Monthly Archives: Sierpień 2012

Prace porządkowe i nie tylko

Definitywnie odmówił współpracy nasz cieknący czajnik bezprzewodowy. Zaśmierdział spalonym plastikiem, kapiszonem i przegrzaną instalacją i się skończył. Cóż, póki nie przytargamy z garażu czajnika, który jeździł z nami w trasy, będziemy musieli zadowolić się gotowaniem wody na gazie.

Niby dziś można zobaczyć niebieski księżyc. No to se zobaczyłam… niebo od rana jest zaciągnięte chmurami i co chwilę pokapuje z nich deszcz. Rzecz nie zmieniła się do teraz. Obawiam się o jutrzejszy trening 😦 Ja chcę sobie w końcu postrzelać i wypróbować nowe strzały, no! Chamska pogoda: cały tydzień napierniczało słońce, jak głupie, a teraz stwierdziło, że ma wolny weekend… kolejny pod rząd :/ Mnie się to w ogóle nie podoba 😦

Dziś znów posiedziałam trochę nad haftem i mogę powiedzieć, że za niedługo będę wypełniać obrys kolorami. To jeszcze nie koniec mojej zabawy w tworzenie nowej jałmużniczki, bo w tamborku mieści mi się tylko połowa wymaganej długości. Można powiedzieć, że jestem w niemal w 1/4 prac.

Popołudnie – oczywiście, bo jakże by nie – spędziliśmy na działce. Kropiło, więc zamiast żąć, zabrałam się za porządkowanie Ruderki. Wygoniłam większość pająków (z dużą pomocą G.) i wyczyściłam wszystkie szafki z zewnątrz. Przemyłam delikatnie jedno z „okien”, a raczej świetlików, uważając, by nie wypchnąć go z framugi. Podłoga też dostała swoją porcję wody, dzięki czemu nie pyli się tak strasznie, jak wcześniej, bo się kurz nie podnosi, gdy się chodzi po Ruderce. Naczynia i sztućce pozostawione nam w spadku zostały umyte dogłębnie (dwa razy puściłam zmywarkę na pełny cykl), więc będzie można sobie coś przekąsić, gdy będziemy się działkować.

G. w tym czasie położył płytki chodnikowe przy wejściu na działkę. Są o niebo lepsze niż ten kawał gumy, który podczas deszczu zbierał całą wodę i ją radośnie zatrzymywał, przez co wejście na działkę przypominało Wielką Pardubicką. Bo gumiaków jeszcze nie mamy na stanie 😉

Pod folią siewki ślicznie kiełkują, aż serce rośnie. Wiem, że rzodkiew będę musiała nieco przerzedzić w niektórych miejscach, gdzie rośliny rosną „w kupie”. Aż mi żal je przerywać 😦

Na jabłonce chciała zamieszkać gąsiennica. Zawinęła się w listek, okokoniła i myślała, że nikt jej nie zauważy. Cóż, trafiła nieszczęśliwie, że na jabłonkę, to mam nadzwyczajne baczenie. No i została wyeksmitowana w siną dal. A przy wyciąganiu kolejnych płyt chodnikowych, nachomikowanych przez poprzednią właścicielkę działki (chwała jej za to), odkryliśmy, że kątniki wcale takie malutkie nie są, jak to w mieszkaniu je widać. Poznawanie rozmiarów następowało stopniowo: od mniejszego, po giganta. Gigant miał około 10 cm długości. Odwłoka. Dla mnie to ponad siły. Poziom adrenaliny osiągnął maksymalne stężenie w mojej krwi. Brrr…

Jeszcze jutro podskoczymy z odkurzaczem i przejadę trochę tapicerowane meble, żeby nie brudziły, jak się ktoś zechce na nich usadzić. No i trzeba grilla przygotować na wieczór, bowiem ze znajomymi z NKGK umówiliśmy się na „Pożegnanie lata”.

