem, więc mogłam się domyślić, że chodzi o wapenrock. Ale przyłbicy, która ma być wg autora zasłoną, już mi nie przejdzie. Przyłbica, to z czeskiego (jeśli dobrze pamiętam) po prostu hełm. A to, co się opuszcza na czas walki, to po prostu zasłona. I kropka.
Gratuluję też pomysłu, żeby ze zbrojnych zrobić ślepe pierdoły, które nie widzą, gdzie lezą, bo zasłony mają dziurki, niczym hełmy gladiatorów. To ja się teraz w ogóle nie dziwię, dlaczego ponieśli klęskę pod Azincourt. No bo jak nic nie widzieli w tych swoich hełmach…?
Chcąc przybliżyć czasy średniowiecza autor nie skąpił przesyconych krwią, ekstrementami i mózgiem opisów bitew, mordowania i gwałcenia podczas zdobywania miast i fortec. Z początku powodowało u mnie to gęsią skórkę, ale potem, kiedy z każdej strony kapała krew pomieszana z mózgiem, resztkami pokruszonych w taki czy inny sposób kości, pod nogami walały się wnętrzności wypatroszonego wroga, zaczęło mnie to nudzić. No bo ileż można razy opisywać tak drastyczne sceny i nie zamęczyć tym czytelnika na śmierć? No nie da się.
Jeśli zatem ktoś nie ma co robić z wolnym czasem, dysponuje pieniędzmi lub ma dobrze zaopatrzoną miejską bibliotekę, może sobie to to wypożyczyć/kupić i poczytać. Moim zdaniem jest to książka dla ludzi, którzy lubują się w opisach niesienia śmierci na tysiąc możliwych i niemożliwych sposobów. A historia o bitwie pod Azincourt? No jest. Epizodem pomiędzy mordowaniem, gwałceniem i lataniem w krzaki ze sraczką.
Zatem polecam ją tylko czytelnikom o mocnych nerwach i silnym żołądku oraz niewielkiej wiedzy dotyczącej uzbrojenia i broni w wiekach średnich. I antyklerykałom. Bo Kościół i jego przedstawiciele są tam przedstawieni w bardzo niekorzystnym świetle.
 

Dodaj komentarz

Filed under recenzje

Czytadła – cykl „Zwiadowcy”

Oprócz tego, że piszę, bazgrolę i wymyślam, to nie omieszkam czytać też tego, co napiszą i nabazgrolą inni.
Niedawno skończyłam ośmiotomowy cykl „Zwiadowcy” autorstwa Johna Flanagana. Książka przeznaczona jest dla młodych czytelników od lat dwunastu, co nie znaczy, że starsi nie mają czego w niej szukać.
Głównymi bohaterami są dzieci z arlueńskiego sierocińca, które stają przed wyborem swojej przyszłości, calutkiego życia. Nie zawsze ten wybór młodym się podoba, ale z czasem okazuje się, że pasują do narzuconych im ról, jakby się do nich urodzili.
Will, który nie zna swoich rodziców zostaje zwiadowcą. Szkoli się pod czujnym okiem doświadczonego i uznawanego w całym królestwie Halta. Poznaje tajniki sztuki zwiadowczej – krycia się, przemykania między cieniami, zastygania w bezruchu na wiele godzin, a także tropienia, strzelania z łuku, rzucania nożami.
Horace zostaje rycerzem. Dzięki swym naturalnym talentom szybko zyskuje poklask i sławę, gdy pokazuje, że nawet nie do końca wyszkolony potrafi pokonać mocniejszego od siebie przeciwnika fortelem. Słynie jako Rycerz Zielonego Liścia oraz Rycerz ze Wschodu. Jego prostolinijność i prostoduszność, ujmuje każdego.
Alyss, nieprzeciętnej urody: wysmukła, o włosach jasnych niczym łan pszenicy została wcielona do grona kurierów, którzy niekiedy działając pod przebraniem dostarczali wieści tam, gdzie miały dotrzeć.
Bohaterowie tego cyklu mają bez liku przygód. Każdy osobny tom aż nimi kapie. Dzięki temu ciężko jest się oderwać od lektury nawet na chwilę. Rzecz nie dzieje się tylko i wyłącznie w jednym królestwie, z którego nasi bohaterowie pochodzą. Odwiedzają oni skłóconą Gallię, mroźną Skandię, obrzeża Picty oraz Hibernię, gdzie zawsze mają ręce pełne roboty. A czytelnik podąża  ich tropem, starając się odkryć zawiłe ścieżki intryg i podstępów.
Polecam zatem wszystkim, którzy lubią śledzić losy dorastających na ich oczach bohaterów lekturę cyklu „Zwiadowcy”. Poniżej prezentuję okładki ośmiu tomów:
    

Dodaj komentarz

Filed under recenzje