Dziś zdjęć niewiele, bo skończyłam pracę dopiero po zapadnięciu zmroku. Owszem, aparat ma zamontowaną lampę błyskową, ale ja jakoś nie lubię robić fotografii z jej użyciem. Nie podoba mi się efekt, jaki powstaje przy rozbłysku. No, koniec pisania, oto zdjęcia:

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

Przepracowanie, czy lenistwo?

Dziś jakoś nie mogłam się zabrać za robotę. Chciałam posprzątać, ale zabrałam się za haft i na tym się skończyło. Dobrze, że jeszcze starczyło mi chęci na zrobienie obiadu.

Na działce też jakoś robota mi się nie kleiła, wyżęłam mniej niż zwykle. Może dlatego, że tym razem zabrałam się za wycięcie starych pokrzyw i ostów, których średnica łodygi często miała więcej niż jeden centymetr? Aż się sierp klinował. Zostawiłam jeszcze tylko kwitnące nawłocie kalifornijskie i dziewanny. Nawłocie, jak przekwitną pójdą pod sierp, za to dziewanny zostawię. Gdy chaszcze zostały przerzedzone, moim oczom ukazał się zapomniany przez wszystkich, zrolowany dywan. Nieco dalej, pod ogrodzeniem ujrzały światło dzienne słoiki z bliżej nieokreślonymi substancjami, stare donice, wiadra, worki ze zbryloną zawartością… istny śmietnik. Po wyżęciu wszystkich chabazi, trzeba będzie pozbyć się tego śmiecia. A potem miło by było, jakby znalazł się ktoś z konikiem i pługiem, żeby to wszystko przeorać. Bo przekopanie tego wszystkiego będzie chyba ponad nasze siły…

Po dzisiejszym dniu mogę mieć pewność, że mojemu lewemu przedramieniu reumatyzm nie grozi. Zadbały o to pokrzywy, ozdabiając skórę czerwonymi, piekącymi plamami i pęcherzami.

G. przekopał calutki przyszły warzywnik. W następnym tygodniu posiejemy żyto na poplon i do wiosny sobie spokojnie będzie rosło, a potem użyźni glebę naszym przyszłym warzywom.

Jabłonka odrasta w tempie niemal błyskawicznym. Gałązki rosną, jak na drożdżach, wysyłając w świat kolejne listki. A pod tunelem foliowym zaczyna się zielenić. Rzodkiewka kiełkuje aż miło, widać już też kiełki sałaty, tylko koper na razie się leni. Pietruszka zaczyna zielenieć, dzięki dostarczaniu wody w odpowiednich dawkach codziennie. Będzie jeszcze z niej trochę naci.

Dostaliśmy informację, że działkowy sąsiad przez dróżkę dostał od poprzedniej właścicielki klucze do Ruderki i do furtki na działkę, by mógł korzystać z prądu i wody, gdy kosi u siebie trawę. Bo tylko trawa i orzech rośnie na jego parceli. W te pędy pozmienialiśmy kłódki, zamki i inne zabezpieczenia, by się u nas nie rządził. Może podeszlibyśmy do sprawy inaczej, gdyby szanowny sąsiad raczył twarz otworzyć i grzecznie odpowiedzieć, „dzień dobry”, kiedy się mu kłanialiśmy. Skoro miał nas w nosie i się tylko patrzył na nas, jak nie przymierzając kretyn z głębokim upośledzeniem umysłowym, to nie poczuliśmy się w obowiązku przedłużyć mu tę niepisaną umowę.

Wieczorem jeszcze rośliny dostały swoją porcję wody. Oblałam całą działkę, nie oszczędzając żadnej roślince. W końcu dziś było dość gorąco i słonecznie, to się należało.

Jutro chyba zajmę się czyszczeniem Ruinki, bo tam wszystko jest tak zarośnięte kurzem, że można się ubrudzić patrząc jedynie na to wszystko.

A na koniec, tradycyjnie garść zdjęć:

        

4 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Działka prawie formalna

Prawie nasza już jest. Tak legalnie i całkowicie.

Wczoraj poznaliśmy Pana Prezesa RODu. Spodziewałam się młodszej osoby. Nie, nie przeszkadza mi, że Pan Prezes jest już siwiutki jak gołąbek, a jego twarz wygląda niczym świeżo zaorane pole. Po prostu, mając kontakt jedynie z Wiceprezesem, który może i nie jest młodziutki, ale w sile wieku, nastawiałam się chyba podświadomie, że Prezes będzie jego równolatkiem. Albo że różnica wieku nie będzie aż tak duża i tak widoczna.

Mniejsza z tym…

Dostaliśmy kodeksy, regulaminy, nawet stary numer „Działkowca” (bardzo się przyda, bo jest tam spory artykuł o budowaniu skalniaka, o którym G. marzy). Pouczono nas co wolno, a czego nie, zaproszono na działkowe dożynki. My wnieśliśmy opłatę za wpisowe w poczet działkowiczów, wypytaliśmy się o nurtujące nas sprawy i otrzymaliśmy zgodę na zagospodarowanie ugoru za żywopłotem.

A po części formalnej podreptaliśmy na naszą parcelę, by dokończyć rozpoczęte prace, czyli przekopanie warzywniaka i wyżęcie trawsk na ugorze. Kwiatek, który na środku trawnika był posadzony został przeniesiony na rabatkę, do innych kwiatków. Tam jego miejsce, bo w kupie raźniej. A trawnik został poddany dalszej dewastacji (czyt. przygotowaniu pod wiosenne zasiewy). Żęcie traw idzie mi nieco powoli, bo nie chcę przeciążyć kręgosłupa, bo mam siły, by żąć długo i dużo, tylko boję się, że po takim dniu będę w nocy wyć z bólu. Głupi kręgosłup 😦

Pod tunelem foliowym zaczyna się coś niecoś zielenić. Albo to chwasty zachęcone do wzrostu obfitym podlewaniem, albo to kiełki tego, co posiałam. Zdaje mi się, że chyba się pokazała pierwsza rzodkiewka…

Ruderka jest codziennie przewietrzana, coraz mniej czuć zaduch, stęchliznę i smród po bezdomnym. Żeby tak całkiem te nieprzyjemne zapachy zniwelować, przydałby się nowy domek, ale to dopiero, jak na niego nazbieramy. Może w przyszłym roku coś się uda już postawić ładnego? A może dopiero za dwa lata? Któż to wie. Owszem, chciałoby się mieć już, od razu, natychmiast cudną działkę z przepięknym domkiem, wspaniałym ogródkiem, sadem i zielnikiem, ale na to trzeba czasu. A tego czasu raczej nam nie brakuje. Mnie na pewno 😛

Stara, pokiereszowana jabłoń, która miała iść na wykarczowanie, zaczyna odrastać z pnia. Szczodrze ją podlewam, żeby przeżyła i podrosła w gałęziach. A rośnie w oczach! Jeszcze wczoraj widać było tylko dwie nowe gałązki, a dziś już cztery zieloniutkie stożki zdobią poodcinane gałązki. Mam nadzieję, że jej się uda znów być drzewem, mimo powrastanych w pień gwoździ i poharatanej siekierą kory. Trzymajcie kciuki za jabłonkę, żeby wybujała na wiosnę 😉

A oto garść świeżych zdjęć (jak najedziecie myszką na zdjęcie, pojawi się opis 😉 ):

   

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Absorbuje nas działka

Absorbuje, bo nie możemy się nacieszyć, nadziwić, że mamy, że posiadamy namiastkę domku, o jakim nie przestaliśmy marzyć. Przy tym bardzo chcemy pokazać, że nam zależy, że coś robimy i los powierzonej nam ziemi nie jest nam obojętny.

Przez dwa ostatnie dni G. przekopał kolejną część przyszłego warzywniaka. Do mnie należało podlanie tego, co jeszcze rośnie, bo mimo bliskości rzeczki, wcale mokro nie jest. Zwłaszcza w tunelu foliowym. Tam, to jest sauna.

Wczoraj działką pochwaliliśmy się mojej koleżance z LO. Tak jej się spodobało, że pojechała dopiero ostatnim wieczornym pociągiem, na który zdażyła idealnie – tyle co weszliśmy na peron, pociąg podjechał. A dziś pomagała nam A. z NKGK. Pomagała podlewać wieczorem wszystko, co się jeszcze oparło suszy i brakowi opieki.

Dziś zabrałam się za sierp. Naostrzyłam go własnoręcznie, przy okazji nacinając sobie lekko skórę na wskazującym palcu… zahaczyłam o końcówkę ostrza, no i się nacięło… Płytko i zupełnie niegroźnie. Uzbrojona w ostry niemal jak brzytwa sierp, ruszyłam na podbój ugoru, a dokładnie traw tam rosnących. Niedługo się pobawiłam, bo zjawiła się A., a przy tym tez nie chciałam przesadzać, by wieczorem nie płakać, że plecy mnie bolą. Albo – gorzej – nie wić się z bólu.

Okazuje się, że mimo bliskości wody, komarów jest niewiele. Widocznie nie mają jak się zagnieździć w wartkiej wodzie. I dobrze. Za to wieczorem wyłażą wielkie pająki na żer, na pajęczyny, które za dnia pozostają puste. Tak, moja arachnofobia w ich przypadku zaczyna dawać o sobie znać…

A oto garść fotek na dziś:

         

Dodaj komentarz

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Prace porządkowe rozpoczęte

Z wolna przysposabiamy działkę do nas. Zaznajamiamy się z jej działaniem, jej humorami, jej rytmem. Moi rodzice nie negowali naszego wyboru, co jest dla mnie sporym sukcesem. Wręcz byli zachwyceni jakością gleby (tłusta, czarna ziemia sięga do 40 cm w głąb) i wielkością samej działki. Dostaliśmy mnóstwo wskazówek i porad, które na pewno wprowadzimy w życie.

G. nie mógł się oprzeć pokusie i po południu chwycił za łopatę i przekopał kawałek przyszłego warzywnika. Ja zabrałam się za prace nieco lżejsze: podlałam odrobinę ziemię pod folią, pozbierałam gnijące śliwki i zamiotłam nieco podłogę w ruderce, wzniecając tumany kurzu. W tunelu foliowym rośnie sobie rachityczna pietruszka. Po solidnym podlaniu, myślę, że ruszy i jeszcze trochę wybuja do jesiennych przymrozków i będziemy z niej mieć choćby trochę naci. Papużki na pewno będą z tego mocno zadowolone 😛

Ze śliwek w tym roku nic już nie będzie. To, co spadło, zgniło, tak samo, jak to, co jeszcze wisi na gałęziach. W przyszłym roku, przyrzekłam, nie zmarnuje się tyle, co w tym. Wszystkie śliwki, które mogłam zebrać, wylądowały na „śmietniku kompostowym” razem z porzeczkami, które zgniły na krzewach.

Ruderka nadaje się tylko na rozbiórkę. Nie ma sensu wydawać pieniędzy, by ją upiększać, czy naprawiać. Trzeba po prostu nazbierać odpowiednią ilość funduszy, by postawić nową. Mamy już na oku parę projektów, ale blokują nas ich ceny. W sumie i tak do budowy nowej altanki nam się nie spieszy, bo w końcu zaraz będzie jesień, a i na pieniądzach nie śpimy. Się nazbiera, się postawi. I już.

Pod koniec, kiedy już szykowaliśmy się do powrotu do domu, odwiedziła nas kota jednooczna. Kota była u nas już wczoraj. Garnie się do ludzi, jak oswojona, ma obróżkę przeciwpchelną i jest młoda. Ktoś ją pomalował czymś zielonym na brzuchu, albo sama gdzieś się upaćkała. Wygląda, jak ufoludek 😛 Jest młoda i głupia. Na działce dziadka-sąsiada zaczęła biegać po dachach i gałęziach i strącać jabłka. No, świetna zabawa w polowanie 😛

A oto garść dzisiejszych fotografii 😉

     

5 Komentarzy

Filed under hobbystycznie, zaokienne życie

I stało się…

No i stało się. Nasze marzenia o własnym domu, gdzieś na peryferiach znalazły ujście. Właśnie staliśmy się dzierżawcami 3,60 ara ze starą szopką z powodzeniem udającą domek. Z drzewami, kwiatami, tunelem foliowym i rzeczką pluszczącą tuż obok.

Działka wymaga wkładu pracy, bo poprzednia właścicielka nie miała czasu, by się nią zajmować, bowiem większość swojego czasu spędzała w pracy w Holandii. Nie miała też nikogo, kto by chciał ją wspomóc w pracach ogrodniczo-sadowniczych. Pierwsze zbiory będziemy mieć bez żadnego wkładu pracy: dojrzewają orzechy włoskie, brzoskwinie i winogrona, a w foliowym tunelu czają się w kąciku rachityczne pietruszki.

Wypróbowaliśmy pompę, która pomogła mi nawodnić ziemię pod tunelem. Mam nadzieję, że pietruszki odżyją i jeszcze choć nać z nich będzie. Do tego wysiałam pod folią sałatę masłową, rzodkiewkę i koper. Mam nadzieję, że coś z nasion jeszcze wyrośnie na jesień. Będziemy mogli się rozkoszować pierwszymi, własnymi warzywami jeszcze w tym roku. Żeby ziemia była w miarę mokra, tak na co najmniej 10 cm, musiałam stać około 20 minut z wężem i lać wodę, a kiedy wąż się zbuntował i pękł (był sparciały w jednym miejscu), dolałam jeszcze 9 konewek. Pod folią była po prostu Sahara.

G. ze swoim ojcem pobawili się podkaszarką, by wypróbować, czy działa. Co prawda nie było na czym próbować, bo na ugorze za żywopłotem trawa wyrosła wyższa ode mnie, a na działce trawka już równo skrócona. Niemniej wszystkie sprzęty, jakie dostaliśmy wraz z ziemią, działają i mają się dobrze.

Zerwałam też podeschłe i podpleśniałe porzeczki, pozostawione na rachitycznych, podeschniętych krzewach. Wydaje mi się, że z większej części z nich w przyszłym roku jeszcze coś wyrośnie. W kącie, za stertą desek odnalazłam jeszcze jeden krzew porzeczki czerwonej, ale nie byłam w stanie się do niej dostać. Tuż obok desek zauważyłam jedną, samotną gałązkę maliny.

Będziemy naprawdę mieli co robić: od przygotowania ziemi pod drzewa owocowe (brakuje mi jabłoni i gruszy w zestawie, jaki zastaliśmy – śliwa, wiśnie dwie, orzech i dwie brzoskwinie), dla warzyw na przyszły rok i krzewów. A ja mam tylko mgliste pojęcie o tym wszystkim. Cóż, mam motywację, żeby się uczyć 😛

Wrzucę Wam garść zdjęć, byście mogli choć trochę wyobrazić sobie, o czym piszę 😉

       

2 Komentarze

Filed under hobbystycznie, prace ręczne, zaokienne życie

Powolutku, pomalutku…

… kroczek za kroczkiem porządek wkracza do smoczej jaskini. W czeluściach niszczarki nikną stare, niepotrzebne od lat papierzyska, pod szmatką znikają kurzyki, wszystko z wolna odzyskuje swoje miejsce i kolory. Takie późnoletnie porządki… zamiast wiosennych 😉

2 Komentarze

Filed under życie